Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Publicystyka społeczna

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Jak uszczęśliwić unieszczęśliwionych?

Co by nie mówić, jakby nie patrzeć – jestem jednak specjalistą wybitnym!
Jestem wybitnym specjalistą od unieszczęśliwiania skarżyszczan. Mój pogląd podzieli niewątpliwie każdy, kto poczyta anonimowych komentarzy zamieszczonych zarówno pod poprzednim moim felietonem, jak też pod lakoniczną wzmianką o piątkowym wieczorze, kiedy to - przed niespecjalnie liczną publiką zgromadzoną w patio naszego miejskiego przybytku kultury - opowiadałem o  tym, co inspirowało powstanie recytowanych wierszy, a także  o zaszłościach wiążących się z moim upodobaniem do grzebania się w historii. Zatem, w tym  przekonaniu o fatalnym moim wpływie na stan szczęśliwości skarżyszczan, nie sposób dopatrzeć się jakiejkolwiek przesady wynikającej z powszechnie wszak znanego i potępianego zarozumialstwa, cechującego moją skromną niebywale osobę. Pomimo to, nie zamierzam jednako iść w ślady śpiewającego chłopaczka z Sosnowca, czyli Jana Kiepury, co narcyzem ponoć był w sobie zadufanym w stopniu bijącym na głowę wszystkie skarżyskie przypadki - mojego własnego nie wyłączając! Chcąc jakoś zanegować tę powszechną o sobie opinię; Jan Kiepura, w wywiadzie udzielanym dziennikarzowi poczytnej amerykańskiej gazety, rozbrajająco przyznał się do tego, iż czasami to nachodzą go jednak wątpliwości, czy też - w rzeczy samej - jest największym tenorem wszechczasów! Stanowczo zaprzeczam, by kiedykolwiek mnie takowe wątpliwości nachodziły! Aczkolwiek poważne nachodzą mnie wątpliwości odnośnie zdolności zrozumienia mojego przekazu przez Cienkiego Władka internetowego, bezsenną nocą dotkniętego cierpieniem imperatywu wspierania swym słowem bajdurzeń Cienkiego Bolka internetowego. Cienki Władek ubolewa z tego powodu, że niby trochę przeczytałem, a on… tylko troszeczkę. Skoro mogłem trochę, to Władek mógł przecież więcej ode mnie. Gdyby tak przeczytał, ucieszyłoby to nie tylko mnie, ale - jestem przekonany - że także i żonę Władkową! Cienki Władzio podejmuje żałosną dość próbę deprecjonowania mnie, że tylko trochę… choć - niejako z urzędu - doskonale wie, że przeczytałem nie trochę, a bardzo dużo i to w trzech językach. No i jeszcze biedaczysko skwierczy żałośnie i wyrzeka na moje poczucie własnej wartości. Ubolewa, że jestem czymś w rodzaju niewygodnego kontrastu dla tych, co uchodzić by chcieli za… A jednak nie mogą, bo… Zaiste, przysłowiowe pretensje garbatego do ściany! W końcu skamle Władzio o wyrozumiałość dla siebie… Tak się i zastanawiam, jaki też skutek mieć mogłaby moja - skierowana do komisji egzaminacyjnej - prośba o wyrozumiałość, gdybym zdając egzamin sędziowski, bądź - ten późniejszy i zarazem trudniejszy - adwokacki, nie był do tych egzaminów należycie przygotowany? Żałośnie zabrzmiałaby ta prośba i niewątpliwie żałosnym byłby jej skutek! Tak samo jak w przypadku Cienkiego Władka, co to usiłuje ruszać  w dyskusję nie będąc jej w stanie sprostać i bredzi od rzeczy tak, jak do telefonu przez całą prawie godzinę, bredził onegdaj po pijaku wsparty o ścianę jeden koleś ze Skarżyska… Z Aten aż dzwonił i z mamuśką własną gawędził… Po jakimś czasie dostał od rodzicielki list z pytaniem; Tomuś, a właściwie to o co Ci wtedy chodziło? Tak samo nie sposób jest zrozumieć o co też chodzić mogło  w tych niedorzecznych wypocinach anonimowemu komentatorowi podpisującego się zagadkowym nickiem „aesop”, nazwanemu przeze mnie umownie Cienkim Władkiem Internetowym. Jakby nie dość Władkowego marudzenia było, to jeszcze na domiar złego i Pan Dariusz przyznał w swej wypowiedzi, że zupełnie nie zrozumiał zawartego w felietonie krótkiego wykładu z prawa oraz tamże wyłożonego sensu mojej wypowiedzi broniącej wszak zasad, a nie osoby. Totalna załamka! Zwłaszcza, że nie pojął biedaczysko i tego, że samo tylko wymienienie w publikacji osoby powszechnie w tutejszym środowisku znanej, nie jest bynajmniej tejże osoby szarganiem! Wszak zgoła inaczej potraktowałem Pana Darka, niźli mnie potraktowano wielokrotnie w komentarzach licznych, chociażby tych zamieszczonych pod wzmianką o spotkaniu z poezją niedobrego sortu. Po prostu; samo się nasuwało, że skoro Bolesław Cienki nie zna jakiś tam powszechnie znanych zasad, to może przynajmniej zna powszechnie w Skarżysku znanego - Darka Zasadę?
Jakby jednak nie patrzeć, żadne królewskie imię - w żadnym razie - nie posiada magicznej mocy uszlachetniania osoby to imię noszącej. Doskonałą ilustracją słuszności tego poglądu jest wszak moja skromna niebywale osoba, jeśli zważy się fakt, iż jestem imiennikiem siwobrodego apostoła, co to ponoć z wielkim kluczem pilnuje; „…by nie weszli hitlerowcy do Nieba…”. A jakby jeszcze tego nieszczęścia skarżyszczanom mało było; to jestem wszak także imiennikiem trzech aż carów rosyjskich! W tym również Piotra Wielkiego, który w St. Petersburgu dosiadł był pomnikowego ogiera! Zresztą; niektórzy spośród moich krewnych to nawet i mówią na mnie CAR Piotr, co skrótem jest od określenia Centralne Archiwum Rodzinne. Niemniej, z tym oddziaływaniem imion władców, to rozmaicie przecież bywa i bywać może. Dość powiedzieć, że niegdyś panował w Etiopii cesarz o imieniu Menelik! Ale jakoś nie słyszałem, żeby ktokolwiek nadał swojemu synowi to imię, noszone przez tego niewielkiego wzrostu, aczkolwiek niebywale dumnego cesarza Etiopii!
Jakby nieszczęścia miejscowej społeczności nie było dosyć, to jeszcze wpadłem na okrutny pomysł publicznego recytowania własnych, niebywale żałosnych wypocin literackich, których momentami, ale tylko momentami; słuchać się wprost nie dało! Przy tym jako sadysta i zwyrodnialec jeden - głuchym pozostałem całkowicie na błagania nielicznej, katusze niesamowite cierpiącej publiki, w większości swej zawodzącej, bym wreszcie przestał się kompromitować! Więc i nic dziwnego, że posypały się na mnie zza anonimowego winkla hejtowe wyzwiska, inwektywy i insynuacje.
No przecież nie do pomyślenia jest, żeby byle kulawy koniuszy i zarazem adwokacina marny, tak boleśnie unieszczęśliwiał miejscowych tym swoim brodatym odstawaniem od skarżyskiej bylejakości i to na kilka różnych sposobów? No to masz za swoje, mądralo!
Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko przeprosić szanowną większość, piątkowego wieczora uciemiężaną przeze mnie w patio przez jakieś dziewięćdziesiąt aż minut. Na swoje usprawiedliwienie rzec mogę jedynie, że tych błagań o zaprzestanie tortur - zupełnie jakoś nie słyszałem! Prawdopodobnie dlatego, że zostały one zagłuszone burzliwymi oklaskami tej nieznośnej mniejszości, bijącej brawo po każdym wyrecytowanym wierszu! Ubolewam także niezmiernie z powodu tego wszystkoklejącego kleju, podstępnie rozlanego na siedziskach w patio, po to tylko, żeby przyklejona do siedzeń publika, cierpiąca zadawane jej przeze mnie katusze poetycko-historyczne, nie mogła - w trakcie tychże werbalnych tortur - zwyczajnie, wstać i wyjść! A już najbardziej mi żal Pana dyrektora Piotra Lewandowskiego, nad którego umęczoną duszą ulitował się jakiś anonimowo litościwy! Przyznać takoż muszę, że w tę kleistą pułapkę, niewiele jednak osób dało się złapać. Ale to i nic dziwnego. Wszak spotkanie z poezją i historią, to nie to samo, co procesja Bożego Ciała, czy też gminna hucpa discopolowa! Tu walą tłumy.  A tłum…Tłum jest wszak absurdem - światli zaś są nielicznymi! Jestem przekonany, że żaden tchórzoszczur internetowy nie wie, kto też jest autorem tej myśli. Bo to wiedzieć mogą jedynie ci, którzy nie są ludźmi tłumu. Zatem tacy, co od tłumu odstają, i - tym samym - są powodem, jakże bolesnego unieszczęśliwiania miejscowego elektoratu, który ukonstytuował się nam tu był socjologicznie na gruncie specyficznego sprzężenia zwrotnego. Otóż ze Skarżyska wywodzi się cała masa uzdolnionych, ambitnych ludzi, którzy już             w okolicach matury nabywają doskonałego rozeznania odnośnie toksycznej atmosfery tworzonej przez miejscową bylejakość. Więc? Idą na studia, by potem rękoma i nogami bronić się przed powrotem w rodzinne pielesze. Efektem tego jest, że to nie ci, coś warci, pełni energii i zapału  kształtują oblicze naszego miasta, lecz różni tam parafialni przedstawiciele SST. Takie socjologiczne perepetum mobile bylejakości. Jak dość powszechnie wiadomo; jestem jednym z tych nielicznych, którzy wrócili tu i wzdrygając się przed oddaniem walkowerem miasta wszechobecnej bylejakości - na co dzień, na różne sposoby, ścierają się z beznadzieją tejże bylejakości, która ani myśli o kapitulowaniu. Upatrując swego zagrożenia  swej pozycji w działaniach nielicznych jednostek osobowościowo ukształtowanych - było nie było - w tutejszych placówkach oświatowych; postanowiono cichcem spacyfikować miejscową oświatę. Były trzy licea ogólnokształcące… Jedno już zlikwidowane… Jutro, niechybnie konkurs na stanowisko dyrektora „ERBLA” wygra mistrzyni świata w pływaniu, co zarazem jest drugą żoną mistrza świata w gadaniu o niczym, czyli „znamienitego” miejscowego polityka! Wiecie Państwo zatem, kto ten konkurs wygra? Bo ja wiem, choć - tym razem -  wolałbym się jednak mylić. I tym to sposobem zmarnowany zostanie dorobek kilku dyrektorów, skończy się też nareszcie w Skarżysku - raz na zawsze - kształtowanie osobowości potrafiących krytycznie myśleć… I do tego posiadających jeszcze odwagę cywilną bezkompromisowego przeciwstawiania się miejscowej bylejakości. Jednym słowem; „Znów będzie można zacząć żyć po bożemu” - jakby to powiedziała Aniela Dulska. Zadaniem dość głupkowato uśmiechających się polityków jest uszczęśliwianie nieszczęśliwych. Czyż nie mam racji? Nie można oprzeć się wrażeniu, że za sprawą działań różnych tam Maćkowiaków  i Bętkowskich - od lat, trwa już w najlepsze, nieodwracalny proces uszczęśliwiania zawiścią unieszczęśliwionych skarżyszczan! Myślę jednako, że takie to właśnie działania, ostatecznie sprawiają, iż Polska postrzegana jest dziś na arenie międzynarodowej jako mocarstwo stojące głupotą tak wszechpotężną, że obawiają się jej nawet nieustraszeni muzułmańscy terroryści, którzy - z tej to właśnie przyczyny - naszą arcychrześcijańską ojczyznę, szerokim łukiem omijają; jak dotychczas!
 


Piotr Jan Nasiołkowski
 

Napisz komentarz (26 Komentarzy)

Cienki Bolek internetowy

Działo się w październiku, anno domini 1970. Znaczy się akurat wtedy, gdy w Warszawie, podczas VIII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina tryumfował - szwedzkiego pochodzenia reprezentant USA, Garrick Ohlsson, poczynający sobie na klawiaturze finezyjnie, wedle zasad wypracowanych przez rosyjską szkołę pianistyczną, co wówczas, zagwarantowało temu artyście wyczarowanie dla siebie - nie tylko - nagrody głównej, ale także i specjalnej - za najlepsze wykonanie mazurków. Pamiętam, że i naszym reprezentantom szło wówczas nienajgorzej. Gwoli przypomnienia; do ścisłego finału zakwalifikował się wtedy najmłodszy uczestnik konkursu, czyli Janusz Olejniczak, który ostatecznie zajął miejsce szóste, zaś Piotr Paleczny - oprócz trzeciego miejsca w konkursie - został także uhonorowany nagrodą specjalną za brawurowe wykonanie poloneza As dur, opus 53.

Niewątpliwie to te pianistyczne, chopinowskie zaszłości konkursowe sprawiły, iż tamtej to jesieni, przymuszony szkolną koniecznością, pojawił się u mnie Bolek z sąsiedztwa - o całe dwa lata ode mnie młodszy. Ten Bolek  już po raz trzeci cierpiał swe edukacyjne katusze w szóstej klasie. Stanąwszy  w progu, wyksztusił z siebie, najlepiej jak tylko umiał, czyli w specyficzny dlań sposób bezzębnie bełkotliwy; „…ta kurwa od polskiego zadała, kurwa, takie kurwa, wypracowanie, kurwa o Chopinie, takie kurwa trudne… No, kurwa, napisz no mi Piotrek, no, kurwa…”.  

Jak łatwo zauważyć; przy opanowaniu słownictwa tak porażającego swym bogactwem, trudno było się Bolkowi porywać na pisanie wypracowania  o twórczości naszej muzycznej dumy narodowej. Jednakoż Bolek nie utracił  resztek samokrytycyzmu oraz kontaktu z rzeczywistością. I właśnie dlatego  przyszedł ze swoim intelektualnym nieszczęściem po ratunek do mojej - już wówczas - skromnej niebywale osoby, trzeci rok edukującej się  w „ERBLU”. A jakże; i to nawet w klasie trzeciej; po raz pierwszy zresztą  i ostatni zarazem, czego wtedy akurat nie mógł wiedzieć absolutnie jeszcze nikt. Ani ja, ani też nawet i sam Bolek z sąsiedztwa. Starając się jak najlepiej sprostać - zadanemu mi przez Bolka, zaś Bolkowi przez nauczycielkę - literackiemu wyzwaniu, natychmiast począłem czarno-białym grzebieniem klawiatury rozplatać warkocze rosochatych wierzb mazowieckich… Wyczesywać  z pięciolinii witek wierzbowych jesiennie już więdnące listki, natychmiast porywane gwizdem czarodziejskim wieczornego wiatru, ożywiającego te listki znienacka nutkami preludium, we mgle biegnącego po rosie boso - ku leśnej gęstwinie, by ucichnąć lirycznym zanurzeniem się w jej upojnej tajemniczości… No, zupełnie jakbym swoją własną pracę maturalną pisał…

Sprawdzając nazajutrz wyrywkowo zadane uczniom prace domowe; polonistka najwyraźniej miała pecha porównywalnego z tym, jakiego się miewa podczas gry w rosyjską ruletkę. Padło na Bolka. Przez lekcyjnych minut, aż prawie czterdzieści, męczył się okrutnie Boluś, czterech aż przednich zębów pozbawiony. Pluł się i pocił się, a i czerwienił - wręcz pierwszomajowo - przy dukaniu tych wszystkich przekręcanych, bo niezrozumiałych dlań słów, którymi upstrzone zostały - aż cztery stronice jego zeszytu, estetyką swą porażającego  w takim samym stopniu, jak też i Bolkowa bezzębna szczęka górna. Ponoć, podczas tego Bolkowego sylabizowania, klasa nawet też i trochę się chichrała. Polonistka zaś pedagogicznie, z twarzą kamienną - niczym Sfinks - wytrwała mężnie - aż do samego końca tej tortury, przez siebie samą wszak zadanej, zarówno sobie, jak też i Bolkowi! A gdy skończyły się wreszcie Bolusiowe męczarnie sylabizacyjne, nie mogąc nijak uwierzyć w cudowną metamorfozę intelektualną tego zdolniachy, już trzeci rok w tej samej klasie siedzącego - ciało pedagogiczne zadało czytaniem udręczonemu Bolusiowi pytanie całkiem oczywiste; kto ci to napisał? Boluś, jak to Boluś; szedł w zaparte! Uporczywie i wielokrotnie powtarzał, że to on sam osobiście popełnił to całkiem dlań niezrozumiałe wypracowanie o Chopinie i jego muzyce! Wreszcie dzwonek obwieszczający przerwę - przerwał brutalnie to nauczycielskie przesłuchanie, lecz dzwonka dźwięk hałaśliwy nie posiadał jednak mocy zatamowania postępującego już procesu migotania sercowych przedsionków dość smukłego ciała pedagogicznego. Więc nim zabrzmiał dzwonek obwieszczający koniec przerwy międzylekcyjnej; uczniowie zwyczajowo palący papierosy za sklepem - akurat naprzeciw szkoły - usłyszeli sygnał karetki pogotowia odwożącej polonistkę do szpitala, co niewątpliwie zapobiegło przedwczesnemu śmiertelnemu zejściu pacjentki na nauczycielskim chwały polu, tak nieopatrznie skleconym z muzyki oraz literatury!

Czytając zamieszczone na portalu TSK24 językowo nieskładne  i przepełnione logicznymi sprzecznościami komentarze autorstwa jakiegoś tam Bolka, anonimowo podającego się za magistra inżyniera; mógłbym sobie nawet pomyśleć, że to ten sam akurat Bolek - „kurwa mać, takie trudne to wypracowanie o tym Chopinie, kurwa… ” -  zdołał w końcu uzyskać promocję do siódmej klasy, by potem - już w dzikich latach dziewięćdziesiątych - zakupić sobie na jakimś bazarze stosowne dyplomy, których autentyczności zweryfikować nie sposób, jako że ten nasz Boluś - przed kłopotliwą dlań dociekliwością - przezornie uszedł był i się skutecznie schował w krzaczorach anonimowości. Przed popełnieniem gafy pomylenia portalowego, pisowskiego Bolesława Cienkiego, z tamtym to Bolkiem Chopinowskim, chroni mnie jednak skutecznie posiadanie wiedzy o tym, iż dawnego mojego sąsiada - już przed ćwierćwieczem - pociąg rozjechał po pijanemu, co bynajmniej nie oznacza, że to ten pociąg feralny, znajdował się wówczas w stanie nietrzeźwości!

Jednako czytając i całkiem na chłodno analizując treść komentarzy zamieszczonych przez tego pisowskiego Bolusia Cienkiego na tym samym portalu, ale pod różnymi publikacjami, nie  sposób jest jednak wykluczyć - bądź to ich autora weny nietrzeźwej, bądź też całkiem na trzeźwo podjętej, perfidnej próby mącenia w głowach opinii publicznej. Przeprowadzając analizę treści zestawionych ze sobą dwóch tylko komentarzy opublikowanych przez Bolesława Cienkiego w odstępie zaledwie dziewięciominutowym, nie posiadam się ze zdziwienia, jak to można tak radykalnie zmienić jakikolwiek swój pogląd, w czasie  wystarczającym - co najwyżej - na zaparzenie herbaty! Mianowicie;  w treści  komentarza zamieszczonego o godzinie 13. 30 i sekund 33, pod informacją o spektakularnym zatrzymaniu przez CBA Pana doktora inżyniera Zdzisława Kobierskiego, ten z partyjnego polecenia dyżurujący przy komputerze Cienki Boluś pisowski, przeciwstawia się kategorycznie manipulowaniu opinią publiczną przez środki masowego przekazu sugerujące telewidzom, iż ten akurat wypowiadający się przed kamerą na temat prawa, czy też ekonomii profesor, krytykujący publicznie i na zamówienie rząd, jest  w poruszanej przez się dziedzinie autorytetem ostatecznym, aczkolwiek nie zna się na tym, bo jest wprawdzie profesorem, ale psychologii, która to informacja została jednak skrzętnie i celowo pominięta.

Więc nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko zapytać Bolusia Cienkiego o to, na czyje zamówienie i zlecenie działał dziewięć minut wcześniej, gdy pod moim felietonem „Śmiech przez łzy” wypisywał mącące w głowach idiotyzmy na temat zasad procesowych prawa karnego, jednym tchem się przyznając zarazem do tego, iż jest magistrem inżynierem, a więc osobą do zabierania głosu w temacie prawa - całkowicie niekompetentną?

No więc? Kto tu jest manipulatorem? - Panie Bolku. Kto tu nie szanuje czytelników, uważając ich za idiotów? Ja, czy to Pan - akurat? A teraz tak gwoli rozjaśnienia w głowach tym, którzy tego pragną i potrzebują… Bezpłatny, króciutki wykład na temat zasad karnego prawa procesowego. Żeby stać się oskarżonym, trzeba najpierw być podejrzanym. Podejrzanemu zaś - już na tym etapie, czyli w postępowaniu przygotowawczym - przysługuje prawo do obrony i korzystania z pomocy obrońcy. Zatem prawo to przysługuje jeszcze przed sporządzeniem i przesłaniem do sądu aktu oskarżenia. I często bywa tak, że postępowanie karne kończy się prokuratorskim umorzeniem, pomimo przedstawienia zarzutów. Zaś za podejrzanego uważa się niekoniecznie tę osobę, której przedstawiono zarzuty. Wystarczy, że podjęta została jakakolwiek czynność procesowa przeciwko osobie. Np. przeszukanie, czy też zatrzymanie - co w sprawie Pana doktora inżyniera Zdzisława Kobierskiego miało właśnie miejsce. Nawiasem mówiąc, to zatrzymanie przez CBA byłego zastępcy byłego prezydenta naszego miasta było - wedle mojej prawniczej oceny - całkowicie procesowo niezasadne, bo przecież wystarczyło wezwanie wysłać pocztą Zdzichowi - poecie! Ale rządzącym, najwyraźniej chodziło o urządzenie spektaklu, czyli pociesznych igrzysk dla swych wyborców bez doktoratów wprawdzie, lecz dzięki temu właśnie przynależnych do tzw. lepszego sortu. Chodziło wszak o danie wesołej ferajnie Pana posła, który to swoje imieniny - jak raz - w lipcu obchodzi, okazji do urządzenia zbiegowiska zakłócającego ruch uliczny w okolicy dworca kolejowego w Skarżysku-Kamiennej. Cienkiemu Bolkowi pisowskiemu, jakoś nie przeszkadzał ani skład personalny tego zbiegowiska dyletantów, ani też  skrajny prymitywizm wypowiedzi, kojarzących mi się z atmosferą bolszewickiego wiecu w kołchozie. Ich wypowiedzi, przesądzających o winie jeszcze przed sformułowaniem oskarżenia, co jest jedynie w stanie przekonać mnie o braku po stronie pisowskich bonzów znajomości jakichkolwiek zasad prawa i sprawiedliwości. Tego prawa i tej sprawiedliwości, o których  całkiem małymi literami PiS - ać należy.

Nie wiem, czy ten nasz Boluś Cieniutki, na portalu TSK24 uprawiający anonimowo swą radosną twórczość komentatorską, prowadzi jakiś tam swój prywatny rejestr nieprawych doktorów inżynierów. Zarazem przyznaję, że ja takowego rejestru nie prowadzę. Jednako, pozwolę sobie zauważyć, że z rachunku prawdopodobieństwa wprost wynika, iż niewątpliwie częściej, niźli doktorzy inżynierowie, popadają w konflikt z prawem magistrowie inżynierowie. Bo przecież magistrów inżynierów jest zdecydowanie więcej, niźli doktorów inżynierów! Z tym to stanem rzeczywistości Boluś - komentator będąc jednak nieodwracalnie skłóconym, wypisuje swoje brednie niestworzone o podejmowaniu niby przez moją, skromną niebywale osobę, jakowejś próby zakrzykiwania  rzeczywistości. Otóż, z ewidentnie nieznanych Bolkowi zasad prawidłowego rozumowania wynika wprost, że zarzut próby zakrzykiwania rzeczywistości można by mi postawić jedynie wtedy, gdyby ta rzeczywistość procesowa była mi znana, i gdyby komparatystycznie znał ją także oraz rozumiał ten, co zarzut takowy mi stawia. Jednakoż przekonany jestem o tym, że Boluś akt sprawy w ręku nie miał,  a gdyby i miał, to i tak nie potrafiłby sformułować jakiejkolwiek oceny prawnej, gdyż przeszkodą ku temu jest nieprzezwyciężalną - cała cysterna Bolkowych negatywnych emocji na stałe już zrośniętych z całkowitym brakiem jakichkolwiek kwalifikacji prawniczych. Boluś Cienki i biedny brakiem tychże kwalifikacji oraz podstawowej obywatelskiej wiedzy; nie jest w stanie pojąć istoty obowiązującej zasady domniemania niewinności, co dotyczy wszak - nie tylko Pana doktora inżyniera Zdzisława Kobierskiego - ale także całej reszty obywateli naszego Państwa, bez względu na ich cenzus społeczny. Boluś jednakże zdaje się wołać w swych komentarzach głośno i krwiożerczo; dajcie mi tu tego Kobierskiego, a ja już paragraf na niego znajdę! Zatem portalowy Bolesław Cienki woła o to, by  w ekstremalnie antykomunistycznym, gdyż pisowskim państwie, wprowadzono zasadę sformułowaną niegdyś przez stalinowskiego prokuratora Andrieja Wyszyńskiego! Boluś nie jest w stanie pojąć i tego, że nie znając rzeczywistości procesowej sprawy, nie bronię wszak - tu i tam - Pana doktora inżyniera Zdzisława Kobierskiego, lecz występuję tutaj w obronie zasad, jakie winny obowiązywać w obywatelskim Państwie Prawa. Ale też nawet się nie dziwię braku rozumienia tych zasad przez Bolesława Cienkiego, który swoimi wypowiedziami przekonuje o tym, iż spośród wszelkich zasad, znać on może - co najwyżej, sympatycznego niebywale - Darka Zasadę!
 

Piotr Jan Nasiołkowski
 

Napisz komentarz (7 Komentarzy)

Śmiech przez łzy

Skarżyski łyk - end, długaśny, czerwcowy nam właśnie się rozpoczyna, więc zarazem i czas to najwyższy, żeby posługując się pyszczyskiem moim nieogolonym, felietonowo odciągnąć nieco skarżyszczan od beznadziejności zatracenia się w trwaniu przed telewizorami odbierającymi wyłącznie programy twórcze niebywale, nadawane przez stacje politycznie poprawne.
A jest dziś o czym pisać, gdyż bieżący tydzień dostarczył mi tematów skłaniających do niejednej, smutnej - w zasadzie - refleksji wywołanej społecznymi reakcjami wyartykułowanymi w licznych komentarzach opublikowanych, zarówno pod moim poprzednim felietonem, jak również pod radującym serca miejscowe doniesieniu o zatrzymaniu przez CBA byłego zastępcy, byłego prezydenta naszego miasta.
Nie posiadam żadnej absolutnie wiedzy procesowej na temat sprawy skutkującej zaskakujące, poranne zatrzymanie Pana doktora inżyniera Zdzisława Kobierskiego, Zatem nie mogę przesądzać o czymkolwiek. Jednakoż nie udaje mi się uwolnić się od myśli kołaczącej mi się po głowie dość natrętnie, że poniedziałkowa - jakże spektakularna - akcja CBA, eksponująca przynależność zatrzymanych osób do PSL, może być celowym działaniem ukierunkowanym na zdyskredytowanie tej formacji politycznej w oczach wyborców, już na samym wstępie samorządowej kampanii wyborczej. Zwłaszcza, że akcja ta została przeprowadzona właśnie w naszym regionie, będącym wszak matecznikiem tej partii politycznej, której - chociażby sympatykiem - nie jestem i nigdy nie byłem, co pozwala mi na przyglądanie się niniejszej sprawie okiem chłodnym niebywale, choć akurat tym moim okiem lewym, a więc piwnym.
Pozwolę sobie zatem zauważyć, że - o ile - medialne rogi roztrąbiły wszem i wobec, fakt czy też akt, zatrzymania osób będących członkami świętokrzyskiego PSL-u, o tyle jakoś medialnie cicho jest o tym, że zatrzymany rano były zastępca byłego prezydenta miasta Skarżyska-Kamiennej, wieczorową porą wieczorową był już i powrócił szczęśliwie do domu.
Także ten brak przekazu medialnego na temat dalszych losów procesowych zatrzymanych w poniedziałek przez CBA - zdaje się wskazywać na działanie celowe, ukierunkowane na przedwyborcze dyskredytowanie konkurencyjnej siły politycznej, czego - w przeszłości - Pan doktor inżynier Zdzisław Kobierski wszak już doświadczył, gdy kandydował na stanowisko Prezydenta naszego miasta.
Brak informacji medialnej o zwolnieniu Pana doktora inżyniera Zdzisława Kobierskiego skutkuje trwaniem festiwalu żałosnej radości rozbudzonej w umysłach małodusznych i zarazem mało uduchowionych istot nazwanych przeze mnie przewrotnie; homo sapiens skarżysciensis, przy czym będę się Panie Andrzeju jednak upierał i nawet powiem Panu dlaczego.
Otóż, oczywiście ma Pan rację, że poprawnie, naukowo nazwa tutejszego subgatunku homo sapiens powinna brzmieć - skarzysciensis. Ale… Panie Andrzeju, felieton nie jest wszak rozprawą naukową!  A tu, w trakcie jego pisania - tak jakoś znienacka - przypomniałem sobie o okresie wulgaryzacji prawa rzymskiego, spisanego wszak po łacinie, co podziałało na mnie zdecydowanie inspirująco. Więc do opisywanych przeze mnie zdarzeń, zaistniałych na gruncie wszechobecnej wulgaryzacji życia duchowego, jako żywo - jak ulał, pasowało to wygenerowane przeze mnie zwulgaryzowanie zasad języka starożytnych Rzymian. Tym to sposobem zdołałem dochować wierności wymogowi antycznej zasadzie harmonizowania formy z treścią, tego mojego poprzedniego felietonu.
Cechą rozpoznawczą subgatunku homo sapiens skarżysciensis jest - między innymi - także okazywanie bezgranicznej radości z każdego nieszczęścia jednostka znacznie przerastającej swym społecznym cenzusem typowego, roszczeniowego mieszkańca wielkopłytowego blokowiska. Na gruncie tej swojej przypadłości – jakiś rozumny i inaczej rozumujący sapiens, posunął się nawet do pomówienia mojego szlachetnego rumaka o żywienie do mojej skromnej niebywale osoby jakże niskiego uczucia nienawiści pozwalającego wszak na rozpoznanie przedstawiciela subgatunku miejscowego! Żałosne jest, że ci wszyscy tutejsi, rozumni, czy też tam myślący inaczej - nie są jednak w stanie zrozumieć sensu starej ludowej, aczkolwiek bynajmniej nie peeselowskiej mądrości zawartej w ostrzegawczym powiedzeniu: „Nie ciesz się bratku z cudzego wypadku!”. Wszak takiego, cudzym wypadkiem ucieszonego bratka - wypadek identyczny spotkać może jutro, a może nawet i zaraz - tuż za winklem. Nogi taki bratek wprawdzie podczas jazdy konnej nie połamie, bo żeby w takich okolicznościach się uszkodzić, to najpierw trzeba mieć w sobie odwagę dosiadania konia. A tu odwagi ewidentnie brak, chociażby do podpisania się pod swą własną internetową wypowiedzią! Ale… przecież  w nieskończenie wielu innych okolicznościach może taki bratek rozradowany doznać pogruchotania kończyny… Przykładowo; a to samochód może takiego na przejściu dla pieszych najechać… Albo też po pijaku może taki spaść   z knajpianych schodów… Albo też znienacka takiego przysłowiowego Jasia Kowalskiego w kajdanki zakują, wywiozą gdzieś daleko by przesłuchać go na temat kradzieży nieistniejącej figurki słonia z nieistniejącego gabinetu porcelanowych zwierząt. Gdyby takowe zaszłości kogokolwiek radowały, świadczyło by to jedynie  o kulturowej degeneracji uradowanego, którego jakże łatwo można unieszczęśliwić informacjami tak o pomyślnym przebiegu procesu zrastaniu się moich gnatów, jak również o ekspresowym zwolnieniu zatrzymanego przez CBA, byłego zastępcy byłego prezydenta. Próbuję też sobie wyobrazić kulisy tego zwolnienia.
Rozmowa prokuratora z funkcjonariuszami CBA. Mogła przebiegać mniej więcej tak. Całkiem w duchu i klimacie „Ucha prezesa”:
- Niestety, musimy go puścić…
- Dlaczego? Było przecież przykazane, żeby go zamknąć!
- No, ale musimy go puścić, bo nie mamy podstaw, żeby go puszkować!
- Jak to nie mamy?
- Noooo, nie mamy! Za wcześnie go zdjęliśmy! Grzech nadgorliwości. Nie zdążyli jeszcze znowelizować kodeksu karnego. Okazuje się, iż dopiero po przerwie urlopowej Sejm uchwali, że doktorat oraz przynależność do PSL-u są przestępstwami. Nie ma więc rady. Musimy go puścić. Tymczasem musimy. Ale zapewniam, że wrócimy do sprawy po wakacjach! Naturalnie, o ile wrócimy z tych wakacji!
Proszę Państwa; to wcale nie jest śmieszne. I to nawet wtedy nie będzie śmieszne, gdybyśmy się pokusili o uznanie tego za czarny humor zaistniały na gruncie katastrofy kulturowej, od lat trawiącej nasze społeczeństwo. Trawiącej  z tej przyczyny, że - jak najbardziej - społecznie potrzebni tkacze, tokarze, piekarze, szlifierze i krawcy - nie znają jednak swego właściwego miejsca w społecznej hierarchii. Że - jak dotychczas - nie przyswoili sobie tego, co zszokowało mnie przed ponad czterdziestu laty, gdy jako młody człowiek, po raz pierwszy w swoim życiu usłyszałem formułę; nie znam się na tym! Usłyszałem te słowa w Niemczech, gdy coś tam w towarzystwie napomknąłem o twórczości Felliniego. Z czasem pojąłem, że cała rzecz w tym, iż mur stawiany przez niemieckiego murarza stoi - jakoś tak - jakby prościej, choć polski murarz przy tym niemieckim - jawi się być wręcz, jakimś wulkanem intelektu podejmującym wszak rozmowę na każdy absolutnie temat. Jednakże istota prawidłowego funkcjonowania każdej społeczności polega na tym, żeby murarze i tokarze dobrze wykonywali to, czego się nauczyli i przy tym wszystkim jeszcze potrafili korzystać z wiedzy. Niekoniecznie swojej własnej tylko. Także z wiedzy różnej tam maści, „wykształciuchów” pogardzanych  w naszym kraju przez naiwnie poprawiających sobie, tym to sposobem samopoczucie, przysłowiowych tokarzy, jakże antyinteligencko nastawionych, co jawi się być dziedzictwem mrocznych czasów zarówno Jakuba Szeli, jak też  i Władysława Gomułki, który to - rzec trzeba - miał jednak klasę!  I to nawet niejedną, bo w sumie miał tych klas aż cztery! Wiem oczywiście, że moje słowa wywołają wrzask oburzonego tłumu. Ale… niechże ten tłum, tym swoim wrzaskiem chóralnym spróbuje skutecznie zakrzyczeć swoje egzystencjalne lęki, nijakość swojego bytowania… Rozwiązać tym swoim wrzaskiem i obrzucaniem wyzwiskami - jakikolwiek swój problem… Oczywiście, wiem doskonale, że ani ten wrzask, ani też minusy stawiane przy moich wypowiedziach ani złośliwe komentarze - nie posiadają czarodziejskiej mocy zmieniania opisywanej przeze mnie, naszej smutnej, kalekiej  rzeczywistości społecznej. Ale, żeby to wiedzieć, trzeba być „wykształciuchem” świadomym tego, iż ilość nigdy jednak w jakość nie przechodzi i przejść nigdy w jakość nie zdoła. Zauważył to już bardzo dawno temu mój idol, czyli Sokrates żyjący jakieś 350 lat przed Chrystusem. I właśnie dlatego, sam jeden potrafił stanąć naprzeciw rozgorączkowanego tłumu i krzyknąć, rozłożywszy szeroko ramiona: Stójcie! Większość to jeszcze nie racja!
Żeby tak stanąć samotnie naprzeciw jakiejś siły, to trzeba się wykazać nie byle jaką odwagą czerpaną z siły swojej wiedzy i zbudowanego na jej bazie własnego światopoglądu. Że tak pozwolę sobie przypomnieć mężczyznę  w białej koszuli, który w dniu 4 czerwca 1989 roku, na pekińskim placu Tien an men - sam jeden - odważył się stanąć naprzeciw całej kolumny czołgów… Ale, choć - nie od dzisiaj przecież - staję samotnie naprzeciw sił bezmyślności i różnorakiej maści głupoty, będącej wszak źródłem wszelkiego zła; gdzież tam mojej skromnej niebywale osobie do Sokratesa, czy też tego tam anonimowego Chińczyka, co miał w sobie tyle odwagi, by zatrzymać kolumnę czołgów, stanąwszy na jej drodze… I zrobił to akurat w dniu 4 czerwca 1989 roku, zatem w dacie jakże ważnej - również i dla naszej Polski... 

                                             Piotr Jan Nasiołkowski
 



Napisz komentarz (4 Komentarze)

Homo sapiens skarżysciensis… Piotr Jan Nasiołkowski

Gdyby kózka nie skakała… Mówi stare przysłowie… Ale kózka nie słuchała, skakała i nóżkę złamała, co też stało się dla kózki źródłem wielu nowych doznań, doświadczeń oraz inspiracji… Wszystko za sprawą wymuszonego połamaniem gnatów kontaktu z licznymi i zarazem jakże reprezentatywnymi przedstawicielami tubylczej społeczności, zapędzonej siłą wyższą do miejscowego podziemia rehabilitacyjnego.

Czytaj więcej: Homo sapiens skarżysciensis… Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (24 Komentarzy)

Bór – anatomia zbrodni...Piotr Jan Nasiołkowski

Jak zawsze w lutym, tym najbardziej mroźnym miesiącu każdego roku, mieszkańcy Skarżyska zebrali się w lesie na Borze, gdzie - przed siedemdziesięciu siedmiu laty - hitlerowscy okupanci zadali naszemu miastu głęboką, bolesną ranę. Mawia się, że czas leczy rany. Jednakże coroczne, tłumne oddawanie przez skarżyszczan czci pamięci ofiar wojennej zbrodni, wówczas pomordowanych  i spoczywających w leśnej, zbiorowej mogile na Borze, przekonuje nas o tym, iż - pomimo upływu tylu lat - rana zadana wówczas naszemu miastu zbrodniczą ręką okupanta; po dzień dzisiejszy - nie zdołała się jednak  zabliźnić. Niespecjalnego trzeba trudu, żeby uruchomić wyobraźnię i zobaczyć istny tłum tych 360 ofiar - zamordowanych i pogrzebanych w tym miejscu... Jeśli się sobie uzmysłowi, że już na samym początku wojny, zamordowano w tym miejscu aż tylu, spośród 21 tysięcy ówczesnych mieszkańców naszego miasta, pozwala to zrozumieć tragiczną wymowę tej wojennej zbrodni. Pozwala zrozumieć oddziaływanie jej tragizmu i brutalnej bezwzględności na najbliższych ofiar. Na krewnych, przyjaciół, sąsiadów...

Czytaj więcej: Bór – anatomia zbrodni...Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (33 Komentarzy)

Opowiastka wigilijna

Tamten wieczór wigilijny, sprzed lat - był jednocześnie wieczorem kawalerskim mojego kolegi licealnego, który - tak jakoś – aż dwukrotnie nie zdołał sforsować bariery egzaminów wstępnych  pozwalających mu na triumfalne wkroczenie w progi uczelni wyższych. Więc niemożność ta zrodziła – niejako automatycznie - konieczność życiową zastąpienia ambicji uniwersytecko – edukacyjnych, kursem stosownym, w sam raz akurat wystarczającym do dostąpienie zaszczytu poznawania piękna rodzimych, naszych krajobrazów z perspektywy wyżyny okna przez się prowadzonego elektrowozu ciągnącego za sobą długaśne ogonisko towarowych wagonów.

Czytaj więcej: Opowiastka wigilijna

Napisz komentarz (12 Komentarzy)
Napisz komentarz (14 Komentarzy)
Napisz komentarz (31 Komentarzy)
Napisz komentarz (86 Komentarzy)

Amerykański sen prezydenta

ameryka skoZa nami dziewięć miesięcy sprawowania władzy nowego prezydenta. Wydawać się może, że jest to kadencja nieustających sukcesów, a prezydent to sprawnie zarządzający miastem menadżer. O to, by mieszkańcy mieli dokładnie takie wrażenie umiejętnie dba sam wraz z otaczającymi go współpracownikami, wykorzystując do tego „zaprzyjaźnione”  media.

Czytaj więcej: Amerykański sen prezydenta

Napisz komentarz (32 Komentarzy)
Napisz komentarz (0 Komentarzy)
Napisz komentarz (62 Komentarzy)
Napisz komentarz (6 Komentarzy)

Ostatnie komentarze

  • aesop powiedział(a) Więcej
    hej gruby cialem/cienki kultura piotrek.......a moze ty bes wystartowal,ze swoja lysa pala i chamstwem napewno bys... 16 godzin temu
  • Kawalerzysta powiedział(a) Więcej
    Czy koń Mecenasa ponownie odegra znaczącą rolę w tle konkursu ;) ??
    1 dzień temu
  • Antonina powiedział(a) Więcej
    Panie Piotrze czy napisze pan kiedyś jakikolwiek artykuł lub komentarz krótszy niż 7 stron? Tego nikt nie czyta! To... 1 dzień temu