Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Jak rozpętano II wojnę światową... - Piotr Jan Nasiołkowski

Podpisanie w Moskwie w dniu 23 sierpnia 1939 roku sławetnego Paktu Ribbentrop-Mołotow otworzyło Niemcom drogę do rozpętania jakże przez nich wytęsknionej nowej wojny.

Tak właśnie znaczenie sowiecko-niemieckiego porozumienia oceniał Ernst Freiherr von Weizsäcker ojciec dwóch żołnierzy Wehrmachtu, w tym późniejszego prezydenta Republiki Federalnej Niemiec. Ernst Freiherr von Weizsäcker był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych III Rzeszy. O tym, że ocena ta była właściwą przekonuje nas to, iż niezwłocznie po podpisaniu tego sowiecko-niemieckiego porozumienia - ze szczecińskiego portu natychmiast wypłynął do Świnoujścia „Schleswig Holstein”, gdzie podczas krótkiego postoju pobrał zapas amunicji artyleryjskiej. Następnie pancernik wziął kurs na Gdańsk. Jednocześnie z Kłajpedy anektowanej przez III Rzeszę w marcu 1939 roku wypłynęła flotylla trałowców wioząca na swoim pokładzie 220 żołnierzy kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Trałowce spotkały się ze „Schleswigiem Holsteinem” na pełnym morzu, na wysokości Ustki. Dowodzeni przez porucznika Wilhelma Henningsena żołnierze przeszli na pokład, a raczej pod pokład pancernika. Była noc z 24 na 25 sierpnia 1939 roku. Rankiem 26 sierpnia kompania szturmowa miała zaatakować Westerplatte leżące u wejścia do gdańskiego portu.


FOT. 25 sierpnia 1939 r. Holowniki wychodzące z gdańskiego portu po Schleswiga Holsteina
 


FOT. 25 sierpnia 1939 r. Schleswig Holstein wchodzi do portu gdańskiego
 

    W piątek, 25 sierpnia 1939 roku tłumy gdańszczan zgromadzonych na nabrzeżu portowym entuzjastycznie witały wpływający majestatycznie do Gdańska z kurtuazyjną jakoby wizytą - szkolny pancernik „Schleswig-Holstein”. Niemcy planowali pierwotnie, że do Gdańska zawinie krążownik „Königsberg”. O zmianie tej decyzji przesądziło jednak porównanie siły artyleryjskiego ognia obydwu tych okrętów. „Schleswig-Holstein” wyposażony był bowiem w działa większego kalibru, pozwalające na prowadzenie z gdańskiego portu ostrzału nie tylko Westerplatte, ale również Gdyni oraz umocnień naszej bazy marynarki wojennej na półwyspie Hel.
 
    Witany owacyjnie przez gdańszczan, pancernik „Schleswig - Holstein” zakotwiczył dokładnie naprzeciwko polskiej placówki na Westerplatte. Przejęci na pełnym morzu i ukryci pod pokładem pancernika żołnierze kompanii morskiej czekali na sygnał do ataku.


FOT. Schleswig Holstein witany entuzjastycznie w porcie gdańskim
 


FOT. 25 sierpnia 1939 r. Te działa Schleswiga Holsteina następnego dnia miały rozpocząć wojnę ostrzałem Westerplatte.
 


FOT. Stłoczeni pod pokładem pancernika Schleswig-Holstein żołnierze kompanii morskiej oczekują na wybuch wojny
 


FOT. Powitanie Schleswiga-Holsteina w Gdańsku 25 sierpnia 1939
 


FOT. Nabrzeże portu gdańskiego pełne gdańszczan entuzjastycznie witających w dniu 25 sierpnia 1939 roku zwiastuna nadciągającej wojny
 


FOT.  Gdańszczanie witają Schleswiga-Holsteina


FOT.Schleswig Holstein cumuje przy gdańskim nabrzeżu w dniu 25 sierpnia 1939 roku.




FOT. Uroczyste przemówienia powitalne z okazji wpłynięcia w dniu 25 sierpnia 1939 roku do gdańskiego portu Schleswiga Holsteina.
 

    Nie należy bowiem zapominać, że realizacja „Fall Weiss” miała pierwotnie rozpocząć się o świcie 26 sierpnia 1939 roku. Kolumny niemieckie maszerujące już w kierunku granicy zostały zatrzymane odgórnym rozkazem dopiero w ostatniej chwili. Wszystkie oprócz jednego, do którego rozkaz ten nie zdołał dotrzeć, w efekcie czego regularny oddział niemieckiego Wehrmachtu o świcie 26 sierpnia 1939 roku przekroczył naszą południową granicę.
 
Dnia 25 sierpnia Wielka Brytania udzieliła Polsce gwarancji przyjścia z pomocą militarną w przypadku niemieckiej agresji. Było to niejako potwierdzeniem wcześniejszej umowy sojuszniczej, co postrzegać należy jako brytyjską reakcję na wieść o zawartym dwa dni wcześniej sojuszu Hitlera ze Stalinem. Informacja o tym nieoczekiwanym sojuszu przekazana stronie polskiej przez Anglików została jednak przez nasze władze zlekceważona.
 
    Brytyjska dyplomacja przyczyniła się więc nieopatrznie do tego, że żołnierze kompanii szturmowej porucznika Wilhelma Henningsena musieli tłoczyć się pod pokładem „Schleswiga - Holsteina” jeszcze przez kilka dni - aż do północy z 31 sierpnia na 1 września.
    A tymczasem nad Wartą, od pierwszych godzin nocnych dnia 1 września 1939 roku na jednej z tych najbardziej wysuniętych na zachód pozycji - mój stryj Stefan, wraz z innymi żołnierzami 30. Polskiego Pułku Artylerii Lekkiej, oczekiwał na rozpoczęcie natarcia przez siły zbrojne III Rzeszy. Bombardier Stefan Nasiołkowski, najstarszy syn mojego dziadka, służył w wojsku już od prawie dwóch lat, a więc należał do rocznika żołnierzy optymalnie wyszkolonych. Po drugiej stronie granicy do zaatakowania pozycji 30. Polskiej Dywizji Piechoty przygotowywały się jednostki wchodzące w skład dowodzonego przez generała artylerii Emila von Leeba XI Korpusu Wehrmachtu, stanowiącego część VIII Armii, na czele której stał generał Johannes von Blaskowitz. Były to dwie dywizje: dowodzona przez generała porucznika Friedricha-Carla Cranza 18. Dywizja Piechoty oraz 19. Dolnosaksońska Dywizja Piechoty, podlegająca komendzie generała porucznika Günthera Schwantesa.


FOT.  Bombardier Stefan Nasiołkowski
 

    W tym samym czasie w Gdańsku, z pokładu zakotwiczonego w Nowym Porcie pancernika „Schleswig Holstein” schodzili już na ląd przywiezieni z Kłajpedy żołnierze kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Ich zadaniem było zdobycie szturmem polskiej placówki na Westerplatte. Oczywiście zaplanowano, że natarcie kompanii szturmowej zostanie poprzedzone przygotowaniem artyleryjskim prowadzonym z dział „Schleswiga Holsteina”.
 
    Nim wstał tamten pierwszy wrześniowy świt 1939 roku, już o godzinie 4.00 niemieckie samoloty zbombardowały przygraniczny Wieluń. Pierwsze bomby spadły na miejscowy szpital p.w. Wszystkich Świętych. W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec. Cel został więc wybrany niezwykle starannie. Niemieckie samoloty z niskiego pułapu zrzucające bomby na wieluński szpital zostały nań naprowadzone przez niemieckiego szpiega o nazwisku Stuhle. Był on ponoć uczniem miejscowego gimnazjum. Specjalnie w tym celu przybył do Wielunia z Łodzi.



FOT. Ju-87 - nurkujące bombowce zwane sztukasami. Symbol niemieckiego najazdu na Polskę we wrześniu 1939 roku.


 
    Zaatakowanie oznakowanego czerwonymi krzyżami budynku szpitala miało niewątpliwie na celu zniszczenie zaplecza medycznego, jakże przecież nieodzownego dla potrzeb każdej walczącej armii. W efekcie tamtego nalotu pod gruzami szpitala zginęło trzydzieści dwie osoby w tym dwudziestu sześciu jego pacjentów. Ofiar byłoby zapewne jeszcze więcej, gdyby nie to, że poprzedniego dnia pospiesznie wypisano ze szpitala większość lżej chorych. Jak to już wyżej zostało wspomniane, w przewidywaniu wybuchu wojny szpital najwyraźniej szykował wolne łóżka dla rannych żołnierzy. Tamten nalot przeprowadzony przez Luftwaffe z całkowitego zaskoczenia obrócił to przygraniczne miasto w gruzy i pociągnął za sobą około 1200 śmiertelnych ofiar spośród jego cywilnych mieszkańców oraz okolicznych chłopów, którzy tamtego poranka przyjechali na targ do Wielunia.
 
     Odnotować w tym miejscu należy, że jednostka Luftwaffe Kampfgeschwader 76. Immelmann, której bombowce nurkujące Ju-87 zaatakowały barbarzyńsko przygraniczny 15-tysięczny Wieluń, wchodziła w skład IV floty powietrznej Luftwaffe dowodzonej przez generała majora Wolframa Freiherra von Richthofena. Tego samego, który w dniu 26 kwietnia 1937 roku wydał dowodzonemu przez siebie Legionowi Condor rozkaz starcia z powierzchni ziemi baskijskiego miasteczka Guernica.
 
         W tym samym czasie, gdy na Wieluń spadały już niemieckie bomby, major Tadeusz Kierst dowodzący II Batalionem 84. Pułku Strzelców Polskich otrzymał wiadomość od podporucznika Kazimierza Molteniego dowodzącego zwiadem kolarzy, że już o godzinie 3.45 wojska niemieckie przekroczyły granicę naszego państwa. Stało się to w miejscowości Praszka, skąd po wymianie ognia ze swych stanowisk wyparta została przez Niemców polska straż graniczna. Fakt ten znajduje swoje potwierdzenie także we wspomnieniach majora Stanisława Nikodemowicza, dowódcy I dywizjonu 30. Polskiego Pułku Artylerii Lekkiej, w których pisze on o strzałach karabinowych słyszanych z kierunku granicy już o godzinie 3.40. Nie był to bynajmniej odosobniony incydent graniczny tego rodzaju. W obszarze granicznym obsadzonym siłami Armii „Łódź” odnotowano jeszcze co najmniej dwa tego rodzaju zdarzenia. Jak sądzę, ostrzelanie przez Niemców posterunków naszej straży granicznej na całą godzinę przed przystąpieniem do realizacji działań zaszyfrowanych kryptonimem „Fall Weiss” miało na celu wyparcie ze swych stanowisk polskiej straży granicznej — zapewne po to, by jednostki Wehrmachtu zgrupowane po drugiej stronie granicy i przygotowane do jej przekroczenia mogły uczynić to bez żadnych już przeszkód o zaplanowanej odgórnie godzinie 4.45. Na wieść o słyszanych od granicy strzałach major Stanisław Nikodemowicz udał się na dywizjonowy posterunek obserwacyjny i wydał rozkazy gotowości otwarcia ognia zaporowego w postaci dwóch ześrodkowań na przedpole miejscowości Parzymiechy, skąd oczekiwać należało natarcia broni pancernej nieprzyjaciela. Niespodziewanemu atakowi czołgów na tym odcinku sprzyjało bowiem wybitnie zadrzewienie wsi, rozciągające się na dość bliską odległość od stanowisk naszej piechoty.  
 
    Na północnym odcinku granicy Rzeczypospolitej jednym z pierwszych celów militarnych niemieckiego dowództwa było opanowanie granicznych mostów w Tczewie. Jeden z nich obsługiwał ruch drogowy, drugi zaś kolejowy. Obydwa równolegle spinały wiślane brzegi. Nurt Wisły stanowił wówczas granicę pomiędzy Polską a terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Nie można zapominać, że Rzeszę od Prus Wschodnich oddzielało polskie Pomorze, zwane przez Niemców „polskim korytarzem”. Uchwycenie nienaruszonych mostów w Tczewie pozwalało nacierającym od zachodu z terytorium III Rzeszy jednostkom Wehrmachtu przejść przez Prusy Wschodnie i bez konieczności prowadzenia walk błyskawicznie wyjść na tyły polskich pozycji. Zarówno Niemcy, jak i Polacy doskonale rozumieli, jakie jest znaczenie tych mostów. Dlatego też w miesiącach letnich 1939 roku przebrani za cywilnych robotników saperzy dowodzeni przez porucznika Norberta Juchtmana zaminowali oba mosty, a niebawem zabezpieczono je także przed niespodziewanym wjazdem ze strony terytorium gdańskiego.



FOT. Wysadzone mosty w Tczewie 1 września 1939


 
    Przygotowując się do wojny, Niemcy oczywiście prowadzili też rozpoznanie mostów w Tczewie. W sierpniu 1939 roku wielokrotnie przejeżdżali przez nie zaopatrzeni w fałszywe paszporty dwaj niemieccy wojskowi: pułkownik Karl Busick oraz porucznik Bruno Dilley, dowódca stacjonującego w Elblągu klucza nurkujących Junkersów 87.
 
    Niemcy zaplanowali atak bombowców w sposób zsynchronizowany z wjazdem od strony Malborka rozkładowego pociągu, w którym mieli znajdować się ukryci żołnierze Wehrmachtu. W dniu 1 września o godzinie 4.34 dowodzone przez porucznika Dilleya samoloty Luftwaffe zaatakowały pozycje polskich saperów. Niemieckie bomby spowodowały wprawdzie zerwanie kabli, które łączyły ładunki wybuchowe na mostach z pozycjami polskich saperów, ale za sprawą działań polskich kolejarzy z granicznej stacji Szymankowo wjazd żołnierzy Wehrmachtu na most kolejowy się nie udał. Pociąg-zasadzka został skierowany na ślepy tor, zaś z polskich pozycji padły strzały. Uszkodzone kable niezwłocznie naprawiono. O godzinie 6.10 pierwsza detonacja zniszczyła przęsła mostów od strony Lisewa, zaś o godzinie 6.40 nastąpiła druga detonacja niszcząca przęsła mostów od strony Tczewa. Porucznik Norbert Juchtman i jego saperzy wykonali swoje zadanie.
 
    Niemieckie natarcie rozpoczynające wojnę przeciwko Polsce wyszło z rejonu pomiędzy dwoma śląskimi miastami, które dziś zwą się Kluczbork i Olesno, zaś wówczas nosiły niemieckie nazwy Kreuzburg i Rosenberg.
 
    W świetle powyższego ze wszech miar mylny jawi się być głęboko jednak w świadomości naszej zakorzeniony powszechny pogląd, że wojnę zapoczątkowała salwa oddana z dział pancernika „Schleswig-Holstein” w kierunku Westerplatte. Tak naprawdę, to w momencie oddawania pierwszej salwy z zakotwiczonego w Gdańsku pancernika już od godziny trwała wojna rozpoczęta daleko nad Wartą. Zatem efektowne przygotowanie artyleryjskie kładące ogień na polską placówkę na Westerplatte posiadać może jedynie wymowę czysto symboliczną z powodu swej medialnej nośności.



FOT. Schleswig-Holstein Ostrzał Westerplatte
 


FOT. Szturm Westerplatte


FOT.  Płonące Westerplatte po nalocie stukasów 3 września 1939
 


FOT. Gdańsk Srebrzysko. Pochówek żołnierzy niemieckich poległych w ataku na Westerplatte
 


FOT. Gdańsk Srebrzysko. Pogrzeb niemieckich żołnierzy poległych podczas szturmu Westerplatte.


 
    Właściwie trudno się temu nawet specjalnie dziwić. Cały świat bowiem doskonale wiedział, że roszczenia terytorialne wysuwane przez Hitlera pod adresem Polski odnosiły się między innymi także do likwidacji statusu Wolnego Miasta Gdańska. Tymczasem śpiewany ówcześnie przez Maurice’a Chevaliera (jakże chwytliwy) szlagier mówiący o tym, że Francuzi nie mają najmniejszego zamiaru umierać za jakiś tam Gdańsk, nie wiadomo nawet gdzie leżący — wywoływał nie lada zachwyt francuskich żołnierzy, obsadzających niezdobyte jeszcze wówczas, gdyż przez nikogo do tej pory nie szturmowane, fortyfikacje linii Maginota.
 
    O godzinie 5.00, kiedy już od niecałych piętnastu minut pancernik „Schleswig - Holstein” w najlepsze prowadził ogień ze wszystkich swoich dział, atak dziesięciu Stukasów doszczętnie zniszczył bombami centrum Działoszyna, jakże przecież odległego od Gdańska, Westerplatte oraz francuskich umocnień. Przeprowadzony pół godziny później następny nalot powiększył rozmiary zniszczeń i wzniecił liczne pożary. Trzeci atak z powietrza wykonany kwadrans po godzinie dziewiątej, tym razem przez formację złożoną już z trzydziestu Stukasów, dokonał dzieła doszczętnego niemal zniszczenia całego tego przygranicznego miasteczka, które znajdowało się już w zasięgu działania wrogiej artylerii również wciąż ostrzeliwującej zadymiony i płonący Działoszyn. Trzykrotny atak niemieckich bombowców oraz ostrzał artyleryjski pociągnęły za sobą śmierć około 100 cywilów, w tym 70 mieszkańców Działoszyna w przeważającej mierze należących do kręgów miejscowej biedoty żydowskiej.
 
    Pomiędzy drugim i trzecim nalotem Luftwaffe na Działoszyn, dokonanym przez maszyny należące do 76 i 77 Stukageschwader, dokładnie zaś o godz. 7.00, w kierunku niemieckich pozycji wyruszyło jedenaście polskich tankietek wchodzących w skład 41 kompanii czołgów rozpoznawczych TK. Tą pancerną formacją dowodził kapitan Tadeusz Witanowski. Uzbrojeniem tankietki był jedynie wielkokalibrowy karabin maszynowy. Powróciwszy po godzinie ze swojego pierwszego rajdu bojowego, nasze tankietki przedefilowały przed pozycjami drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Na pierwszym pojeździe zatknięto kij, na którym pancerniacy fantazyjnie zawiesili swoje wojenne trofeum - niemiecki płaszcz oficerski oraz hełm. Jest wielce prawdopodobne, że były to części umundurowania i ekwipunku poległego od salwy polskiej artylerii w Zimnej Wodzie podpułkownika Hoehne, dowódcy niemieckiego 73. pułku piechoty, którą to stratę skrupulatnie odnotował w swej książce generał Otto von Knobelsdorff. Niemiecki kronikarz otwarcie przyznaje, że śmierć podpułkownika Hoehne stała się pretekstem do rozstrzelania przez żołnierzy 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty - już pierwszego dnia wojny - 136 mieszkańców przygranicznej wsi Zimna Woda; w tym Antoniny Kęsik, położnicy trzymającej na ręku niemowlę urodzone ostatniego dnia pokoju...   

Piotr Jan Nasiołkowski


 


 


 

 


 

 


FOT. Wrzesień. 1939 r. Oddziały Wehrmachtu wkraczają do zbombardowanego Wielunia.
 


FOT. Zniszczony Wieluń
 


FOT.  Zniszczony Wieluń
 


FOT.Generał Wolfram von Richthofen
 


FOT. Kolumna niemieckiej 18 dywizji piechoty przekracza polską granicę
 


FOT. Szpica niemieckiej 18 dywizji piechoty Wehrmachtu
 


FOT.  Przed spalonym domem
 


FOT. Wrzesień 1939 roku. Gdzieś w Polsce. Polskie dzieci i ich matka zabite przez lotnika Luftwaffe.
 


FOT.  Rozstrzelani przez niemieckich żołnierzy w dniu 1 września 1939 roku, mieszkańcy polskiej ws Zimna Woda
 

Ilustrujące artykuł fotografie pochodzą z archiwum prywatnego Piotra Jana Nasiołkowskiego.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Ostatnie komentarze

  • Mariola Kolasa powiedział(a) Więcej
    A co w tym złego Profesorku ? Ty też czasem zsiądź z konia i pokaż że też coś potrafisz ? Tytuły naukowe nie... 3 godzin temu
  • Mariola Kolasa powiedział(a) Więcej
    Może warto Heniu czasem odejść od kompa i spróbować swoich umiejętności ? Tylko mierni i beznadziejni ludzie... 3 godzin temu
  • Damian powiedział(a) Więcej
    Impreza bardzo udana. Jedynym minusem była temperatura na hali sportowej. Zastanawiam się aby zwrócić się do... 4 godzin temu