Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Bój pod Jeżowem - Piotr Jan Nasiołkowski

    
Opuszczając rejon Tuszyna po walkach, jakie w dniu 7 września toczyła tam 30. Poleska Dywizja Piechoty - dowodzony przez majora Stanisława Nikodemowicza I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej miał wycofywać się maszerując trasą Rzgów - Grodzisko - Jordanów.....

Oznaczało to, że ten odcinek drogi artylerzyści mieli pokonać wspólnie z 82. Pułkiem Strzelców Syberyjskich pozostającym pod komendą podpułkownika Antoniego Chruściela. Następnego dnia, około godziny 8.00 formacje te obsadziły rejon wsi Grzmiąca. W ten to sposób zamknięto przed nieprzyjacielem drogę łączącą Brzeziny ze Strykowem. Pomimo kilkakrotnych ataków niemieckiego lotnictwa maszerująca w kierunku powiatowego miasteczka Brzeziny, druga bateria dowodzona przez porucznika Leona Witkowskiego, nie poniosła  żadnych strat.


Fot.1 Brześć, 1938r. korpus oficerski 30. Poleskiego Półku Artylerii Lekkiej

    Relacje uczestników tamtych wydarzeń - mówią natomiast, że właśnie w okolicach Brzezin, w - poprzedzającym bitwę pod Jeżowem - dniu 8 września kompletnie została zniszczona jedna spośród trzech baterii, wchodzących w skład 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Bateria ta należała  najprawdopodobniej do dowodzonego przez majora Aleksandra Makowitza II dywizjonu, który rankiem tamtego dnia, dokładniej zaś mówiąc - o godzinie 9.00, przemaszerował przez Brzeziny. Zdaje się na to wskazywać przydzielone II dywizjonowi zadanie, jakim było wspieranie ogniem 83. Pułku Strzelców Poleskich, który obsadzał linię lasu nieopodal Szymaniszek. Pozycje te pozwalały naszym formacjom na panowanie nad szosą łączącą Brzeziny z Kołacinem. Nie był to jedyny atak, jaki samoloty Luftwaffe w rejonie Brzezin przypuściły tamtego dnia na maszerujące kolumny 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Otóż w chwili, gdy ósma bateria wkraczała pomiędzy zabudowania miasteczka, zaś dziewiąta przechodziła akurat przez rynek w Brzezinach - nagle  pojawiły się niemieckie samoloty, które zaatakowały ósmą i dziewiątą baterię. Efektem tamtego nalotu była masakra koni zaprzęgowych dziewiątej baterii. Na szczęście tym razem obyło się jednak bez strat w ludziach. Podczas tego nalotu, powożony przez kanoniera Moncarza wóz taborowy wjechał do rzeczki, zamiast na przerzucony nad nią mostek. Nie bacząc zupełnie na wybuchy bomb, warkot silników harcujących po niebie wrogich samolotów, ani na komendy woźnicy, spragniony koń aż po oczy zanurzył łeb w wodzie. Wóz wszystkimi czterema kołami ugrzązł w mulistym dnie rzeki. Pomimo podejmowanych wysiłków nie udało się go już wydobyć. Podchorąży Grodzicki rozkazał więc swoim żołnierzom wyprzęgnąć konia, a ładunek przełożyć na inny wóz. Niebawem znaleziono porzucony pusty wóz, więc kanonier Moncarz zaprzągł do niego swojego konia, zaś żołnierze pospiesznie przełożyli na ten wóz cały ładunek uratowany z porzuconego wozu. Przekonany o nie byle jakim sprycie swojego podkomendnego, podchorąży Janusz Grodzicki dał kanonierowi Moncarzowi adres swojej matki  z prośbą, by ją zawiadomił o jego losie, gdyby mu się coś przydarzyło. Wówczas o taką samą przysługę kanonier Moncarz poprosił też swojego dowódcę. Niebawem znów nadleciały nieprzyjacielskie samoloty i las ponownie znalazł się pod silnym ostrzałem ich pokładowych karabinów maszynowych. Wtedy to właśnie, nie bacząc na niebezpieczeństwo, dowódca II plutonu ósmej baterii podchorąży Janusz Grodzicki - wspólnie z kapralem Sarną oraz trójką jezdnych - wydostali spod ognia maszyn Luftwaffe wywróconą na rogatkach Brzezin haubicę oraz dwa porzucone jaszcze z amunicją. Pomimo wściekłego ostrzału prowadzonego z karabinów maszynowych przez - co i rusz - nadlatujące samoloty, żołnierze zdołali powymieniać połamane dyszle, dzięki czemu dywizjon znów dysponował pełnym stanem posiadania dział oraz jaszczy. Za ten to właśnie czyn, w momencie kapitulacji Twierdzy Modlin, podchorąży Janusz Grodzicki został odznaczony Krzyżem Walecznych.

    Około godziny 16.00 artyleria niemiecka położyła ogień zaporowy, zamykający naszym formacjom wyjście z Brzezin. Po jego sforsowaniu zarówno 84. Pułk Strzelców Poleskich, jak i towarzyszący mu III dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej - około godziny 17.00 - znalazły się w zalesionym terenie położonym nieco na północny wschód od miasteczka Brzeziny.

    Na marginesie warto zaznaczyć, że powiat brzeziński zamieszkiwała mniejszość niemiecka stanowiąca tutaj aż 44% ogólnej liczby mieszkańców. Oznaczało to, że formacje naszego wojska były w tym rejonie konfrontowane ze szczególnie intensywną aktywnością niemieckich dywersantów oraz wrogiego wywiadu.

    Tymczasem major Adam Fedorko otrzymał rozkaz zameldowania się u pułkownika Zygmunta Łakińskiego, dowódcy całości artylerii dywizyjnej. Zaraz potem rozkazano mu stawić się na odprawę dowódców pułków i dywizjonów. Odprawa odbyła się w lesie około jednego do dwóch kilometrów na zachód od dworu Kołacin. Omawiający położenie generał Cehak poinformował uczestników odprawy o tym, że 30. Poleska Dywizja Piechoty została właściwie otoczona przez nieprzyjaciela. W tej sytuacji dowódca dywizji nakazał jednostkom ukrycie się i podjęcie w nocy próby przebicia się przez jedyny jeszcze nie zniszczony most znajdujący się nieopodal dworu Kołacin. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku major Fedorko rozpoznał mosty i drogi dojazdowe. Podjął też decyzję o przeprowadzeniu dwóch baterii przez most przy młynie, mimo że posiadał on uszkodzoną nawierzchnię jezdni (którą w szybkim tempie naprawił jednak zwiad i obsługa). Swojej trzeciej baterii dowódca  III dywizjonu nakazał przeprawić się mostem drogowym. Kiedy o ustalonej porze nasza piechota wyruszyła w drogę, natychmiast odezwały się nieprzyjacielskie cekaemy. Na szczęście ich ogień okazał się być prawie zupełnie nieskuteczny. Po przejściu mostu III dywizjon włączył się do kolumny marszowej tuż za oddziałem saperów. Po kilku godzinach marszu do dowódcy 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej podpułkownika Zygmunta Lewandowskiego jadącego z majorem Adamem Fedorką podjechał samochodem dowódca artylerii dywizyjnej pułkownik Zygmunt Łakiński.

    Dywizjon zatrzymał się, a piechota pomaszerowała dalej. W świetle latarki i wśród zgiełku wywołanego marszem kolumny piechoty - pułkownik Łakiński omówił krótko położenie, wskazując rejony postoju, w których następnego dnia miały się zatrzymać poszczególne pułki. Wskazał także rejony, w których poszczególne baterie artyleryjskie miały zająć stanowiska ogniowe. Po krótkim odpoczynku III dywizjon ruszył w dalszą drogę. Kiedy po jakimś czasie artylerzyści dotarli do wskazanego im rejonu, którym były zabudowania jakiegoś dworu, nigdzie nie zastali żadnych formacji naszej piechoty. Rozesłane patrole zwiadowców z oficerami powróciły bez oczekiwanego rezultatu. Niebawem zaś odezwały się w pobliżu nieprzyjacielskie karabiny maszynowe,  a niebo rozświetliły rakiety sygnalizacyjne. Również ponowne wysłanie patroli do pobliskich lasów nie dało żadnych absolutnie rezultatów. Wraz z nastaniem świtu coraz bardziej nasilała się słyszalność ognia nieprzyjacielskich karabinów maszynowych. Coraz bliżej też strzelały w niebo rakiety sygnalizacyjne. W tej sytuacji major Adam Fedorko zasugerował dowódcy pułku opuszczenie tego miejsca i przeniesienie się do lasu odległego o jakieś trzy kilometry.
    Pułkownik zaaprobował ten plan dowódcy III dywizjonu. Kolejne próby nawiązania kontaktu z piechotą, podjęte przez majora Fedorkę z tego nowego już miejsca postoju dywizjonu, również nie dały pozytywnych rezultatów. W końcu jednak dowódca 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej podpułkownik Zygmunt Lewandowski spotkał generała Wiktora Thommeé, który wskazał mu miejsce, gdzie aktualnie powinna znajdować się jego macierzysta dywizja. Dowódca pułku postanowił pojechać tam samochodem, lecz potem plan ten zmienił i do miejsca stacjonowania dywizji usiłował dotrzeć konno. Na wynik tej wyprawy dowódcy swojego pułku major Adam Fedorko wraz z dowodzonym przez siebie dywizjonem bezskutecznie oczekiwał aż do godzin popołudniowych. Jednocześnie na własną rękę poszukiwał możliwości nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z siłami głównymi 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, ale mu się to nie udało.

    Nie można oczywiście przejść do porządku dziennego nad tym, że w dostępnej mi literaturze spotkałem się także ze zgoła inną wersją opisu okoliczności utraty przez III dywizjon kontaktu z głównymi siłami macierzystej, 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Podaje się tam mianowicie, że dywizjon majora Adama Fedorki odszedł spod Brzezin wcześniej w warunkach nieposiadania łączności z resztą swojego macierzystego pułku. Przyczyny tego stanu rzeczy upatruje się w prawdopodobnym zaatakowaniu dowodzonego przez majora Adama Fedorkę III dywizjonu przez Luftwaffe i zaraz potem przez broń pancerną nieprzyjaciela, nacierającą z kierunków miejscowości Małczew i Gałkówek. Przy tej okazji, skutkiem ognia prowadzonego przez karabiny maszynowe niemieckich czołgów miała być utrata przez III dywizjon kolumny amunicyjnej i części taborów.

    Otóż należy zauważyć, że gdyby ta wersja wydarzeń była prawdziwa,  z całą pewnością znalazłaby swoje odbicie w obszernych wspomnieniach dowódcy dywizjonu. Ponad wszelką wątpliwość; te właśnie wspomnienia są najbardziej wiarygodnym materiałem źródłowym i dlatego właśnie na nich się oparłem, dokonując ustaleń odnośnie przyczyn odłączenia się III dywizjonu od reszty sił macierzystej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty.

    Zważyć należy, że próżno jest szukać we wspomnieniach majora Fedorki relacji o jakimkolwiek kontakcie z nieprzyjacielską bronią pancerną pod Gałkówkiem, czy też Małczewem. Ponadto w swojej relacji, dowódca  III dywizjonu szczegółowo opisuje, wyżej już przytoczone, okoliczności wcześniejszej utraty dywizjonowej kolumny amunicyjnej pod Dłutowem. A więc jeszcze na etapie poprzedzającym walki pod Tuszynem. Co się zaś tyczy utraty powierzonych jego pieczy dywizjonowych taborów, major Adam Fedorko we własnoręcznie spisanej relacji również podaje, że utracił z nimi kontakt już w fazie przedwstępnej działań bojowych, gdy - zgodnie z otrzymanym rozkazem - odesłał je do zgrupowania taborów dywizji.
    Nie można też nie zauważyć, że maszerująca kolumna artylerii, która znalazłaby się w zasięgu broni maszynowej nieprzyjacielskich czołgów, tym bardziej byłaby narażona na ich ogień armatni. Czynnik ten w połączeniu  z mobilnością broni pancernej przesądzałyby o absolutnej bezbronności kolumny artyleryjskiej, co wprost musiałoby doprowadzić do zagłady całego III dywizjonu. Nie jest bowiem w najmniejszym stopniu prawdopodobne, żeby niemieckie zagony pancerne dysponujące przewagą ogniową oraz manewrową - pozwoliły ujść zaatakowanej przez siebie kolumnie artyleryjskiej przeciwnika. Reasumując więc; przyczyną utraty kontaktu III dywizjonu z resztą sił macierzystej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty nie mógł być atak niemieckich czołgów.  

    Summa summarum, w dniu 9 września 1939 roku stumilimetrowe haubice III dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej nie brały udziału w bitwie, która toczyła się tamtego dnia wśród pól i lasów rozciągających się pomiędzy Przyłękiem i Jeżowem. A to z tej przyczyny, że dowodzony przez majora Adama Fedorkę III dywizjon, utraciwszy kontakt z głównymi siłami 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, zgrupował się w tym czasie w kompleksie leśnym należącym do wsi Lipce (nieco na południe od Chlebowa). Dowódca artylerii dywizyjnej pułkownik Zygmunt Łakiński odpowiedzialnością za odłączenie się III dywizjonu od reszty sił 30. Poleskiej Dywizji Piechoty obarcza wyłącznie podpułkownika Zygmunta Lewandowskiego, dowódcę 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Podnosi wręcz, że oficer ten był najprawdopodobniej uzależniony od morfiny. Według pułkownika Łakińskiego brak tego narkotyku spowodował, że uzależniony od niego podpułkownik Zygmunt Lewandowski zawiódł na całej linii, i to do tego stopnia, że począwszy od dnia 6 września, trzeba go było pomijać w służbowej drodze wydawania rozkazów. Pułkownik Zygmunt Łakiński, wydając rozkazy, zwracał się od tamtej pory bezpośrednio do dowódców poszczególnych dywizjonów.  

    Major Adam Fedorko we wrześniu 1939 roku nie spotkał już więcej dowódcy swojego pułku, który także nie zdołał dotrzeć do miejsc koncentracji swej macierzystej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, toczącej już wówczas zacięty bój pod Jeżowem. Zapewne to ta właśnie, zaistniała sytuacja wymusiła na podpułkowniku Zygmuncie Lewandowskim przyłączenie się do zgrupowania 31. Pułku Strzelców Kaniowskich dowodzonego przez pułkownika Wincentego Wnuka. Z tym ugrupowaniem dowódca 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej dotrwał do samego końca walk toczonych w ramach wrześniowej wojny obronnej. Ten epizod został dość szczegółowo opisany we wspomnieniach kapitana Alojzego Piwowara, dowódcy pierwszej baterii.

    Około południa 9 września, major Adam Fedorko natrafił w końcu na spiesznie wycofujące się w kierunku Skierniewic oddziały 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Oficerowie poinformowali dowódcę III dywizjonu, że są ostatnimi wycofującymi się polskimi oddziałami ściganymi przez znajdujące się już bardzo blisko siły nieprzyjaciela. W tej sytuacji major Adam Fedorko podjął decyzję o wycofaniu dowodzonego przez siebie III dywizjonu w tym samym kierunku. Trasa jego marszu wiodła przez wsie Bobrowa, Chlebów, Święte Laski do Skierniewic, a następnie do lasów rozciągających się nieopodal Grabina. W trakcie tego marszu major Fedorko natknął się w okolicach Makowa na kolumnę marszową 8. Dywizji Piechoty wraz z dowódcą jej dywizyjnej artylerii pułkownikiem Włodzimierzem Dembińskim. Po niezwłocznym udzieleniu dowódcy III dywizjonu wyjaśnień dotyczących ogólnej sytuacji i położenia naszych wojsk podjęto próby nawiązania łączności radiowej z dowódcą 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, które okazały się jednak bezskuteczne.

    Dywizjon ruszył więc dalej w kierunku Skierniewic. Z uwagi na aktywność nieprzyjacielskiego lotnictwa major Fedorko unikał dróg bitych. Kolumna III dywizjonu przemykała się więc bocznymi, najczęściej leśnymi drogami. Właśnie wtedy major Fedorko po raz drugi podczas tej wojny - zobaczył na niebie lecące nisko nad lasem trzy polskie samoloty. Pod samymi Skierniewicami doszło do spotkania z podpułkownikiem Janem Szusterem, dowodzącym 4. Dywizjonem Artylerii Ciężkiej, przydzielonym do 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Także i ten dywizjon stracił łączność z macierzystą dywizją. Wtedy to major Adam Fedorko dowiedział się też, że nawiązanie łączności  z 30. Poleską Dywizją Piechoty jest już niemożliwe, a to z uwagi na odcięcie dróg przez nieprzyjacielskie formacje. III dywizjon majora Fedorki przez kilka godzin nocnych z wielkim trudem przepychał się przez Skierniewice. Drogi były bowiem zablokowane przez resztki rozmaitych cofających się oddziałów,  a także przez grupy naszych żołnierzy uprzednio już przez Niemców rozbrojonych i puszczonych wolno. Już po wyjściu z miasta, w dniu 9 września, III dywizjon majora Adama Fedorki dołączył ostatecznie do zgrupowania                    2. Dywizji Piechoty Legionów, którą dowodził pułkownik Antoni Stach.

    Tymczasem w ślad za wycofującymi się polskimi formacjami 30. Poleskiej Dywizji Piechoty nieustannie podążały oddziały niemieckiej 18. Dywizji Piechoty. Bez przerwy operowało też lotnictwo nieprzyjaciela, zadające nie tylko dotkliwe straty, ale wywołujące też wśród żołnierzy wybuchy paniki, prowadzące co i rusz do rozpraszania jednostek, których ponowne zbieranie wymagało od oficerów prawdziwie nadludzkich wysiłków.

    W tym spanikowanym tłumie wędrującym bezładnie po ustawicznie bombardowanych przez Luftwaffe drogach, wśród cywilnych uciekinierów oraz złorzeczących Niemcom i swojemu losowi żołnierzy naszej, permanentnie już cofającej się armii - tkwił też zapewne mój stryj, bombardier Stefan Nasiołkowski. A wraz z nim zaprzęg poleskich koników z mozołem ciągnących za sobą przestarzałe francuskie działo niemożebnie hałasujące swoimi żelaznymi obręczami na polskich drogach brukowanych kocimi łbami.

    Tymczasem, w dniu 8 września niemiecka 18. Dywizja Piechoty w końcu zajęła miasteczko Brzeziny. Dalszy postęp sił nieprzyjacielskich został wprawdzie zahamowany przez II batalion 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców, lecz sytuacja stawała się coraz trudniejsza. W jej obliczu generał Wiktor Thommeé zwołał naradę dowódców we dworze Kołacin, gdzie też jeszcze tego samego dnia, 8 września o godzinie 19.00 podjął decyzję o dalszym odwrocie do lasów w rejonie miejscowości Przyłęk Duży. Planowano pozostać tam w gotowości prowadzenia walk obronnych przez cały następny dzień, by następnie przejść do lasów skierniewickich.

    Fot. 2. Mapa obrazująca położenie w okolicach Brzezin sił polskich            
                      w dniu 8 września 1939 roku

    Fot. 3.  Mapa obrazująca przebieg walk pod Jeżowem w dniu 9 września 1939r.

Autorem map jest Wojciech Zalewski


    Fot. 4. Droga ucieczki Niemców wypartych z pozycji pod Jeżowem

    Porucznik Kazimierz Krasoń w swojej relacji podaje, że po tej odprawie oficerów pułkownik Adam Nadachowski w szczególnie zauważalny i zarazem podniosły sposób pożegnał się ze wszystkimi uczestnikami tej odprawy. Miał przy tej okazji ponoć powiedzieć, że jutro czeka go wykonanie ostatniego już w życiu zadania. A potem dosiadł swego potężnego wałacha i pocwałował do swoich żołnierzy…

    Realizacja rozkazu wycofania sił 30. Poleskiej Dywizji Piechoty została rozpoczęta o godzinie 22.00. I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej odszedł do lasów przyłęckich wraz z 82. Syberyjskim Pułkiem Strzelców trasą wiodącą przez wieś Syberia, folwark Halinów, dwór Kołacin, folwark Kobylin i wieś Stefanów. Natomiast II dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej przypisany został 83. Pułkowi Strzelców Poleskich i wraz z nim maszerował przez wsie Szymaniszki, Mrogę i Stefanów.

    Ruch nieprzyjacielskich czołgów spowodował wówczas ostatecznie odcięcie od całości zgrupowania 30. Poleskiej Dywizji Piechoty dwóch batalionów 84. Pułku Strzelców Poleskich, 2. Brygady Kawalerii oraz 2. pułku artylerii lekkiej.

    W przededniu największej i najbardziej też krwawej dla 30. Poleskiej Dywizji Piechoty bitwy pod Przyłękiem i Jeżowem - jej siły składały się już jedynie z sześciu batalionów piechoty oraz dwóch dywizjonów artylerii, w tym jednego niekompletnego. A jeszcze na domiar wszystkiego złego - II dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej nie posiadał dowódcy, gdyż major Aleksander Makowitz zagubił się gdzieś w trakcie odwrotu i odnalazł się dopiero w Skierniewicach w trakcie odwrotu jego dywizjonu - już po zakończeniu bitwy pod Jeżowem. Właśnie tam major Aleksander Makowitz usiłował zebrać do kupy wszystko to, co pozostało z jego dywizjonu.

    Szacuje się, że w przeddzień bitwy pod Jeżowem - liczebność stanu osobowego dywizji wynosiła około 5000 żołnierzy, co stanowiło zaledwie jakieś 40% jej stanu wyjściowego.

    W sobotę, 9 września, tak przedstawiającym się siłom 30. Poleskiej Dywizji Piechoty dowodzonej przez generała brygady Leopolda Jana Cehaka przyszło toczyć ciężkie walki pod Przyłękiem i Jeżowem, a więc całkiem blisko od Rogowa - gdzie swego czasu - jako dróżnik kolejowy, pracował Władysław Reymont - późniejszy autor uhonorowanej Literacką Nagrodą Nobla powieści rozsławiającej położoną w tej właśnie okolicy wieś Lipce, zwane obecnie Reymontowskimi.
    W boju tym szczególnie wyróżniła się trzecia bateria dowodzona przez porucznika Michała Mańkę. Mianowicie zajechała ona w pełnym galopie przed niemieckie pozycje. Brak niemieckiej reakcji zdaje się świadczyć o tym, że brawura polskich artylerzystów wprawiła nieprzyjaciela w istne  osłupienie. Wykorzystując to, kanonierzy odprzodkowali działa i natychmiast rozpoczęli prowadzenie ognia na wprost do ruchomych celów, niszcząc wiele pojazdów nieprzyjaciela. Dodać należy, że w trakcie tej akcji bateria porucznika Mańki nie poniosła żadnych absolutnie strat!

    W trakcie bitwy pod Jeżowem, zadaniem dowodzonego przez majora Stanisława Nikodemowicza I dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej było udzielanie wsparcia ogniowego dowodzonemu przez podpułkownika Antoniego Chruściela 82. Syberyjskiemu Pułkowi Piechoty, który miał wykonać rozkaz przeprowadzenia natarcia w kierunku na Józefatów i Suliszew z pozycji wyjściowej, jaką był folwark Krosnowa.

    Natomiast pozbawiony dowódcy, majora Aleksandra Makowitza; jego II dywizjon miał udzielać wsparcia dowodzonemu przez pułkownika Adama Nadachowskiego 83. Pułkowi Strzelców Poleskich im. Romualda Traugutta, atakującemu równolegle (choć nieco bardziej na południe) na linii wyznaczonej położeniem miejscowości Krosnowa, Gzów, Janisławice i Rzędków. Celem tego natarcia polskich sił było uchwycenie mostów na Rawce, co miało umożliwić głównym siłom dywizji dalszy odwrót w kierunku wschodnim. Natarcie miało się rozpocząć o godzinie 9.00, lecz generał Wiktor Thommeé przesunął je na godzinę 11.00.

    Tymczasem o godzinie 9.15 rozpoczęło się niemieckie natarcie z rejonu Słupi, wyprowadzone przez Niemców w kierunku Przyłęka Dużego. Tym samym okazało się, że przesunięcie zaplanowanego przez polskie siły natarcia o dwie godziny - było błędem umożliwiającym Niemcom podjęcie manewru zaczepnego.

    Jak zwykle; niemieckie natarcie zostało poprzedzone przygotowaniem artyleryjskim. Mimo to – niemiecki atak został odparty, a następnie o godzinie 10.00, a więc czterdzieści pięć minut pó rozpoczęciu niemieckiej akcji zaczepnej - siły 30. Poleskiej Dywizji Piechoty przystąpiły do kontrataku.

    Dowodzony przez podpułkownika dyplomowanego Antoniego Chruściela 82. Syberyjski Pułk Strzelców im. Tadeusza Kościuszki, wspierany silnym ogniem artyleryjskim I dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, zdobył o godzinie 11.30 folwark Krosnowa, a następnie po niezwykle zaciętych walkach opanował Słupię. W boju tym poległo wielu naszych żołnierzy i oficerów, w tym dowódcy II i III batalionu 83. Pułku Strzelców Poleskich — major Stefan Pękalski oraz major Kazimierz Klimczak. Również Wehrmacht poniósł w tym starciu straty na tyle ciężkie, że ostatecznie wymusiły one na niemieckich jednostkach ich wycofanie się w kierunku wsi Modła i Przybyszyce.

    Fot.5. Poległy pod Jeżowem niemiecki żołnierz

    Po opanowaniu folwarku Krosnowa ruszyły jednocześnie do ataku dwa bataliony 83. Pułku Strzelców Poleskich im. Romualda Traugutta. Ich brawurowa akcja została jednak zatrzymana pomiędzy wsiami Mikulin i Jasienin. Dokonała tego niemiecka artyleria wspólnie z czołgami. Już w początkowej fazie tego ataku, ciężko ranny został dowódca III batalionu major Mieczysław Olędarczyk, którego natychmiast zastąpił kapitan Jan Tyczno.

    W międzyczasie nadeszła wiadomość o tym, że Niemcy zajęli Jeżów i natychmiast pozamykali cywilnych mieszkańców miasteczka w kościele oraz remizie strażackiej. Krótko po tym, szósta kompania, dowodzona przez podporucznika Waldemara Dreiera, podczołgała się niepostrzeżenie do pozycji nieprzyjaciela i poderwawszy się do szturmu na bagnety zdobyła w walce wręcz usytuowane na terenie cegielni gniazda niemieckich karabinów maszynowych. Bezpośrednio po wyparciu Niemców z jeżowskiej cegielni - polscy żołnierze, zadawszy nieprzyjacielowi dotkliwe straty, z dopiero co zdobytych karabinów maszynowych otworzyli ogień do pospiesznie i zarazem chaotycznie się wycofujących nieprzyjacielskich formacji. Wywołało to wybuch nie byle jakiej paniki wśród Niemców. Niemieccy żołnierze uciekali na oślep, porzucając broń. Doszło nawet do opuszczenia przez Niemców ich stanowisk artyleryjskich.

    Fot. 6. Droga po wycofaniu się spod Jeżowa 30. Poleskiej Dywizji Piechoty

    Fot. 7. Wrześniowe pobojowisko pod Jeżowem

    Fot. 8. Las Przyłęcki. Rozbite polskie tabory

    Następnie polscy żołnierze podpalili zabudowania w przylegającej do cegielni części Jeżowa. Korzystając z osłony dymów oraz wywołanej przez siebie dezorganizacji w szykach nieprzyjaciela, sprawnie wycofali się z zajętych przez siebie stanowisk. Odnotować należy, że w trakcie tamtego starcia wręcz poległ dowódca szóstej kompanii podporucznik Waldemar Dreier.

    Tak zupełnie mimochodem przypominam sobie, że wśród mogił szeregowych niemieckich żołnierzy poległych w pierwszej fazie walk I Wojny Światowej i spoczywających dziś na radomskim cmentarzu ewangelickim znalazłem także nazwisko Dreier. Dokładniej zaś mówiąc, ten niemiecki żołnierz nazywał się Ignacy Dreier. Kto wie; być może poległy w walce o jeżowską cegielnię młody, polski oficer był jego synem?

    Aktywność bojowa pododdziałów 30. Poleskiej Dywizji Piechoty skutecznie nacierającej na pozycje niemieckiej 18. Dywizji Piechoty w okolicach Przyłęka i Jeżowa wymusiła na dowództwie XI Korpusu Wehrmachtu zatrzymanie w rejonie Głuchowa marszu 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty, dowodzonej przez generała porucznika Günthera Schwantesa. To zaś, pomimo czterokrotnej przewagi nieprzyjaciela, pozwoliło polskim siłom zgrupowanym w okolicach Słupi, Rogowa, Jeżowa i Przyłęka na wyjście z okrążenia. A wszystko to za przyczyną wymuszonego sytuacją bojową rozkazu generała Emila von Leeba, dowodzącego niemieckim XI Korpusem Wehrmachtu. Generał Emil von Leeb, oceniając położenie dowodzonej przez generała porucznika Friedricha-Carla Cranza 18. Dywizji Piechoty jako krytyczne, zdecydował się po godzinie 14.00 posłać na pomoc temu zgrupowaniu 19. Dolnosaksońską Dywizję Piechoty, dowodzoną przez generała porucznika Günthera Schwantesa. W ten oto sposób został przerwany planowy marsz tej jednostki w kierunku Rawy Mazowieckiej, a tym samym poprzez zajęcie tego rejonu - uniemożliwiono Niemcom wykonanie manewru oskrzydlającego polskie siły.

    Próba zamknięcia kotła wokół polskich formacji sprowadzać się teraz miała do uderzenia przez siły 59. pułku piechoty Wehrmachtu na kompleks leśny rozciągający się w rejonie wsi Przyłęk. W tym samym czasie, niemiecki 73. pułk piechoty miał za zadanie przemieścić się w kierunku wsi Michowice i w ten sposób odciąć 30. Poleskiej Dywizji Piechoty drogę jej odwrotu w kierunku wschodnim. Jednakże już o godz. 13.30, czyli nieco wcześniej; 82. Syberyjski Pułk Strzelców im. Tadeusza Kościuszki dowodzony przez podpułkownika Antoniego Chruściela opanował skrzyżowanie dróg i zdołał odeprzeć atak oddziału pościgowo-rozpoznawczego Wehrmachtu dowodzonego przez majora Marcksa. Zatem również i ten plan niemiecki spalił na panewce. Aktywność bojowa wszystkich działających w tym rejonie sił polskich spowodowała zatem ostatecznie dla 30. Poleskiej Dywizji Piechoty wyrwanie się z okrążenia poprzez otworzenie drogi jej dalszego odwrotu.

    O godzinie 14.30 - dowodzony przez pułkownika Adama Nadachowskiego 83. Pułk Strzelców Poleskich im. Romualda Traugutta otrzymał rozkaz wycofania się ze swoich dotychczasowych pozycji. Po wyjściu z lasu na skutek ostrzału artyleryjskiego i ognia broni maszynowej ciężkich strat doznał I batalion tego pułku, który mimo wszystko - dotarł jednak do Słupi. Tam jego resztki zebrał major Stefan Gieranowski. Znaczne straty w ludziach poniosły także bataliony II i III - wycofujące się przez Słupię, znajdującą się pod bardzo silnym ostrzałem wrogiej artylerii. Dość powiedzieć, że z kompanii dowodzonej przez porucznika Nodzeńskiego pozostało zaledwie sześciu ludzi. To właśnie te jednostki wchodzące w skład 83. Pułku Strzelców Poleskich korzystały ze wsparcia dział II dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, zaciekle atakowanego i w efekcie końcowym zdziesiątkowanego przez Luftwaffe.

    Strzelając tamtego dziewiątego wrześniowego dnia ogniem na wprost z otwartych pozycji i torując tym sposobem drogę piechocie przebijającej się przez nieprzyjacielskie szyki - I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej stracił pod Przyłękiem dwie spośród trzech baterii wchodzących w jego skład. Wynika więc z tego jednoznacznie, że końcowy bilans bitwy pod Jeżowem oznaczał kres istnienia zarówno pierwszej baterii dowodzonej przez kapitana Alojzego Piwowara, jak też i drugiej - dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego.

    W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że oprócz wyeliminowania z walki - już w pierwszej fazie bitwy - jednego spośród dział drugiej baterii porucznika Witkowskiego; nieprzyjacielska artyleria rozbiła w tym samym czasie także jeden działon pierwszej baterii, dowodzonej przez kapitana Alojzego Piwowara.

Następny etap bitwy pociągnął za sobą rozbicie przez nieprzyjaciela dwóch kolejnych działonów pierwszej baterii, skutecznie zaatakowanej ogniem niemieckiej artylerii wspomaganej przez samoloty Luftwaffe. Ostatni, czwarty działon, zdołał wprawdzie wycofać się z pola bitwy, lecz krótko potem ,w czasie odwrotu - także uległ zniszczeniu na skutek celnego nieprzyjacielskiego ognia artyleryjskiego oraz ataku lotniczego.

Fot. 9. Rozbita pod Jeżowem 2. bateria 30 . PAL - 9 września 1939 roku

Fot. 10. Rozbite pod Jeżowem 1. bateria 30. PAL - 9 września 1939 roku

Fot. 11. Współczesny widok miejsca, gdzie 9 września 1939 roku umiejscowione były stanowiska polskiej artylerii.

    Nazajutrz po największej spośród wrześniowych bitew, jakie dane było toczyć 30. Poleskiej Dywizji Piechoty - dowódca rozbitej pod Jeżowem, pierwszej baterii, kapitan Alojzy Piwowar spotkał grupę około 20 swoich szeregowych żołnierzy, którzy prowadzili ze sobą konie uratowane z bitewnego pogromu... Zebrawszy więc swoich ocalałych podkomendnych; kapitan Alojzy Piwowar dołączył wraz z nimi do kolumny dowodzonego przez podpułkownika Wincentego Wnuka 31. Pułku Strzelców Kaniowskich. Miało to miejsce w dniu 10 września, a więc w tę już drugą wojenną niedzielę...

    Odnotować również należy, że z całej drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego, oprócz dowódcy, ocalało jedynie dwóch żołnierzy, tj. porucznik Lehrner i kapral Kozak. Po kilku dniach także i ten dowódca nieistniejącej już wszak drugiej baterii, porucznik Leon Witkowski, natknął się na kilku swoich rannych żołnierzy, którzy byli pacjentami szpitala w Skierniewicach. Okoliczności te zdają się więc wskazywać na to, że najbardziej jest prawdopodobne, iż to właśnie w tej bitwie mógł zginąć mój stryj - bombardier Stefan Nasiołkowski. Ale nie zginął… Jest wielce prawdopodobne, że był jednym z tych żołnierzy swego pułku, którzy wraz z kapitanem Piwowarem dołączyli do 31. Pułku Strzelców Kaniowskich.   

    Pomimo niebywale ryzykownych działań podejmowanych w czasie tamtej bitwy - jakimś cudem - żadnych strat nie poniosła jedynie trzecia bateria, dowodzona przez porucznika Michała Mańkę. Tym samym, z początkowego pełnego stanu  I dywizjonu, składającego się w sumie z dwunastu dział - po zakończonej bitwie toczonej na polach pomiędzy Przyłękiem a Jeżowem - pozostały już tylko cztery działa kalibru 75 mm.

    Jeżeli zaś chodzi o poniesione w tej bitwie straty II dywizjonu - to uległy wówczas zniszczeniu dwa działa czwartej baterii. Jedno z nich zostało trafione niemieckim pociskiem artyleryjskim, drugie zaś, już wcześniej unieruchomione, zniszczyła celowo jego obsługa, zapobiegając w ten sposób zdobyciu armaty przez wroga. Z bitwy tej ocalały zatem trzy działa piątej baterii dowodzonej przez kapitana Jana Zwodzijasza, oraz dwa działa szóstej baterii dowodzonej przez kapitana Edwarda Kawkę. Kapitan Kawka stracił w tej bitwie łącznie dwa działa i trzy jaszcze amunicyjne. Tak więc po zakończeniu boju spotkaniowego pod Przyłękiem i Jeżowem - cały 30. Poleski Pułk Artylerii Lekkiej dysponował w sumie jeszcze jedenastoma działami o kalibrze 75 mm.
        
    Nie można pominąć, że źródła niemieckie mówią o zdobyciu w tym dniu pod Jeżowem czterech polskich armat.

    Warto zarazem odnotować, że po tamtej bitwie Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari odznaczony został żołnierz 84. Pułku Strzelców Poleskich - szeregowy Marian Rolka. Działając w pojedynkę, wyprowadził on z pola bitwy należące do formacji artylerii piechoty cztery działa wraz z zaprzęgami.

    Tymczasem gdzieś tam, po drogach zatłoczonych przez ciągnących na wschód uciekinierów błądziło dwanaście stumilimetrowych haubic dowodzonego przez majora Adama Fedorkę III dywizjonu, który tuż przed rozpoczęciem bitwy pod Przyłękiem i Jeżowem utracił kontakt z resztą 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.
    Odwrotowy marsz naszych formacji obserwowali z przerażeniem w oczach i w milczeniu - osłupiali wieśniacy stojący w progach swoich domostw, mijanych przez ciągnące na wschód wojskowe kolumny czytelnie już naznaczone poniesionymi klęskami.

    Poległych w trakcie tamtych wrześniowych walk pod Przyłękiem polskich żołnierzy pochowano na cmentarzu w Jeżowie. Niezwłocznie po zajęciu tego terenu Niemcy nakazali miejscowej ludności zebrać w tamtejszym kościele wszystkich rannych i poległych naszych żołnierzy. Przyznać trzeba, że po zakończonej bitwie Niemcy naprędce zorganizowali niezbędną pomoc medyczną dla rannych polskich żołnierzy i oficerów. W opatrywaniu rannych brał udział także niemiecki lekarz wojskowy. Po opatrzeniu ran Niemcy zatrzymali rannych oficerów jako jeńców, natomiast zwykłych żołnierzy puszczali wolno.

    Tradycją się stało, że począwszy już od roku 1948, ci wszyscy mieszkający w kraju uczestnicy bitwy pod Jeżowem, którym dane było przeżyć wojnę, w każdą rocznicę tamtego boju tłumnie zjeżdżali się do Jeżowa, by uczcić pamięć swych poległych kolegów. A więc przez całe lata istniała szansa na to, by wśród kombatantów tamtej bitwy, zbierających się rocznicowo w Jeżowie, odnaleźć dawnych żołnierzy 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. I oczywiście porozmawiać z nimi także o wojennym losie mojego zaginionego stryja - bombardiera Stefana Nasiołkowskiego…

    Dość powiedzieć, że jeszcze w trakcie obchodów sześćdziesiątej piątej rocznicy bitwy pod Jeżowem dane mi było spotkać jej uczestnika, pana Józefa Głowackiego z Piotrkowa Trybunalskiego. Gdy tamtego września nasza armia usiłowała stawić czoła Wehrmachtowi - pan Głowacki miał dwadzieścia cztery lata. Jako starszy strzelec był wtedy żołnierzem czwartej kompanii, dowodzonej przez kapitana Franciszka Filzka, rannego i wziętego przez Niemców pod Jeżwem do niewoli. Jego kompania wchodziła w skład II batalionu dowodzonego przez majora Tadeusza Kiersta i stanowiącego część 84. Pułku Strzelców Poleskich, pozostającego pod komendą pułkownika Stanisława Sztarejki.

    Fot. 12. Józef Głowacki. Żołnierz 84. Pułku Strzelców Poleskich

    Fot. 13. Kobryń, marzec 1939 r. Żołnierze 84. Pułku Strzelców Poleskich. Ten niższy to Józef Głowacki.

    Powiedzieć muszę, że to moje bezpośrednie spotkanie z uczestnikiem tamtych wydarzeń -  wywarło na mnie nie byle jakie wrażenie. Już z pierwszych słów naszej rozmowy dowiedziałem się, że ten tryskający poczuciem humoru i prosto się trzymający 89-latek urodził się siedem i pół miesiąca wcześniej niż mój stryj Stefan - zaginiony podczas wrześniowej wojny bez śladu.

    We wrześniu 1939 roku - pan Józef Głowacki ostatecznie dotarł ze swoją jednostką do Modlina. Po kapitulacji twierdzy, jak wszyscy jej obrońcy, dostał się do niewoli. Był jeńcem obozu w Iławie. Opowiadał mi o podejmowanych przez Niemców nieudanych próbach znalezienia wśród polskich jeńców takich, którzy byliby gotowi świadczyć przeciwko swojemu dowódcy majorowi Tadeuszowi Kierstowi w sfingowanym przez zwycięzców procesie, gdzie temu świetnemu oficerowi zarzucono przestępcze traktowanie rannych niemieckich żołnierzy i jeńców, wziętych do niewoli w dniu 13 września 1939 roku podczas wypadu 84. Pułku Strzelców Poleskich na Leszno. W związku z tą sprawą - niemiecka prokuratura wojskowa aresztowała w sumie 35 polskich oficerów, przebywających w niemieckich obozach jenieckich. Warto odnotować, że wytoczony polskim oficerom proces toczacy się przez prawie dwa lata przed niemieckim sadem wojskowym zakończył się ostatecznie wydaniem w dniu 21 czerwca 1941 roku wyroku uniewinniającego majora Kiersta od postawionego mu zarzutu. Jak się wydaje, decydujący wpływ na treść niemieckiego wyroku sądowego miały zeznania szeregowych niemieckich żołnierzy - rannych w tamtym boju, a następnie opatrzonych przez polskie służby sanitarne i w takim stanie pozostawionych na miejscu potyczki.

    Ostatecznie okazało się, że ten sfingowany proces był skutkiem wściekłości niemieckiej kadry oficerskiej, która usiłowała znaleźć jakiś sposób na wytłumaczenie wysokich strat własnych, wynikających z niedostatków ich umiejętności dowódczych, co z kolei pozwoliło siłom polskim na skuteczne zaatakowanie całkowicie zaskoczonej jednostki Wehrmachtu. Wściekłość Niemców musiała być tym większa, że w trakcie tamtej potyczki poległ niemiecki pułkownik Flick.

     Fot. 14 Akt zgonu poległego pod Jeżowem Michała Wołodko

    Fot. 15  Miejsce spoczynku Michała Wołodko

            Podczas mojego pierwszego pobytu w Jeżowie szukałem w lesie śladów pozycji zajmowanych 65 lat temu przez żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, a ściślej mówiąc, 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców im. Tadeusza Kościuszki oraz 83. Pułku Strzelców Poleskich im. Romualda Traugutta. Na miejscu tej pamiętnej bitwy znalazłem wówczas dwa nigdy niewystrzelone naboje do radomskiego mausera. Ocechowanie na łusce wskazywało, że jeden z nich został wyprodukowany w moim rodzinnym mieście, Skarżysku-Kamiennej.  Do tego znaleziska doszło jeszcze kilka mosiężnych łusek od naboi wystrzelonych przed sześćdziesięcioma pięcioma laty oraz cała masa odłamków pochodzących z niemieckich pocisków artyleryjskich, rażących podczas tamtej bitwy stanowiska polskich żołnierzy.

          Żegnając się tamtego wrześniowego dnia z sędziwym porucznikiem Józefem Głowackim, zapytałem: „Czy Pan onegdaj nie zgubił czegoś takiego?”. Wyciągnąłem z kieszeni znalezione w lesie zaśniedziałe polskie naboje do radomskiego mausera. P[an Głowacki wziął do ręki jeden spośród nich. Oczy weterana natychmiast nabrały młodzieńczego blasku. Najwyraźniej, na krótką tę chwilę, cofnął się w czasie. Znów był dwudziestoczteroletnim starszym strzelcem 4. kompanii II batalionu 84. Pułku Strzelców Poleskich.

           Więc całkiem dla mnie było zrozumiałe, że chciałby zatrzymać ten nabój karabinowy, leżący już teraz na jego otwartej dłoni. Czy ktokolwiek mógłby mieć cokolwiek przeciwko temu? Dorzuciłem mu więc jeszcze trzy znalezione odłamki, które tamtego wrześniowego dnia szczęśliwym trafem nie zdołały go zabić...

       Po tamtych rocznicowych obchodach jeszcze dwukrotnie pojechałem penetrować pole bitwy pod Jeżowem. Mieszkająca w bezpośrednim sąsiedztwie lasu 80-letnia wówczas wdowa po tutejszym gajowym, wskazała mi miejsce stanowiące wówczas pozycję wyjściową dla podjętej przez naszych żołnierzy próby kontrataku na bagnety. Nie mogąc powstrzymać łez, staruszka opowiadała o polu usłanym ciałami naszych poległych żołnierzy. Wzajemne w stosunku do siebie usytuowanie stanowisk naszej artylerii oraz pozycji wyjściowych polskiej piechoty idącej do ataku na bagnety, jednoznacznie wskazuje na to, że ta akcja nie była niczym innym, jak tylko rozpaczliwą próbą osłonięcia stanowisk naszej artylerii bezpośrednio już zagrożonych przez nieprzyjacielską piechotę.

           Analiza wspomnień oficerów dowodzących I i II baterią oraz dowódcy ich dywizjonu, majora Stanisława Nikodemowicza, zestawionych - zarówno z opowiadaniem pani Wacławy Kopacz, będącej wszak naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, jak też i skonfrontowanych z relacją generała Ottona von Knobelsdorffa, mówiącego o zdobyciu przez Niemców kilku polskich armat - przekonuje jednoznacznie o tym, że tamten polski kontratak na bagnety nie zakończył się bynajmniej militarnym sukcesem. Jego jedynym skutkiem było to bitewne pole, gęsto usłane zwłokami polskich żołnierzy. Zaś polskie działa i tak zostały ostatecznie zdobyte przez Niemców.

          Pani Wacława opowiadała mi także, że po tej bitwie; w lesie zostało wiele porzuconych koni przywiązanych do leśnych drzew. Głodne i przerażone zwierzęta do cna ogołociły z liści znajdujące się w ich zasięgu gałęzie. Gdy po zakończonej bitwie miejscowi chłopi zaczęli zbierać z lasu te porzucone przez wojsko oraz niesamowicie cierpiące z głodu i pragnienia zwierzęta, konie lizały po twarzach ludzi odwiązujących je z uwięzi. Pani Wacława opowiadała też o dezerterze mówiącym ze śpiewnym wschodnim akcentem. Po zakończonej bitwie szwendał się on po pobojowisku i rozbijał siekierą znalezione przez siebie, porzucone oficerskie walizki... Dowiedziałem się również, że w tym miejscu; niemiecka artyleria rozbiła nasze tabory z kaszą, mąką, ryżem, konserwami mięsnymi i mydłem oraz amunicją do karabinów, pakowaną do puszek udających konserwy mięsne.

Fot. 16   Las przyłęcki. Polskie tabory rozbite przez niemiecką artylerię.

        Syn pani Wacławy na moje oko dobiega już sześćdziesiątki. Z nogą unieruchomioną gipsem kuśtyka za nami o kulach i w końcu przynosi z komórki mosiężną łuskę od pocisku, jakimi tamtego września strzelały nasze armaty 75 mm. Właśnie takie działo obsługiwał mój zaginiony stryj Stefan. Francuskie napisy na łusce wskazują na miejsce i datę produkcji pocisku. Pada oferta sprzedaży tej zaśniedziałej wojennej pamiątki. Bez namysłu wyciągam z kieszeni banknot i kupuję od mężczyzny tę łuskę, która w tamtym wojennym czasie być może przeszła nawet przez krzepkie dłonie mojego stryja... Któż to dziś może wiedzieć...

      Po chwili, zachęcony widokiem banknotu, niegrzeszący bynajmniej trzeźwością, koleś mojego kontrahenta przynosi z domu wyorany niegdyś przez niego w polu, wyprodukowany w Radomiu, przerdzewiały już polski bagnet, jaki nasi żołnierze zakładali wówczas na lufę radomskiego mausera. Wyciągam więc z kieszeni następny banknot, co powoduje, że również i to pobitewne znalezisko zmienia swego właściciela.

           Na skraju lasu, pod cienką warstwą leśnej ściółki oraz ziemi znajduję liczne ślady pozostawione w tym miejscu przez naszych żołnierzy przed ponad sześćdziesięciu laty, tamtego słonecznego września... Przede wszystkim dość dużo amunicji do radomskiego mausera. Niektóre naboje tkwiły przez ostatnie sześćdziesiąt pięć lat w przerdzewiałych łódkach z cieniutkiej blachy, teraz więc rozsypują się już przy byle dotyku. Znalezienie przeze mnie kilku sztuk amerykańskiej amunicji do przestarzałych francuskich karabinów Lebel wz. 1886 pamiętających czasy I Wojny Światowej - przemawia za obecnością w tym miejscu sił zmobilizowanych w ramach Batalionów Obrony Narodowej — swoistej kontynuacji - tej dość fatalnej - polskiej tradycji, tj. pospolitego ruszenia.

        Znajduję też guzik z orzełkiem w koronie, żabki i podkuwki od wojskowych butów, a także metalowe części końskiej uprzęży. W kilku podkowach wciąż jeszcze tkwią przerdzewiałe hufnale, co świadczy o tym, że podkowy te nie odpadły od kopyt na skutek swego zużycia ani też nie zostały  z nich zdjęte ręką ludzką. Podkute tymi podkowami konie musiały zatem paść na polu bitwy... Przemawiają za tym również tkwiące w ziemi liczne odłamki pocisków artyleryjskich. Jest wielce prawdopodobne, że są to podkowy również tych koni, których stratę opisywał w swoich wspomnieniach dowódca drugiej baterii porucznik Leon Witkowski. Wykopany przez nas spod leśnej ściółki - złożony ze skrzydełek i końcówki - fragment niemieckiego pocisku moździerzowego namacalnie potwierdza wspomnieniowe przekazy uczestników bitwy  o ostrzeliwaniu przez Niemców polskich pozycji pociskami moździerzowymi.

     Na sam koniec poszukiwań... niespodzianka - prawdziwy rarytas. Wydobywam z ziemi dość płytko zakopany przerdzewiały do cna rewolwer. Wyprodukowany wprawdzie w Rosji, w roku 1872, ale za to na amerykańskiej licencji Smith & Wesson. Ktoś, przed wiekiem, zawinął broń pieczołowicie w szmaty. Zapewne też nie żałował smarów konserwujących. Ale nic to nie pomogło w obliczu czasu, przez jaki ta broń musiała przeleżeć w ziemi. Myślę, że zakopano ją jeszcze na kilka lat przed wybuchem I Wojny Światowej, a więc w czasie, gdy generał Wiktor Thommeé był oficerem rosyjskim, zaś generał Leopold Jan Cehak – austriackim. W tym miejscu  nie znalazłem ani jednej łuski od naboju wystrzelonego z radomskiego mausera. To przekonuje o tym, że z tych pozycji nasi żołnierze nie strzelali. W tym miejscu na lufy swoich karabinów założyli jedynie bagnety... I z tymi to bagnetami na lufach karabinów poszli wtedy w kierunku lasu, gdzie polskie tabory już wcześniej zostały rozbite przez niemiecką artylerię. Znajduję w tym lasku jedną, jedyną pistoletową łuskę niemieckiej produkcji. Zastanawiam się, co też może oznaczać to znalezisko? Zapewne nigdy już nie uda się ustalić, kogo na tym pobojowisku dobijał wtedy niemiecki żołnierz. Rannego człowieka, czy też może jedynie okaleczonego konia? A może ta broń niemieckiej produkcji znajdowała się wtedy już  w polskich rękach, które czyniły z niej właściwy użytek?

       Pani Wacława opowiada o dalszym losie wojskowych koni, pozbieranych po tamtej bitwie przez mieszkańców okolicznych wsi. Wiosną 1940 roku zostały one wszystkie poodbierane chłopom przez władze okupacyjne. Ale, jak dodaje pani Wacława, przynajmniej było czym obrobić pola jesienią i wiosną. Jej synowa częstuje mnie herbatą i pysznym makowcem. Na schodach słychać stukot kuli, którą podpiera się syn pani Wacławy. Wchodząc do domu, już od samego progu dopytuje się o opłacalność moich poszukiwań. Zupełnie nie wiem, co też mu mam odpowiedzieć. Prawdę? I tak mi nie uwierzy... Poprzestaję więc na zrobieniu pamiątkowego zdjęcia. Pospiesznie dziękuję za gościnę i wychodzę.

    Penetrując pole bitwy pod Jeżowem, nie omieszkałem oczywiście odwiedzić także i tego miejsca, gdzie stały wówczas polskie baterie zmiecione ogniem niemieckiej artylerii. Z relacji pamiętających doskonale tamte wydarzenia miejscowych - jest mi wiadome, że poruszająca się leśną drogą nasza kolumna wyszła z lasu akurat w tym miejscu i natychmiast dostała się pod niemiecki ostrzał. Według zgodnych relacji uczestników tamtej bitwy oraz miejscowej ludności - nasze baterie zostały przez Niemców celnie ostrzelane ogniem ciężkich moździerzy. Wrogi ostrzał oraz konieczność natychmiastowego otworzenia ognia artyleryjskiego na wprost były czynnikami wymuszającymi na obsłudze naszych 75 - milimetrowych armat zajęcie bardzo niedogodnych, niczym nieosłoniętych stanowisk tuż pod ścianą lasu.

    Uwijający się jak w ukropie nasi żołnierze, ponaglani jeszcze ,co i rusz eksplodującymi wokół wrogimi pociskami, błyskawicznie rozwinęli stanowiska baterii. Po krótkiej chwili nasi artylerzyści strzelali już ogniem na wprost w kierunku nacierających na polskie pozycje niemieckich czołgów poruszających się po odkrytym płaskim terenie. Chociaż bardziej jest prawdopodobne, że nasi artylerzyści strzelali wówczas do samochodów pancernych, okazjonalnie nazywanych czołgami. Skuteczność tego ognia obserwował - stojący nieopodal artyleryjskich stanowisk - pułkownik Adam Nadachowski, dowódca 83. Pułku Strzelców Poleskich im. Romualda Traugutta. I właśnie to stanowisko zostało ostrzelane przez niemieckie moździerze, czego efektem było rozbicie polskiego działa.

    Fot. 17  Pułkownik Adam Nadachowski

    Zginęło wówczas trzech kanonierów, trzech innych zaś zostało rannych. Również pułkownik Nadachowski został wtedy śmiertelnie trafiony odłamkiem niemieckiego granatu moździerzowego. Ale bynajmniej nie zginął na miejscu. Leżącego tuż obok stanowisk drugiej baterii ciężko rannego pułkownika zabrali z pola bitwy oficerowie 83. Pułku Strzelców Poleskich, między innymi II adiutant kapitan Tadeusz Nowakowski. Oficerowie ci ponieśli swego umierającego dowódcę w kierunku Skierniewic, gdzie mieli nadzieję znaleźć dla pułkownika ratunek w tamtejszym szpitalu. Nie zdołali jednak wygrać tego wojennego wyścigu ze śmiercią. Pułkownik Adam Nadachowski zmarł niestety w drodze. Po dotarciu do Skierniewic jego podkomendni przewieźli zwłoki swego dowódcy na działku przeciwpancernym na tamtejszy cmentarz, należący do parafii Świętego Józefa. Z uwagi na to, że pułkownik Adam Nadachowski odniósł swoje śmiertelne obrażenia w bitwie pod Jeżowem, został on - w roku 1982 - upamiętniony symbolicznym grobem urządzonym na tamtejszym cmentarzu wojennym.  

    Pułkownik Adam Nadachowski stale nosił swój Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po jego śmierci odznaczenie to zatrzymał porucznik K. Kaczorowski, który dał je na przechowanie mieszkańcowi którejś ze wsi w okolicach Skierniewic. Przez lata zatarło się jednak w jego pamięci, gdzie i komu dał ten Krzyż… W ten oto sposób bez śladu przepadła pamiątka - jakże cenna dla krewnych pułkownika.

    Śmierć powszechnie lubianego przez żołnierzy dowódcy 83. Pułku Strzelców Poleskich, zwanego „Księciem piechoty”, niebywale przygnębiająco wpłynęła na nastroje wojska. Potem mówiono, że będący przecież w swej dziedzinie świetnym fachowcem pułkownik Nadachowski doskonale był świadom złego obrotu spraw. Wiedział, że z każdym dniem coraz bardziej zbliża się nieuchronna katastrofa militarna. Nie chciał dożyć momentu kapitulacji polskiej armii, więc szukał śmierci na polu bitwy. Wygląda na to, że znalazł ją pod Jeżowem…

    Po śmierci pułkownika Adama Nadachowskiego - dowództwo pułku objął major Wacław Jakub Sokol, dotychczas dowodzący IV batalionem 84. Pułku Strzelców Poleskich. Przekaz o tym pozostaje w oczywistej sprzeczności z relacją generała Wiktora Thommeé, który mówi, że następcą pułkownika Adama Nadachowskiego na stanowisku dowódcy pułku został podpułkownik Jan Topczewski. Wersja generała Thommeé nie wydaje się odpowiadać prawdzie, a to ze względu na fakt, że w tamtym akurat czasie podpułkownik Jan Topczewski był wszak dowódcą 146. pułku piechoty, wchodzącego w skład 44. Rezerwowej Dywizji Piechoty. Oficer ten w dniach od 15 do 22 września dowodził obroną składnicy w Palmirach. Ale nie można przecież wykluczyć, że podpułkownik Jan Topczewski faktycznie objął dowodzenie 83. Pułkiem Strzelców Poleskich, ale było to możliwe dopiero po dniu 22 września, a więc już po zajęciu przez Niemców terenu składnicy amunicyjnej w Palmirach.
    Dokonując podsumowania bitwy pod Jeżowem, stwierdzić należy, że zapisy różnych kronik relacjonujących przebieg tamtego starcia zgodnie mówią, iż już w pierwszej jego fazie na skutek niemieckiego ostrzału artyleryjskiego stanowisk ogniowych II baterii zniszczeniu uległo także jedno działo.

    W tym samym czasie i miejscu rozbita została także kolumna amunicyjna I dywizjonu. Relacjonowano mi, że jeszcze gdzieś tak około roku 1980 saperzy ówczesnego, tzw. Ludowego Wojska Polskiego, przez okres jakichś trzech miesięcy rozbrajali odnalezione w tym miejscu liczne, kompletne pociski artyleryjskie od armat kalibru 75 mm. Ich obsługa złożona z żołnierzy naszej sanacyjnej armii nie zdołała tamtego wrześniowego dnia wystrzelić tych pocisków w kierunku niemieckich pozycji...
    Jedynym zidentyfikowanym poległym w tej bitwie żołnierzem 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej jest kapral Antoni Wolski. Zginął on w dniu 9 września w Przyłęku. W swojej relacji dowódca I dywizjonu major Stanisław Nikodemowicz wystawił kapralowi Antoniemu Wolskiemu opinię bardzo dobrego podoficera wyróżniającego się inteligencją oraz niebywałą dzielnością. Z tej samej relacji dowiadujemy się, że poległ on na stanowisku ogniowym obsługiwanego przez siebie działa. Początkowo podoficer ten dowodził dywizjonowymi taborami, które zostały jednak w lesie przyłęckim rozbite ogniem nieprzyjacielskiej artylerii. Wówczas to, widząc beznadziejność nowej sytuacji, kapral Antoni Wolski z własnej inicjatywy przejął obowiązki celowniczego w drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że kapral Antoni Wolski był właśnie jednym z tej trójki kanonierów poległych wraz z pułkownikiem Adamem Nadachowskim.

Fot. 18.  Miejsce spoczynku kaprala Antoniego Wolskiego

    W bitwie pod Jeżowem oprócz dowódcy 83. Pułku Strzelców Poleskich im. Romualda Traugutta poległo jeszcze czterech dowódców batalionów, które wchodziły w skład poszczególnych pułków 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Natomiast piąty dowódca batalionu został ciężko ranny. Ogółem straty 30. Poleskiej Dywizji Piechoty poniesione podczas walk toczonych w lasach i na polach pod Przyłękiem i Jeżowem zamykają się liczbą około 1400 oficerów i żołnierzy. Z tego poległo 45 oficerów oraz 420 żołnierzy. Ciała 248 - spośród nich - zostały pochowane na cmentarzu wojennym w Jeżowie. Po zakończeniu tamtego wrześniowego boju, najbardziej krwawego dla 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, liczebność dowodzonego przez generała Cehaka zgrupowania stopniała szacunkowo do stanu osobowego około 3700 - w każdym bądź razie dywizja liczyła już nie więcej niż 4000 żołnierzy.

    Fot. 19. Tablica pamiątkowa na cmentarzu w Jeżowie

    Natomiast poniesione w tamtej bitwie na polach pomiędzy Rogowem i Jeżowem straty niemieckiej 18. Dywizji Piechoty szacuje się na liczbę 280 zabitych i około 500 rannych. Część poległych żołnierzy Wehrmachtu została przez Niemców wywieziona do Tomaszowa Mazowieckiego, resztę zaś pochowano na liczącym 141 grobów (nieistniejącym już dziś, niestety) cmentarzu niemieckich żołnierzy pod Jeżowem.

    Ma się rozumieć, że kiedy po raz pierwszy odwiedziłem wojenny cmentarz w Jeżowie, to zapaliłem znicz na zbiorowym grobie spoczywających tutaj dwudziestu czterech nieznanych żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, którzy polegli w trakcie tamtego boju spotkaniowego. Mogiła ta zwróciła moją szczególną uwagę z powodu przekonania, że żołnierzy tych pochowano zapewne w tym wspólnym grobie z tej także przyczyny, iż zginęli oni jednocześnie, w tym samym czasie i miejscu, a zarazem w sposób znacznie utrudniający lub wręcz uniemożliwiający ich identyfikację. A to z kolei pozwala na wysnucie wniosku, że jest wielce prawdopodobne, iż pochowani tutaj żołnierze polegli na skutek celnego ostrzału prowadzonego przez niemiecką artylerię. Zauważyć bowiem należy, że jednym spośród taktycznych zadań każdej artylerii jest wszak także zwalczanie artylerii przeciwnika. Jest więc oczywiste, że zadanie takie posiadała i realizowała również artyleria niemiecka.

Jestem także i o tym przekonany, że nad tą zbiorową mogiłą nieprzypadkowo przecież zamontowana została armatnia lufa z osadzonym w niej metalowym krzyżem zwróconym w kierunku pola bitwy, odległego od tego wojennego cmentarza zaledwie o jakieś trzy kilometry. Ta właśnie armatnia lufa w połączeniu ze zbiorowym pochówkiem niezidentyfikowanych żołnierzy zdaje się jednoznacznie wskazywać na to, że w tym grobie znalazło swój spoczynek 24 polskich artylerzystów. Wówczas myślałem sobie, że w żaden więc sposób nie można wykluczyć, że jednym z nich jest także żołnierz 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej bombardier Stefan Nasiołkowski - zaginiony we wrześniu 1939 roku, najstarszy spośród synów mojego dziadka…

Fot. 20. Grób 24 nieznanych polskich żołnierzy na cmentarzu w Jeżowie

    Rzetelność historyczna nakazuje odnotować, że w grobach jeżowskiego cmentarza wojennego spoczywają także polegli w tamtej bitwie żołnierze 30. Poleskiej Dywizji Piechoty o nazwiskach brzmiących zupełnie niepolsko. Na jednym z nagrobków odczytać można niemieckojęzyczne nazwisko: Nachtigal.  W mowie ówczesnych najeźdźców słowo „Nachtigall” oznacza tyle, co słowik. Ale żołnierz ten, będąc polskim obywatelem, z całą pewnością nie należał do zamieszkałej w Polsce niemieckiej mniejszości narodowej. Dla poległego pod Jeżowem Szmula Nachtigala, pochodzącego z podlubelskiej mieściny Piaski, oczywiste wszak było, że w tej wojnie - broni on swojego własnego kraju. Bronił go także przed tym, żeby jego współwyznawców mieszkających w Polsce nie spotkało to wszystko, co już od kilku lat było  udziałem Żydów w sąsiednich Niemczech. Więc myślę sobie, że ten poległy polski żołnierz Szmul Nachtigal, lepiej niż ktokolwiek inny, znał powody nakazujące mu stanąć na drodze niemieckich wojsk prących w kierunku Warszawy. Wiedział doskonale, że taka właśnie jest jego powinność wobec obydwu jego ojczyzn - pojęcia stanowiącego integralny składnik żydowskiej mentalności znaczonej syndromem Hava Nagila. Właśnie poczucie tej powinności kazało mu zapłacić tę najwyższą cenę, jaką niewątpliwie jest cena własnego życia. O ile wiem, Szmul Nachtigal nie był bynajmniej jedynym Żydem wśród polskich żołnierzy walczących w szeregach 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. W tej samej bitwie poległ pod Jeżowem także szeregowy Dawid Wittenberg. Ponadto, ze wspomnień porucznika Leona Witkowskiego dowiadujemy się, że jednym spośród wielu rannych w tej bitwie naszych żołnierzy był także Jakub Gajdenkorn - kanonier czwartej baterii II dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.

Fot. 21. Przysięga wojskowa z udziałem rabina składana we Włodzimierzu Wołyńskim przez artylerzystów pochodzenia żydowskiego z 27. pułku artylerii lekkiej

    Niezaleznie od tego; lista korpusu oficerskiego 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej wymienia nazwisko lekarza pułkowego - podporucznika Mojżesza Brynberga. Zostało odnotowane, że ten oficer rezerwy odłączył się od pułku w dniu 5 września. Prawdopodobnie został on odcięty od reszty swojej macierzystej jednostki i najwyraźniej nie miał już możliwości ponownego do niej dołączenia. W każdym bądź razie podporucznik doktor Mojżesz Brynberg jemu tylko znanymi drogami i sposobami zdołał przedostać się do Warszawy. Zostało odnotowane, że od dnia 10 września brał udział w obronie stolicy, służąc swoimi umiejętnościami chorym i rannym w szpitalu zlokalizowanym na warszawskiej Pradze. W końcu wojenne losy rzuciły pułkowego lekarza 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej do ZSRR, gdzie też niezwłocznie wstąpił do polskich sił zbrojnych organizowanych przez generała Władysława Andersa. Mianowano go tam Naczelnym Lekarzem 7. pułku artylerii lekkiej, sformowanego przez Dowództwo Ośrodka Organizacyjnego Armii w ZSRR. Niestety, dalsze wojenne i być może także powojenne losy doktora Mojżesza Brynberga nie są mi znane.

    Myślę też sobie, że ci powyżej wymienieni przeze mnie, walczący, ranni i polegli w polskich mundurach Żydzi, bynajmniej nie wyczerpują całej listy wyznawców religii mojżeszowej, broniących Rzeczypospolitej we wrześniu 1939 roku. Nie można również pominąć faktu, że wśród spotkanych przeze mnie na nagrobkach i w materiałach archiwalnych nazwisk naszych żołnierzy nie brakuje także i takich o brzmieniu wyraźnie białoruskim, ukraińskim oraz niemieckim. Pozwolę sobie w tym miejscu wymienić przykładowo nazwiska podporucznika Wiaczesława Czernota, podporucznika Witolda Trippenbacha, podporucznika Waldemara Dreiera, porucznika Tadeusza Marcina Lostera, majora Stanisława Reicherta, majora Józefa Herzoga, czy też odznaczonych Krzyżami Walecznych - podporucznika Jerzego Steinböcka, dowódcy 3. kompanii 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców im. Tadeusza Kościuszki, oraz rotmistrza Tadeusza Schollenbergera, dowódcy dywizyjnej kawalerii, późniejszego konspiratora.

    Nie należy dopatrywać się w tym niczego dziwnego; II Rzeczypospolita była przecież państwem wielonarodowym i zarazem różnowyznaniowym. Więc siłą rzeczy; różną też być musiała narodowościowa i wyznaniowa przynależność jej obrońców. Ale przecież wszyscy oni nosili na czapkach polskie orzełki. Wszyscy, bo byli wszak żołnierzami tej samej II Rzeczypospolitej. I właśnie z tej to przyczyny, w dniu 9 września 1939 roku, na polach pod Jeżowem polegli - i na jeżowskim wojennym cmentarzu obok siebie zgodnie spoczywają żołnierze 84. Pułku Strzelców Poleskich: otyły nieco strzelec Kazimierz Włodarczyk, szeregowy Berek Radyszcz, starszy szeregowy Lew Furman, starszy szeregowy Bazyli Wołk, kapral Stanisław Romanowski, szeregowy Bazyli Tarasiuk, strzelec Mieczysław Orzechowski, szeregowy Mikołaj Bobrejko, a także szeregowy Moszek Icek Rosenberg.

    To samo odnosi się wszak również do żołnierzy 83. Poleskiego Pułku Piechoty, podkomendnych pułkownika Adama Nadachowskiego - poległego w bitwie pod Jeżowem. Na tym samym polu bitwy polegó wielu, wielu żołnierzy pułku dowodzonego przez pułkownika. Wśród nich: strzelec Aleksy Bałabuszko, szeregowy Józef Poniatowski, strzelec Jan Schirle, szeregowy Lejba Brejdbrom oraz strzelec Stanisław Jasiorowski.

    Wszyscy oni - na zawsze jż zostali na jeżowskim cmentarzu, by resztki sił 30.Poleskiej Dywizji Piechoty mogły wyrwać się z niemieckiego okrążenia i kontynuować swój marsz zakończony w Twierdzy Modlin...

    Fot. 22.  Pamiątki po poruczniku Tadeuszu Losterze. Pierścień oficerski i Srebrny Krzyż Orderu Wojennego Virtuti Militari.

    Fot. 23  Miejsce spoczynku porucznika Tadeusza Lostera.

    Fot. 24  Grób Aleksego Bałabuszki - podkomendnego pułkownika Adama Nadachowskiego

               
    Fot. 25  Grób Józefa Poniatowskiego polskiego żołnierza o jakże znanym z naszej historii nazwisku

    Fot.26  Pan Józef Głowacki - 69 lat później - wśród grobów swoich towarzyszy broni  spoczywających na cmentarzu wojennym w Jeżowie - 9 września 2008 roku

    Fot. 27  Miejsce spoczynku żołnierza 84.Pułku Strzelców Poleskich - Icka Moszka Rozenberga
     

    Fot. 28 Widok ogólny cmentarza wojennego w Jeżowie

    Fot. 29  Autor w towarzystwie Pana Józefa Głowackiego – weterana boju pod Jeżowem

Notki biograficzne dowódców

Piotr Jan Nasiołkowski

    Jak powszechnie wiadomo; Armią „Łódź” - od momentu jej utworzenia w dniu 23 marca 1939 roku do dnia 7 września - dowodził generał Juliusz Karol Wilhelm Józef Rómmel. Urodził się w Grodnie w dniu 2 czerwca 1881 roku. Swoją karierę wojskową rozpoczynał w armii carskiej, gdzie w roku 1903, czyli tuż przed wybuchem wojny rosyjsko-japońskiej, mianowano go podporucznikiem. Podczas I Wojny Światowej był dwukrotnie ranny. W ostatnim roku tej wielkiej wojny dowodził zorganizowanymi przez siebie oddziałami polskimi na Ukrainie. W dniu 10 czerwca 1918 roku formacje te rozwiązano, zaś ich kadra dowódcza została internowana przez Austriaków, co stało się także udziałem przyszłego polskiego generała Juliusza Rómmla, który do Wojska Polskiego wstąpił w listopadzie 1918 roku.

Fot. 30  Generał Juliusz Rómmel – dowódca Armii „Łódź”

    Z niejakim żalem odnotować muszę istnienie poglądu, że zmarły w dniu  8 września 1967 roku w Warszawie - generał Juliusz Rómmel powinien był zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej przed sądem wojennym za opuszczenie w trakcie walk - dowodzonej przez siebie Armii „Łódź”. Zarzuca się mu, że obok generała Kazimierza Fabrycego, dowódcy Armii „Karpaty”, oraz generała Stefana Dęba-Biernackiego, dowodzącego Armią „Prusy” - właśnie generał Juliusz Rómmel był jednym spośród tych trzech polskich dowódców armii, którzy we wrześniu 1939 roku dopuścili się tego rodzaju czynów. Powiada się też, że za jego złym przykładem - poszli także dwaj podlegli mu dowódcy dwóch dywizji piechoty; pułkownik Jan Edward Dojan-Surówka - dowódca 2. Dywizji Piechoty, oraz generał brygady Władysław Bończa-Uzdowski - dowódca 28. Dywizji Piechoty.

    W swoich powojennych publikacjach, generał Juliusz Rómmel usiłuje wytłumaczyć swoje odłączenie się od dowodzonej przez siebie armii. Dla nikogo nie powinno ulegać wątpliwości, że rzetelność oceniania postawy generała wymaga także wysłuchania jego głosu. Moim zdaniem, generał Juliusz Rómmel swoje ówczesne postępowanie tłumaczy wprawdzie w sposób dość chaotyczny, ale okoliczność ta nie powinna bynajmniej wpływać na podważanie wiarygodności jego wypowiedzi. Pod warunkiem wszakże, że się tę wypowiedź przeanalizuje w sposób wolny od wszelkich emocji, zwłaszcza tych negatywnych. Otóż dowiadujemy się z tej relacji o istnieniu rozkazu Naczelnego Wodza, wzywającego generała Rómmla do Warszawy. Jako przyczynę swojego pojawienia się w stolicy - generał Rómmel wskazuje także działania niemieckiej broni pancernej, w następstwie których sztab Armii „Łódź” został odcięty od sił samego zgrupowania w tym właśnie czasie, gdy stacjonował on jeszcze w Mszczonowie.

    Zauważyć należy, że działania niemieckich sił pancernych w żadnym wypadku nie wykluczają przecież możliwości wydania przez Naczelnego Wodza rozkazu wzywającego generała Juliusza Rómmla do Warszawy. Jak to zazwyczaj bywa, cała prawda o tamtych wydarzeniach, także i tym razem, leży sobie gdzieś tak - po środku. Faktem niepodważalnym jest, że w tym czasie i miejscu rzeczywiście operowały wówczas dwie nieprzyjacielskie dywizje pancerne, tj. pierwsza i czwarta. Trudno więc sobie wyobrazić, aby oficerowie sztabowi Armii „Łódź” byli w stanie podjąć osobiście skuteczną walkę defensywną z dwoma naraz dywizjami pancernymi!

    W kontekście zatem wnikliwej analizy działań obydwu tych nieprzyjacielskich jednostek pancernych; podawana przez generała Juliusza Rómmla przyczyna jego odejścia do Warszawy - ze wszech miar zasługuje na obdarzenie jej przymiotem wiarygodności.

    Niewątpliwie błędem generała Juliusza Rómmla było przeniesienie miejsca dotychczasowego postoju jego sztabu z Julianowa do Mszczonowa, położonego zbyt daleko na tyłach dowodzonego przez niego zgrupowania. Ponieważ decyzja o przeniesieniu miejsca postoju sztabu Armii „Łódź” zapadła już w dniu 5 września o godz. 22.00, nie jest zatem możliwe, żeby na podjęcie tej decyzji jakikolwiek wpływ mógł mieć przeprowadzony w dniu 6 września  o godzinie 6.00 zaskakujący atak samolotów Luftwaffe, które zbombardowały miejsce postoju sztabu Armii „Łódź” w Julianowie. Jak podaje pułkownik Zygmunt Łakiński, w efekcie tego nalotu miało zginąć aż 30 oficerów sztabowych, co w zasadzie musiałoby wszak położyć kres istnieniu dowództwa Armii „Łódź”. Jednakże generał Rómmel, sam cudem ocalały, nie potwierdza aż tak fatalnych skutków tamtego nalotu. Spośród oficerów jego sztabu zginął wówczas jedynie podpułkownik Zdzisław Chrząstowski. Śmierć dosięgła tego oficera w momencie, gdy ratował nieprzytomnego dowódcę Armii ”Łódź”, wyrzuconego podmuchem eksplodującej bomby przez okno na zewnątrz budynku. Na skutek tej samej eksplozji rany odniosło wówczas także kilku innych oficerów i żołnierzy. Ciężko ranny został wtedy również dziennikarz Wyszomirski. Podpułkownik Chrząstowski został pochowany właściwie w miejscu, gdzie poległ, a więc w ogrodzie okalającym julianowski pałacyk. Wszyscy ranni zostali natomiast niezwłocznie wyekspediowani do szpitala w Łodzi.
    Oceniając decyzję generała Juliusza Rómmla o przeniesieniu sztabu Armii „Łódź” z Julianowa do Mszczonowa, należy przy tej okazji uwzględnić także konieczność zapewnienia łączności pomiędzy sztabem armii, a podległymi jego dowództwu jednostkami liniowymi. Zważyć należy, że właśnie  w Mszczonowie zbiegało się sześć szos i kilka dróg. Sztab Armii „Łódź” przybyły do tego miasta w dniu 6 września 1939 roku około godziny 10.00 ulokował się w budynku poczty, co pozwalało na korzystanie z połączeń telefonicznych i telegraficznych. Przez Mszczonów przechodził też kabel podziemny Juza, co otwierało przed generałem Rómmlem możliwość nawiązania łączności z Naczelnym Dowództwem. A przy tym, należy jeszcze zauważyć, że przebieg działań wojennych zmuszał formacje Armii „Łódź” do wycofywania się na wschód, a więc akurat w kierunku Mszczonowa, przewidzianego na miejsce postoju ich dowództwa.

    Jednakże w dniu 5 września, a zatem w momencie podejmowania decyzji o przeniesieniu swojego miejsca postoju do Mszczonowa, generał Juliusz Rómmel nie wiedział tego, że dokładnie wtedy w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego zagony pancerne nieprzyjaciela dosłownie rozniosły Armię „Prusy”, znajdującą się wszak dopiero w stanie organizacji. Jak widać, kolejny raz zawiniła tutaj nasza łączność, zupełnie nieprzygotowana technicznie do spełniania swojego zadania w warunkach stawianych jej przez wymogi wojny manewrowej. O klęsce poniesionej przez Armię „Prusy” pod Piotrkowem Trybunalskim w dniu 5 września generał Juliusz Rómmel dowiedział się dopiero w nocy z 5 na 6 września, kiedy około godziny 2.00 przybył do Julianowa samochód ciężarowy należący do naszej 19. Dywizji Piechoty.

    Oczywistym skutkiem przemieszczania się niemieckich zagonów pancernych w kierunku północnym już na tyłach pozycji Armii „Łódź” było odcięcie sztabu generała Juliusza Rómmla od jednostek dowodzonego przezeń zgrupowania. To zaś stawiało go przed koniecznością dokonania jednoznacznego wyboru: poddać się i iść do niewoli, czy też zmierzać do Warszawy, w której kierunku według jego wiedzy wycofywały się przecież nasze wojska. Tłumacząc swoje postępowanie, generał Rómmel powołuje się na kilku świadków swojego komunikowania się w tej sprawie z Naczelnym Wodzem, który akurat w tym momencie opuszczał stolicę, by udać się do Brześcia nad Bugiem.

    Więc co niby - w takiej sytuacji - mógłby zalecić generałowi Rómmlowi Naczelny Wódz? Z całą pewnością nie nakazałby mu poddać się Niemcom. Wydane zaś generałowi Juliuszowi Rómmlowi przez Naczelnego Wodza polecenie udania się do Warszawy wcale więc nie musiało mieć na celu jego spotkania z osobą marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, choć i tego wykluczyć nie sposób. Zatem uważna analiza wszelkich okoliczności powodujących ostatecznie pojawienie się dowódcy Armii „Łódź” w dniu 8 września w Warszawie przekonuje, że w fakcie wycofania się generała Rómmla do Mszczonowa w żadnym wypadku nie należy dopatrywać się przestępczego zamiaru opuszczenia dowodzonej przez niego armii.

    Osobiście uważam, że był to jedynie błąd generała, który pociągnął za sobą fatalne i przez nikogo nieprzewidziane skutki. Wydaje się też, że na powstanie złej aury wokół generała Juliusza Rómmla miał swój wpływ także stan oflagowej frustracji przedstawicieli kadry oficerskiej naszej pokonanej armii. Nie sposób także oprzeć się wrażeniu, że i sam generał nieco zawinił, wykazując się iście generalskim brakiem umiejętności do przyznawania się do popełnionego przez siebie błędu. A to przecież zawsze pogarsza jedynie sytuację...

    Myślę, że mojej oceny postępowania dowódcy Armii „Łódź” nie jest w stanie zmienić nawet opisywana przez generała Wiktora Thommeé gwałtowna i nader przykra rozmowa, jaką generał Juliusz Rómmel odbył z szefem Sztabu Naczelnego Wodza - generałem brygady Wacławem Stachiewiczem. Zarzuty postawione wówczas generałowi Rómmlowi przez generała Stachiewicza z natury rzeczy musiały być dla dotychczasowego dowódcy Armii „Łódź” tym bardziej przykre, że przecież niesłuszne. Zwłaszcza, że nie należy tracić z oczu faktu, iż tamta rozmowa odbyła się w chwili, gdy w Warszawie przebywał już także generał Wiktor Thommeé. Wszystko zaś zdaje się wskazywać na to, że zarzuty postawione wówczas generałowi Rómmlowi były jedynie skutkiem oceny sytuacji dość emocjonalnie dokonanej przez generała Thommeé, której to sugestii uległ również generał Stachiewicz. Tym też zapewne należy tłumaczyć nacechowany wyraźną niechęcią późniejszy stosunek generała Rómmla do generała Thommeé.

    Osobiście - z nie byle jaką przykrością - odbieram ten bezsensowny antagonizm dwóch naszych generałów, jakże przecież wybitnych i niebywale dla Polski zasłużonych. Ale widać taka to już jest ta nasza fatalna polska tradycja... W tym miejscu podnieść należy, że kiedy z upływem czasu emocje już opadły, racjonalna argumentacja generała Rómmla najwyraźniej zdołała jednak przekonać generała Wacława Stachiewicza, który we wrześniu 1939 roku był Szefem Sztabu Naczelnego Wodza. Generał Stachiewicz w swojej własnej relacji powtarza bowiem wersję generała Juliusza Rómmla o odcięciu przez niemieckie siły pancerne sztabu Armii „Łódź” od sił własnego zgrupowania.

Tłumaczenie przez generała Rómmla swojego ówczesnego postępowania zdaje się znajdować wsparcie także w fakcie, jakim była zwycięska potyczka, jaką - nocą z 10 na 11 września - stoczył 31. Pułk Strzelców Kaniowskich z jednostkami Wehrmachtu w Mszczonowie, gdzie przecież nasza jednostka wyparła z miasteczka Niemców, którzy byli całkowicie zaskoczeni polskim atakiem.

    Zatem w świetle powyższego pomawianie generała Juliusza Rómmla  o przestępcze opuszczenie dowodzonej przez niego Armii „Łódź” poczytywać należy jedynie za wyraźny przejaw złej woli wypływający czasami z braku stosownej wiedzy, a zapewne także z niechęci do osoby generała.

    W czasie odwrotu 30. Poleskiej Dywizji Piechoty w pewnym momencie gdzieś też zapodziali się; zarówno pułkownik Stanisław Sztarejko, dowódca 84. Pułku Strzelców Poleskich, jak też i major Aleksander Makowitz, dowódca              II dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Zatem przez pewien czas ich podkomendni pozostawali również bez swoich dowódców.

    Można zaryzykować pogląd, że jedynie splot przypadków dziejowych sprawił, iż obydwaj generałowie Wiktor Thommeé i Leopold Jan Cehak zostali Polakami i jeszcze do tego wszystkiego - polskimi generałami. Pierwszy z nich był bowiem potomkiem napoleońskiego generała, który pozostał na ziemiach polskich w momencie, gdy pobite przez Kutuzowa wojska francuskie wycofywały się z Rosji. Generał Wiktor Thommeé urodził się w spolonizowanej rodzinie - w Święcianach w dniu 30 listopada 1881 roku. Był więc rówieśnikiem swojego bezpośredniego zwierzchnika, generała Juliusza Rómmla, który także podobnie jak on, rozpoczynał swoją wojskową karierę jako oficer rosyjski.

Fot. 31  Generał Wiktor Thommeé - dowódca Grupy Operacyjnej „Piotrków”

    Generał Wiktor Thommeé był w sumie uczestnikiem czterech wojen, w tym dwóch światowych... Podczas pierwszej swojej wojny, tej rosyjsko-japońskiej, przyszły polski generał Wiktor Thommeé był dwukrotnie ranny. Zaś w czasie działań I Wojny Światowej - ranny był aż sześciokrotnie. Ranę postrzałową nogi odniósł także podczas Wojny Obronnej 1939 roku, gdy dowodził utworzoną w ramach Armii „Łódź” Grupą Operacyjną „Piotrków”. Jednoznacznie w tym miejscu stwierdzić należy, że wojennym szczęściem Armii „Łódź” było to, iż generał Leopold Jan Cehak zdołał w dniu 7 września nakłonić generała Wiktora Thommeé do podporządkowania sobie całości sił, pozostających dotychczas pod dowództwem generała Juliusza Rómmla.

    Krok ten okazał się być zbawienny dla jednostek pozbawionych swoich dowódców. Niewątpliwą zasługą generała Wiktora Thommeé było uratowanie przed zagładą i rozsypką wszystkich od tej pory podległych mu od tego momentu sił, dotychczas wchodzących w skład zdezorganizowanej już Armii „Łódź”. Dokonał tego drogą prawdziwie nadludzkich wysiłków. Dowodzone przez niego formacje złożone z resztek Armii „Łódź” - generał Wiktor Thommeé wprowadził do Twierdzy Modlin, a następnie objął dowodzenie jej obroną. Po raz ostatni generał Thommeé został ranny już jako jeniec oflagu, podczas nalotu alianckiego. Ten czterokrotny kawaler Krzyża Walecznych, Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - był także odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta oraz innymi licznymi medalami polskimi i obcymi. Po powrocie do kraju w styczniu 1947 roku zgłosił się do służby wojskowej, lecz odmówiono mu przyjęcia go do Ludowego Wojska Polskiego. Zamieszkał kątem u swoich krewnych w Toruniu, ponieważ pozbawiono go mieszkania w Warszawie. Żył w zapomnieniu, zarabiając na swe utrzymanie jako woźny w szkole oraz nocny stróż na budowach. Warunki jego życia poprawiły się dopiero po październikowej odwilży 1956 roku. Odzyskał wtedy swoje mieszkanie w Warszawie i przyznano mu stosowną emeryturę.

    Generał Wiktor Thommeé zmarł 13 listopada 1962 roku w Warszawie. Został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Nie ulega żadnej wątpliwości, że podczas działań Wojny Obronnej 1939 roku, generał Wiktor Thommeé okazał się być jednym z najwybitniejszych polskich dowódców tamtego czasu.

    Co się zaś tyczy generała Leopolda Jana Cehaka, dowodzącego 30. Poleską Dywizją Piechoty, to urodził się on w Przemyślu w dniu 29 października 1889 roku. Był synem pochodzącego z Chorwacji oficera armii austriackiej, któremu los zgotował służbę w Twierdzy Przemyskiej. Przyszły polski generał poszedł w ślady swego ojca i sam także został oficerem armii miłościwie wówczas panującego Franciszka Józefa. Jego specjalnością była artyleria. Właściwie to natychmiast po wybuchu I Wojny Światowej, bo już  w sierpniu 1914 roku, Leopold Jan Cehak znalazł się w szeregach Legionów. Naturalną koleją rzeczy w listopadzie 1918 roku ten były oficer austriacki stał się oficerem Wojska Polskiego. I natychmiast też uczestniczył w walkach o swój rodzinny Przemyśl, a zaraz potem także o Lwów. Ma się rozumieć, uczestniczył również w wojnie polsko-sowieckiej w roku 1920.

    Generał Leopold Jan Cehak zmarł w Nicei, w dniu 8 maja 1946 roku, czyli dokładnie rok po kapitulacji III Rzeszy. Był kawalerem Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz Krzyża Walecznych.


    Fot. 32  Pułkownik Zygmunt Łakiński – dowódca artylerii dywizyjnej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Fotografia późniejsza w mundurze generalskim PSZ  na Zachodzie

    Dowódca całości dywizyjnej artylerii 30. Poleskiej Dywizji Piechoty pułkownik Zygmunt Łakiński urodził się w dniu 27 stycznia 1892 roku. Znał doskonale język niemiecki, gdyż pochodził z Wielkopolski, gdzie chodził do niemieckich szkół. Nadto, obie babki tego polskiego pułkownika były Niemkami pochodzącymi ze starych junkierskich rodzin. Podczas I Wojny Światowej – przyszły polski pułkownik Zygmunt Łakiński służył w armii niemieckiej. Był także kombatantem wojny polsko-sowieckiej z 1920 roku. Za udział w Wojnie Obronnej 1939 roku uhonorowany został Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, nadanym mu z mocy rozkazu generała Wiktora Thommeè, wydanego w dniu 25 września 1939 roku.Po zwolnieniu z obozu jenieckiego i wydostaniu się przez Węgry z okupowanej Polski pułkownik Zygmunt Łakiński przedostał się do Francji. Tutaj w szeregach polskiej armii sformowanej przez generała Władysława Sikorskiego w maju  i czerwcu 1940 roku po raz drugi wziął udział w walkach przeciwko Niemcom, którzy zaatakowali naszego zachodniego sojusznika. Wojenna klęska armii francuskiej spowodowała, że pułkownik Zygmunt Łakiński przez Dunkierkę ewakuował się do Wielkiej Brytanii, a następnie służył w II Korpusie dowodzonym przez generała Władysława Andersa. Jako dowódca artylerii 3. Dywizji Strzelców Karpackich uczestniczył w bitwie o Monte Cassino. Za oddane wówczas wojenne zasługi został odznaczony Krzyżem Złotym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Powiedzieć trzeba, że niebywale patriotycznie nastawiony generał Zygmunt Łakiński posiadał niebywale krytyczny stosunek do sanacyjnej rzeczywistości II Rzeczypospolitej. Zaś doświadczenia z niemieckimi dywersantami we wrześniu 1939 roku ugruntowały go w przekonaniu, ze nie jest dopuszczalne, zeby w powojennej, wolnej Polsce mieszkał choć jeden Niemiec! Jak wielu naszych oficerów po wojnie do Polski już nie powrócił. Awansowany w międzyczasie do stopnia generała Zygmunt Łakiński zmarł w Londynie w dniu 24 marca 1961 roku.


    Dowódca 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej - podpułkownik Zygmunt Lewandowski urodził się w dniu 18 stycznia 1893 roku. Był weteranem I Wojny Światowej. Jego służba w Wojsku Polskim datuje się od dnia 13 grudnia 1918 roku. W wojnie polsko-sowieckiej brał udział już jako oficer w stopniu kapitana. Służył wtedy w biorącej stale udział we frontowych walkach 4. Dywizji Piechoty. Dowodził baterią podczas walk toczonych w okolicach Gródka Jagiellońskiego. Potem brał jeszcze udział w walkach z Ukraińcami we wschodniej Galicji, na Wołyniu i Polesiu. W okresie międzywojennym jako oficer 4. pułku artylerii lekkiej w Inowrocławiu dowodził III dywizjonem. Potem został wykładowcą w Centrum Wyszkolenia Artylerii w Toruniu. Następnie w roku 1938 podpułkownik Zygmunt Lewandowski objął dowództwo 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Był kawalerem Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz czterokrotnie - Krzyża Walecznych. Odznaczono go także dwiema odznakami honorowymi. Pierwszą była Odznaka Orląt, a drugą Odznaka „Za Wołyń”.

    Pomimo tych wszystkich odznaczeń, którymi został uprzednio uhonorowany za swój udział w walkach toczonych przez polskie siły zbrojne w momencie odradzania się naszej państwowości, podpułkownik Zygmunt Lewandowski we wrześniu 1939 roku zawiódł na całej linii. Jak zostało to już uprzednio odnotowane, wedle słów jego bezpośredniego zwierzchnika dowódcy  30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej był ponoć morfinistą. W końcu nocą z 8 na  9 września - podpułkownik Zygmunt Lewandowski odłączył się od swojej jednostki i ostatecznie znalazł się w składzie 31. Pułku Strzelców Kaniowskich dowodzonych przez podpułkownika Wincentego Wnuka. Grupę podległych mu żołnierzy podpułkownik Zygmunt Lewandowski rozwiązał na Lubelszczyźnie w dniu 25 września 1939 roku. Jego dalsze losy są zupełnie nieznane. Zaginął po nim wszelki ślad i słuch. Tak samo jak po jego podkomendnym - bombardierze Stefanie Nasiołkowskim...

Fot. 33  Zaginiony we wrześniu 1939 roku żołnierz 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej -  bombardier Stefan Nasiołkowski







Piotr Jan Nasiołkowski
Ilustrujące artykuł fotografie pochodzą a prywatnego archiwum autora oraz z internetu. Wszelkie prawa zastrzeżone




                           

 

 

 

 

 

 

Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 1 godzinę temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 19 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 20 godzin temu