Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Wrześniową nocą w Mszczonowie... Piotr Jan Nasiołkowski

    Po tygodniu walk i forsownych marszów odwrotowych - żołnierze 31 Pułku Strzelców Kaniowskich byli głodni i ogromnie już wyczerpani. Dla ich dowódcy było oczywiste, że pilnie potrzebują odpoczynku. Dlatego też całe zgrupowanie podpułkownika Wnuka zaległo na dwa dni w leśnej gęstwinie pomiędzy kompleksem Puszczy Mariańskiej a Studzieńcem. Miejsce ich postoju oddalone było o jakieś 11 kilometrów na zachód od Mszczonowa.
Kompleksy leśne pełne były zdezorientowanych i bezradnych żołnierzy z różnych rozbitych jednostek. W tej masie niemałą liczbę stanowili zwyczajni dezerterzy oraz krańcowo już zdemoralizowani, pozbawieni broni żołnierze, uprzednio wzięci przez Niemców do niewoli, rozbrojeni i z przeróżnych przyczyn puszczeni potem wolno. Porucznik Stefan Piński, dowodzący zwiadem konnym 31 Pułku Strzelców Kaniowskich, dostał od dowódcy pułku rozkaz penetracji leśnych ostępów i pozbierania porzuconego sprzętu oraz wszystkich tych żołnierzy, którzy wykazywali wolę dalszej walki z najeźdźcą. Efekt działań porucznika Pińskiego był wielce zadowalający. Siła ogniowa kaniowszczyków została wzmocniona kilkoma działkami przeciwpancernymi kal. 37 mm wraz z pełną obsługą i zapasem amunicji. Do tego doszły jeszcze dwie kompletne baterie z jaszczami pełnymi amunicji. Do zgrupowania dołączyło też kilkudziesięciu szeregowych żołnierzy oraz kilkunastu oficerów.

    W niedzielę 10 września do grupy podpułkownika Wincentego Wnuka dołączył wraz kilkudziesięcioma żołnierzami kapitan Alojzy Piwowar, dowódca nieistniejącej już pierwszej baterii 30 Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.



fot. Pułkownik Wincenty Wnuk



    Tego samego dnia o godzinie 16.00 generał Wiktor Thommeé wydał generałowi Leopoldowi Cehakowi rozkaz przegrupowania dowodzonej przez niego 30 Poleskiej Dywizji Piechoty i wyruszenia w kierunku Warszawy. Pozostałość po dywizyjnej artylerii rozdzielono pomiędzy kolumny marszowe dwóch pułków piechoty — 82. i 84. Jednym z etapów marszowych dywizyjnej kolumny miało być miasteczko Mszczonów, gdzie krzyżowały się drogi wiodące w różnych kierunkach. W międzyczasie okazało się, że Niemcy zdążyli już jednak zająć Mszczonów i tym samym zamknęli polskim jednostkom drogę odwrotu w kierunku Warszawy. Było rzeczą oczywistą, że w sytuacji opanowania Mszczonowa przez nieprzyjaciela - zmierzające w kierunku stolicy formacje 30. Poleskiej Dywizji Piechoty będą musiały odbić to miasto z rąk Niemców. Plan opanowania Mszczonowa przewidywał współdziałanie 30. Poleskiej Dywizji Piechoty z 31. Pułkiem Strzelców Kaniowskich. Zapewne z tej to przyczyny, licząc na rychłe spotkanie z ugrupowaniami swej macierzystej jednostki, dowódca 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, podpułkownik Zygmunt Lewandowski podjął decyzję przyłączenia się wraz z garstką swoich żołnierzy do zgrupowania podpułkownika Wincentego Wnuka.

    W dniu 8 września na szosie wiodącej ze Skierniewic do Mszczonowa tabory 31. Pułku Strzelców Kaniowskich zostały zaatakowane przez niemieckie siły pancerne. Spowodowało to znaczne opóźnienie marszowe jednostki podpułkownika Wnuka. Dodatkowo na skutek zatłoczenia dróg przez masy wycofującego się wojska łączność z pułkiem utracił, dowodzony przez majora Antoniego Zwolińskiego II batalion, pełniący rolę straży tylnej w kolumnie marszowej swojej jednostki macierzystej. Reszty dopełnili niemieccy dywersanci, którzy poprzestawiali kierunkowskazy. Skutkiem ich działania było to, że większa część II batalionu znalazła się w Skierniewicach. Generał Leopold Cehak, nie mogący doczekać się nadejścia 31. Pułku Strzelców Kaniowskich, wycofał podporządkowane mu siły na południowo-wschodni skraj Puszczy Mariańskiej i rozpoczął przygotowania do przeprowadzenia tej operacji wyłącznie własnymi siłami w dogodnych dla siebie warunkach, a więc takich, które w żaden sposób nie pozwoliłyby nieprzyjacielowi na wykorzystanie swojej przewagi w lotnictwie i siłach pancernych.

    Odnotować należy, że zanim rankiem 8 września Niemcy zajęli Mszczonów, w dniach poprzedzających ich wkroczenie do miasteczka zostało ono dwukrotnie zaatakowane przez samoloty Luftwaffe. Przyczyną powietrznych ataków było wykrycie przez Niemców miejsca postoju sztabu Armii „Łódź” i jej dowódcy generała Juliusza Rómmla. Generał i jego sztab zajmowali kwatery w budynkach zlokalizowanych przy ulicy Warszawskiej.  W dniu 6 września około godziny 15.00 rozpoczął się pierwszy nalot na miasteczko. Następny atak Luftwaffe powtórzyła już godzinę później. Odpór niemieckim samolotom próbowało dawać jedyne nasze działko przeciwlotnicze.


fot. Panzerkampfwagen IV zniszczony przez działko przeciwpancerne podporucznika Stanisława Piekar


fot. Takie właśnie działko zniszczyło w Mszczonowie PkfW IV


fot.  Ponowne wkroczenie Wehrmachtu do Mszczonowa


fot. Zniszczony na ul. Rawskiej w Mszczonowie pojazd Sonderkraftfahrzeug



Na Mszczonów spadło wtedy ponad 70 bomb burzących oraz kilkanaście zapalających. Bomby lotnicze zniszczyły 30 budynków. W efekcie tego ataku samolotów Luftwaffe na miasto zginęło 19 mieszkańców Mszczonowa oraz sześciu żołnierzy, w tym oficer sztabowy porucznik Stefan Niesiołowski. Generał Juliusz Rómmel został wówczas ranny w rękę. Kiedy tylko samoloty nieprzyjacielskie odleciały, sztab Armii „Łódź” opuścił miasto, zdążając do Julianowa. Przez ulice Mszczonowa ciągnęły nieprzerwanie potoki cofających się wojskowych taborów oraz cywilnych uciekinierów.

    W dniu 7 września miasteczko zostało ponownie zaatakowane przez wrogie samoloty. Ten nalot trwał pełne dwie i pół godziny. Tym razem już żadne polskie działko nie strzelało do samolotów Luftwaffe, więc niemieccy lotnicy, czując pełną bezkarność, schodzili na niskie pułapy. Ich pokładowe karabiny maszynowe otwierały morderczy ogień do wojskowych kolumn i cywilnych uciekinierów. Aż dziw bierze, że w trakcie  tego jakże intensywnego nalotu zginęło jedynie  9 osób cywilnych oraz dwóch żołnierzy.      

    Rankiem następnego dnia do Mszczonowa, poważnie już zniszczonego kilkakrotnymi nalotami Luftwaffe, wjechały niemieckie czołgi. Po wkroczeniu do miasta oddziałów Wehrmachtu niemieccy żołnierze zastrzelili pod plebanią wikarego księdza Władysława Gołędowskiego, którego zastali w sytuacji, gdy akurat opatrywał swojego parafianina rannego podczas wcześniejszego nalotu Luftwaffe na Mszczonów.

    Zapewne za sprawą informacji uzyskanych od przedstawicieli mniejszości niemieckiej Niemcy posiadali dokładne rozeznanie odnośnie osób cieszących się szczególną charyzmą w oczach miejscowej społeczności. Dlatego też właśnie na kwatery dla wyższych swoich oficerów wybrali plebanię oraz domy burmistrza Aleksandra Tańskiego i doktora Stanisława Zarachowicza. Zaznaczono przy tym, że doktor, burmistrz oraz proboszcz ksiądz Józef Wierzejski ręczyć mieli swoimi głowami za bezpieczeństwo zakwaterowanych u nich oficerów.



fot.  Ksiądz wikary Władysław Gołędowski

 


fot.  Ksiądz proboszcz Józef Wierzejski


fot.  Burmistrz Mszczonowa Aleksander Tański


fot.  Lekarz z Mszczonowa Stanisław  Zarachowicz



    Krótko po zajęciu miasteczka esesmani i żandarmi przywiedli od strony Grójca grupkę mężczyzn złożoną z dziesięciu wziętych do niewoli polskich żołnierzy oraz jednego cywila. Wszystkich ich natychmiast publicznie rozstrzelali na miejskiej targowicy, zlokalizowanej przy ulicy Grójeckiej. Ofiary tej wojennej zbrodni zostały przez mieszkańców miasteczka pochowane na nowym cmentarzu w Mszczonowie.

    Spośród rozstrzelanych wtedy jedenastu mężczyzn — siedmiu nie posiadało przy sobie żadnych dokumentów, a więc byli to nieznani żołnierze. Wszyscy w wieku około trzydziestu lat. Czwórkę pozostałych rozstrzelanych żołnierzy udało się jednak zidentyfikować. Byli to: Józef Piestrzeniewicz z Łodzi, Jan Kaczmarek z Wielunia (liczący sobie 29 lat), zamordowany w wieku 39 lat Jan Pietroń z Ostrzeszowa w powiecie Kępno, 23-letni Zdzisław Jankowski z Żyrardowa oraz 27-letni kanonier Michał Czepil. Ten polski żołnierz był Ukraińcem. Pochodził z miejscowości Sielce położonej w powiecie Sokal.  

    W nocy z 9 na 10 września w zajętym przez Niemców Mszczonowie wybuchła znienacka gwałtowna strzelanina. Wszczął ją pijany żołnierz Wehrmachtu, który zastrzelił innego Niemca. Winę za ten incydent Niemcy zrzucili na miejscową ludność i jeszcze tej samej nocy rozstrzelano 25 mieszkańców Mszczonowa. Niejako przy okazji niemieccy żołnierze podpalili kilka domów. W niedzielę, 10 września, do miasteczka przybyły niemieckie jednostki tyłowe XVI Korpusu Pancernego. Czołgi różnego typu, ciężarówki oraz ciągniki artyleryjskie zapełniły centralnie w mieście położone dwa place, tj. Nowy Rynek i Plac Piłsudskiego, a także dochodzącą do tego placu ulicę Rawską. Całą resztę pojazdów, która nie zdołała zmieścić się wśród zabudowań Mszczonowa, rozlokowano na polu rozciągającym się tuż za murem starego cmentarza. Tego samego dnia oddział niemieckich żołnierzy rozpoczął w Mszczonowie akcję podpalania żydowskich kamienic. Niemcy zastrzelili wtedy miejscowego piekarza Joska Wojnrajcha oraz dwóch jego synów, a następnie podpalili ich dom. Potem ze zgliszcz tego domostwa wydobyto częściowo zwęglone ciała dziesięciu osób. W przeważającej części kobiet i dzieci...


fot.  Płonący dom piekarza Joska Wojnrajcha Mszczonów 1939



    Tymczasem 10 września w godzinach wieczornych wyruszył w kierunku Mszczonowa zdekompletowany nieco 31. Pułk Strzelców Kaniowskich. To dowodzone przez podpułkownika Wincentego Wnuka zgrupowanie stanowiło boczną kolumnę Grupy Operacyjnej „Piotrków” podlegającej komendzie generała Wiktora Thommeé. Żołnierze podpułkownika Wincentego Wnuka dotarli do Mszczonowa w poniedziałek 11 września tuż przed świtem, dokładniej zaś mówiąc, około godziny 4.00. Podpułkownik Wincenty Wnuk był święcie przekonany o tym, że do tej pory generał Leopold Cehak, dowodzący 30. Poleską Dywizją Piechoty, zdołał już opanować tę miejscowość własnymi siłami. Ale wysłany zwiad rozpoznał, że Mszczonów ciągle pozostawał jeszcze w rękach Niemców, którzy zachowywali się dość niefrasobliwie, co zapewne wynikać musiało z braku poczucia jakiegokolwiek zagrożenia ze strony polskich formacji wojskowych.


fot. Plac Piłsudskiego w Mszczonowie. Ranek 11 września 1939



    Posiadając świadomość konieczności otworzenia drogi odwrotu polskim jednostkom zmierzającym ku Warszawie, podpułkownik niezwłocznie podjął decyzję odbicia Mszczonowa własnymi siłami, wykorzystując przy tym element zaskoczenia przeciwnika. Tuż za kolumną marszową złożoną z około tysiąca żołnierzy toczyła się w kierunku miasteczka ciągnięta przez konie armata kaprala Stanisława Świerczyńskiego. Nieopodal szedł podpułkownik Wnuk z towarzyszącym mu cywilnym mieszkańcem Mszczonowa, który spełniając rolę przewodnika, wskazywał naszemu wojsku drogę i udzielał cennych informacji o dyslokacji niemieckich jednostek. Kolumna polskich żołnierzy posuwająca się niepostrzeżenie wąską drogą z kierunku Żyrardowa znalazła się niebawem w opłotkach Mszczonowa. Żeby zachować absolutną ciszę, żelazne obręcze armatnich kół owinięto szmatami. Polscy żołnierze cały sprzęt bojowy nieśli na plecach. Wszystko po to, by uniknąć terkotu kół i chrzęstu uprzęży, co mogłoby zaalarmować niczego wszak niespodziewających się Niemców.

    Nasze formacje niepostrzeżenie dotarły do mszczonowskiego rynku, gdzie krzyżowały się ze sobą wiodące w rozmaitych kierunkach drogi. Artyleria zwykła i przeciwpancerna oraz karabiny maszynowe zajęły dogodne pozycje na skrzyżowaniach mszczonowskich ulic. Jednocześnie rozlokowane wokół miasta haubice 100 mm, w które wyposażony był III dywizjon 10. pułku artylerii lekkiej, miały za zadanie skutecznie zablokować drogi wyjazdowe z miasta, szczelnie otoczonego przez polską piechotę. Tym sposobem miano uniemożliwić Niemcom wydostanie się z matni. Temu celowi służyło również ustawienie za miastem francuskiej armaty Schneider wz. 1897 kal. 75 mm, która pamiętała jeszcze czasy Wojny Światowej. Jej obsługą dowodził plutonowy Urbaniak. Zadaniem tego działa było blokowanie drogi wylotowej z miasta. Tej prowadzącej w kierunku Skierniewic.

    Drugie identyczne działo pułkowe obsługiwane przez działonowego kaprala Stanisława Świerczyńskiego dotarło bezgłośnie do samego centrum Mszczonowa. Obsługa odprzodkowała je akurat w tym miejscu, gdzie ulica łączyła się już z Rynkiem. Tutaj błyskawicznie wyprzęgnięto konie. Żołnierze własnoręcznie przepchnęli armatę na upatrzone stanowisko ogniowe po północnej stronie niewielkiego, kwadratowego mszczonowskiego rynku, urzędowo zwanego Placem Piłsudskiego. Prawie jednocześnie obsługa działa doniosła skrzynki z amunicją. Przy wylocie ulicy, po drugiej stronie rynku, akurat na wprost lufy polskiej armaty jakby nigdy - nic stał sobie bokiem niemiecki czołg. Zza niego widoczna była tylna część stojącego nieco dalej drugiego czołgu.

    Kiedy nad miastem błysnęła wystrzelona przez kaprala Ciupka rakieta sygnalizacyjna informująca o zajęciu przez naszych żołnierzy stanowisk wyjściowych do ataku w obrębie samego miasta, dowódca ósmej kompanii kapitan Kazimierz Skorupski niezwłocznie wydał swym żołnierzom sygnał do wkroczenia do miasta i zajęcia pozycji wyjściowych do planowanego ataku. Jako pierwszy niepostrzeżenie wkroczył do Mszczonowa I batalion, którym dowodził major Bolesław Raczkowski. Atak na Mszczonów rozpoczął się od północnej strony miasta, gdzie żołnierze dwóch plutonów 1. kompanii, dowodzonej przez kapitana Witolda Czyża, wbiegli pomiędzy opłotki, odcinając tym samym Niemcom drogę odwrotu w kierunku Warszawy. Jednocześnie pluton dowodzony przez porucznika Dębskiego posuwał się pod osłoną ścian domów lewym skrajem drogi wjazdowej do miasta, obrzucając przy tym granatami budynki, które wyrwani ze snu żołnierze Wehrmachtu natychmiast pozamieniali w prowizoryczne gniazda oporu. Już w tej fazie walki, niszcząc gniazdo nieprzyjacielskiego karabinu maszynowego, wyróżnili się żołnierze z patrolu dowodzonego przez starszego strzelca Karasińskiego. Kiedy pluton porucznika Dębskiego doszedł już do kościoła, jego żołnierze dostali się pod ogień innego niemieckiego cekaemu, strzelającego zza okalającego kościół muru. W efekcie tego ostrzału poległ na miejscu kapral Wałecki. Czterej pozostali żołnierze z tej grupy, mianowicie sierżant Ziółkowski, kapral Ciupek oraz szeregowi Włodek i Kołodziejczyk ukryli się przed seriami nieprzyjacielskiego cekaemu za betonowymi słupami, skąd też obrzucili gniazdo karabinu maszynowego ręcznymi granatami, co też i natychmiast przyniosło pożądany skutek.

    Odgłos wybuchających granatów oraz rozpoczętej właśnie w mieście strzelaniny był dla dowodzącego obsługą działa sierżanta Dobrakowskiego sygnałem do otwarcia ognia do drzemiącego w mroku pancernego kolosa. Na daną mu komendę działonowy kapral Stanisław Świerczyński pociągnął za sznurek i huk wystrzału zlał się w jedno z odgłosem bliskiej eksplozji wystrzelonego pocisku, który celnie ugodził czołg w lewą burtę, niszcząc jego układ jezdny. Rozbudzona hukiem wystrzałów trzyosobowa załoga Panzerkampfwagen II, zupełnie nie będąc zorientowana, że to ich pojazd został właśnie zniszczony, usiłowała doń dobiec i zająć swoje stanowiska we wnętrzu czołgu. Niemieccy pancerniacy zostali jednak zatrzymani skutecznym ogniem broni ręcznej i maszynowej żołnierzy z kompanii porucznika Janiaka. Jeden spośród trzech niemieckich czołgistów wskoczył nawet na wieżę i zdołał otworzyć klapę włazu. Z wnętrza unieruchomionego czołgu buchnęły kłęby gęstego, czarnego dymu. W tym samym momencie trafiony kulami piechurów niemiecki żołnierz zawisł bezwładnie na wieżyczce z jedną nogą tkwiącą w otwartym włazie czołgowym. Ogień polskich żołnierzy dosięgnął także drugiego członka załogi zniszczonego czołgu. Niemiec znieruchomiał na tylnej części wieżyczki pojazdu. W tym samym czasie, reagując na odgłosy strzałów naszej artylerii, załoga drugiego czołgu zdołała zapuścić silnik. Potężny Panzerkampfwagen IV, cofnąwszy się nieco w głąb ulicy, obracał wieżyczką, wyszukując swoją krótką lufą stanowiska ogniowego polskiego działa. Jednocześnie gwałtownym ogniem przemówiły zamontowane w czołgu karabiny maszynowe. Żaden pocisk nie zdołał jednak opuścić lufy czołgowej armaty. Wyprzedzając bowiem ten przewidywalny manewr bojowy niemieckiego czołgu, obsługa naszego działa wzięła go już na przysłowiową muszkę. Komenda: „Ognia!”. Huk wystrzału. Również tym razem wystarczyło jedno tylko trafienie. Pocisk przeciwpancerny przebił burtę czołgu i eksplodował w jego wnętrzu. Siła eksplozji wyrwała z wieżyczki stalową pokrywę włazu. Spadający z wysokości masywny stalowy odlew z zaiste przerażającym hukiem uderzył o bruk mszczonowskiego rynku. W takich to okolicznościach ogień polskiej artylerii zniszczył dwa niemieckie czołgi. Jeden na Placu Piłsudskiego, zaś drugi przy wylocie nań ulicy Rawskiej. Tym pierwszym był lekki czołg Panzerkampfwagen II Ausf. B uzbrojony w działko kal. 20 mm oraz jeden karabin maszynowy kal. 7,92 mm. Tym drugim zaś był średni czołg Panzerkapfwagen IV. Jego uzbrojeniem było krótkolufowe działo kal. 75 mm oraz dwa karabiny maszynowe MG 34 kal. 7,92 mm.

    Zewsząd słychać było już gwałtowny, nieustający jazgot broni maszynowej. Ulice i uliczki Mszczonowa pełne były polskich żołnierzy metodycznie likwidujących kolejne gniazda oporu Niemców. Kiedy żołnierze 8. kompanii kapitana Kazimierza Skorupskiego dotarli w pobliże mszczonowskiego kościoła, z kościelnej wieży odezwały się serie następnego niemieckiego cekaemu. Jego ogień okazał się być na tyle skuteczny, że na bruk padło kilku naszych żołnierzy. Kapitan Kazimierz Skorupski wskazał stanowisko cekaemu grupie żołnierzy dowodzonych przez kaprala. Podoficer niezwłocznie wydał rozkaz: „Za mną!”. Nie wiadomo dokładnie, jakim sposobem, ale również i ten niemiecki karabin maszynowy został przez naszych żołnierzy skutecznie uciszony. Wyrwani ze snu, niekompletnie ubrani żołnierze Wehrmachtu biegali boso i bezładnie pod ogniem polskiej broni maszynowej.

    Tymczasem nasi artylerzyści na mszczonowskim rynku zupełnie nie mieli czasu na radowanie się ze zniszczenia dwóch niemieckich czołgów. Działonowy Świerczyński zauważył bowiem niemiecką ciężarówkę, stojącą od nich w odległości około 300 metrów. W kierunku auta biegło już kilkunastu niemieckich żołnierzy. Obsługa naszej armaty rozumiała się bez słów. Działonowy Świerczyński pochwycił za drążek celowniczy, zaś reszta załogi automatycznie — za koła. Artylerzyści błyskawicznie ustawili działo tak, by niemieckie auto znalazło się w zasięgu jego ognia. Huk wystrzału i natychmiastowa eksplozja płonącej benzyny nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Pocisk naszej armaty idealnie trafił w cel. Polscy artylerzyści o ułamek sekundy zdołali wyprzedzić niemieckich piechurów, którzy na całe swoje szczęście nie zdążyli dobiec do samochodu przed trafieniem pojazdu pociskiem wystrzelonym z polskiego działa.


fot. Zniszczony w Mszczonowie niemiecki  pojazd Sonderkraftfahrzeug


fot. Zniszczony niemiecki czołg Panzerkampfwagen II


fot.  Zniszczony niemiecki czołg Panzerkampfwagen II


fot. Pierwszy niemiecki czołg celnie trafiony pociskiem z działa kaprala Świerczyńskiego


fot. Zniszczony niemiecki czołg Panzerkampfwagen I


fot. Zniszczony niemiecki czołg Panzerkampfwagen II


fot. Zniszczony niemiecki czołg Panzerkampfwagen IV


fot. Zniszczony niemiecki czołg Panzerkampfwagen IV

    Kapral Świerczyński przez cały czas bacznie obserwował z rynku wyloty wszystkich ulic. Następnym celem dla polskich artylerzystów stał się dostrzeżony w głębi jednej z dochodzących do rynku ulic wyjeżdżający z bramy samochód ciężarowy szczelnie zakryty plandeką. Kiedy auto wyjechało na ulicę, odwracając się zarazem tyłem do rynku, obsługa naszego działa zobaczyła, że ciężarówka pełna jest niemieckich żołnierzy w hełmach. Od pozycji stojącej na rynku naszej armaty ciężarówkę dzieliła odległość około 400 metrów. Artylerzyści błyskawicznie przestawili działo, zmieniając kierunek jego strzału. Huk dwóch po sobie następujących wystrzałów. Po drugim strzale polskiej armaty ciężarówka nienaturalnie podskoczyła i przewróciła się na bok - wprost do ulicznego rynsztoku. Spanikowani żołnierze Wehrmachtu jeden przez drugiego zeskakiwali z auta, poszukując schronienia w ciemnych zakamarkach mszczonowskiej ulicy.

    Tymczasem od strony wylotu drogi wiodącej z miasta w kierunku Skierniewic dobiegały odgłosy gwałtownego ognia prowadzonego przez działo plutonowego Urbaniaka. Niemieccy żołnierze podjęli próbę wydostania się z miasta, zmierzając w tamtym właśnie kierunku. Działo plutonowego Urbaniaka po każdym oddawanym raz po raz strzale, nie mogąc znaleźć oparcia na brukowanej szosie, siłą odrzutu cofało się o kilka kroków. Więc artylerzyści musieli za każdym razem przetaczać je na poprzednie miejsce.

    W międzyczasie Niemcy najwyraźniej zdołali zorientować się już co do pozycji zajmowanej przez siejące spustoszenie działo kaprala Świerczyńskiego. Do akcji została bowiem wprowadzona niemiecka artyleria, wezwana zapewne drogą radiową. W pewnym momencie eksplozje niemieckich pocisków artyleryjskich zagroziły nawet umiejscowionemu pod kościelnym murem stanowisku dowodzenia podpułkownika Wincentego Wnuka. Strzelała niemiecka bateria posiadająca swoje stanowiska poza obrębem miasteczka. Salwa nieprzyjacielskich pocisków artyleryjskich trafiła w domy okalające mały mszczonowski ryneczek. Posypał się gruz. Kilka budynków stanęło w ogniu, lecz niemiecki ostrzał artyleryjski na całe szczęście okazał się być na tyle nieskuteczny, że nie zdołał wyrządzić żadnych szkód samemu działu ani też jego obsłudze. Niebawem niemiecka artyleria ucichła, gdyż stanowisko jej zostało skutecznie zaatakowane przez żołnierzy III batalionu dowodzonego przez kapitana Kazimierza Skorupskiego. W tym samym prawie momencie  z terenu Parku Saskiego rozciągającego się za kościołem wyjechał potężny jak na tamten czas, uzbrojony w krótkolufowe działo o kalibrze 75 mm, czołg Panzerkampfwagen IV. Ten stosunkowo lekko opancerzony, lecz i tak 20 ton ważący kolos, torując sobie drogę seriami swoich karabinów maszynowych, zmierzał najwyraźniej w kierunku rynku. A więc dokładnie tam, gdzie swoje stanowisko ogniowe miała armata działonowego Świerczyńskiego. Na całe szczęście czołg ten nie mógł jechać zbyt szybko. Tego typu wozy pancerne rozwijały prędkość co najwyżej 35 km/godz.

    Obsługiwane przez żołnierzy dowodzonych przez podporucznika Stanisława Piekarczyka przeciwpancerne działko Bofors 37 mm zauważone przez kapitana Aleksandra Ogrodnika w jednej z bram domów przy mszczonowskim Rynku zostało na rozkaz kapitana pospiesznie przeprowadzone przez ogrody. Aby zająć korzystne stanowisko do strzału, nasi żołnierze wyłamali po drodze dwa przęsła płotów i zdołali zajść drogę pancernemu kolosowi. Aby umożliwić oddanie strzału z głębi ogrodu, jeden z żołnierzy otworzył furtkę w ogrodzeniu. Kiedy z osłoniętych zielenią stanowisk obsługa działka dostrzegła przesłaniające otwór furtki pancerne cielsko posuwającego się wolno i zionącego ogniem karabinów maszynowych kolosa, kapitan Ogrodnik wydał komendę: „Ognia!”. Rozległ się huk oddanego strzału. Silnik czołgu zawył nienaturalnie, zaś jego wieżyczka natychmiast obróciła się   w kierunku skrytego w zieleni stanowiska polskiej armatki przeciwpancernej. Lecz w tym momencie działko oddało już drugi celny strzał, znaczony dymem buchającym z wnętrza czołgu. Natychmiast dał się też słyszeć metaliczny chrzęst otwieranego włazu pancernego kolosa. Załoga czołgu, dławiąc się dymem, usiłowała jak najszybciej wydostać się z jego wnętrza. Lecz skutecznie uniemożliwiał jej to ogień karabinowy polskiej piechoty. Kapitan Ogrodnik zrobił kilka kroków w kierunku czołgu, lecz zatrzymał go nagły i potężny wybuch. To we wnętrzu płonącego już pojazdu eksplodował cały zapas jego amunicji. Pancerny kolos wyleciał w powietrze. W takich to okolicznościach zginęła cała jego pięcioosobowa załoga.   

    Tymczasem daleko w głębi ulicy, gdzie na boku leżała ciężarówka uprzednio trafiona pociskiem z działa kaprala Stanisława Świerczyńskiego, dał się zauważyć jakiś ruch. Działonowy Świerczyński skierował w tamtym kierunku okular swojej lornetki, co pozwoliło mu zobaczyć, że skrzyżowanie ulicy Rawskiej z Zarzeczną mijają właśnie dwa czołgi zmierzające wprost do rynku. Z każdą chwilą warkot ich silników stawał się coraz głośniejszy. Podkomendni działonowego Świerczyńskiego uwijali się jak w ukropie. Przegrzana lufa obsługiwanej przez nich armaty coraz to zionęła ogniem, niezmiennie towarzyszącym każdemu kolejnemu pociskowi posyłanemu   w kierunku nieprzyjacielskich czołgów, nieuchronnie zbliżających się do rynku. Sytuacja polskich artylerzystów stawała się jednak coraz bardziej dramatyczna, gdyż ogień prowadzony przez działo kaprala Świerczyńskiego jakoś nie odnosił pożądanego skutku. Niespełna półtoracentymetrowej grubości pancerze czołgów jakimś cudem wytrzymywały uderzenia kolejnych pocisków. W końcu obsłudze polskiego działa zostały już tylko dwa pociski. Tymczasem obydwa czołgi były już całkiem blisko rynku. W tym momencie niespodziewanie przyszli w sukurs artylerzystom piechurzy z 7. kompanii, dowodzonej przez porucznika Zenona Janiakowskiego. Rzucone przez nich granaty spowodowały, że silniki obydwu niemieckich czołgów przestały nagle pracować.

    Obsługa polskiego działa pobiegła po amunicję. Na stanowisku ogniowym pozostał jedynie kapral Stanisław Świerczyński. I właśnie w tej chwili jeden z dwóch niemieckich czołgów zdołał uruchomić silnik i omijając swego unieruchomionego kompana ruszył w kierunku Rynku. Działonowy Świerczyński nie stracił jednak zimnej krwi. Chwycił za drążek i nadludzkim wysiłkiem sam jeden ustawił armatę do strzału na wprost, automatycznie zgrał przyrządy celownicze, otworzył zamek i załadował do komory przedostatni z posiadanych pocisków... Wiedział, że jeśli nie trafi, na oddanie drugiego strzału nie będzie miał już czasu… Nieprzyjacielski czołg wjeżdżał akurat na rynek. W tym momencie nadbiegł sierżant Dobrakowski i zaryglował zamek działa. Za sznurek uruchamiający mechanizm spustowy armaty działonowy Świerczyński pociągnął dosłownie w ostatnim ułamku sekundy. Niemiecki czołg był już bowiem na samym środku rynku, zaledwie w odległości jakichś 50 metrów od wylotu lufy polskiego działa ustawionego na strzelanie doń ogniem na wprost. Huk wystrzału armaty, odgłos bliskiego uderzenia pocisku w pancerz. Zgrzyt pękającego metalu, nagłe rzężenie czołgowego silnika na podwyższonych obrotach… Wszystkie te odgłosy zlały się w jeden niesamowity zgrzyt, dobywający się z samego środka chmury dymu, okalającego teraz miejsce, do którego udało się dojechać niemieckiemu pojazdowi. Kiedy ten dym zaczął opadać, kapral Świerczyński zauważył unoszącą się pokrywę czołgowego włazu, z którego wychyliła się postać niemieckiego czołgisty z granatem w ręku. Działonowy wyciągnął z kabury swojego Visa, lecz nie zdążył już zrobić użytku z pistoletu. Zeskakujący z wieżyczki czołgu Niemiec zdołał bowiem rzucić granat w kierunku polskiego działa. Poszukując osłony przed skutkami wybuchu rzuconego granatu, kapral Świerczyński skulił się odruchowo za stalową tarczą swojego działa. Prawie jednocześnie z hukiem pękającej żeliwnej skorupy granatu grad odłamków metalicznie zadzwonił wielokrotnością uderzeń o tarczę armaty. Jeden z tych śmiercionośnych kawałków żelaza zdołał sięgnąć prawego buta kaprala, przecinając zewnętrzną stronę cholewy tuż nad ostrogą. Reszta odłamków przeleciała gdzieś nad głową kaprala Świerczyńskiego, ze złowrogim świstem przecinając powietrze.

    Nieoczekiwanie zapanowała nieznośna wręcz cisza. Na środku rynku nieruchomo stał wrak ostatniego spośród niemieckich czołgów, zniszczonych  w trakcie walki toczonej o opanowanie Mszczonowa. Ta cisza oznaczała ostateczne złamanie niemieckiego oporu. Stało się to akurat w samym centrum miasteczka. Duże znaczenie dla tego spektakularnego sukcesu militarnego naszego wojska miał manewr oskrzydlenia miasta od północnej jego strony, co zostało sprawnie przeprowadzone już we wstępnej fazie walki. Jak to przewidział podpułkownik Wnuk - gdy tylko rozgorzała walka w mieście, Niemcy niejako automatycznie podjęli próbę wyprowadzenia z miasteczka swoich pojazdów mechanicznych. Natrafili jednak na skuteczny ogień naszych działek przeciwpancernych, wzmocniony jeszcze dodatkowo silnym ostrzałem zaporowym 100-milimetrowych haubic III dywizjonu 10. pułku artylerii lekkiej. Tym to sposobem szczelne zablokowanie dróg wylotowych całkowicie uniemożliwiło Niemcom wyprowadzenie z miasta własnych czołgów. Tym samym zapobiegło niebezpieczeństwu ich późniejszego skutecznego użycia poza obrębem zabudowań miejskich, a więc w otwartym polu w warunkach pełnej swobody manewru, co jest niezbędne dla właściwego wykorzystania atutów broni pancernej. Ponadto nasi żołnierze, wchodząc z Niemcami w bezpośredni kontakt bojowy, szturmowali pozycje wroga w każdym zakamarku Mszczonowa - nawet z użyciem bagnetów, jeśli tylko zachodziła taka potrzeba. Narzucenie przez kaniowszczyków tego własnego stylu walki żołnierzom Wehrmachtu pozwoliło Polakom na inicjatywne panowanie nad sytuacją, co też skutecznie uniemożliwiło Niemcom zorganizowanie jakiejkolwiek sensownej obrony.  

    Po krótkiej, aczkolwiek gwałtownej walce Mszczonów znalazł się więc ponownie w polskich rękach. Oznaczało to zarazem uwolnienie około dwustu polskich jeńców, pozamykanych w kilku stodołach. Wzięto też wtedy do niewoli dwóch niemieckich oficerów zaskoczonych we śnie i wyciągniętych  z łóżek przez naszych żołnierzy. Jednym z nich był oficer rezerwy major doktor Eckert wchodzący w skład kompanii propagandowej Luftwaffe. Wraz z oficerami do polskiej niewoli dostało się także 35 szeregowych żołnierzy Wehrmachtu. Dwóch spośród tych jeńców, mianowicie pochodzącego  z Wiednia majora oraz porucznika, schwytali żołnierze dowodzeni przez plutonowego Glesmana. Wystraszonego niemieckiego majora Eckerta - nasi żołnierze musieli wyciągać spod łóżka. Kiedy plutonowy Glesman doprowadził jeńców przed oblicze podpułkownika Wnuka — dowódca kaniowszczyków ze zdziwieniem zauważył, że niemiecki oficer tak jakoś nienaturalnie szeroko stąpa... Okazało się, że majorowi Wehrmachtu ze strachu zwieracze odmówiły posłuszeństwa. Mówiąc wprost - niemiecki major najzwyczajniej w świecie narobił w portki. Znalazłszy się zupełnie dla siebie nieoczekiwanie w polskich rękach, niemiecki major najwyraźniej spodziewał się teraz najgorszego. Z całą pewnością wiedział o wszystkich zbrodniach popełnionych przez niemieckich żołnierzy w Mszczonowie w ciągu ostatnich trzech dni. Nie przypuszczał jednak, że polscy zdobywcy Mszczonowa zupełnie nie mieli o tym pojęcia. Zapewne nie byle jak musiał być zaskoczony usłyszanym z ust podpułkownika Wnuka policzkującym go wręcz zapewnieniem, że Polacy nie rozstrzeliwują jeńców. Widząc żałosny stan niemieckiego oficera, z trudem zachowując powagę, podpułkownik Wincenty Wnuk zalecił trzęsącemu się ze strachu jeńcowi wzięcie się w garść, chociażby tylko dlatego, że przecież patrzą na niego jego podkomendni. Następnie obydwóch niemieckich jeńców odesłał pod eskortą na kwatery, aby mogli się tam ubrać i doprowadzić do porządku.

    W dniu 11 września w walce o Mszczonów poległo zaledwie trzech polskich żołnierzy. Jednym z nich był wspomniany już wcześniej kapral Wałecki. Nie jest natomiast znana dokładna liczba poległych i rannych w tym starciu żołnierzy Wehrmachtu. Faktem jest, że tamtego wrześniowego ranka w Mszczonowie poległo kilkunastu Niemców, w tym także kapitan Friedrich Albrecht, oficer 4. Dywizji Pancernej. Zginęło również dwóch wyższych niemieckich oficerów - major i podpułkownik. Ci dwaj usiłowali  z podmszczonowskiego folwarku Józefpol dostać się samochodem do miasta. Wszystko wskazuje na to, że ich zamiarem było opanowanie sytuacji w mieście i zorganizowanie niemieckiej obrony. Jednakże pojazd, którym jechali, natknął się na skuteczny ogień drużyny kaprala Pietrzaka. W przewróconym niemieckim aucie polscy żołnierze znaleźli ciała dwóch martwych oficerów. Jednym z nich był dowodzący niemiecką jednostką podpułkownik, który w pośmiertnie zaciśniętej dłoni trzymał kurczowo pistolet, zaś towarzyszący mu major miał przy sobie metalową kasetę (prawdopodobnie jedną spośród dwóch wówczas zdobytych) oraz mapy sztabowe z naniesionymi na nie zaplanowanymi działaniami jednostek Wehrmachtu. Kiedy tylko umilkły odgłosy walki, obydwóch oficerów pochowano przy ulicy Grójeckiej nad stawem, służącym dziś jako zbiornik przeciwpożarowy. Onegdaj mieszkańcy Mszczonowa nazywali ten staw Zdrojem.    

    W zdobytym przez polskich żołnierzy Mszczonowie Niemcy stracili wiele pojazdów bojowych oraz zapasy żywności i amunicji. Na rozkaz dowódcy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich pluton saperów pod dowództwem porucznika Czesława Jarnickiego niezwłocznie przystąpił do metodycznego niszczenia niemieckich pojazdów. Nasi żołnierze użyli do tego celu znacznych ilości niemieckiego paliwa pochodzącego z kilku, dopiero co zdobytych, cystern.
    Bezpośrednio po zdobyciu Mszczonowa, podpułkownik Wnuk usiłował nawiązać łączność radiową z generałem Thommeé. Niestety, bezskutecznie. Więc z konieczności poprzestano na obfitym polewaniu zdobyczną benzyną oczekujących naprawy uprzednio już unieruchomionych czołgów, ciężarówek  i samochodów pancernych. Natychmiast buchnęły w górę słupy płomieni. Tym sposobem nasi żołnierze zniszczyli w sumie 16 niemieckich czołgów oraz  14 wozów pancernych i ciężarówek. Od palących się pojazdów zapaliła się także stodoła zamieniona przez Niemców w skład amunicji. Odgłosy eksplozji żołnierze 31. Pułku Strzelców Kaniowskich słyszeli jeszcze długo po tym, jak rankiem opuścili miasteczko zdobyte przez siebie w nocnym boju.

    Strona niemiecka przyznała, że Wehrmacht stracił w Mszczonowie cztery własne czołgi. Niemcy odnotowują również, że szczególnie ciężkie straty w sprzęcie i ludziach poniosła w tej potyczce kompania warsztatowa 36. pułku pancernego, jak również tabor 12. pułku piechoty. Części tej ostatniej formacji udało się jednak jakimś cudem wydostać z miasteczka. Natomiast według relacji kapitana Aleksandra Ogrodnika żołnierze 31. Pułku Strzelców Kaniowskich zniszczyli w Mszczonowie w sumie 30 czołgów zarówno spośród tych zdolnych do walki, jak i spośród pojazdów uszkodzonych, znajdujących się na transporterach. Wśród nich zniszczeniu uległy dwa najcięższe niemieckie czołgi, a więc chodzi najprawdopodobniej o Panzerkampfwagen IV. Wszystko wskazuje na to, że przeważającą część zniszczonego sprzętu pancernego stanowiły lekkie czołgi, a więc pojazdy typu Panzerkampfwagen I oraz II. Do tego wszystkiego już po zakończeniu walki o miasto płomienie strawiły jeszcze kilkanaście zdobytych samochodów i motocykli. Nadto podczas ulicznej bitwy o Mszczonów zostały zdobyte dwie metalowe kasy z zawartością — jedna 20 000, a druga 21 000 niemieckich Reichsmarek. Łupem polskich żołnierzy stały się także propagandowe filmy nakręcone przez kompanię propagandową Luftwaffe. Niewątpliwie zadaniem tej formacji było dokumentowanie skuteczności działania niemieckich samolotów. A w Mszczonowie zniszczonym uprzednio kilkakrotnymi nalotami było co filmować! Nakręcone przez niemieckich propagandystów filmy zostały zniszczone, zaś ze zdobycia pieniędzy sporządzono protokolarny raport, po czym zasiliły one kasę pułkową.

    Bilans niemieckich strat materiałowych zapisany w relacji kapitana Aleksandra Ogrodnika nie wydaje się jednak być precyzyjny. Chociażby z tej przyczyny, że oficer ten zupełnie nie wspomina o zniszczeniu w Mszczonowie wypalonego wraku półgąsienicowego pojazdu, zwanego przez Niemców Sonderkraftfahrzeug 9 (widocznego na fotografiach z ulicy Rawskiej). Możliwe całkiem, że te zauważalne rozbieżności odnoszące się do liczby zniszczonych pojazdów wroga wynikły z powodu zsumowania w relacji kapitana Aleksandra Ogrodnika całego niemieckiego sprzętu zniszczonego w Mszczonowie. A więc zarówno tego wyeliminowanego w trakcie walki, jak i wszystkich tych pojazdów, które zostały spalone przez kaniowszczyków już po zdobyciu Mszczonowa. Myślę jednak, że spieranie się o liczbę zniszczonych niemieckich pojazdów nie jest aż tak bardzo istotne. Jakby nie patrzeć — było ich dużo. Przekonują o tym fotografie zrobione przez Niemców po powtórnym zajęciu miasteczka przez oddziały Wehrmachtu. Najistotniejsze bowiem jest to, że udany wypad na Mszczonów oznaczał zadanie dotkliwych strat siłom niemieckim. Zmusił on także niemieckich sztabowców do chwilowego wprawdzie, ale zawsze jednak odstąpienia od realizacji swoich założeń. Zaistniała na przykład konieczność dokonania zmiany kierunków ruchu kilku jednostek Wehrmachtu. Nadto nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że mszczonowska bitwa znacznie wpłynęła na podbudowanie morale polskich żołnierzy.     

    W dniu 11 września Mszczonów został utrzymany przez 31. Pułk Strzelców Kaniowskich do godziny 9.00. Podpułkownik Wnuk nie mógł w żaden sposób nawiązać łączności z generałem Thommeé. Nie doczekawszy się nadejścia innych polskich oddziałów wchodzących w skład Grupy Operacyjnej „Piotrków”, wydał dowodzonemu przez siebie zgrupowaniu rozkaz przejścia w rejon Grzegorzewic, gdzie całe zgrupowanie przycupnęło zaledwie jakieś 3 km od Mszczonowa w okolicy wsi Czarny Las.

    Wrześniowa bitwa mszczonowska uwypukliła po raz kolejny brak harmonijnego zgrania w tych podejmowanych wspólnie działaniach 30. Poleskiej Dywizji Piechoty oraz 31. Pułku Strzelców Kaniowskich. Świadczy to jednoznacznie o fatalnym funkcjonowaniu systemu naszej łączności, a nawet o całkowitym jej nieprzygotowaniu do spełniania swojego zadania w warunkach narzuconego nam przez Niemców manewrowego sposobu prowadzenia działań wojennych. Żołnierze podpułkownika Wincentego Wnuka zdobyli Mszczonów w tym celu, aby drogami wiodącymi przez to miasteczko mogły przejść inne nasze formacje wycofujące się w kierunku Warszawy. Ale tamtego wrześniowego ranka oprócz żołnierzy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich mieszkańcy Mszczonowa nie ujrzeli na ulicach miasteczka żadnego innego polskiego wojska...  Jako ostatni opuścił miasteczko III batalion kapitana Kazimierza Skorupskiego, którego podkomendni byli zajęci niszczeniem parku maszynowego skoncentrowanego przez Niemców za cmentarzem. Pokonawszy marszem na wschód odległość około dwóch kilometrów, batalion dołączył do reszty pułku. Na miejscu postoju dowódca pułku zarządził odprawę oficerów, po czym zgrupowanie zajęło niezwłocznie pozycje obronne. Żołnierze prawie natychmiast zapadli w głęboki sen. Niemcy zupełnie nie przypuszczali, że zgrupowanie, które nocą zdobyło Mszczonów, teraz spokojnie wypoczywa, przycupnąwszy tuż za miasteczkiem. Żołnierze batalionu kapitana Kazimierza Skorupskiego, zajmujący prawoskrzydłowe pozycje tuż przy szosie wiodącej z Mszczonowa do Tarczyna, mieli możność obserwowania kolumny niemieckich samochodów pancernych wjeżdżających do Mszczonowa od strony Tarczyna, a więc kolumny zawracającej z kierunku planowego uderzenia Niemców na Warszawę.    

    Czas trwającego do wieczora postoju kaniowszczyków w Czarnym Lesie został wykorzystany nie tylko na odpoczynek, ale również na organizacyjne uporządkowanie wszystkich pododdziałów. Zwycięska potyczka żołnierzy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich z niemieckimi formacjami w Mszczonowie okazała się być trafieniem przeciwnika w jego niebywale czuły punkt. Zaskoczone całkowicie wydarzeniami w Mszczonowie dowództwo niemieckiego XVI Korpusu Pancernego, nadwerężonego już wcześniej poważnie przez skuteczne ataki polskich „Łosi”, zareagowało pospiesznym wydaniem dla podległych mu jednostek rozkazów zawrócenia i ścigania zgrupowania dowodzonego przez podpułkownika Wincentego Wnuka. Najwcześniej rozkaz ten dotarł do 12. pułku piechoty wchodzącego w skład niemieckiej 31. .Dywizji Piechoty. Jednostka ta od świtu maszerowała w kierunku Góry Kalwarii, gdzie miała udzielić wsparcia 1. Dywizji Pancernej zmierzającej w kierunku Wisły. Także generał Emil von Leeb, dowódca XI Korpusu Wehrmachtu, zareagował skierowaniem w rejon Mszczonowa jednostek wchodzących w skład 19. Dywizji Piechoty. Niemieccy sztabowcy byli święcie przekonani o tym, że atak na Mszczonów był działaniem ściśle skorelowanym z zaczepnym manewrem Armii „Poznań”, rozpoczynającym właśnie bitwę nad Bzurą.

    Dokonując oceny całokształtu znaczenia działań zaczepnych 31. Pułku Strzelców Kaniowskich, a wśród nich również garstki żołnierzy 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, zauważyć trzeba, że przeprowadzony w Mszczonowie — w takim samym stopniu niespodziewany, co i udany — atak na niemieckie służby remontowe i zaopatrzeniowe zdezorganizował plany operacyjne 4. Dywizji Pancernej. Należy podkreślić, że w tamtym momencie w efekcie trwających od dziesięciu dni działań bojowych połowa czołgów tej jednostki była już niesprawna. Do jednostek bojowych Wehrmachtu nie dotarły także zniszczone przez polskich żołnierzy w Mszczonowie uzupełnienia amunicji i paliwa.Nie można przeoczyć i tego, że wyparcie oddziałów Wehrmachtu z zajętego przez nich uprzednio Mszczonowa zdezorganizowało także planowe działanie sił niemieckich. Udana akcja zgrupowania podpułkownika Wincentego Wnuka wymusiła bowiem na sztabie XVI Korpusu zawrócenie do miasta jednostek posuwających się w kierunku wschodnim, a więc mających już Mszczonów na swoich tyłach. Żołnierze 31. Pułku Strzelców Kaniowskich swoimi działaniami zaczepnymi wywoływali także poczucie stanu bezpośredniego zagrożenia u niemieckich oficerów tworzących sztab XVI Korpusu Pancernego. Nadto wymusili zmianę planowych działań niemieckiej 19. Dywizji Piechoty i do tego jeszcze przez kilka dni wiązali nieprzyjacielskie siły wchodzące w skład zarówno XVI, jak i XIV Korpusu.

    Major Eckert, niemiecki oficer propagandowy wzięty w Mszczonowie do niewoli, który niejako od wewnątrz obserwował działania zgrupowania, w napisanych przez siebie wspomnieniach nie kryje podziwu dla wojskowych kwalifikacji i sprytu podpułkownika Wincentego Wnuka, obdarzanego przez swoich żołnierzy bezgranicznym zaufaniem. Ten sam niemiecki oficer wystawia również niebywale pochlebne świadectwo podkomendnym podpułkownika. Major Eckert z niekłamanym podziwem odnotowuje umiejętność znoszenia przez polskich żołnierzy głodu i pragnienia, a także ich odporność fizyczną ciągle wystawianą na próbę forsownymi nocnymi marszami. Opisuje także ataki niemieckich czołgów dwukrotnie odparte przez naszych żołnierzy.  Zapewne to ten podziwiany przez niemieckiego oficera spryt dowódcy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich pozwolił potem podpułkownikowi Wincentemu Wnukowi na uniknięcie także niemieckiej niewoli.

    Po opuszczeniu Mszczonowa przez naszych żołnierzy wchodzących w skład zgrupowania podpułkownika Wincentego Wnuka w godzinach popołudniowych do miasteczka po raz drugi wkroczyły niemieckie formacje. Były to: I Brygada Pancerna należąca do 1. Dywizji Pancernej, VII Dywizjon Rozpoznawczy stanowiący część 4. Dywizji Pancernej i wspomniany już 12. pułk piechoty, wchodzący w skład 31. Dywizji Piechoty. Oczom niemieckich żołnierzy wkraczających do miasteczka ukazały się obrazy ilustrujące rozmiar klęski poniesionej przez Wehrmacht na ulicach i placach Mszczonowa, które zapełnione były licznymi wrakami wypalonych oraz zniszczonych w walce najprzeróżniejszych niemieckich pojazdów. Wszędzie leżały zwłoki niemieckich żołnierzy. Często niekompletnie ubranych. Obrazu zadanej Wehrmachtowi klęski dopełniało ciało niemieckiego pancerniaka, bezwładnie zwisające z wieżyczki czołgu unieruchomionego przy wjeździe na Plac Piłsudskiego. W Mszczonowie Niemcy natrafili też na wielu rannych swoich żołnierzy, przeważnie poparzonych.

    Rozwścieczeni swoją militarną porażką poniesioną w starciu z regularnym polskim wojskiem niemieccy żołnierze zapędzili do kościoła i zamknęli w jego wnętrzu wszystkich chrześcijańskich mieszkańców Mszczonowa. Miejscowych Żydów wypędzono natomiast na szosę. Następnie Niemcy wyciągnęli z plebanii proboszcza mszczonowskiej parafii — księdza Józefa Wierzejskiego. Zatrzymali też burmistrza Mszczonowa — Aleksandra Tańskiego oraz doktora Stanisława Zarachowicza.  Tym trzem mieszkańcom miasta żołnierze Wehrmachtu zarzucili udzielanie pomocy polskiemu wojsku, a  następnie rozstrzelali ich pod kościelnym murem. Bezpośrednio po egzekucji wypuszczono zamkniętych w kościele ludzi i wszystkich przepędzono wzdłuż muru obok zwłok dopiero co zamordowanej trójki powszechnie znanych i cenionych mieszkańców Mszczonowa. Wśród świadków przymuszonych do oglądania efektów tej zbrodni wojennej była także żona doktora Zarachowicza. W całkiem niedawnych jeszcze czasach, gdy absolutnie nikt nie wyobrażał sobie możliwości zajęcia spokojnego miasteczka przez niemieckie wojska, żona zamordowanego właśnie doktora zasiadała wieczorami do stolika, by zagrać partyjkę brydża z mężem, burmistrzem i proboszczem… A teraz oni wszyscy trzej leżeli martwi pod kościelnym murem…

    Następnie żołnierze niemieccy podpalili miasteczko, a raczej to, co z niego zostało po wcześniejszych atakach bombowców Luftwaffe. W pożarze, który strawił wtedy plebanię, spłonęły stare księgi parafialne pochodzące jeszcze z XVI i XVII wieku.  

    Jednym słowem; w Mszczonowie powtórzył się scenariusz wydarzeń, jakie już pierwszego dnia wojny rozegrały się w przygranicznych Parzymiechach.
    W późnych godzinach popołudniowych na zwiad do Mszczonowa pojechał samochodem II adiutant 31. Pułku Strzelców Kaniowskich. W zajętym już przez Niemców mieście polski oficer, wjechawszy niespodziewanie dla siebie samego pomiędzy wrogie czołgi, pospiesznie skręcił w bramę jednej  z kamienic. Porzuciwszy na podwórzu swoje auto, piechotą wydostał się z miasta i szczęśliwie powrócił do zgrupowania.

    Całodzienne zaabsorbowanie Niemców zbrodniczymi działaniami w miasteczku było przyczyną tego, że miejsce postoju 31. Pułku Strzelców Kaniowskich zostało przez Niemców rozpoznane dopiero w godzinach wieczornych. Formacje niemieckie nie były jednak zupełnie przygotowane do przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji przeciwko polskiemu zgrupowaniu, a niewątpliwie dopiero co poniesiona klęska też wywoływała poczucie respektu przed wartością bojową naszych żołnierzy. Pasywność Niemców była zapewne stymulowana również zapadającym zmrokiem, który zniechęcał niemieckich oficerów do podejmowania działań zaczepnych. W momencie odchodzenia polskich oddziałów, co miało miejsce około godziny 19.00, na las będący miejscem całodziennego ich postoju spadło kilka pocisków artyleryjskich. Było to zapewne efektem dostrzeżenia przez Niemców ruchu spowodowanego przygotowaniami polskich żołnierzy do nocnego marszu.

    Taki to był początek marszu podjętego przez 31. Pułk Strzelców Kaniowskich w kierunku miejscowości Łoś.

Ciąg dalszy za tydzień

Piotr Jan Nasiołkowski




Fotografie ilustrujące materiał pochodzą z archiwum autora a także z Izby Pamięci Ziemi Mszczonowskiej udostępnione przez Pana Piotra Dymeckiego od lat współpracującego z autorem. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Ostatnie komentarze

  • 3x podgardle powiedział(a) Więcej
    Dziekuje. 4 godzin temu
  • Piotr Jan Nasiołkowski powiedział(a) Więcej
    Pozwolę sobie przypomnieć, że wieloletnia agonia naszego miasta rozpoczęła się wraz z wyborem na prezydenta... 4 godzin temu
  • olo powiedział(a) Więcej
    A czy inne związki się udzielają ZNP czy Solidarność też siedzą cicho i nie przeciwstawią się decyzją władzy miasta ! 9 godzin temu