Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Z Mszczonowa ku Wiśle... Piotr Jan Nasiołkowski

     W myśl rozkazu dowódcy pułku tempo marszu kolumny było zaiste mordercze. Żołnierze pokonywali na przemian 500 metrów truchtem, by przez następne pół kilometra maszerować w zwykłym tempie, co wydawało im się wręcz odpoczynkiem. O świcie, a więc już 12 września, kolumna marszowa 31. Pułku Strzelców Kaniowskich przekroczyła szosę łączącą Warszawę z Krakowem.

Miało to miejsce na odcinku pomiędzy Grójcem i Tarczynem, nieopodal Głuchowa, a więc tuż obok stanowiska dowodzenia XVI Korpusu Pancernego dowodzonego przez generała Ericha Höpnera. Swoją obecność tego dnia w tym właśnie miejscu żołnierze podpułkownika Wincentego Wnuka zaznaczyli zdobyciem samochodu sztabowego 1. Dywizji Pancernej. Okazało się, że wieziono nim pocztę polową. Wycofując się z miejsca tego starcia, zgrupowanie podpułkownika Wnuka niejako przy okazji stworzyło poczucie zagrożenia dla przydzielonych do tej dywizji samolotów rozpoznawczych, których prowizoryczne lotnisko znalazło się na osi marszu polskich oddziałów.

Reagując na ten despekt uczyniony niezwyciężonemu Wehrmachtowi przez niebywale mobilną kolumnę 31. Pułku Strzelców Kaniowskich, generał Erich Höpner wydał generałowi Rudolfowi Schmidtowi, dowodzącemu 1. Dywizją Pancerną, rozkaz niezwłocznego podjęcia działań pościgowych. W akcję tę została zaangażowana większość sił tej najlepszej i najsilniejszej dywizji pancernej Wehrmachtu spośród wszystkich biorących udział we wrześniowej wojnie.
    Tymczasem podpułkownik Wnuk zarządził postój w lesie, do którego przylegały zabudowania jakiejś wioski, położonej nieco na południe od folwarku Łoś. Zaledwie godzina minęła od zorganizowania pozycji obronnych, gdy znienacka pojawiły się niemieckie czołgi. Na skutek ostrzału prowadzonego przez działa czołgowe stanęły w ogniu zabudowania wsi. Wysłany na przedpole patrol naszych żołnierzy wyposażonych w karabin przeciwpancerny, tzw. Ur, pojedynczym celnym strzałem zdołał zniszczyć jeden spośród lekkich niemieckich czołgów. Prawdopodobnie był to Panzerkampfwagen I. Powróciwszy po wykonaniu tego zadania - dowódca patrolu wręczył kapitanowi Skorupskiemu dokumenty poległego kierowcy niemieckiego czołgu. Wśród nich przestrzeloną książeczkę wojskową. Na skutek tej udanej akcji polskich żołnierzy pozostałe trzy wrogie pojazdy wycofały się za rzeczkę, znajdując osłonę za zabudowaniami młyna.



 Pułkownik Wincenty Wnuk we wrześniu 1939 r.


    Powiedzieć tu trzeba, że istnienie tej właśnie użytej niezwykle skutecznej broni przeciwpancernej trzymane było w ścisłej tajemnicy. W 31. Pułku Strzelców Kaniowskich karabin przeciwpancerny został po raz pierwszy wydobyty z magazynu dopiero w dniu 30 sierpnia 1939 roku, kiedy to rozpoczęto szkolenie w jego użyciu, któremu miał podlegać tylko jeden strzelec w każdej kompanii. Pomimo surowego dozoru i gwałtownych sprzeciwów odpowiedzialnego za to szkolenie podoficera z nową bronią i sposobami jej użycia zapoznało się jednak kilku strzelców spośród każdej kompanii.

    Trzynastego września pod osłoną zapadającego zmroku pułk podjął dalszy marsz w kierunku Pilicy. W trakcie następnego całodziennego postoju w lesie zgrupowanie zostało zaatakowane przez wrogie samoloty. Stan osobowy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich był w tamtym czasie już poważnie uszczuplony do około 60–50% stanu wyjściowego. Na stan ten wpłynęło wcześniejsze odłączenie się od pułku znacznej części II batalionu. Następnego wieczora żołnierze wyruszyli w dalszą drogę w kierunku Drwalewa, a potem dalej ku Pilicy. Kolumnę prowadził cywilny przewodnik. Po sforsowaniu rzeki w bród zgrupowanie zatrzymało się na kolejny całodzienny postój w okolicach wsi Boże i Boska Wola, położonych nieco na południe od Warki. W godzinach wieczornych 14 września pułk wyruszył w kierunku nadwiślańskiego miasteczka Ryczywół, by w dniu 15 września zatrzymać się w lesie nieopodal wsi Basinów, położonej kilka kilometrów na zachód od Ryczywołu. Jak zwykle uformowano szyki obronne. Żołnierze przemęczeni całonocnymi marszami oraz ciągłą walką z nękającymi pułk niemieckimi formacjami natychmiast na swoich stanowiskach ogniowych pozapadali w sen. Jedynymi czuwającymi byli dyżurni z obsługi karabinów maszynowych. Stan gotowości bojowej stanowisk obronnych kontrolowało dwóch kapitanów: Kazimierz Skorupski i Aleksander Ogrodnik.
    Zaraz potem w ramach przygotowania formacji do przejścia na prawy brzeg Wisły dowodzący pułkiem podpułkownik Wincenty Wnuk zarządził zredukowanie taborów. Jednocześnie, mając na uwadze konieczność nawiązania kontaktu z innymi jednostkami oraz przygotowanie przeprawy, dowódca pułku wysłał za Wisłę dwóch oficerów: porucznika Czesława Jarnickiego i dowódcę pułkowego zwiadu — porucznika Mieczysława Chrzanowskiego. Zadaniem ich było przedostanie się na wschodni brzeg rzeki przez most w Górze Kalwarii. Obaj oficerowie, podejmując się na ochotnika tego niebywale ważnego, a zarazem niebezpiecznego zadania, przebrali się w cywilne, kolejarskie ubrania, co groziło im pewną śmiercią w przypadku, gdyby wpadli w ręce nieprzyjaciela. Zwłaszcza, że zachowali krótką broń osobistą. Jako cywile nie mogliby oni bowiem korzystać z ochronnego statusu jeńca, gwarantowanego Konwencją haską. Zadaniem oficerów było nawiązanie łączności z jednostkami wojskowymi znajdującymi się na wschodnim brzegu Wisły i powiadomienie 31. Pułku Strzelców Kaniowskich umówionym szyfrem o czasie i miejscu, gdzie ich macierzysta jednostka mogłaby przekroczyć Wisłę.
    Niestety, niebawem po opuszczeniu miejsca postoju pułku podczas próby przejścia przez most na Radomce obydwaj ci oficerowie wpadli w ręce Niemców. W ostatniej chwili zdołali pozbyć się broni, zaś porucznik Jarnicki zdążył zagrzebać w nadrzecznym piasku pudełko z szyframi. Niemcy zorientowali się, że mają do czynienia z oficerami — podkomendnymi podpułkownika Wnuka. Jeńcom związano ręce i doprowadzono ich przed oblicze oficera. Próby wydobycia od oficerów informacji o aktualnym miejscu postoju pułku spełzły jednak na niczym. W końcu niemiecki oficer, straciwszy cierpliwość, rozkazał rozstrzelać polskich oficerów ujętych w cywilnych ubraniach. Śmierci uniknęli jednak... dosłownie cudem. Ocalił ich mówiący po polsku otyły niemiecki sierżant. Ten sam, który ich schwytał. Gotowych do rozstrzelania oficerów, stojących już pod kościelnym murem z podniesionymi do góry rękami, nakazał odprowadzić do wnętrza kościoła pod pretekstem, że będzie ich jeszcze przesłuchiwać oficer Abwehry. Tamtego dnia kościół w Ryczywole przepełniony był zamkniętymi w nim polskimi jeńcami z różnych jednostek. Następnego dnia obydwu poruczników wywieziono do Kozienic, gdzie faktycznie przesłuchiwał ich oficer Abwehry. Zaś siedemnastego września oficerowie ci wraz z innymi jeńcami zostali odtransportowani do przejściowego obozu jenieckiego w Radomiu.



Ujęci przez Niemców oficerowie 31 pułku. Porucznicy Czesław Jarnicki z lewej, Mieczysław Chrzanowski z prawej ze związanymi rękoma. Ujęci w Ryczywole.


    W godzinach południowych 15 września, zaraz po odejściu z miejsca zgrupowania pułku poruczników -  Jarnickiego i Chrzanowskiego i niechybnie też bezpośrednio po ich ujęciu; Niemcy posiadający miażdżącą przewagę liczebną rozpoczęli natarcie na pozycje zajmowane przez żołnierzy III batalionu. Silnym ogniem broni maszynowej zmusili żołnierzy 9. kompanii do odwrotu. W tym momencie, wykonując rozkaz podpułkownika Wnuka, kapitan Kazimierz Skorupski na czele kompanii odwodowej wzmocnionej siłą ognia dwóch karabinów maszynowych powstrzymał niemieckie natarcie. Niemcy zdołali jednak obejść z dwóch stron pozycje formacji kapitana Skorupskiego, a to oznaczało, że niemieckie natarcie zdołało wyprzeć z zajmowanych pozycji obronnych także żołnierzy 8. kompanii. Jednakże zepchnięci na własne stanowiska wyjściowe żołnierze 7. kompanii powstrzymali natarcie Niemców, którzy usiłowali wedrzeć się leśną przesieką w głąb polskiej obrony. Niebawem też obrońcom przyszli w sukurs żołnierze z kompanii strzeleckiej I batalionu. Wspólnymi siłami, przy wsparciu resztek 9. kompanii, niemieckie natarcie zostało powstrzymane, a następnie kontrnatarcie polskich sił spowodowało, że Niemcy, ponosząc ciężkie straty, zostali wyparci z lasu. Walka ucichła dopiero około godziny 17.00. Niemniej akcja podjęta przez siły niemieckie skutecznie uniemożliwiła żołnierzom 31. Pułku Strzelców Kaniowskich zrealizowanie zamiaru przeprawienia się na wschodni brzeg Wisły w okolicach Ryczywołu.

    Niewątpliwie na niemożność uzyskania przez polskie zgrupowanie sukcesu bojowego duży wpływ miała wielce naganna postawa dowódcy dywizjonu artylerii, który odmówił udzielenia walczącym żołnierzom wsparcia artyleryjskiego, tłumacząc się tym, że teraz jest czas karmienia koni...
    Koncentracja sił niemieckich w tym rejonie była zapewne spowodowana wcześniejszymi próbami sforsowania Wisły przez inne polskie jednostki, co utwierdziło nieprzyjacielskie dowództwo w przekonaniu, że polskiemu wojsku należy uniemożliwić podejście do Wisły. Zgrupowanie podpułkownika Wincentego Wnuka bynajmniej nie było pierwszym, które z zamiarem sforsowania rzeki usiłowało podejść do Wisły w tych okolicach. Już wcześniej, w dniu 11 września, a więc w tym samym dniu, gdy 31. Pułk Strzelców Kaniowskich zdobywał Mszczonów — ciężkie walki z niemiecką 1. Dywizją Lekką stoczył w Ryczywole i jego okolicach 13. Pułk Ułanów Wileńskich, wchodzący w skład 13. Kresowej Dywizji Piechoty, która również to właśnie miejsce wybrała sobie do przejścia na wschodni brzeg Wisły. Dwa dni później,  a więc 13 września, próbę podejścia do obsadzonego przez Niemców wiślanego brzegu z zamiarem przeprawy na wschodni brzeg rzeki podejmowały jednostki stanowiące pozostałość Armii „Prusy” rozbitej pod Piotrkowem Trybunalskim. Las wokół Ryczywołu pełen był więc porzuconego polskiego sprzętu. Dość powiedzieć, że te trzy próby podejścia polskich formacji do Wisły odnotowane w rejonie miasteczka zaowocowały toczeniem w tym miejscu przez polskich żołnierzy zaciętych walk z Wehrmachtem, czego zauważalnym skutkiem był także rozmiar wojennych zniszczeń Ryczywołu.

 


 Niemiecka kolumna pancerna w pościgu za 31 pułkiem


 Niemieccy żołnierze przy ognisku w noc po rozbiciu 31 pułku



    W toczonym pod Ryczywołem boju poległo około 100 żołnierzy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich i mniej więcej tyle samo żołnierzy niemieckich. Wszystkich poległych pochowano w dwóch zbiorowych mogiłach oddalonych od siebie o około 120 metrów. Wiosną 1940 roku Franciszek Ulman poszukiwał miejsca pochówku swojego brata, dowódcy pułkowej łączności — porucznika Ulmana. Nie znalazł. I nic w tym dziwnego, ponieważ Władysław Ulman, awansowany już w międzyczasie do stopnia kapitana, był wówczas dowódcą kompanii w sformowanym we Francji 3. Pułku Grenadierów Śląskich, czyli nowej polskiej jednostce dowodzonej przez pułkownika Wincentego Wnuka.  

    Podpułkownik Wincenty Wnuk zupełnie nie orientował się w tym, że niebywała aktywność bojowa jego zgrupowania zmusiła Niemców do podjęcia wielkiej akcji, w ramach której w dniu 14 września niemieckie formacje ścigające żołnierzy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich otoczyły szczelnym kordonem wielki kompleks leśny znaczony lokalizacją kilku wsi: Ryszki, Rytomoczydło, Osiny, Ignaców, Marynin i Brzeziny. Przeczesywany wówczas przez żołnierzy Wehrmachtu obszar położony jest w odległości około 12 kilometrów na zachód od Warki. Ale także i tym razem Niemcy trafili w próżnię. Zgrupowanie podpułkownika Wnuka było bowiem w tym czasie już za Pilicą, którą polscy żołnierze przekroczyli w bród poprzedniej nocy. Ta spóźniona akcja niemieckich formacji wynikała zapewne z tego, że Niemcy nie przypuszczali, iż 31. Pułk Strzelców Kaniowskich był w stanie pokonać nocnym marszem odcinek aż 40 –50 kilometrów.

    Mając już rozeznanie na temat niemożności sforsowania Wisły w okolicach Ryczywołu, podpułkownik Wincenty Wnuk wydał rozkaz wymarszu w kierunku Puszczy Kozienickiej. Przemieszczająca się polska kolumna została znienacka ostrzelana przez niemiecką artylerię. Stało się to akurat w tym momencie, gdy polscy żołnierze, przekroczywszy nurt rzeki Radomki, znikali już w gąszczu Puszczy Kozienickiej. W dniu 15 września, korzystając z deszczowej pogody i nisko wiszących chmur uniemożliwiających operowanie niemieckiemu lotnictwu, żołnierze 31. Pułku Strzelców Kaniowskich kontynuowali marsz do godziny 11.00. Położenie pułku pogarszało się z każdą chwilą. Począwszy od 2 września, żołnierze nie otrzymywali żadnego zaopatrzenia. Najbardziej dotkliwie odczuwalny był brak prowiantu i medykamentów. Doszło do tego, że od 15 września wyżywieniem żołnierzy były racje rezerwowe dzielone początkowo jedna na czterech, a potem nawet już i na sześciu strzelców. Nie było czasu nie tylko na grzebanie poległych, ale nawet na zbieranie z pola walki ciężko rannych. Podpułkownik Wnuk nie dopuszczał do siebie myśli o odstąpieniu od realizacji wyznaczonego sobie celu, którym było przedostanie się na prawy brzeg Wisły. Jednakże wśród jego wygłodzonych żołnierzy było już dużo rannych, którzy pilnie potrzebowali pomocy medycznej, a zarazem nie będąc już bojowo użyteczni, stanowili dla ugrupowania balast, znacznie utrudniający realizację celu zamierzonego przez dowódcę. Kapitan Ogrodnik wydał rozkaz opróżnienia wozów taborowych ze wszystkich zbędnych przedmiotów. Między innymi z instrumentów muzycznych, które polecił zabrać członkom orkiestry pułkowej. Kończące się już zapasy żywności rozdzielono pomiędzy żołnierzy. Na wozach pozostała jedynie bezcenna amunicja. W ten sposób starano się ulżyć losowi rannych, których nie miał kto nakarmić ani też zmienić im opatrunków. Niektórzy spośród rannych dzielili z pułkiem trudy forsownego marszu już od momentu opuszczenia Mszczonowa. Należeli do nich ciężko ranny sierżant Berger z drużyny dowódcy pułku oraz porucznik Czesław Stępień, dowódca drugiej kompanii. Pomimo całej ofiarności lekarza pułkowego oraz sierżanta Rocha Kocha wzorcowo opiekującego się rannymi — na każdym postoju zgrupowania odbywały się pochówki tych, którzy zmarli z ran, gdyż nie można im było zapewnić należytej pomocy medycznej. Los rannych żołnierzy napełniał dowódcę pułku ogromną troską. Nie widząc innej możliwości rozwiązania tego niebywale nabrzmiałego problemu, podpułkownik Wincenty Wnuk zezwolił w końcu na odesłanie rannych do szpitala w Kozienicach. Na szosie wiodącej do zajętych już przez Niemców Kozienic kapitan Aleksander Ogrodnik sformował kolumnę około 25 furmanek i nie zważając na gwałtowne protesty porucznika Stępnia odesłał nimi rannych żołnierzy do miasteczka. Wraz z rannymi polskimi żołnierzami na furmankach tych odjechali również obydwaj niemieccy oficerowie przed kilkoma dniami wzięci do niewoli w Mszczonowie. Kolumna ta dotarła szczęśliwie do Kozienic, gdzie w tamtejszym szpitalu rannych nakarmiono i opatrzono. Część z nich Niemcy odesłali do szpitala św. Kazimierza w Radomiu. Tym sposobem uratowane zostało życie wielu rannych żołnierzy.    

    Tuż przed tym, jak furmanki z rannymi żołnierzami odjechały do kozienickiego szpitala, nasi żołnierze schwytali o świcie niemieckiego motocyklistę, który także zmierzał do Kozienic. Zaledwie przed miesiącem wcielony do wojska osiemnastolatek padł na kolana przed kapitanem Ogrodnikiem, błagając polskiego oficera o darowanie mu życia. Zachowanie to zdziwiło niepomiernie kapitana Ogrodnika, który dowiedział się wtedy od jeńca o odgórnie rozpowszechnianych w Wehrmachcie propagandowych wieściach, jakoby Polacy nie brali jeńców, a schwytanych nieprzyjacielskich żołnierzy na miejscu rozstrzeliwali.

    Od odjazdu kolumny furmanek minęło kilka godzin. Około południa odezwała się niemiecka artyleria dość precyzyjnie ostrzeliwująca pozycje zajmowane przez żołnierzy podpułkownika Wnuka. Najwyraźniej od zwolnionych właśnie jeńców, którzy wraz z naszymi rannymi dotarli już do Kozienic, Niemcy uzyskali precyzyjne informacje na temat lokalizacji polskich pozycji. Kapitan Ogrodnik oraz podpułkownik Wnuk stali w tym momencie pod wysoką i grubą sosną, tuż obok głębokiego wykopu chroniącego telefonistę oraz centralę. Eksplodujące pociski artyleryjskie spowodowały, że do wykopu telefonisty wskoczył oficer, który do kaniowszczyków dołączył z jakiegoś innego oddziału. Jeden z pocisków artyleryjskich trafił właśnie w pień sosny na wysokości jakichś czterech metrów. Odłamek pocisku poranił szyję oficera szukającego schronienia w wykopie z centralką telefoniczną. Inny odłamek przedziurawił rozpięty płaszcz kapitana Ogrodnika, a jeszcze inny potłukł latarkę w kieszeni płaszcza podpułkownika Wnuka. Kapitan Ogrodnik swoim opatrunkiem zatamował krew tryskającą z rany na szyi oficera, a następnie obwiązał nozdrza swojego konia przywiązanego do sąsiedniej sosny i spłoszonego ostrzałem do tego stopnia, że z nozdrzy tryskała mu farba.  Kapitan Ogrodnik stwierdził wtedy rzeczowo, że obaj z podpułkownikiem mogli mówić o dużym szczęściu, ponieważ żaden z nich nie miał hełmu, zaś noszone przez nich rogatywki nie zapewniały żadnej absolutnie ochrony przed odłamkami.
    Artyleryjskie pociski sprawiły, że w płomieniach stanęła pobliska leśniczówka. Następnie odezwały się nieprzyjacielskie karabiny maszynowe. Pod ich osłoną ruszyła do ataku niemiecka piechota. Natarcie to załamało się jednak na skutek gwałtownego ognia, jakim zostało przywitane z polskich pozycji. Niemcy zalegli pod ogniem polskich żołnierzy. Wymiana ognia pomiędzy obydwiema stronami trwała do godziny 18.00, po czym piechota niemiecka wycofała się z lasu.

    Następnego dnia o świcie, a więc 16 września, pułkowa kolumna maszerowała skrajem lasu równolegle do ciągu zabudowań jakiejś wsi. Kiedy większa część kolumny znikła już w leśnej gęstwinie, pomiędzy wiejskimi chatami pojawiły się niemieckie samochody pancerne oraz nieprzyjacielska piechota, której jeden z oddziałów (w sile około jednej kompanii) usiłował przeciąć oś marszu kolumny, a tym samym odciąć reszcie kolumny możliwość wejścia do lasu. Reagując na ten manewr niemieckiej formacji, dowodzone przez kapitana Kazimierza Skorupskiego tylne ubezpieczenie kolumny błyskawicznie zajęło pozycje obronne po obydwu stronach drogi i otworzyło ogień do nacierających Niemców, co skutecznie osłoniło odwrót baterii artylerii oraz wozów amunicyjnych. W trakcie tego starcia działko przeciwpancerne oddało celny strzał do jednego spośród niemieckich samochodów pancernych usiłujących przemieścić się w kierunku polskich pozycji pod osłoną wiejskich zabudowań. Nieprzyjacielski pojazd stanął w płomieniach.

    Tymczasem Niemcy podjęli próbę ataku na boczne pozycje i weszli w gąszcz wysokopiennego lasu. Polscy żołnierze zmienili więc swą lokalizację, szukając osłony za nasypem kolejki wąskotorowej. Podczas próby przejścia przez tor wąskotorówki wywrócił się wóz z amunicją do działka przeciwpancernego. Żołnierze błyskawicznie postawili wóz na kołach i załadowali nań skrzynki amunicyjne, ratując ostatni zapas amunicji przeciwpancernej. Nasilenie ognia spowodowało, że obaj kapitanowie, Skorupski i Kawecki, znajdujący się w tylnej straży kolumny pułku, chwycili za karabiny i rozpoczęli prowadzenie ognia na równi z dowodzonymi przez siebie żołnierzami. Pod osłoną tego ognia nasi żołnierze pojedynczo przeskakiwali tor kolejki wąskotorowej. W tej fazie właśnie walki dowodzący już teraz I batalionem 31. Pułku Strzelców Kaniowskich kapitan Kawecki został ranny  w ramię. Po oderwaniu się od nieprzyjaciela żołnierze straży tylnej osłaniający odwrót pułku zdołali dołączyć do kolumny marszowej, która zatrzymała się w okolicy wsi Marianów. Wkrótce po zajęciu pozycji obronnych przez żołnierzy II batalionu niemiecka piechota rozpoczęła atak na ich pozycje, podejmując jednocześnie intensywne próby rozpoznania pozycji obronnych pozostałych dwóch batalionów. W trakcie licznych starć żołnierzy Wehrmachtu z polskimi posterunkami ubezpieczającymi nasze pozycje obronne Niemcy ponieśli ciężkie straty. Ale na skutek ognia nieprzyjacielskich moździerzy zastraszająco też wzrosła liczba rannych polskich żołnierzy. Polacy zdołali jednak do wieczora utrzymać swoje pozycje obronne. Było oczywiste, że w sytuacji precyzyjnego zlokalizowania przez Niemców pozycji 31. Pułku Strzelców Kaniowskich zgrupowanie nie mogło pozostać na swoim dotychczasowym miejscu, gdyż musiałoby to skończyć się jego otoczeniem przez siły nieprzyjaciela. Dotkliwie też dawał się we znaki całkowity już brak map. Zatem w ramach przygotowania do wymarszu kapitan Skorupski wysłał po przewodnika patrol złożony z kilku żołnierzy dowodzonych przez oficera. Patrol jednak nie zdołał powrócić. Prawdopodobnie wszyscy żołnierze tego patrolu dostali się do niemieckiej niewoli.

    Od tego momentu pułk skazany był na marsz po omacku. Wieczorem, około godziny 19.00, podpułkownik Wnuk zarządził odprawę oficerów będącą przygotowaniem do wymarszu. Brak map oraz przewodnika spowodował, że szpica kolumny marszowej pomyliła kierunek, co jednak zostało niebawem skorygowane. Żołnierze byli już coraz bardziej wyczerpani. Ten i ów zgubił się w lesie. Maszerująca w kierunku Wisły kolumna dotarła w okolice wsi Stanisławowice. Tutaj natknęła się na formacje niemieckie, które natychmiast przywitały polskich żołnierzy ogniem karabinów maszynowych i moździerzy. Na leśnych duktach pokazały się też niemieckie czołgi ostrzeliwujące ze swych dział zarówno dukty, jak i gęstwę leśną. Dowodzona przez kapitana Skorupskiego formacja zaległa, przyjmując z Niemcami walkę obronną. Niebawem jednak ucichły obydwa karabiny maszynowe — zarówno ten polski, jak i niemiecki. Podpułkownik Wnuk wydał rozkaz natarcia na Niemców siłami I batalionu. Natarcie to jednak się załamało. W tej sytuacji podpułkownik Wnuk rozkazał wycofanie się w głąb lasu. Tym sposobem kapitan Skorupski wraz z podległymi mu żołnierzami znów przyjął na siebie rolę tylnego ubezpieczenia kolumny całego pułku. Osłaniając odwrót baterii artyleryjskiej, kapitan Skorupski wydał rozkaz otwarcia ognia przez karabin maszynowy, co pozwoliło na osłonę odwrotu dział odchodzących w głąb lasu. Osłaniający artylerzystów żołnierze kapitana Skorupskiego dotrwali na swoich stanowiskach do świtu. Wówczas to kapitan Kazimierz Skorupski stwierdził, że artylerzyści osłaniani przez żołnierzy jego batalionu nie zdołali nawiązać łączności z piechotą i zostali w swoim dotychczasowym miejscu postoju, podczas gdy dwa bataliony piechoty wraz z częścią artylerii i dowódcą pułku pomaszerowały dalej. Podejmując następnie walkę z formacjami Wehrmachtu, przełamały ich opór, co umożliwiło im przejście na wschodnią stronę szosy łączącej Kozienice z Radomiem.  

    Wśród odciętych po zachodniej stronie tej szosy żołnierzy batalionu kapitana Kazimierza Skorupskiego znajdował się kapelan pułkowy ksiądz Walczak oraz dowódca kompanii gospodarczej porucznik Tuz. W tej nowej dla siebie sytuacji kapitan Skorupski wydał rozkaz przegrupowania kolumny, która kierując się śladami pozostawionymi przez piechurów, pomaszerowała w kierunku wschodnim. W odległości około 1500 metrów od szosy łączącej Radom z Kozienicami kolumna kapitana Skorupskiego doszła do dość obszernej polany zamkniętej z przeciwległej strony nasypem kolejki wąskotorowej. Właśnie zza tego nasypu posypały się na polskich żołnierzy serie strzałów z broni maszynowej. Kontrakcja podjęta przez pluton wysłany w kierunku niemieckich pozycji nie przyniosła pożądanego skutku. Okazało się bowiem, że Niemcy posiadali zbyt dużą przewagę. Wobec powyższego polska kolumna marszowa wycofała się w głąb wysokopiennego lasu, gdzie zajęto pozycje obronne uformowane tak, że w samym ich środku znajdowały się działa dywizjonu artyleryjskiego. Zarówno Polacy, jak i Niemcy rozpoznawali swoje przedpola przy pomocy wysyłanych patroli, jakkolwiek cele tego działania były całkowicie odmienne. Oczywistym celem polskich patroli było poszukiwanie luk umożliwiających przejście naszemu zgrupowaniu pomiędzy niemieckimi pozycjami. Natomiast Niemcy starali się w ten sposób rozpoznać polskie pozycje, by móc przeprowadzić na nie skuteczny atak. Starcia patroli polskich z niemieckimi trwały tamtego dnia gdzieś do godziny 13.00. Obie strony ponosiły straty w poległych i rannych żołnierzach.       


    Tymczasem reszta pułku nie zdążyła zająć pozycji obronnych. Świt zastał maszerujących żołnierzy na jednym z duktów przecinających Puszczę Kozienicką. Czołówka kolumny dała znać, że duktem prostopadłym do duktu stanowiącego oś marszu kolumny pułkowej zbliża się duża kolumna wojska. Nie było wiadomo, czy to nasi, czy też Niemcy. Kapitan Ogrodnik polecił więc ustawienie u wylotu duktu dwóch zamaskowanych karabinów maszynowych oraz zajęcie przez naszych żołnierzy pozycji uniemożliwiających ich dostrzeżenie przez żołnierzy zbliżającej się kolumny. Z odległości około 50 metrów kapitan Aleksander Ogrodnik rozpoznał, że ku polskim pozycjom zbliża się eskortowana przez dwóch Niemców kolumna wziętych do niewoli naszych żołnierzy. Oficer zabronił swoim podwładnym otwierania ognia. Kiedy jeniecka kolumna była już w odległości około 20 metrów od ukrytych dobrze żołnierzy podpułkownika Wnuka, kapitan Ogrodnik dał komendę: „Naprzód!”. Z setek gardeł wydarło się ogłuszające: „Hurra!”. W momencie gdy nasi żołnierze doskakiwali do kolumny, jeńcy rzucili się na eskortę, mimo że w obliczu ataku polskich żołnierzy niemiecka eskorta zagroziła bezbronnym jeńcom otwarciem do nich ognia. Tym sposobem około 200 jeńców odzyskało wolność. Zaś obydwaj eskortujący ich Niemcy zdołali umknąć w leśną gęstwinę Puszczy Kozienickiej.

    W tym samym momencie dowodzony przez kapitana Feliksa Sitnego II batalion, znajdujący się już w odległości około 150 metrów od szosy, został ostrzelany przez poruszające się szosą małe czołgi, a więc zapewne Panzerkampfwagen I wspierające niemiecką piechotę, która także ostrzeliwała polską kolumnę z broni ręcznej. Kapitan Sitny zapytał kapitana Ogrodnika o dowódcę pułku, i dowiedziawszy się, że podpułkownik Wnuk jest w tyle kolumny, niezwłocznie udał się w tamtym kierunku. Garstka podkomendnych kapitana Sitnego prowadziła słaby ogień z broni ręcznej.

    W tej samej chwili kapitan Aleksander Ogrodnik zauważył niemiecki czołg posuwający się szosą i ostrzeliwujący polskie pozycje z broni maszynowej. Oficer doskoczył więc do stojącego w pobliżu działka przeciwpancernego. W momencie gdy nakierowywał jego lufę na poruszający się po szosie nieprzyjacielski czołg, z leśnego duktu będącego miejscem postoju kolumny pułkowej wybiegła gromada żołnierzy. Na ich czele pędziła galopem dwukonna pułkowa bryczka podpułkownika Wnuka. Nie zatrzymując się ani na chwilę, wozak zdołał z kozła wykrzyczeć do kapitana Ogrodnika wiadomość o tym, że nieprzyjacielskie czołgi uderzyły na kolumnę pułkową z tyłu oraz z boku i w ten sposób zdołały rozbić pułk.  Słysząc tę fatalną wieść, żołnierze II batalionu wpadli w panikę i rozbiegli się, opuszczając swoje dotychczasowe stanowiska. Kilku z nich przybiegło do kapitana Ogrodnika. Cała ta grupa ukryła się w pobliskich zaroślach. Po chwili wraz kilkoma jeźdźcami nadjechał konno pułkownik, który do 31. Pułku Strzelców Kaniowskich dołączył dopiero przed kilkoma dniami. Kapitan Ogrodnik zapytał go, czy wie, gdzie jest podpułkownik Wnuk. Ale ten nieznany mu z nazwiska pułkownik nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Kapitan Aleksander Ogrodnik uważał go za kawalerzystę, lecz była to zapewne pomyłka. Najprawdopodobniej tym oficerem był artylerzysta, podpułkownik Zygmunt Lewandowski, który po bitwie pod Jeżowem utracił kontakt z dowodzonym przez siebie 30. Poleskim Pułkiem Artylerii Lekkiej. Kapitan Ogrodnik wziął go za kawalerzystę, zapewne dlatego, że zarówno podpułkownik Zygmunt Lewandowski, jak i towarzyszący mu oficerowie i żołnierze dosiadali koni. Wszyscy przeczekali w krzakach do zmierzchu.

    Tuz po godzinie 13.00, żołnierze kapitana Skorupskiego natrafili na rozbrojonego strzelca z I batalionu. Żołnierz ten doprowadzony przed oblicze kapitana Skorupskiego zrelacjonował oficerowi przebieg walki stoczonej przez I batalion podczas próby przejścia tej formacji przez szosę łączącą Radom z  Puławami. Okazało się, że droga ta, jak można się było tego spodziewać, została przez Niemców obsadzona znacznymi siłami. Z tej to przyczyny (według słów tego żołnierza) próba sforsowania szosy skończyła się rozbiciem dwóch batalionów oraz wzięciem do niewoli pozostałych przy życiu polskich żołnierzy. Niemcy poprzestali na rozbrojeniu wziętych jeńców, po czym wszystkich puścili wolno. Wygląda więc na to, że żołnierz ten relacjonował kapitanowi Skorupskiemu właśnie ten wojenny epizod, który był udziałem kapitana Aleksandra Ogrodnika. Jednakże pomimo przekazu tego żołnierza, mówiącego o jednoczesnym rozbiciu dwóch batalionów 31. Pułku Strzelców Kaniowskich, zauważyć należy, że podpułkownik Wincenty Wnuk zdołał jednak po kilku dniach dotrzeć do Wisły i przedostać się na jej prawy brzeg. Zatem wielce jest prawdopodobne, że żołnierz ten, mówiąc o rozbiciu jego batalionu, chciał tym sposobem uniknąć postawienia mu zarzutu dezercji. W relacjach spisanych po wojnie przez oficerów różnych jednostek bardzo często powtarza się wzmianka o spotykaniu w lasach i na drogach pojedynczych żołnierzy bez broni, którzy na pytania o przyczynę pozostawania poza zgrupowaniem swej macierzystej jednostki mieli do powiedzenia tylko jedno: „Rozbili nas”. O tego rodzaju sytuacjach pisze w swej relacji między innymi również oficer II batalionu, porucznik Antoni Paroński, dowódca 2. kompanii ciężkich karabinów maszynowych, który opisał drogę części II batalionu od momentu jego odłączenia się od pułku. Wiodła ona przez Żyrardów i Błonie do Warszawy. W okolicy Żyrardowa na odpoczywających w przydrożnym rowie żołnierzy jego batalionu posypały się granaty wyrzucone z okna przejeżdżającego samochodu osobowego. Cudem jakimś obyło się jednak bez żadnych strat. Żołnierze porucznika Parońskiego dotarli do stolicy w dniu 10 września, a następnie zostali skierowani do Otwocka. Od tego momentu pododdział ten współdziałał z 28. Pułkiem Strzelców Kaniowskich. Porucznik Paroński nie tylko relacjonuje udział swojej kompanii w późniejszych walkach pod Chełmem (około 60 km na wschód od Lublina), ale również precyzyjnie podaje, że II batalion przestał istnieć w dniu 23 września, kiedy to z powodu całkowitego braku żywności oraz niemożności nawiązania kontaktu z dowództwem 10. Dywizji Piechoty dowodzący batalionem major Antoni Zwoliński wydał rozkaz jego demobilizacji, po czym rozpuścił podległych mu żołnierzy. Niemniej zwraca uwagę, że kapitan Aleksander Ogrodnik w swojej relacji przekazuje, iż w skład pułku wchodziły trzy bataliony. Wymienia nawet po nazwisku ich dowódców. Uznać zatem należy, że na tym etapie działań wojennych II batalion 31. Pułku Strzelców Kaniowskich został niejako zdublowany poprzez uznanie za całość tej formacji ugrupowania dowodzonego przez majora Antoniego Zwolińskiego, współdziałającego z 28. Pułkiem Strzelców Kaniowskich. Tymczasem 31. Pułk Strzelców Kaniowskich także posiadał w swym składzie II batalion, który podporządkowany był komendzie kapitana Feliksa Sitnego i jeszcze przed wkroczeniem do Mszczonowa został uzupełniony żołnierzami z innych jednostek pozbieranymi podczas postoju w Puszczy Mariańskiej.  
 
    Niebawem zaczęły wracać oficerskie patrole porozsyłane dla rozpoznania terenu. Niestety, ich meldunki brzmiały zupełnie nieoptymistycznie. Na głównej drodze do Puław panował wzmożony ruch niemieckich pojazdów wojskowych różnorakiego typu. Zaś wszystkie drogi, dróżki i przesieki prowadzące w kierunku tej szosy zostały obsadzone przez znaczne siły niemieckie. W tej sytuacji kapitan Kazimierz Skorupski podjął decyzję o nieprzekraczaniu tej arterii komunikacyjnej i posuwaniu się w kierunku Puław lasem, rozciągającym się po północnej stronie szosy, by sforsować tę feralną drogę w dogodnym miejscu i momencie. Pozwoliłoby to dotrzeć do jakiegoś miejsca w okolicach Puław, gdzie byłoby możliwe przejście batalionu na wschodni brzeg Wisły.  Kolumna marszowa wyruszyła w dalszą drogę o godzinie 15.00. Był to już osiemnasty dzień wojny. Po jakichś dwóch godzinach forsownego marszu w kierunku wschodnim batalion kapitana Kazimierza Skorupskiego dotarł do szosy, która jednak i w tym miejscu okazała się być silnie obsadzona przez żołnierzy Wehrmachtu. Zajęte przez Niemców pozycje zablokowały także dojścia do szosy. Zbliżających się do tej arterii polskich żołnierzy wchodzących w skład kompanii czołowej Niemcy przywitali oczywiście otwarciem gwałtownego ognia. Skutkiem takiego obrotu sprawy było, że tabory oraz artyleria wycofały się do lasu. Odgłosy gwałtownej strzelaniny słychać było już ze wszystkich stron. Ścigając cofających się polskich żołnierzy, Niemcy weszli w głąb lasu. Daremną próbę powstrzymania ich natarcia podjęły obsługi karabinów maszynowych osłaniające ogniem sam koniec kolumny. Impet niemieckiego natarcia był jednak tak silny, że żołnierze Wehrmachtu zdołali wedrzeć się w głąb lasu i rozbić polskie ugrupowanie na izolowane od siebie części. Rozgorzała gwałtowna walka pomiędzy nacierającymi Niemcami a polskimi żołnierzami broniącymi się przed okrążeniem poszczególnych części podzielonej już kolumny. Niemcy posiadali w tej walce zdecydowaną przewagę znaczoną zarówno liczebnością swoich żołnierzy, jak i ich wyposażeniem. W tej fazie starcia kapitan Kazimierz Skorupski w największym pośpiechu zebrał grupkę żołnierzy i oficerów oraz poprowadził ich wszystkich w kierunku upatrzonego wcześniej miejsca, w którym zamierzał ze swoim batalionem przekroczyć szosę łączącą Puławy z Radomiem. Ten zamiar udało się zrealizować. Krótka obserwacja zdawała się przekonywać, że to miejsce jest właściwe do szybkiego przeskoczenia na drugą stronę traktu Puławy – Radom.

    W momencie gdy kapitan Skorupski przeskakiwał przydrożny rów, z niezauważonego gdyż doskonale zamaskowanego stanowiska po drugiej stronie szosy otworzył do polskich żołnierzy celny ogień niemiecki karabin maszynowy. W efekcie jego serii zginął towarzyszący kapitanowi żołnierz, a lekarz batalionowy podporucznik Pater został ciężko ranny. Rany odniósł także kapitan Kazimierz Skorupski. Obydwaj ranni zalegli pod krzakami, dokładnie w tym miejscu, gdzie skosiła ich seria nieprzyjacielskiego kaemu. Wokół szalała strzelanina. Oznaczało to, że nasi żołnierze nie zrezygnowali z przebicia się na drugą stronę szosy. Trzeba przyznać, że niektórym się to udało. Natomiast kapitan Skorupski i podporucznik Pater leżeli bezradnie na ziemi do godziny 18.00, kiedy to zostali otoczeni przez Niemców, którzy właśnie w tym momencie zaprzestali prowadzenia ognia. W takich to okolicznościach ranny kapitan Kazimierz Skorupski dostał się do niemieckiej niewoli. Niemcy wzięli wówczas do niewoli także porucznika Antoniego Malanowicza, dowódcę 3. kompanii ciężkich karabinów maszynowych.

    Jak więc wynika z powyższego opisu, po przemieszczeniu się do ostępów Puszczy Kozienickiej ścigana przez Niemców formacja podpułkownika Wincentego Wnuka została jednak w dniu 18 września otoczona przez operujące w tym rejonie jednostki XIV Korpusu Wehrmachtu.
    Pojedyncze grupy żołnierzy i oficerów 31. Pułku Strzelców Kaniowskich zdołały jednak przejść na południową część szosy łączącej Radom z Puławami. W dniu 20 września podpułkownik Wincenty Wnuk, prawidłowo oceniając beznadziejność położenia resztek dowodzonego przez siebie zgrupowania, wydał żołnierzom rozkaz przebijania się małymi grupami w kierunku wschodnim już na własną rękę, co było wymuszone niemożnością podjęcia dalszej walki z przeważającymi siłami nieprzyjaciela skoncentrowanymi już wtedy wokół Puszczy Kozienickiej. Za słusznością takiego kroku przemawiał także stan krańcowo przemęczonych i wycieńczonych żołnierzy, co spowodowane było wspomnianym już wcześniej brakiem jakiejkolwiek aprowizacji. Odnosiło się to zarówno do żywności, jak i amunicji. W skład jednej z takich grupek przebijających się w kierunku Wisły wchodził kapitan Aleksander Ogrodnik. Po rozbiciu kolumny pułkowej przez niemieckie czołgi -  oficer ten wraz z grupką żołnierzy ukrył się w zaroślach. Od szosy dzieliło ich zaledwie 15 metrów. Kiedy o zmroku ustał ruch na tej arterii i ucichła wreszcie strzelanina, cała grupa przeskoczyła na drugą stronę traktu. Przy tej okazji żołnierze natknęli się na niemiecki kabel łączności przeciągnięty przydrożnym rowem. Kabel ten został przez nich oczywiście przecięty bagnetem, po czym cała grupa zniknęła w leśnej gęstwinie. Niebawem żołnierze natknęli się na drogę, która doprowadziła ich do jakiejś wsi.  Światło w oknie jednej z chałup zdradzało, że tej nocy jej mieszkańcy nie spali. Kapitan Ogrodnik zapukał do okna. Otworzyła im kobieta, która na widok wkraczających do izby pięciu mężczyzn w polskich mundurach podniosła nie byle jaki lament. Śmiertelnie przerażona krzyczała: „Panowie! Tutaj są Niemcy. Jak was złapią, to spalą mi dom!”. Kapitan Ogrodnik uspokoił kobietę zapewnieniem, że zaraz sobie pójdą. Poprosił o chleb i mleko. Kobieta nie chciała zapłaty, ale nieoczekiwani goście zostawili jej za otrzymany poczęstunek 20 zł. A potem, zorientowawszy się w terenie, wszyscy pomaszerowali w ciemnościach w kierunku Gniazdkowa, gdzie zamierzali przeprawić się na prawy brzeg Wisły. Kiedy zbliżyli się do ściany lasu na odległość około 30 metrów, znienacka z ciemności padło pięć strzałów. Wszyscy padli na ziemię gotowi do odparcia nadchodzącego nieprzyjacielskiego patrolu. Nikt jednak nie nadchodził. Kapitan Ogrodnik wydał więc rozkaz dalszego marszu, ale już nie na wprost do lasu, lecz równolegle wzdłuż jego ściany. Jarzące się ogniki papierosów zdradzały, że cała linia lasu jest obsadzona przez nieprzyjacielskie posterunki. Dopiero w tym momencie jeden spośród maszerujących żołnierzy zauważył, że jest ranny w udo. Rana obficie krwawiła. Kapitan Ogrodnik nakazał rannemu żołnierzowi, aby opuścił spodnie i położył się na ziemi. Sam wziął do ręki dwa opatrunki osobiste. Pozostałym żołnierzom kazał przykryć siebie i rannego płaszczami. Będąc tak osłonięty, zapalił latarkę kieszonkową i w jej świetle opatrzył żołnierzowi stosunkowo niegroźną ranę, silnie przy tym bandażując przestrzelone na wylot udo. Po dokonaniu tego zabiegu żołnierz wstał. Pozostali wzięli go pod ramiona i poszli dalej. Po jakimś czasie dotarli do dopalającej się chaty. Krańcowo wyczerpani położyli się na ziemi i natychmiast zasnęli. Kapitan Ogrodnik obudził się jako pierwszy, gdy było już widno. Stwierdził, że noc spędzili w odległości zaledwie 200 metrów od wsi. Obudziwszy towarzyszących mu żołnierzy, dwóch spośród nich kapitan wysłał w kierunku zabudowań z poleceniem zakupienia czegoś do jedzenia. Wyposażeni w pieniądze żołnierze, zachowując ostrożność, poszli do wsi, gdzie Niemców na szczęście nie było. Wrócili niebawem z zakupioną u chłopów kiełbasą, chlebem i papierosami. Kiedy już wszyscy się posilili, kapitan Ogrodnik poszedł do wsi. Sołtysowi nakazał przebrać rannego żołnierza w cywilne ubranie, a następnie ukryć go w stodole i zapewnić mu pomoc medyczną. Sołtys początkowo odmawiał, tłumacząc, że jeśli Niemcy znajdą u niego rannego, to spalą dom, a jego samego rozstrzelają. Jego negatywną postawę wspierała sołtysowa swoimi wrzaskliwymi protestami. Wówczas kapitan Ogrodnik powiedział, że za odmowę przechowania rannego żołnierza sołtys jako osoba urzędowa zostanie postawiony przed sądem. Na te słowa sołtysowa zamilkła, a sołtys wreszcie, choć bardzo niechętnie, zgodził się na pozostawienie rannego. Wtedy drugi żołnierz poprosił kapitana Ogrodnika, by zostawić go razem z rannym, to on wszystkiego dopilnuje. Zostali więc już tylko we trójkę. Położyli się spać, czuwając na zmianę z obawy przed nadejściem Niemców. Kiedy kapitan Ogrodnik obudził się, było już koło południa. Stwierdził, że jest absolutnie sam. Po chwili pojawił się jednak plutonowy rezerwy, komunikując kapitanowi, że kiedy oni spali, czuwający żołnierz uciekł. Wieczorem poszli dalej. Nad ranem dotarli do jakichś zabudowań. Gospodarz przyjął ich bardzo życzliwie. Dzień przespali w stodole. U tego gospodarza kapitan Ogrodnik zostawił około 50 odcinków kart tożsamości poległych żołnierzy. Prosił o oddanie ich po wojnie wójtowi, który miał obowiązek przekazania takiej dokumentacji wyższym władzom.    

    Następnego dnia kapitan Ogrodnik wraz z towarzyszącym mu plutonowym dotarli do Gniazdkowa, gdzie przewoźnik przewiózł ich łodzią na drugi brzeg Wisły. W pobliskim dworze zastali kilkudziesięciu oficerów. Niektórzy z nich byli już ubrani po cywilnemu. W grupie tej było kilku wyższych oficerów. Tutaj kapitan Ogrodnik dowiedział się o wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodnie tereny Rzeczypospolitej. Wieści te sprawiły, że kapitan wraz z towarzyszącym mu plutonowym przeprawili się ponownie na lewy brzeg Wisły. Kiedy znów znaleźli się w Gniazdkowie, zamienili mundury na ubrania cywilne, a następnie kupili rower. Niestety drugiego roweru nie mogli nigdzie nabyć, dlatego też kapitan Ogrodnik zostawił plutonowemu pieniądze na jego zakup, a sam wsiadł na zakupiony rower i pojechał nim do swojego domu w Sieradzu. Dotarł tam akurat w momencie kapitulacji Warszawy.

    W taki to właśnie sposób zakończyła się dla kapitana Aleksandra Ogrodnika wojna wrześniowa. Dokładnie na miesiąc przed rozbiciem jego pułku, kapitan Aleksander Ogrodnik otrzymał 48-godzinną przepustkę okolicznościową, która pozwoliła mu pojechać do Skarżyska-Kamiennej, gdzie mieszkały dwie jego siostry. Starsza z nich, 41-letnia Waleria, opiekowała się młodszą siostrą Zofią, która w dniu 19 sierpnia 1939 roku wychodziła za mąż za Zygmunta Zygmuntowicza. Akt małżeństwa tej pary odnotowuje, że kapitan Aleksander Ogrodnik był świadkiem na ich ślubie. W tym momencie jego 31. Pułk Strzelców Kaniowskich, opuściwszy swoje koszary w Sieradzu, był już w polu. Jednostka zajmowała pozycje nad rzeką Wartą. Obsadzała odcinek pomiędzy wsiami Charłupia i Okręglica.


Zofia i Zygmunt Zygmuntowiczowie - ich ślub 19.08.1939 r w Skarżysku-Kamieenej


Wielkanoc 1938 r. Podchorążowie Ryszard Zygmuntowicz ( ten wyższy) i Brunon Kudrewicz przed domem Zygmuntowiczów przy ul. Konopnickiej w Skarżysku-Kamiennej



Goście weselni Zygmuntowiczów a wśród nich kapitan Aleksander Ogrodnik. W drugim rzędzie najwyższy z dziewczyną na ramieniu - podchorąży Ryszard Zygmuntowicz


Szlak bojowy 31. Pułku Strzelców Kaniowskich we wrześniu 1939 roku


Odznaka pułkowa 31. Pułku Strzelców Kaniowskich



Sztandar 31. Pułku Strzelców Kaniowskich



    Okazjonalne przepustki na 48 godzin otrzymali również dwaj inni uczestnicy weselnego przyjęcia. Byli to absolwenci skarżyskiego Gimnazjum i Liceum im. Augusta Witkowskiego, a obecnie słuchacze dęblińskiej Szkoły Podchorążych Lotnictwa. Jednym z nich był młodszy brat pana młodego, Ryszard Zygmuntowicz, a tym drugim — jego przyjaciel Brunon Kudrewicz. Oczywiście wszyscy wojskowi byli świadomi tego, że oto właśnie nadciąga wojna. Najmłodszy z braci Zygmuntowiczów podsłuchał jak w rozmowie z obydwoma podchorążymi  lotnictwa kapitan Aleksander Ogrodnik miał powiedzieć, że wolałby się raczej rozerwać granatem niźli dostać do sowieckiej niewoli. Najwyraźniej miał jakieś koszmarne doświadczenia z wojny 1919-1920.

    Tego samego akurat dnia, gdy Zofia Katarzyna Ogrodnikówna w obecności swojego starszego brata kapitana Aleksandra Ogrodnika mówiła w Skarżysku-Kamiennej Zygmuntowi Zygmuntowiczowi sakramentalne: „Tak” — jednostki Wehrmachtu opuszczały właśnie swoje koszary, przemieszczając się w kierunku granicy z Polską.
    I pomyśleć tylko, że od tamtego momentu miesiąc minął zaledwie…
                    I zarazem przecież minęła już epoka cała…


                                Piotr Jan Nasiołkowski





Ps. Prócz fotografii pochodzących z prywatnego archiwum Piotra Jana Nasiołkowskiego - niektóre zdjęcia ilustrujące zamieszczony tekst zostały udostępnione przez rodzinę Zygmuntowiczów, a także przez wieloletniego współpracownika autora - Pana Piotra Dymeckiego z Mszczonowa

Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 1 godzinę temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 19 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 20 godzin temu