Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Wśród przyczyn wrześniowej klęski... Część I Piotr Jan Nasiołkowski

    O przyczynach wrześniowej klęski niejedno już wprawdzie powiedziano i napisano. Ale niekoniecznie to, co niegdyś pisano i mówiono - służyło utrwalaniu prawdy o przyczynach i zaszłościach tamtego września, czego jaskrawym przykładem w epoce przymusowej przyjaźni polsko-radzieckiej było celowe, zupełnie opatrzne tłumaczenie sowieckiego najazdu na nasz kraj, przy jednoczesnym pomijaniu milczeniem wszelkich przyczyn i tragicznych dla Polaków skutków tejże, iście „braterskiej” agresji.

Jednocześnie ze służących tzw. przyjaźni polsko-radzieckiej przyczyn o charakterze zdecydowanie polityczno-propagandowym, posługując się dość prymitywnymi sloganami, eksponowano wygodne ówczesnym władzom fakty, przy jednoczesnym narzuceniu opinii publicznej jednoznacznego sposobu ich interpretowania. Wieloletnie takowe, odgórnie sterowane działania doprowadziły w efekcie do powstania i utrwalenia - dziś jeszcze, jakże trudnych do wykorzenienia ze społecznej świadomości propagandowych mitów imitujących rzetelną wiedzę historyczną. Intencją manipulatorów historią było wytworzenie powszechnego przekonania o tym, że we wrześniu zostaliśmy cynicznie zdradzeni przez naszych zachodnich sojuszników. Że jedynie sojusz ze Związkiem Radzieckim jest w stanie skutecznie chronić obecnie nasz kraj przed powtórzeniem się tego rodzaju sytuacji, całkiem wszak realnej w obliczu eksponowanych zakusów zachodnioniemieckich rewizjonistów. Że wrześniowa klęska Polski była wynikiem politycznej i gospodarczej słabości ówczesnego naszego Państwa, co wypływało wprost z jego kapitalistycznego ustroju. I generalnie rzecz biorąc, winni tej narodowej tragedii byli wszyscy inni - tylko nie my sami - Polacy, bohaterscy lecz historycznie unieszczęśliwieni geopolitycznym wtłoczeniem nas pomiędzy od zawsze wrogich nam Niemców i przyjazny nam niebywale Związek Radziecki, z którym za sprawą głupiego uporu naszych polityków - za nic w świecie nie chcieliśmy się wówczas przyjaźnić.

    Tymczasem tak naprawdę, to problematyka upadku naszego Państwa, znajdującego się właściwie dopiero w stadium odbudowywania swego bytu po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 - jest dużo bardziej skomplikowana. Przyczyn wrześniowej klęski upatrywać należy przede wszystkim w realiach polityki; zarówno tej wewnętrznej, jak też i zewnętrznej. O niekorzystnym kształcie tychże politycznych realiów przesądzały - niestety - także kiepskie umiejętności polskich polityków, jakże trafnie ocenionych przez samego marszałka Piłsudskiego: cyt. ”Kury wam szczać prowadzać, a nie za politykę się brać!”. Inną przyczyną była znaczona dopiero znajdującą się w stadium tworzenia struktury przemysłowej - gospodarcza słabość odbudowującego się kraju i w takim akurat momencie nękanego skutkami światowego kryzysu, co musiało przecież wprost rzutować na polską zdolność obronną, dodatkowo jeszcze źle organizowaną przez często niekompetentnych decydentów. Nie bez znaczenia były także uwarunkowania o charakterze demograficznym wynikające z niejednolitości narodowościowej mieszkańców naszego kraju. Dość powiedzieć, że jednym spośród ustaleń przeprowadzonego w Polsce w grudniu 1931 roku spisu powszechnego było, że posiadającą wielonarodowościową strukturę ludności II Rzeczpospolitą zamieszkiwało 32 107 000 osób, z czego etniczni Polacy stanowili - 68,9 %, Ukraińcy - 13,9 %, Żydzi - 8,6 %, Niemcy 2,3%, zaś najmniej liczną grupę mniejszościową stanowili Białorusini - z udziałem 3,1 %.

Jest powszechnie wiadome, że elementem składowym polskiej rzeczywistości międzywojennej były mniej lub bardziej ostre konflikty narodowościowe, co było wynikiem wykazania się przez polskie władze brakiem umiejętności rządzenia krajem o wielonarodowościowej strukturze ludności. Ta okoliczność z kolei kształtowała po części stosunek mniejszości narodowych do naszej państwowości. Często był to - niestety - stosunek negatywny.
Jeżeli chodzi o etnicznych Niemców; ich udział w liczebności ludności naszego kraju w przełożeniu na liczby bezwzględne wynosił wówczas 734 000 osób, przy czym stanowili oni zarazem grupę zamożniejszą od społecznej przeciętnej. Aż 15% spośród osób przynależnych mniejszości niemieckiej należało do klas posiadających, a więc zatrudniających najemną siłę roboczą. Także liczni przedstawiciele wolnych zawodów deklarowali swą przynależność do mniejszości niemieckiej. Jedynie 28% polskich Niemców przynależało do klasy robotniczej.

Zamieszkiwanie na obszarze Polski tak licznej mniejszości niemieckiej nie było bynajmniej jedynie spuścizną okresu pozostawania części naszego kraju pod pruskim zaborem i prowadzenia przez zaborcę polityki germanizacyjnej. Przyczyną istnienia mniej lub bardziej licznych mniejszości niemieckich nie tylko w Polsce, ale w całej Europie - były uregulowania obowiązującego w Niemczech prawa spadkowego nie zezwalającego na dzielenie rodzinnych gospodarstw rolnych, które z mocy tegoż prawa - musiały być dziedziczone przez najstarszego syna spadkodawcy. Młodsze rodzeństwo spadkodawcy musiało zatem budować podstawy swej egzystencji poza rodzinną strzechą. W ten oto sposób zrodził się niemiecki ruch kolonizacyjny skutkujący, że osadników niemieckich można było spotkać, w zdawałoby się, najbardziej nieoczekiwanych miejscach, a więc w dawnej Kurlandii (tzw. Balt-Deutsche), w Rosji nad Wołgą (tzw. Wolga-Deutsche), w rumuńskim Siedmiogrodzie, czeskich Sudetach i oczywiście - także w różnych zakątkach Polski, jakże często, nawet dość daleko od granic Niemiec. Przykładowo; na Zamojszczyźnie, czy też w Radomiu i jego okolicach, gdzie w przeddzień wybuchu wojny zamieszkiwało szacunkowo około 45 000  Niemców, czego świadectwem są dziś jedynie zdewastowane ewangelickie cmentarze niemieckie w Młodocianie-Błoniach, a także i w samym Radomiu.



Fot. Panorama cmentarza ewangelickiego w Radomiu


Fot. Cmentarz ewangelicki w Radomiu



Fot. Panorama niemieckiego cmentarza ewangelickiego w Młodocinie


Fot. Panorama zdewastowanego niemieckiego cmentarza ewangelickiego w Młodocinie 1



Fot. Resztki jednego z niemieckich nagrobków na cmentarzu w Młodocinie


Fot. Zapomniany grób niemieckiego osadnika w Młodocinie


Fot. Zwany Kirchą budynek szkolny w Młodocinie



    W momencie dojścia w roku 1933 w Niemczech do władzy Adolfa Hitlera - jego partia nazistowska wykorzystując istnienie w ościennych krajach niemieckich mniejszości narodowych - rozpoczęła dla własnych celów politykę budzenia i podsycania nastrojów nacjonalistycznych - także w tych Niemcach, którzy żyli poza granicami III Rzeszy. Temu właśnie celowi służyło stworzenie w Polsce w roku 1934, zupełnie legalnie działającej Jungdeutsche Partei, stanowiącej wszak właściwie zagraniczną ekspozyturę NSDAP a więc partii, która w swym programie wyborczym miała zapisaną dążność do rewizji Traktatu Wersalskiego stanowiącego prawny fundament istnienia Państwa Polskiego. Na dwa lata przed wybuchem wojny została nawet utworzona w Łodzi samodzielna placówka tej antypolskiej partii. Szczególną rolę w indoktrynacji nazistowską ideologią mieszkającej w Polsce mniejszości niemieckiej odegrał zlokalizowany w tejże Łodzi konsulat III Rzeszy, którym - aż do samego wybuchu wojny - kierował konsul Edward Berchem von Königsfeld. Wszystko działo się oczywiście za zgodą ówczesnych władz polskich!

    Jak zauważył osiemnastoletni wówczas łodzianin, Karl Dedecius -późniejszy żołnierz Wehrmachtu i jeniec wojenny spod Stalingradu -, przenikające z III Rzeszy narodowosocjalistyczne idee zakorzeniały się przede wszystkim w kręgach społecznego marginesu, wśród bezrobotnych, a także przeróżnej maści karierowiczów i frustratów, którzy wprawdzie nie zdołali zdobyć żadnego wykształcenia ani zawodu - lecz za wszelką cenę chcieli się stać wielce ważnymi personami.
    Jednym z zauważalnych efektów aktywności propagandy nazistowskiej było unikanie służby w Wojsku Polskim przez poborowych pochodzących z kręgów niemieckiej mniejszości narodowej. W okresie bezpośrednio poprzedzającym najazd niemiecki na Polskę - młodzi ludzie (polscy obywatele uważający się jednak za należących do narodowości niemieckiej) - licznie uciekali za granicę i wstępowali do Wehrmachtu. Dość powiedzieć, że od stycznia do połowy sierpnia 1939 roku zbiegło z Polski do Niemiec aż 78 000 osób. Do tego rachunku dodać należy liczbę 18 000 uciekinierów, którzy przedostali się na obszar Wolnego Miasta Gdańska. W przeważającej swej części ci uciekinierzy z Polski - we wrześniu 1939 roku niebywale byli agresorom przydatni, gdyż w swoich rodzinnych stronach pełnili rolę znawców terenu oraz miejscowych stosunków. Znali przy tym także dobrze język polski. Tak więc tłumaczy miał Wehrmacht w swych szeregach, co niemiara.

    Istniejąca w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch wojny - stała łączność niemieckich mieszkańców Młodocina ze społecznością łódzkich Niemców indoktrynowanych przez tamtejszy konsulat III Rzeszy nazistowską ideologią - była zapewne, w jakimś stopniu. przyczyną tego, że we wrześniu 1939 roku młodocińscy Niemcy, wywieszając w oknach swoich domów dziesiątki czerwonych flag ze swastykami, z wielką pompą powitali wkraczające do ich wsi oddziały zwycięskiego Wehrmachtu. Nie obyło się bez uczty przy suto pozastawianych stołach... Były tańce i wojskowa parada pod triumfalnymi bramami, pospiesznie wzniesionymi nad drogą, którą niemieckie formacje maszerowały od strony Skarżyska-Kamiennej w kierunku Radomia...



Fot. Przyjecie żołnierzy niemieckich w Młodocinie

 


Fot. Niemiecki dywersant w polskim mundurze

 


Fot. Powitanie żołnierzy Wehrmachtu przez mniejszość niemiecką w Polsce



Fot.Aleksandrów Łódzki - gaszenie pragnienia niemieckich żołnierzy



Fot. Powitalne sypanie kwiatków pod nogi niemieckich żołnierzy w Aleksandrowie Łódzkim


Fot. Powitanie Wehrmachtu w Pińczowie


    Niemieckim mieszkańcom Młodocina, fetującym wspólnie  z żołnierzami Wehrmachtu ich zwycięstwo nad - wtedy jeszcze wszak nie do końca pokonaną polską armią - nie przeszkadzało bynajmniej to, że w przydrożnych rowach ich wsi dogorywali ranni polscy żołnierze, którym nikt jakoś nie kwapił się udzielić humanitarnej pomocy. Nie robiło też na nikim żadnego absolutnie wrażenia to, że okoliczne pola usłane były zwłokami młodych chłopaków w polskich mundurach… Że tu i ówdzie stał przywiązany do płotu poraniony koń w wojskowej uprzęży... Obrazy te stanowiły dla fetujących jedynie cieszące ich oczy i serca, namacalne świadectwa klęski polskiej armii...

    Nie mogę jakoś zrozumieć powodów tamtej wczesnej radości okazywanej przez młodocińskich Niemców. Wehrmacht przecież z żadnej niewoli ich nie wyzwalał, bo mieszkańcy Młodocina nie zostali wszak nigdy przez Polskę w jakikolwiek sposób zniewoleni! Nadto, Wehrmacht był przecież siłą zbrojną działającą w imieniu państwa totalitarnego, jakim bez wątpienia była nazistowska III Rzesza. Czy zatem panowanie jakiegokolwiek totalitaryzmu może oznaczać czyjąś wolność? Czyż zniewolenie choćby jednego człowieka może być triumfem wolności?

            Oto pytania, które wyraźnie trącą truizmem...

    Również w innych rejonach Rzeczypospolitej, wszędzie, gdzie tylko zamieszkiwali etniczni Niemcy - nie dość, że rozgrywały się podobne sceny, to jeszcze przeciwko regularnym formacjom Wojska Polskiego aktywnie występowały liczne grupy zbrojnych niemieckich dywersantów.

    Z upływem kolejnych dni wrześniowej wojny - coraz bardziej bezładnie wycofujące się w głąb kraju - jednostki polskiej armii narażone były na różnorakie działania niemieckich dywersantów. Niemcy zamieszkali w rejonach walk i na szlakach odwrotu naszego wojska drogą radiową informowali Wehrmacht o położeniu i ruchach polskich jednostek wojskowych... Nadto, starali się dezorganizować wszelkimi możliwymi sposobami przemarsz naszego wojska, nie wyłączając także bezpośrednich, zbrojnych ataków na regularne formacje. Zdarzało się, że poprzebierani w mundury polskich oficerów niemieccy dywersanci wydawali spotkanym na drodze kolumnom wojskowym rozkazy, siejące zamęt wśród wycofującego się wojska. Incydent tego rodzaju został odnotowany przez podchorążego Wojciecha Krzyształowicza, oficera zwiadu 4. baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Relacjonuje on przypadek wydania, przez nieznanego nikomu majora, rozkazu zmiany kierunku marszu kolumny piątej baterii. Wykonując ten rozkaz, bateria skręciła do lasu, gdzie tenże, siedzący na koźle major, przejął lejce od woźnicy powożącego pierwszym zaprzęgiem, a następnie usiłował skierować konie do głębokiego wykopu. Gdy woźnica, zorientowawszy się w sytuacji i zamiarach rzekomego majora, usiłował zepchnąć go z kozła, przebrany za oficera dywersant natychmiast sięgnął po pistolet - i nim, uciekając, zniknął w leśnym gąszczu - oddał do woźnicy dwa strzały. Na całe szczęście kule przedziurawiły jedynie czapkę i kołnierz munduru naszego żołnierza.

 


Fot. Zbrojni niemieccy dywersanci


    Już we wstępnej fazie walk wycofujące się nocą znad Warty polskie oddziały zostały we wsi Nacierz zaatakowane przez niemieckich dywersantów. Nie należy się temu specjalnie dziwić, jeżeli się zważy, że nasi oficerowie odnotowali zaobserwowane przez nich w szkłach lornetek jak przynależni do mniejszości niemieckiej mieszkańcy dopiero co, przez polskie formacje opuszczonych Bogumiłowic wywiesili na swych domach flagi ze swastyką, by uroczyście powitać oddziały Wehrmachtu wkraczające właśnie do ich wsi. Nieopodal Bełchatowa dowodzeni przez porucznika Kazimierza Krasonia żołnierze 7. kompanii 84. Pułku Strzelców Poleskich ujęli grupę dywersantów wyposażonych w radiostację. Podobne zdarzenie miało niebawem miejsce także koło Rogowa, gdzie polscy żołnierze ujęli na gorącym uczynku niemieckiego dywersanta także wyposażonego w krótkofalówkę. Nadawał, siedząc  w betonowym przepuście pod torami kolejowymi. Ponadto, w okolicach powiatowego miasteczka Brzeziny, gdzie na terenie tamtejszego powiatu 44% ludności stanowili Niemcy - polska kolumna wojskowa została zaatakowana przez pojedynczy niemiecki samolot. Ataku tego nie poprzedzały żadne działania rozpoznawcze. Jest oczywiste, że w zlokalizowaniu naszego zgrupowania musiał mieć swój udział naziemny obserwator, a więc niemiecki dywersant. Natomiast w samych już Brzezinach - niemieccy dywersanci ostrzelali sztab przechodzącego właśnie przez tę miejscowość 83. Pułku Strzelców Poleskich. Nie można też nie wspomnieć o zaatakowaniu Wołyńskiej Brygady Kawalerii przez ugrupowanie niemieckich dywersantów przebranych w polskie mundury oraz wyposażonych w polskie dokumenty. Otoczywszy tą, liczącą kilkudziesięciu członków formacją dywersantów, zwycięską z nimi  walkę stoczył 12. pułk kawalerii. Okazało się, że wszyscy członkowie tej grupy dywersyjnej wyposażeni byli, w czytelne jedynie dla Niemców znaki rozpoznawcze, których rolę spełniały specjalne, identyczne chusteczki do nosa.

    Doszło nawet do tego, że 8 września w godzinach wieczornych niemieccy dywersanci odważyli się zaatakować stacjonujący w Zajrzewiu sztab 2. Dywizji Piechoty.
    Następnego dnia zajęte nieopodal Przyłęka stanowisko ogniowe piątej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej znalazło się pod ostrzałem dywersantów prowadzących do naszych żołnierzy ogień zarówno ze zwykłych karabinów, jak i broni maszynowej umieszczonej na dachach okolicznych chałup. W pierwszej chwili ten niespodziewany atak doprowadził nawet do rozpierzchnięcia się obsługi baterii. Jednakże dowódca trzeciego działonu na tyle opanował sytuację, że podlegli mu kanonierzy ogniem prowadzonym na wprost zniszczyli usytuowane na dachu jednej z chałup stanowisko karabinu maszynowego ostrzeliwującego pozycje naszych żołnierzy. Następnym przejawem aktywności dywersantów, z jaką dane było się zetknąć żołnierzom piątej baterii, była zasadzka urządzona przez nich przy wyjściu drogi z lasu. Nasi artylerzyści wpadli w nią nocą z 11 na 12 września. Kolumna marszowa piątej baterii została wówczas znienacka zaatakowana przez niemieckich dywersantów podczas  marszu w kierunku Żyrardowa.

    Także w miejscowości Słupia, dwa działony szóstej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej znalazły się nieoczekiwanie pod ogniem karabinów maszynowych, strzelających z okien zabudowań mijanych właśnie przez kolumnę marszową. Symptomatyczne jest, że podczas walk ulicznych w Żyrardowie siły polskie największe straty poniosły na skutek podstępnego ognia, jaki do naszych żołnierzy otwierali z okien tamtejsi Niemcy.
    Niezależnie od działań dywersyjnych, we wrześniu 1939 roku dochodziło także do licznych przypadków dezercji żołnierzy wywodzących się spośród mniejszości niemieckiej -  już od pokoleń mieszkającej w Polsce.

    W tym miejscu, na marginesie wspomnieć trzeba, że we wrześniu 1939 roku polski mundur nosił bratanek, pochodzącego z Chełmna generała Heinza Guderiana, którego formację zajęły polskie Pomorze, zaś sam generał był współorganizatorem i uczestnikiem sowiecko-niemieckiej defilady w Brześciu nad Bugiem. Wspomniany bratanek niemieckiego generała, jako polski żołnierz dostał się do niemieckiej niewoli, skąd został oczywiście niezwłocznie zwolniony po to jedynie, by natychmiast przywdziać mundur Wehrmachtu.

    Będąc świadomym roli odegranej we wrześniu 1939 roku przez dywersantów, rekrutujących się spośród zamieszkałej w Polsce mniejszości niemieckiej, pułkownik Zygmunt Łakiński, dowódca dywizyjnej artylerii 30. Poleskiej Dywizji Piechoty - w swojej relacji z wojny wrześniowej - sformułował pogląd, że nie jest dopuszczalne, aby w powojennej Polsce mieszkał choć jeden Niemiec. Na marginesie warto dodać, że obydwie babki polskiego pułkownika, późniejszego generała Zygmunta Łakińskiego... były Niemkami!

    Dochowanie wymogu rzetelności wymaga odnotowania, iż oczywistą konsekwencją wielonarodowościowej i różnowyznaniowej struktury ludności II Rzeczypospolitej było, że podczas Wojny Obronnej 1939 roku, w szeregach Wojska Polskiego służyło wielu polskich obywateli - Niemców, Ukraińców oraz Żydów...  Wielu z nich poległo. Niejeden odniósł rany.

    Uwadze każdego, kto spaceruje alejkami wojennego cmentarza w Jeżowie, wszak jednego spośród wielu wojennych cmentarzy, nie może ujść, że spoczywający tu żołnierze 30. Poleskiej Dywizji Piechoty nosili nazwiska brzmiące czasami zupełnie niepolsko. Wszyscy oni jednak byli polskimi żołnierzami poległymi w bitwie, jaką przyszło im w dniu 9 września 1939 roku toczyć na polach pod Przyłękiem i Jeżowem. Na jednym z nagrobków odczytałem niemieckojęzycznie brzmiące nazwisko: Nachtigal. W mowie ówczesnych najeźdźców słowo „Nachtigall” oznacza tyle, co słowik. Ale żołnierz ten - z całą pewnością - nie należał do zamieszkałej w Polsce niemieckiej mniejszości narodowej. Dla poległego pod Jeżowem Szmula Nachtigala, pochodzącego z podlubelskiej mieściny Piaski oczywiste było, że w tej wojnie broni on swojego własnego kraju. Bronił go także przed tym, żeby jego mojżeszowych współwyznawców mieszkających w Polsce nie spotkało to wszystko, co - już od kilku lat - było ich udziałem w sąsiednich Niemczech. Więc myślę sobie, że ten poległy pod Jeżowem polski żołnierz, Szmul Nachtigal, lepiej niż ktokolwiek inny znał powody nakazujące mu stanąć na drodze niemieckich wojsk prących w kierunku Warszawy. Wiedział doskonale, że taka właśnie jest jego powinność wobec obydwu jego ojczyzn - pojęcia stanowiącego integralny składnik żydowskiej mentalności znaczonej syndromem Hava Nagila. Właśnie poczucie tej powinności kazało mu zapłacić tę najwyższą cenę, jaką niewątpliwie jest cena własnego życia. O ile wiem, Szmul Nachtigal nie był bynajmniej jedynym Żydem wśród żołnierzy walczących w szeregach 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. W tej samej bitwie poległ pod Jeżowem także szeregowy Dawid Wittenberg. Ponadto ze wspomnień porucznika Leona Witkowskiego dowiadujemy się, że jednym spośród wielu rannych w tej bitwie naszych żołnierzy - był także Jakub Gajdenkorn - kanonier czwartej baterii II dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.

    Lista korpusu oficerskiego 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej wymienia nazwisko lekarza pułkowego - podporucznika Mojżesza Brynberga. Zostało odnotowane, że ten oficer rezerwy odłączył się od pułku w dniu 5 września. Prawdopodobnie został on odcięty od reszty swojej macierzystej jednostki i najwyraźniej nie miał już możliwości ponownego do niej dołączenia. W każdym bądź razie; podporucznik doktor Mojżesz Brynberg jemu tylko znanymi drogami i sposobami zdołał przedostać się do Warszawy. Zostało odnotowane, że od dnia 10 września brał udział w obronie stolicy, służąc swoimi umiejętnościami chorym i rannym - w szpitalu zlokalizowanym na warszawskiej Pradze. W końcu wojenne losy rzuciły pułkowego lekarza 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej do ZSRR, gdzie też niezwłocznie wstąpił do polskich sił zbrojnych organizowanych przez generała Władysława Andersa. Mianowano go tam Naczelnym Lekarzem 7. pułku artylerii lekkiej, sformowanego przez Dowództwo Ośrodka Organizacyjnego Armii w ZSRR. Niestety dalsze wojenne - i być może - także powojenne losy doktora Mojżesza Brynberga nie są mi znane.

    Myślę też sobie, że ci powyżej wymienieni przeze mnie, walczący, ranni i polegli w polskich mundurach Żydzi, bynajmniej nie wyczerpują całej listy wyznawców religii mojżeszowej, broniących Rzeczypospolitej we wrześniu 1939 roku. Nie można również pominąć faktu, że wśród spotkanych przeze mnie na nagrobkach i w materiałach archiwalnych nazwisk naszych żołnierzy-  nie brakuje także i takich o brzmieniu wyraźnie białoruskim, ukraińskim jak również niemieckim. Pozwolę sobie w tym miejscu wymienić przykładowo nazwiska podporucznika Wiaczesława Czernota, podporucznika Witolda Trippenbacha, podporucznika Waldemara Dreiera, porucznika Tadeusza Marcina Lostera, majora Stanisława Reicherta, majora Józefa Herzoga, czy też odznaczonych Krzyżami Walecznych - podporucznika Jerzego Steinböcka, dowódcy 3. kompanii 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców im. Tadeusza Kościuszki, oraz rotmistrza Tadeusza Schollenbergera, dowódcy dywizyjnej kawalerii, późniejszego konspiratora.

    Nie należy wszak dopatrywać się w tym niczego dziwnego —  jak wcześniej zostało to już wyraziście zaznaczone; II Rzeczypospolita była przecież państwem wielonarodowym i zarazem różnowyznaniowym. Więc siłą rzeczy różną też być musiała narodowościowa  i wyznaniowa przynależność jej obrońców. Wszyscy oni jednak nosili na czapkach polskie orzełki. Wszyscy oni byli wszak żołnierzami tej samej  II Rzeczypospolitej. I właśnie z tej to przyczyny na polach pod Jeżowem polegli i na tamtejszym wojennym cmentarzu obok siebie zgodnie spoczywają żołnierze 84. Pułku Strzelców Poleskich: otyły nieco strzelec Kazimierz Włodarczyk, szeregowy Berek Radyszcz, starszy szeregowy Lew Furman, starszy szeregowy Bazyli Wołk, kapral Stanisław Romanowski, szeregowy Bazyli Tarasiuk, strzelec Mieczysław Orzechowski, szeregowy Mikołaj Bobrejko, a także szeregowy Moszek Icek Rosenberg.

    To samo odnosi się wszak również do żołnierzy 83. Poleskiego Pułku Piechoty, podkomendnych pułkownika Adama Nadachowskiego poległego w bitwie pod Jeżowem. Na tym samym polu bitwy polegli także następujący żołnierze tej formacji: strzelec Aleksy Bałabuszko, szeregowy Józef Poniatowski, strzelec Jan Schirle, szeregowy Lejba Brejdbrom oraz strzelec Stanisław Jasiorowski.    



Fot. Cmentarz w Jeżowie Grób Józefa Poniatowskiego



Fot. Przysięga wojskowa składana we Włodzimierzu Wołyńskim przez artylerzystów pochodzenia żydowskiego



Fot .Cmentarz w Jeżowie Grób Moszka Icka



Fot. Cmentarz w Jeżowie Grób Antoniego Wolskiego


16. Cmentarz w Jeżowie Grób żołnierza Aleksego Bałabuszki


Fot. Miejsce spoczynku porucznika Tadeusza Lostera



      Jest oczywiste, że skład narodowościowo-wyznaniowy szeregów 30.Poleskiej Dywizji Piechoty nie był niczym wyjątkowym. Także w innych formacjach Wojska Polskiego nie brakowało przedstawicieli zamieszkujących w Polsce mniejszości narodowych. Dość powiedzieć, że zostało odnotowane, iż jednym spośród rannych polskich żołnierzy przyjętych do szpitala w Janowie Lubelskim w dniu 30 września był pochodzący z Warszawy Izaak Bieler - syn Arona, zaś wśród żołnierzy hospitalizowanych w pierwszych dniach października w  Szczebrzeszynie znajduje się nazwisko mieszkańca Konina, Ajzyka Weinguta - syna Abrama.

          Zarazem jednak nie można pominąć milczeniem zgoła innych  wrześniowych postaw polskich Żydów implikowanych niewątpliwie ich ideowo negatywnym stosunkiem do naszej państwowości. Dość powiedzieć, że gdy poniedziałkowego poranka 25 września, dotarły do Grabowca pierwsze oddziały Armii Czerwonej - miejscowi Żydzi powitali Sowietów chlebem i solą informując ich zarazem o jednostce naszej kawalerii kwaterującej w Grabowcu - Osadzie. Miejscowość natychmiast znalazła się pod ogniem czerwonoarmistów, co sprowokowało szarżę polskich kawalerzystów na pozycje bolszewickie. Niedogodność pofałdowanego i bagnistego terenu sprawiła, że ten atak naszej konnicy załamał się w ogniu sowieckich karabinów maszynowych. Wielu ułanów poległo. Natomiast żołnierzy wziętych do niewoli i rannych, którzy pozostali na polu bitwy - Sowieci wymordowali bagnetami. Ofiarą sowieckiego barbarzyństwa padł wtedy również personel oraz ranni pacjenci, ewakuowanego z Chełma szpitala polowego nr 2.


Fot. Kapitulacja Warszawy.Polska kawaleria opuszcza miasto.


Fot. Obsługiwany przez polskich jeńców punkt zborny zdobytych przez Niemców koni kawaleryjskich


Fot. Obsługiwany przez polskich jeńców punkt zborny koni

          Nie można zapomnieć o tych Żydach, którzy we wrześniu 1939 roku naciągnąwszy na rękawy czerwone opaski rozbrajali polskich żołnierzy, a więc w zdradziecki sposób wystąpili przeciwko siłom zbrojnym Państwa Polskiego znajdującego się w stanie wojny z III Rzeszą - państwem istniejącym na gruncie ideologii, której integralną częścią był wszak antysemityzm o niespotykanym dotychczas stopniu skrajności! Zatem wszyscy ci - z czerwonymi opaskami na rękawach - Żydzi będący polskimi obywatelami dopuszczając się zdrady Państwa Polskiego - ni mniej ni więcej - tylko, działali na rzecz państw -agresorów, zatem także III Rzeszy, gdzie już od lat obowiązywały antysemickie Ustawy Norymberskie! Jawili się zatem być sojusznikami tych, którzy w dniu  9 listopada 1938 roku urządzili w swoim kraju odgórnie inspirowany, bezprzykładnie haniebny pogrom Żydów. Do historii przeszedł on pod nazwą Nocy Kryształowej.

          Jakże gorzką historycznie ironią jest, że w położonej około 25 kilometrów na zachód od Hrubieszowa miejscowości Uchanie, komunistyczna bojówka złożona z tamtejszych Żydów podstępnie rozbroiła i uwięziła w piwnicach kilkudziesięciu polskich żołnierzy. Powziąwszy wiadomość o tym fakcie; pułkownik Leon Koc zarządził przeszukanie piwnic. Uwolnionych żołnierzy nakazał wcielić w szeregi ugrupowania „Kowel”, zaś ustalonych komunistycznych dywersantów potraktowano w sposób zgodny  z wojennym prawem, czyli niezwłocznie rozstrzelano.

Na kanwie opisanych wydarzeń nasuwa mi się w tym miejscu pewna dygresja.

Otóż, z jednej strony, trzeba powiedzieć, że we wrześniu 1939 roku, siły sowieckiego agresora znalazły wsparcie ze strony wrogo do Państwa Polskiego nastawionych - nie tylko nacjonalistycznych Ukraińców i Białorusinów - ale także działających na terenach zajętych przez Armię Czerwoną, komunistycznych bojówek, których trzon stanowili Żydzi zamieszkujący we wschodnich rejonach Rzeczypospolitej.

       Zatem mając na uwadze powyższe; w pełni zasadnym jest pogląd, iż jednej z przyczyn wrześniowej klęski upatrywać należy także w wielonarodowej strukturze mieszkańców naszego kraju, spośród których wielu - z różnych przyczyn - nie identyfikowało się z polską państwowością, a wręcz posiadało do naszej państwowości stosunek wrogi, co w jakimś trudnym do określenia, ale oczywistym stopniu - przełożyć się musiało na osłabienie zdolności obronnej naszego Państwa zaatakowanego we wrześniu 1939 roku przez dwóch agresorów z zachodu i wschodu.

Militarnym efektem wkroczenia w dniu 17 września 1939 roku na wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej Armii Czerwonej było oczywiste osłabienie zdolności obronnej naszego Państwa. Dość powiedzieć, że Sowieci opanowali newralgiczne punkty infrastruktury Państwa znajdującego się w stanie wojny z III Rzeszą, to jeszcze wzięli do niewoli ok. 250 000 żołnierzy, w tym 18 000 oficerów. We wrześniu 1939 roku podczas walk z Armią Czerwoną poległo ok. 3000 polskich żołnierzy, zaś ok. 10 000 odniosło rany. Zajęcie wschodniej części kraju i wyeliminowanie tak znacznej części polskich sił zbrojnych było akordem decydującym o polskiej wrześniowej klęsce. Armia polska nie dysponowała bowiem - od tego momentu - pokaźną częścią sił zbrojnych, a także częścią terytorium, którego specyfika była w stanie sparaliżować mobilność zmechanizowanych sił niemieckich. W kontekście przyznanego przez generalicję niemiecką faktu materiałowego wyczerpania sił Wehrmachtu w samej końcówce września 1939 roku - gdyby nie sowiecka agresja - różnie dla Niemców mogłaby się ta wrześniowa wojna z Polską skończyć, pomimo ich militarnej przewagi. Zwłaszcza, że nieoczekiwanie, w dniu 10 października znienacka spadł w Polsce śnieg, którego warstwa sięgnęła aż 30 cm grubości, a sami Niemcy przecież przyznali, że pokonanie we wrześniu 1939 roku jednej źle wyekwipowanej polskiej dywizji wymagało od nich trzykrotnie większego wysiłku bojowego, niż rozbicie dywizji francuskiej  w trakcie późniejszych walk, które toczone były przez Wehrmacht na froncie zachodnim podczas kampanii wiosennej w roku 1940. Zatem nie do podważenia jest pogląd, iż czynnikiem militarnie decydującym o naszej wrześniowej klęsce była sowiecka agresja będąca wszak realizacją międzynarodowego zobowiązania powstałego na gruncie polityki zagranicznej, ówcześnie prowadzonej przez totalitarnych przywódców ZSRR i III Rzeszy.   
Dla porządku rzeczy należy jeszcze wspomnieć o trzecim agresorze. Była nim Słowacja rządzona przez proniemiecki rząd doktora teologii i zarazem rzymsko-katolickiego księdza Józefa Tiso. W najeździe na Polskę wzięły udział także wojska słowackie w sile czterech dywizji liczące w sumie - ok. 50 000 żołnierzy. Słowacy wzięli do niewoli ok. 1350 polskich żołnierzy i zajęli Zakopane, które przekazali Niemcom w połowie października 1939 roku. Po wojnie ksiądz Józef Tiso, premier marionetkowego rządu słowackiego został osądzony i skazany na karę śmierci jako zbrodniarz wojenny! Wyrok ten wykonano przez powieszenie tego zbrodniarza wojennego w sutannie - w dniu 18 kwietnia 1947 roku. Taki to był całkiem nieoczekiwany finał uprawiania polityki przez rzymsko-katolickiego duchownego!


Fot. Niemieccy żołnierze zaskoczeni pierwszymi opadami śniegu w Polsce


Jeśli chodzi o przyczyny wrześniowej klęski mające swe źródło w sposobie prowadzenia polskiej polityki wewnętrznej, nie sposób jest nie zauważyć, że z jednej strony władze polskie zezwoliły na działanie na terytorium naszego Państwa - Jungdeutsche Partei, będącej wszak agendą działającej i sprawującej władzę w Niemczech partii NSDAP, która w swoim programie politycznym miała zapisaną dążność do rewizji Traktatu Wersalskiego, a więc otwarcie dążyła do likwidacji państwa polskiego. Z drugiej zaś strony władze tego samego Polskiego Państwa z niesamowitą wprost energią, w bezwzględny sposób, zwalczały rodzimą opozycję antysanacyjną. W tym miejscu wspomnieć należy niezbyt chwalebne epizody historii II Rzeczypospolitej. Niewątpliwie, należy do nich zarówno tzw. Proces Brzeski, jak i zorganizowanie w Berezie Kartuskiej obozu dla tych wszystkich, którzy byli dla ówczesnej władzy politycznie niewygodni. Niewygodni dlatego, że należałoby się liczyć z ich opozycyjnym głosem krytykującym niewłaściwość podejmowanych decyzji. Zabrakło więc w Polsce uciszonego przez sanacyjne władze opozycyjnego głosu krytycznego, który mógłby pozwolić na uniknięcie popełnienia przez decydentów błędów, jakże brzemiennych w skutki dla całego narodu.

Myślę, że tego rodzaju działanie organów naszego ówczesnego Państwa w pełni zasadnie nazwać należy prawnopaństwową autodestrukcją.
To także jedna - spośród licznych - przyczyn naszej klęski wrześniowej. Jedna, ale przecież nie jedyna.

Nie można przecież w inny sposób ocenić wieloletniej niefrasobliwości polskich polityków, nie podejmujących aż do wczesnej wiosny 1939 roku żadnych kroków przygotowujących nasze Państwo do obrony granic przed oczywiście przewidywalnymi agresywnymi zapędami naszego zachodniego sąsiada? Przecież to w Niemczech, opierając się na rewizjonistycznych hasłach wprost godzących w nasz niepodległy państwowy byt, społeczne poparcie i władzę zdobyła w roku 1933 nazistowska partia polityczna konsekwentnie budująca i rozbudowująca siłę militarną III Rzeszy. Dodajmy - tę siłę, która następnie zdobywała doświadczenie bojowe podczas toczącej się w latach 1936 - 1939 wojny domowej w Hiszpanii.

Te krytyczne słowa odnoszą się bynajmniej nie tylko do ministerstwa polityki zagranicznej, ale również do polityków odpowiedzialnych za pozostałe resorty. Także za resorty gospodarcze, których zadaniem było należyte przygotowanie naszej gospodarki do udźwignięcia materialnego wysiłku wojny obronnej. Słowa gorzkiej krytyki nie mogą ominąć również polityków odpowiedzialnych za resorty wewnętrzne, które dopuściły do legalnej działalności na terenie naszego kraju - wspomnianej już wyżej - prohitlerowskiej Jungdeutsche Partei. Na skutek niefrasobliwych i zupełnie nieodpowiedzialnych decyzji naszych organów państwowych na ziemiach II Rzeczypospolitej działała partia polityczna, będąca wprost agendą NSDAP, a więc sprawującej władzę w sąsiednim państwie partii, otwarcie dążącej do zniwelowania politycznych skutków traktatu wersalskiego, który w świetle międzynarodowych uregulowań prawnych był wszak fundamentem istnienia naszej państwowości!

Zatem nie sposób jest nie odnieść się do niewybaczalnie dyletancko prowadzonej polityki zagranicznej przez resort, który od dnia 2 listopada 1932 roku kierowany był przez pułkownika Józefa Becka. To tego właśnie polityka obciąża odpowiedzialność za parafowanie przez Polskę w dniu 26 stycznia 1934 roku mającej obowiązywać przez lat dziesięć deklaracji polsko-niemieckiej o niestosowaniu przemocy. Powszechnie, ta międzynarodowa umowa polsko-niemiecka zwana jest paktem o nieagresji z Niemcami.

Zauważyć należy, że ten pakt - przewidujący możliwość wypowiedzenia  z zachowaniem sześciomiesięcznego okresu - zabezpieczał wówczas III Rzeszę przed wojną prewencyjną, jako międzynarodową reakcją na łamanie kolejnych uregulowań traktatu wersalskiego stojącego na przeszkodzie remilitaryzacji Niemiec. Zważyć przy tym należy, że w tamtym czasie Rzeczpospolita była militarnie znacznie silniejsza od III Rzeszy. Zatem to nie nam był potrzebny ten pakt o nieagresji. Zatem zawarcie przez Polskę tej umowy międzynarodowej z Niemcami uznać należy za umożliwiający remilitaryzację Niemiec kardynalny błąd polskiej polityki zagranicznej.

Z samej tylko lektury „Mein Kampf” - jednoznacznie przecież wynikało, że Rzeczypospolitej, w uzupełnieniu jej sojuszów z Anglią i Francją, bezwzględnie potrzebny był także sojusz z Węgrami oraz Czechosłowacją, czyli z państwami środkowoeuropejskimi powstałymi - podobnie jak Polska - na gruncie porządku wersalskiego, ustanowionego po zakończeniu I wojny światowej. Z państwami, których istnienie było zagrożone czytelnym już niemieckim dążeniem do unicestwienia porządku wersalskiego. Wprawdzie minister Józef Beck bezpośrednio po objęciu władzy przez Hitlera podjął nieśmiałe próby nawiązania na ten temat rozmów z Czechosłowacją - ale na  próbach się skończyło.

W tym miejscu trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie; czy w obliczu narastającego zagrożenia ze strony III Rzeszy, nasi politycy przeczytawszy powszechnie dostępne wówczas programowe dzieło Adolfa Hitlera, czyli „Mein Kampf” - potrafili zrozumieć rozmiar istniejącego zagrożenia dla bytu naszego Państwa oraz wyciągnąć właściwe wnioski z historycznych skutków zawarcia polsko-litewskiej unii w Krewie w roku 1385? Czy nasi politycy podejmowali wówczas próby zawarcia sojuszy z Węgrami i Czechosłowacją? Skądże znowu! Naszym mocarstwowym megalomanom - Zaolzie wówczas po głowie chodziło! Dlatego właśnie - jesienią 1938 roku - polscy politycy sprawili, że nasz kraj stał się sygnatariuszem układu monachijskiego na skutek czego, biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, Polska znalazła się de facto w gronie sojuszników Adolfa Hitlera! Podnieść należy, że jest wyobrażalne, iż sojusz czechosłowacko-polsko- węgierski musiałby posiadać nie byle jaką siłę oddziaływania. I to bynajmniej nie tylko na przywódców III Rzeszy, ale także na zachodnich aliantów, wymuszając na nich stanowcze reakcje stopujące ekspansywne zapędy Adolfa Hitlera. Konsekwencją tego stanu rzeczy byłaby więc niemożność przeprowadzenia likwidacji czechosłowackiej państwowości metodami politycznymi.



Fot. Pierwsze dni stycznia 1939 r. Minister Józef Beck rozmawia z Adolfem Hitlerem

          Co więcej; w pierwszych dniach stycznia 1939 roku, kiedy akurat zmarł główny oponent Józefa Piłsudskiego - Roman Dmowski, piłsudczyk Józef Beck prowadził rozmowy z Adolfem Hitlerem w jego alpejskiej siedzibie. Hitler złożył wówczas ministrowi Beckowi odrzuconą przez niego propozycję przystąpienia Polski do Paktu Antykominternowskiego, czyli Osi - na niemieckich warunkach, co oznaczać wszak by musiało wasalizację naszego kraju wobec III Rzeszy, odmowę udzielenia państwowej ochrony żydowskim obywatelom naszego Państwa poprzez wydanie ich na zagładę, a tym samym, uczynienie z Polaków wspólników hitlerowskiego ludobójstwa przy jednoczesnym uwikłaniu naszego kraju w zbrodniczą wojnę Hitlera przeciwko reszcie świata. Po swoim powrocie z Berchtesgaden w styczniu 1939 roku, minister Beck dał wyraz temu, iż zrozumiał wreszcie, że Niemcy stały się dla Polski niebezpieczne. Jednak zrozumiał to zdecydowanie za późno! Aczkolwiek, według słów generała Juliusza Rómmla, minister Józef Beck - aż do końca sierpnia 1939 roku - nie wierzył w możliwość wybuchu wojny z Niemcami. Więc zapewne dlatego nie zadbano o to, aby Polska była należycie przygotowana do obrony swoich granic...

W kontekście powyższego, wszelkie rozważania na temat, czy może lepiej było w roku 1939 zawrzeć jednak pakt z Hitlerem; postrzegać należy w kategoriach-popełnionego (na całe szczęście tylko) myślą i mową - śmiertelnego grzechu przeciwko dziedzictwu polskiej tradycji, której wszak chlubnym składnikiem jest hasło „Za wolność naszą i waszą”. Jest zarazem skalaniem pamięci czynów kawalerów uhonorowanych Krzyżami Walecznych oraz Virtuti Militari. To było dla ministra Józefa Becka oczywiste. Dał temu wyraz w swoim pamiętnym, efektownym przemówieniu sejmowym z dnia 5 maja 1939 roku. Aczkolwiek efekty jego pracy przekonują, iż w ostatecznym rozrachunku, Józef Beck okazał się być kiepskim ministrem spraw zagranicznych, czego przyczyn należy upatrywać w obsadzeniu go na tym ministerialnym stanowisku pomimo braku stosownych ku temu predyspozycji i kwalifikacji. O tym, że pułkownik Józef Beck został wiceministrem spraw zagranicznych, a w końcu objął tekę ministra spraw zagranicznych - zadecydowała jego legionowa przeszłość oraz opowiedzenie się po stronie Józefa Piłsudskiego w maju 1926 roku, kiedy to piłsudczycy przeprowadzili przewrót - zwany Zamachem Majowym - i obalili konstytucyjne władze Rzeczypospolitej. Trzeba zatem wprost powiedzieć, że o ministerialnej, szkodliwej wielce dla naszego Państwa karierze Józefa Becka zadecydował piłsudczykowski nepotyzm. W następstwie tego, prowadzona przez Józefa Becka polityka zagraniczna, nie miała jasno nakreślonych kierunków. Przy tym odznaczała się niesamowitym brakiem konsekwencji. Obrazowo rzecz ujmując; ówczesna polska polityka zagraniczna przypominała coś w rodzaju startu samolotu próbującego się oderwać od ziemi we wszystkich naraz możliwych kierunkach.

Minister Józef Beck został we wrześniu 1939 roku internowany w Rumunii i tam też zmarł na gruźlicę - akurat w dniu lądowania aliantów na plażach Normandii. Również te okoliczności śmierci Józefa Becka nie były niczym innym, jak tylko następstwem prowadzonej przezeń polityki zagranicznej.

Jakby nie dość było popełnienia kardynalnych błędów popełnionych w dziedzinie polityki zagranicznej naszego Państwa, to od nie mniejszego kalibru nieprawidłowości, aż roiło się także w innych sferach publicznych, jakże istotnych dla bytu naszego Państwa. Przykładem - jakże drastycznym - niechaj będzie newralgiczna, zwłaszcza w przededniu wybuchu wojny - problematyka stricte militarnej obronności kraju.

Militarna słabość naszej armii wynikała wprost ze słabości gospodarczej II Rzeczypospolitej. Do tego stanu rzeczy walnie przyczyniały się wszelkie negatywy życia publicznego, posiadające swe źródło także w niewłaściwie prowadzonej, nepotycznej polityce kadrowej - zarówno w służbie cywilnej, jak też i w wojsku. Kluczem do awansu były bowiem najczęściej nie kompetencje i kwalifikacje, lecz polityczne sympatie oraz przynależność do stronnictwa sanacyjnego, pozostającego wszak poza zasięgiem wszelkiej krytyki. Był to jeden z długofalowo narastających skutków Zamachu Majowego, pomyślanego - o paradoksie - jako środek do uzdrowienia życia publicznego w kraju.  W rzeczywistości jednak tamto działanie Józefa Piłsudskiego i jego oddanych stronników okazało się mieć dla Polski wielce destrukcyjny charakter.

Snując rozważania o zaszłościach wojennych września 1939 roku, nie mogę nie zauważyć niebywałej trafności starego pruskiego porzekadła: „Obowiązek posłuszeństwa sięga stopnia generała - od tej bowiem rangi zaczyna się już odpowiedzialność”. Myślę zatem, że wszelka dyskusja o Wojnie Obronnej 1939 roku winna być z naszej strony także rozważaniem o kompetencjach i poczuciu odpowiedzialności naszych polityków oraz wojskowych. Powinna to być również dyskusja o lojalności wobec własnego Państwa, którego się jest obywatelem, lojalności wynikającej bynajmniej nie tylko z wierności złożonej przysiędze wojskowej. Przy czym w żadnym wypadku nie powinno tracić się z pola widzenia postaw wszystkich tych, którzy niezależnie od wyznawanej religii oraz brzmienia swych nazwisk nosili tamtej jesieni mundury Wojska Polskiego. Postaw znaczonych posłuszeństwem, odwagą i bezgranicznym poświęceniem. Nie można również pominąć milczeniem faktu, że podczas walk wrześniowych na polach bitew śmierć poniosła największa liczba generałów i wyższych oficerów armii polskiej. Tego rodzaju dotkliwych strat nie odnotowała nigdy żadna spośród wszystkich armii biorących udział w zmaganiach wojennych. Także w tych późniejszych, niebywale przecież zaciętych zmaganiach.

Jak powszechnie wiadomo, od 1936 roku Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych był mianowany pierwszego dnia wojny przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Ignacego Mościckiego - Naczelnym Wodzem, marszałek Edward Śmigły-Rydz, malarz akwarel, nie legitymujący się wszak posiadaniem żadnego wojskowego wykształcenia!


Fot. Silni, zwarci, gotowi. Marszałek Edward Śmigły-Rydz


Fot. Pierwsze spotkanie oficerów Armii Czerwonej i Wehrmachtu Brześć 18 września 1939


Fot. Generał Heinz Guderian wita w Brześciu kombriga Siemiona Moiszejewicza Kriwoszejna


Fot. Generał Heinz Guderian i kombrig Siemion Moiszejewicz Kriwoszejn w oczekiwaniu na początek wspólnej defilady.


Fot. Generał Heinz Guderian i kombrig Siemion Moiszejewicz Kriwoszejn odbierają wspólną defiladę oddziałów Wehrmachtu i Armii Czerwonej


        Taki stan rzeczy nie kazał długo czekać na skutki fatalne dla obronności naszego kraju. Analiza materiałów źródłowych jakimi są spisane przez oficerów relacje z wrześniowej wojny obronnej – upoważnia do sformułowania poglądu, że jeśli chodzi o kadrę oficerską, to na poziomie rangi majorów i pułkowników – na wrześniowych bitewnych polach pozytywnie zweryfikowało się swoimi kompetencjami około 30% oficerów. Wrześniowe realia dowiodły, że wszędzie tam, gdzie było właściwe, kompetentne dowodzenie - polskie jednostki prawidłowo wykonywały swoje zadania. Na gruncie wysokich umiejętności wykonywania swoich obowiązków dowódczych szczególny mój podziw wzbudzili - przykładowo pułkownicy; Zygmunt Łakiński, Wincenty Wnuk, Ludwik Czyżewski, czy też major Adam Fedorko… Jest zauważalne, że im wyższe stopnie oficerskie – tym mniej było  w naszym wojsku kompetencji. Dość powiedzieć, że korpus generalski II Rzeczypospolitej liczył sobie 97 generałów. Uposażenie generalskie uzależnione było od rangi oraz lat wysługi. Miesięcznie - wynosiło ono od 1600 do 2000 złotych. Dla porównania pozwolę sobie zauważyć, że miesięczne uposażenie prezesa Sądu Apelacyjnego wynosiło w tamtym czasie 1100 złotych, zaś miesięczna gaża premiera Rzeczypospolitej zamykała się kwotą 1800 złotych. Natomiast nie posiadający wojskowego wykształcenia marszałek Edward Śmigły-Rydz jeździł cabrioletem Rolls Royce i comiesięcznie pobierał  z państwowej kasy kwotę 3000 złotych. Żeby posiadać wyobrażenie o wysokości tego uposażenia trzeba sobie uzmysłowić, iż w tamtym czasie cena krowy kształtowała się na poziomie 40-50 złotych!

Powszechnie jest wiadome, że we wrześniu 1939 roku Naczelny Wódz, marszałek Edward Śmigły-Rydz - nie wydał żadnego sensownego rozkazu, zaś przedmiotem jego największej troski było wtedy ocalenie własnej kolekcji białej broni. Mniej znanymi faktami są „wojenne dokonania” generałów Kazimierza Fabrycego oraz Stefana Dąb-Biernackiego. Obydwaj opuścili dowodzone przez siebie zgrupowania. Ten drugi - uczynił to nawet dwukrotnie. Jednym słowem; zdezerterowali z pola bitwy. Wiadomo, co to powinno oznaczać.

A ile to generalskich nazwisk zapisało się w naszej pamięci wrześniowo pozytywnie? Wiceadmirał Józef Unrug, generał Wiktor Thommeé, generał Franciszek Kleeberg, generał Tadeusz Kutrzeba, generał Leopold Jan Cehak, generał Władysław Kalkus, generał Juliusz Rómmel… I jeszcze sześciu generałów poległych… Generał Bołtuć, generał Stanisław Grzmot-Skotnicki, generał Józef Kustroń, zamordowany przez żołnierzy sowieckich generał Józef Olszyna-Wilczyński, generał Franciszek Wład i generał Stanisław Rawicz-Dziewulski…   

Jakkolwiek minister spraw zagranicznych Józef Beck do samego końca nie wierzył w możliwość wybuchu wojny z Niemcami, to jednak najwyraźniej  w Polsce istniała świadomość zagrożenia niemiecką agresją, gdyż począwszy od roku 1936 - połowa dochodu narodowego przeznaczana była na cele obronne. Jednakże charakter wydatków wojskowych uzasadnia w pełni pogląd, że wysiłek finansowy całego narodu był przysłowiową parą idącą w gwizdek. Działo się tak, gdyż o wydatkach wojskowych decydowali zazwyczaj ludzie niekompetentni, obsadzeni na kluczowych stanowiskach na zasadzie wynagradzania państwową synekurą członków sanacyjnego środowiska politycznego. Efektem takiego stanu rzeczy tworzonego przez hojnie wynagradzanych niekompetentnych było, że miast unowocześniać polskie wojsko inwestując w nowoczesne rodzaje broni, jak chociażby wojska pancerne, czy lotnictwo - bez wyobraźni topiono pieniądze w utrzymywanie niebywale kosztownej kawalerii, wojska defiladowego. Dość powiedzieć, że wystawienie jednej brygady kawalerii zamykało się kosztem rzędu 20 000 000 złotych, zaś roczne utrzymanie takiej brygady kosztowało 5 500 000 złotych. A mieliśmy tych brygad aż jedenaście! Jedenaście brygad niebywale skaleczliwego wojska jakim jest kawaleria w dobie powszechnego użytku broni maszynowej, broni pancernej, lotnictwa… Dla porównania; koszt zdolnego przenosić jedną bombę, świetnie uzbrojonego, górującego parametrami technicznymi nad ówczesnymi niemieckimi myśliwcami, dwusilnikowego samolotu pościgowego PZL-38 „Wilk” - kalkulowano na kwotę 200 000 złotych. Ileż takich świetnych samolotów mogłyby posiadać nasze siły zbrojne gdyby pieniądze zostały wydane na lotnictwo – miast na kawalerię? Jakie byłyby tego militarne konsekwencje we wrześniu 1939 roku? Te pytania pozostawiam otwartymi, zawieszonymi niejako nad polskimi losami… Prace nad samolotem trwały długo, od 1934 roku, bo… ciągle brakowało pieniędzy. Na kawalerię i generalskie pensje jakoś pieniędzy nie brakowało. Samolot w końcu zdołał zachwycić znawców lotnictwa na wystawie w Paryżu w 1938 roku i… rok potem, gdy maszyna ta niebywale była polskiemu wojsku potrzebna; PZL-38 „Wilk” ciągle jeszcze był  prototypem… Zaś świetnie wyszkoleni i gotowi na najwyższe poświęcenie polscy piloci - nie mieli czym stawić czoła Luftwaffe, właściwie niepodzielnie wówczas panującej na naszym wrześniowym niebie. Jakim to szokiem dla polskich pilotów były wrześniowe starcia na polskim niebie oraz miażdżąca przewaga Luftwaffe w powietrzu - najlepiej opisuje w swoich książkach uczestnik wrześniowej wojny, legendarny „Le Kuto”, czyli późniejszy generał Witold Urbanowicz. Całkiem niezłym czołgiem była także polska konstrukcja 7TP oraz jego wersja wzmocniona 9TP. Te czołgi z powodzeniem były w stanie stawić czoła lekkim niemieckim czołgom, przykładowo PzKpfw II. Ówczesnego czasu czołgów ciężkich, PzKpfw IV - Niemcy mieli we wrześniu 1939 roku zaledwie 200 sztuk. Rozumiejący doskonale znaczenie broni pancernej dla obronności kraju - pułkownik Stanisław Maczek w swoich staraniach o rozbudowę wojsk pancernych natrafiał jednak na niezrozumienie i opór swej zwierzchności.


Fot. Efekt nalotu Luftwaffe na wycofującą się polską kolumnę wojskową


Fot. Efekt nalotu na polską kolumnę wojskową


Fot. Polska kolumna po nalocie stukasów

      Należy wprost powiedzieć, że czynniki natury politycznej, demograficznej, gospodarczej i militarnej posiadają jednak charakter wtórny w stosunku do decydującego czynnika ludzkiego, gdyż są one na wszystkich szczeblach decydenckich - przez ten właśnie czynnik kreowane. Wszelkie te czynniki zsumowane ze sobą, dały skutek w postaci przerażająco szybkiej likwidacji polskiej państwowości - z takim przecież trudem odzyskanej po 123 latach zaborczego zniewolenia. Nikogo wszak przekonywać nie trzeba, że  konsekwencją upadku polskiej państwowości była okupacyjna tragedia narodu. Największa w jego dziejach. Zdarzyła się dlatego, że Polacy nie potrafili wyciągnąć należytych wniosków ze swojej własnej historii. Nie potrafili zrozumieć słów pruskiego teoretyka wojny Carla von Clausewitza, że pokój to jedynie stan zawieszenia broni pomiędzy dwoma wojnami. W tym przypadku było to zawieszenie broni szczególne, gdyż  pomiędzy dwoma światowymi wojnami!

Krytyka niniejsza nie dotyczy zatem jedynie działań ministra Józefa Becka, lecz tych wszystkich polskich przedwrześniowych polityków, którzy kierowali wówczas naszym Państwem i - (według trafnego spostrzeżenia feldmarszałka Ericha von Mansteina) utracili kontakt z rzeczywistością. Tą polityczną. A także tą militarną…

Nie zamierzam bynajmniej ukrywać, że osobiście wolałbym jednak, aby świadomi swej roli, światli i odpowiedzialni polscy politycy służyli naszemu Państwu w taki sposób, aby polscy obywatele nigdy więcej nie musieli już bywać mięsem armatnim na żadnym polu bitwy. I żeby już nigdy więcej nie zachodziła potrzeba wykazywania się przez polskich żołnierzy czynami godnymi nadawania im Krzyży Orderu Wojennego Virtuti Militari, czy też chociażby tylko Krzyży Walecznych… Nie sposób bowiem odmówić słuszności znanemu powiedzeniu Bertolda Brechta, który zwykł był mawiać: „Szczęśliwym jest ten naród, który nie musi wydawać mężnych żołnierzy”.

Zadumawszy się zarówno nad naszymi pokojowymi, jak i wojennymi dziejami, jakoś tak nie mogę uwolnić się od refleksji, że złudnie kojąca pokojowa rzeczywistość kreowana przez kolejne generacje naszych - jakże fatalnych polityków - ciągle skazuje nas na smutną konieczność wydawania następnych pokoleń wspaniałych żołnierzy.

            Koniec części pierwszej

                            Piotr Jan Nasiołkowski




Ilustrujące tekst fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.








 

Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 1 godzinę temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 18 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 19 godzin temu