Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

GDY WSZYSTKIE DROGI WIODŁY DO ANGLII... - Piotr Jan Nasiołkowski

    Spośród trzech wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego odbywających w tamtym czasie zasadniczą służbę wojskową; z wrześniowej wojny obronnej, dwaj nie zdołali powrócić pod rodzinne strzechy...  Żołnierz 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, bombardier Stefan Nasiołkowski zaginął bez śladu...
Natomiast jego cioteczny brat – służący na Okęciu żołnierz Bazy Lotniczej Nr 1, szeregowy Zygmunt Sasal - jakimś cudem - zdołał uniknąć wzięcia go w dniu 17 września 1939 roku do sowieckiej niewoli pod Darachowem i następnego dnia udało mu się przekroczyć w Kutach granicę z Rumunią...  
 Szeregowy Zygmunt Sasal urodził się w dniu 25 lutego 1916 roku w Gąsawach Rządowych. Jakiś czas po skończeniu siedmioklasowej Szkoły Powszechnej w Jastrzębiu, ten najstarszy spośród trzech synów Karola i Karoliny z domu Nasiołkowskiej podjął pracę w Podlaskiej Wytwórni Samolotów w Białej Podlaskiej, gdzie jako ślusarz montował lotnicze silniki. Jednakże w dniu 26 listopada 1935 roku, zmarł na pylicę kamieniarz Karol Sasal. Dziewiętnastoletni Zygmunt musiał wrócić pod rodzinną strzechę.

    Najwyraźniej jednak jego natura nie pozwalała mu na pasywne tkwienie w wiejskiej chałupie swojej owdowiałej przedwcześnie matki. Niebawem rozpoczął więc w pobliskim Skarżysku naukę nowego zawodu. Uczęszczał w tamtym czasie do Prywatnej Męskiej Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej, zorganizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Szkoły Średniej. Szkoła ta mieściła się kątem w budynku ówczesnego Gimnazjum i Liceum im. Augusta Witkowskiego, czyli dzisiejszego II Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza, gdzie zajmowała pomieszczenia na parterze. Odnotować w tym miejscu należy, że temu rzemieślniczemu przedsięwzięciu edukacyjnemu patronowała współzałożycielka tego renomowanego skarżyskiego gimnazjum - dr Marta Bałtruszajtis, zaś dyrektorem Prywatnej Męskiej Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej był pan Stanisław Tobolczyk.



Fot. Świadectwo czeladnicze Zygmunta Sasala

 



Fot.  Czternastoletni Zygmunt Sasal

 

    Maturzystami rocznika 1937 Gimnazjum i Liceum im. Augusta Witkowskiego w Skarżysku-Kamiennej byli dwaj rozkochani w lotnictwie przyjaciele Brunon Kudrewicz i Ryszard Zygmuntowicz.

    Zatem zarówno przyszły kapral Zygmunt Sasal, jak i przyszli porucznicy Brunon Kudrewicz i Ryszard Zygmuntowicz musieli mieć do czynienia z tymi samymi nauczycielami, uczącymi w obu tych szkołach, mieszczących się wszak w tym samym budynku. Wniosek z tego oczywisty, że atmosfera panująca w murach elitarnego skarżyskiego Gimnazjum i Liceum im. Augusta Witkowskiego, kształtującego jakże pozytywne postawy młodych ludzi, musiała oddziaływać także i na Zygmunta Sasala, mimo że nie był jego uczniem. Jednoznacznie o tym przekonuje zestawienie ich późniejszych wojennych losów znaczonych najwyższym poświęceniem oraz najwyższymi odznaczeniami; Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz Krzyżami Walecznych, których kawalerami byli zarówno kapral Zygmunt Sasal, jak też i pośmiertnie mianowany kapitanem - Ryszard Franciszek Zygmuntowicz.  

    Ze śladem po oddartej fotografii, świadectwo nr 7/37 podpisane przez  dyrektora szkoły, pana Stanisława Tobolczyka wszem i wobec informuje, że oto w dniu 22 czerwca 1937 roku z pomyślnym wynikiem wuj Zygmunt Sasal złożył stosowny egzamin i tym samym został czeladnikiem stolarskim.

    Z dokumentacji wynika więc jednoznacznie, że swoje rzemieślnicze szlify  Zygmunt Sasal zdobył dokładnie na trzy lata przed kapitulacją Francji oraz na cztery lata przed podjęciem przez siły zbrojne III Rzeszy próby zrealizowania założeń i celów planu Barbarossa.

    Dyplomową pracą Zygmunta wykonaną na ten egzamin czeladniczy była śliczniutka drewniana kasetka. Ot, takie puzderko z lusterkiem zamontowanym na wieczku. To cacuszko podarował potem wuj Zygmunt niebywale urodziwej Julce Stępniównie, młodszej siostrze swojego kolegi Bolka. W tamtym czasie Julka pracowała jako sprzedawczyni w sklepie nieopodal stacji szydłowieckiej. Ten sklep był własnością niejakiego Ruzika.

    Dziewczyna z prezentu tego musiała ucieszyć się niezmiernie, gdyż wycałowała wuja Zygmunta serdecznie. Najwyraźniej jednak intencji wujowych nie odczytała w sposób właściwy i przez niego pożądany.

    W dniu 11 czerwca 1937 roku, czyli mniej więcej w tym czasie, gdy uczniowie rocznika Ryszarda Zygmuntowicza i jego przyjaciela Brunona Kudrewicza zdawali w Skarżysku-Kamiennej swe egzaminy maturalne, zaś Zygmunt Sasal przygotowywał się do egzaminu czeladniczego; gdzieś w dalekiej Anglii, zmarł na gruźlicę Reginald J. Mitchell, konstruktor mającego niebawem przejść do legendy samolotu myśliwskiego Supermarine Spitfire. Właśnie za wolantem Spitfire'a, miał w czasie nadciągającej wojny, zasiąść ówczesny skarżyski maturzysta Brunon Kudrewicz.  

    Nieco wcześniej, gdyż w dniu 26 kwietnia 1937 roku, bombowce niemieckiego Legionu Condor zrównały z ziemią baskijskie miasteczko Guernica. Zginęło wówczas około 1600 jego cywilnych mieszkańców.

    W Hiszpanii, odgrodzonej od reszty Europy łańcuchem Pirenejów, trwała bowiem już od roku wojna domowa. Niemcy i Włochy udzielały otwartego poparcia rebeliantom, którzy pod przywództwem generała Franco wystąpili przeciwko legalnym władzom Republiki Hiszpanii, wspieranym militarnie i politycznie przez Związek Sowiecki.

    Po Polsce krążyło wtedy powiedzonko: „Wszędzie burza, wszędzie wojna — byle nasza wieś spokojna”. Krótkowzroczność, bynajmniej nie tylko elit rządzących, nie pozwalała jakoś dostrzec, że hiszpańska wojna domowa to nic innego, jak tylko doświadczalny poligon dla wojny, która już niebawem miała zburzyć ten dotychczasowy złudny spokój wielu - nie tylko polskich - miast i wsi...

    Nieżyjący już, sędziwy Pan Edward Salamoński, szkolny kolega Brunona Kudrewicza i Ryszarda Zygmuntowicza opowiadał mi, że w tamtym przedwojennym czasie eksponowano na szkolnym podwórzu skarżyskiego Gimnazjum i Liceum im. Augusta Witkowskiego samolot  RWD-5 BIS.  Zapewne za sprawą rekordowego  przelotu majora Stanisława Skarżyńskiego w roku 1936 takim właśnie samolotem nad południowym Atlantykiem z Senegalu do Rio de Janeiro.

    I właśnie pod tym samolotem rozpalającym wyobraźnię spotykali się chłopcy z maturalnej klasy, którym z wielką pasją i znawstwem opowiadał o samolotach drobnej postury chłopak ze szkoły rzemieślniczej. Któż to inny być mógł, jak nie Zygmunt Sasal mierzący zaledwie 164 cm i nieźle znający się na samolotach za przyczyną swojej wcześniejszej pracy w lotniczej fabryce?

    Zatem wielce jest prawdopodobne, że przy tym samolocie doszło w tamtym czasie do spotkania dwóch pasjonatów lotnictwa; wysokiego na 190 centymetrów maturzysty Ryszarda Zygmuntowicza oraz Zygmunta Sasala, drobniutkiej postury ucznia Prywatnej Męskiej Szkoły Rzemieślniczej.

    Jesień 1937 roku była czasem powołania rocznika 1916 do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Dwaj maturzyści; Brunon Kudrewicz i Ryszard Zygmuntowicz rozpoczęli odbywanie służby wojskowej w 4. Pułku Piechoty Legionów w Kielcach.
    Zaś Zygmunt Sasal, zapewne z uwagi na swój wcześniejszy cywilny i zarazem zawodowy kontakt z samolotami - został powołany do służby w 1. Pułku Lotniczym stacjonującym na warszawskim Okęciu.

    Kilka zaledwie miesięcy po odjeździe Zygmunta do wojska;  w dniu 18 lutego 1939 roku - Julka Stępniówna wyszła za mąż za syna zamożnego właściciela kilku sklepów i tym sposobem przemieniła się w panią Julię Świerczyńską. Nigdy jednak nie zapomniała o tej szkatułce zmajstrowanej przez Zygmunta Sasala... Kiedy mi o tym wszystkim opowiadała, liczyła sobie już wtedy okrąglutkie dziewięćdziesiąt lat!

*        *        *
    Na kilka dni przed wybuchem wojny, dokładniej zaś mówiąc, w dniu 27 sierpnia 1939 roku o godzinie 2.30 dowódca 1. Pułku Lotniczego, pułkownik pilot Stefan Pawlikowski zarządził ogłoszenie alarmu specjalnego. Jednocześnie wydał rozkaz mobilizacyjny i zdał swoje obowiązki majorowi pilotowi Tadeuszowi Kurdzielowi, który w ten sposób stał się komendantem Bazy Lotniczej Nr 1 zlokalizowanej na Okęciu i utworzonej w miejsce rozwiązanego rozkazem mobilizacyjnym 1 Pułku Lotniczego. Oczywiste było, że warszawskie lotnisko musiało stanowić dla Luftwaffe jeden z najważniejszych celów, które należało zaatakować już w momencie rozpoczęcia działań wojennych. Aby zatem uniknąć zniszczenia samolotów stojących na płycie lotniska, formacje bojowe wyposażone między innymi w stanowiące chlubę polskiego lotnictwa nowoczesne bombowce typu „Łoś” zostały przebazowane na lotniska polowe już w dniu 29 sierpnia.  W pierwszych dniach po wybuchu wojny, czyli od 1 do 6 września, wysłano na lotniska polowe wszystkie jednostki dywizjonu szkolnego i pozostałych służb, w tym także nowo zorganizowanych służb łączności. Natomiast zasoby magazynów wojskowych rozlokowano w samej Warszawie, przeważnie w placówkach oświatowych różnych stopni, szkół wyższych z tego nie wyłączając. W tych ewakuacyjnych operacjach, którym towarzyszyły ciągłe ataki formacji Luftwaffe, musiał zapewne brać udział także wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego - szeregowy Zygmunt Sasal.  

               Z uwagi na rozwój ogólnej sytuacji, ranny podczas nalotów major pilot Tadeusz Kurdziel, komendant Bazy Lotniczej Nr 1, wydał w dniu 6 września rozkaz ewakuowania podległego mu zgrupowania transportem kolejowym na prawy brzeg Wisły, dokładnie zaś w rejon Mińska Mazowieckiego.

    Z mocy kolejnego rozkazu wydanego w dniu 11 września zgrupowanie wyruszyło do miejscowości Brody, dokąd dotarło w dniu 14 września po pokonaniu trasy Mińsk Mazowiecki – Łuków – Brześć nad Bugiem – Kowel. Przerwa w przemieszczaniu się jednostki trwać miała niecałe dwie doby, gdyż z mocy wydanego już następnego dnia rozkazu Naczelnego Dowództwa zgrupowanie wyruszyło w dalszą drogę w dniu 16 września. Celem marszu wiodącego trasą Dubno – Krzemieniec – Zbaraż – Tarnopol – Buczacz był nowy rejon zakwaterowania przewidziany w okolicach wyznaczonych położeniem miejscowości Horodenka – Kołomyja – Kuty.

    W dniu 16 września przemieszczająca się w kierunku rumuńskiej granicy kolumna Bazy Lotniczej Nr 1 dotarła w okolice majątku Strusów, gdzie zarządzono postój celem dokonania przeglądu pojazdów oraz przeprowadzenia odprawy oficerów. Biwakowano nieopodal drogi łączącej Mikulińce z Buczaczem. Następnego dnia, a więc 17 września, tuż po obiedzie do miejsca biwakowania przybył generał Władysław Sikorski. Generał odbył krótką rozmowę z majorem Kurdzielem, po czym komendant Bazy Lotniczej Nr 1 wydał swej formacji rozkaz pogotowia marszowego.

    Jest oczywiste, że generał Sikorski przekazał wtedy majorowi Kurdzielowi informacje o niekorzystnej zmianie sytuacji wynikłej na skutek przekroczenia granic naszego państwa przez formacje Armii Czerwonej. Niebawem do miejsca postoju przybył kapitan Józef Kwieciński wraz ze swoim kierowcą, którym był starszy szeregowy Jachimczuk. Okazało się, że obaj mieli już za sobą ucieczkę z sowieckiej niewoli. Relacja złożona majorowi Kurdzielowi przez kapitana Kwiecińskiego spowodowała niewątpliwie przyspieszenie decyzji komendanta o wymarszu. Zwłaszcza, że z lasku przylegającego do zabudowań majątku Strusów dobiegły odgłosy gwałtownego ognia karabinów maszynowych. Okazało się, że to nasze karabiny maszynowe strzelały do sowieckich samolotów, przy czym dwa z nich - udało się zestrzelić.  

    Kolumna złożona z oddziałów Bazy Lotniczej Nr 1 wyruszyła marszem ubezpieczonym w kierunku miejscowości Darachów – Podhajec. O godzinie 18.30 tuż pod Darachowem po pokonaniu w kierunku południowym zaledwie około czterech kilometrów od majątku Strusów, gdzie rozpoczął się marsz, kolumna natknęła się na formacje pancerne Armii Czerwonej. Żołnierze sowieccy, będąc już  w bezpośrednim kontakcie z czołem kolumny, niespodziewanie otworzyli ogień do pierwszych pojazdów oddziału kwatermistrzowskiego. W jednej chwili ciemności zostały rozświetlone ogniem płonących samochodów. Na skutek podstępnego otwarcia ognia przez czerwonoarmistów zginął wówczas major obserwator Leonard Lepszy, czyli zastępca komendanta Bazy Lotniczej Nr 1, majora pilota Tadeusza Kurdziela, a także starszy sierżant mechanik Adam Maciąg oraz kilku szeregowych żołnierzy.



Fot. Generał Włodzimierz Ostoja - Zagórski ze swoim adiutantem ppor. Leonardem Lepszym



Fot. Generał Włodzimierz Ostoja-Zagórski. Na drugim planie jego adiutant - ppor.Leonard Lepszy



 



Fot. Jeszcze jako kapitan - Leonard Lepszy. Poległ 17 września 1939 r w starciu z sowietami koło wsi Darachów




Fot. Adiutant generała Włodzimierza Ostoi-Zagórskiego, późniejszy major Leonard Lepszy

    Rzec można, że majorowi Leonardowi Lepszemu, zamordowanemu podstępnie przez sowieckich żołnierzy pod ukraińską wsią Darachów, niegdysiejszemu adiutantowi generała brygady Włodzimierza Ostoi-Zagórskiego, wzniesiono pomnik już za jego życia. Albowiem ten to właśnie oficer pozował w mundurze lotniczym znanemu rzeźbiarzowi profesorowi Edwardowi Wittigowi, kiedy ten pracował nad Pomnikiem Lotnika odsłoniętym przez Józefa Piłsudskiego w dniu 11 listopada 1932 roku. Początkowo ten warszawski pomnik zlokalizowany został na Placu Unii Lubelskiej. Zniszczony podczas Powstania Warszawskiego - został po wojnie zrekonstruowany i znajduje się obecnie na skrzyżowaniu ulic Wawelskiej oraz Żwirki i Wigury.

    Związkiem taktycznym Armii Czerwonej, na który natknęła się kolumna marszowa Bazy Lotniczej Nr 1 była wysycona bronią pancerną 12. Armia wchodząca w skład Frontu Ukraińskiego dowodzonego przez Siemiona Konstantynowicza Timoszenkę. Formacja ta miała rozkaz odcięcia  polskim władzom państwowym oraz oddziałom WP dróg odwrotu do Rumunii i na Węgry. Starając się wykonać to zadanie Sowieci ściśle współpracowali ze zgrupowaniem niemieckiej Armii „Południe”. Jak wiadomo, władzom polskim udało się jednak przedostać do Rumunii.

Sowieckie czołgi błyskawicznie otoczyły unieruchomioną polską kolumnę   Czerwonoarmiści niezwłocznie przystąpili do rozbrajania naszych żołnierzy. Ostatecznie tamto raczej feralne spotkanie niźli starcie z czerwonoarmistami -  zakończyło się pojmaniem do sowieckiej niewoli większości żołnierzy i oficerów wchodzących w skład otoczonego przez sowieckie czołgi zgrupowania Bazy Lotniczej Nr 1. Znacznej liczbie maszerujących w tej kolumnie żołnierzy udało się jednak uniknąć wzięcia do niewoli sowieckiej. W obozach internowania - w Rumunii - doliczono się bowiem w późniejszym czasie, 335 żołnierzy szeregowych oraz 160 podoficerów Bazy Lotniczej Nr 1. Wszyscy oni zdołali przedostać się do ówcześnie granicznej miejscowości Kuty, położonej nieco na południe od Kołomyi, odległej o jakieś 70 kilometrów na zachód od Czerniowic, które wtedy leżały już po rumuńskiej stronie granicy wyznaczanej nurtem rzeki Czeremesz.





Fot. Rumuński obóz internowanych polskich żołnierzy-1939




Fot.  Szeregowy Władysław Rząsa -internowany w Rumunii polski żołnierz pomiędzy rumuńskimi dziećmi

 



Fot. Rumuński Obóz internowanych w Rumunii polskich żołnierzy- 1939 rok

    Jednym z wielu polskich żołnierzy, dla których działania Wojny Obronnej 1939 roku zakończyły się w dniu 18 września 1939 roku na - co chwilę ostrzeliwanym przez sowieckie samoloty - drewnianym moście granicznym  w Kutach, był właśnie szeregowy Zygmunt Sasal. Dzień wcześnie,j, tą samą drogą,  opuścili na zawsze Polskę mianowani na swój pierwszy oficerski stopień w pierwszym dniu wojny, pochodzący ze Skarżyska-Kamiennej dwaj słuchacze dęblińskiej Szkoły Podchorążych Lotnictwa podporucznicy - Brunon Kudrewicz i Ryszard Zygmuntowicz.    

    Jak wszyscy nasi żołnierze, którzy przybywali do tego kraju sąsiadującego wówczas z Polską, zarówno Brunon Kudrewicz, Ryszard Zygmuntowicz oraz Zygmunt Sasal zostali przez Rumunów natychmiast internowani. Początkowo punkty zborne internowanych polskich żołnierzy zostały przez władze rumuńskie rozmieszczone wokół miasta Tulcea, leżącego w miejscu, gdzie zaczyna formować się delta Dunaju, uchodzącego tutaj do Morza Czarnego. Już jednak niebawem zgrupowanych tam Polaków skierowano do obozów zlokalizowanych nieco bardziej na południe, czyli do Babadag, w podmokłym i malarycznym regionie Dobrudży.

*        *        *
 Tego samego akurat dnia, a właściwie nocy, kiedy szeregowy Zygmunt Sasal już na zawsze opuszczał nasz kraj - z tallińskiego portu uciekł (uprzednio internowany podstępnie przez Estończyków) najnowocześniejszy okręt podwodny naszej Marynarki Wojennej - ORP „Orzeł”.

    Także w dniu 18 września 1939 roku, na wieść o wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich, popełnił samobójstwo właściciel słynnej Firmy Portretowej Stanisław Ignacy Witkiewicz, szerszemu gronu znany lepiej jako Witkacy.

    Dwa dni później, w Kutach, w okolicznościach nie do końca wyjaśnionych, podczas natarcia sowieckich czołgów, w rejonie granicznego mostu poległ 41-letni kapral podchorąży Tadeusz Dołęga-Mostowicz, autor niejednej znakomitej powieści, w tym „Kariery Nikodema Dyzmy”.

    „Są trzy rzeczy wieczne: wieczne pióro, wieczna miłość i wieczna ondulacja. Najtrwalsze z nich jest wieczne pióro”. W tym najsłynniejszym aforyzmie Tadeusza Dołęgi-Mostowicza jakoś nie znalazło się miejsce dla życia wiecznego…
    Nie mówiąc już o poszukiwaniu miejsca dla wiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej. Gdyż niewątpliwie o czymś tak kuriozalnym nikomu się wtedy nawet nie śniło…

*        *        *
    Najwyraźniej zupełnie nie wzięli pod uwagę tego, że przeniesienie internowanych Polaków na tereny bardziej odległe od Polski, znacznie ułatwiało im możliwość ucieczki z obozów i przerzut do Francji, gdzie właśnie generał Władysław Sikorski organizował armię polską. Jednym z organizatorów tamtego jedynego w swoim rodzaju ewakuacyjnego przedsięwzięcia był niebywale zasłużony (bynajmniej, nie tylko dla tej sprawy) generał brygady pilot Władysław Kalkus, który w dniu 23 marca 1939 roku został mianowany Naczelnym Dowódcą Lotnictwa, zastępując wówczas na tym stanowisku generała brygady pilota Ludomiła Rayskiego. Dzięki tamtym to właśnie działaniom, a także na skutek wykazania się przez oficerów niższej rangi niesamowitym hartem ducha pozwalającym na wyprowadzenie do Rumunii znacznej części członków załóg latających oraz obsługi naziemnej, personel zorganizowanych w Wielkiej Brytanii wchodzących w skład RAF-u Polskich Sił Powietrznych  osiągnął liczbę 8000 oficerów i żołnierzy.



Fot. Głównodowądzący Bomber Commend RAF Marszałek Arthur Harris pomiędzy generałami Władysławem Sikorskim i Stanisławem Ujejskim. W głębi premier Stanisław Mikołajczyk.

    Internowani w Rumunii polscy żołnierze, opuszczali ten kraj na pokładach, a raczej pod pokładami specjalnie do tego celu wynajmowanych greckich stateczków wypływających z ówcześnie rumuńskiego portu Balcic. Stamtąd właśnie w dniu 15 października 1939 roku wypłynął do Bejrutu statek „Nicea”, który po sześciu dniach dotarł do Bejrutu. Jak wynika to z zapisów w karcie ewidencyjnej - podporucznik Ryszard Zygmuntowicz zszedł z pokładu n„Nicei” na ląd w Bejrucie 21 października. Po dwudniowym pobycie w tym mieście; polscy lotnicy znaleźli się na pokładzie francuskiego statku „Ville de Strassbourg”. Tą zorganizowaną i zwartą grupą polskich oficerów zbiegłych z rumuńskich obozów internowania dowodził podpułkownik pilot Stanisław Nazarkiewicz - wrześniowy dowódca lotnictwa Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”.



Fot. Patris-grecki statek którym polscy lotnicy płynęli z Rumunii do Bejrutu


Fot. Bejrut, październik 1939 r. Polscy piloci w drodze do Francji. Od lewej; por. Witold Urbanowicz, por. Stanisław Sklaski, por. Tadeusz Oleś i por. Witold Łokuciewski



Fot.  Bejrut, październik 1939 r. Mechanicy lotniczy w drodze do Francji. W środku Brunon Wierciński.

    Francuski transportowiec „Ville de Strassbourg” wypłynął z Bejrutu w dniu 23 października 1939 roku. Po rejsie trwającym cały tydzień; statek zawinął do portu w Marsylii. Polscy lotnicy, a wśród nich trzej skarżyscy podporucznicy, czyli Kazimierz Bernas, Brunon Kudrewicz i Ryszard Zygmuntowicz, zeszli wreszcie na francuski ląd. Tego samego jeszcze dnia, czyli 30 października 1939 roku, zameldowali się w obozie oficerskim w miejscowości Salon.
    W grupie ewakuowanych z Rumunii przez Bejrut polskich lotników, którzy dotarli wówczas do Francji, znajdowali się także dwaj przyszli oficerowie 304. Dywizjonu Bombowego: podporucznik pilot Marian Szczodrowski i porucznik obserwator Tadeusz Oleś.

    To właśnie pod dowództwem podporucznika Mariana Szczodrowskiego miał przejść w dniu 7 listopada 1941 roku swój chrzest bojowy wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego - szeregowy Zygmunt Sasal, strzelec pokładowy wchodzący w skład załogi Vickersa Wellingtona startującego z angielskich lotnisk.



Fot. Podporucznik Ryszard Zygmuntowicz jako jeden z polskich lotników przybyłych do Wielkiej Brytanii z Francji

    Nieco inaczej wyglądała wojenna odyseja innego weterana 304. Dywizjonu Bombowego, powojennego profesora - oceanografa Edwarda Zarudzkiego. Po wylądowaniu na rumuńskiej ziemi, pilotowana przez podporucznika Edwarda Zarudzkiego „Czapla” została natychmiast otoczona przez niekompletnie umundurowanych rumuńskich żołnierzy zbrojnych w dość archaiczne karabiny na sznurkach i bagnety odkuwane w wiejskich kuźniach. Rumuni samolot zarekwirowali, zaś jego dwuosobową załogę internowali. Ale już niebawem podporucznik Edward Zarudzki wraz z kilkoma innymi oficerami zbiegł z miejsca internowania. Cała ta polska grupa przedostała się na czarnomorskie wybrzeże, gdzie od rybaka kupili długą, płaskodenną łódź. Codziennie tą łodzią wypływali w morze, hen za redę, w nadziei, że zabierze ich na pokład jakiś statek wypływający z portu. Udało się dopiero za dziesiątym razem. Ich łódź została wciągnięta na pokład niewielkiego greckiego frachtowca „St. Christophorus”. Polacy sowicie opłacili jego kapitanowi rejs do Bejrutu. Jednakże, gdy zapadła noc - wyćwiczeni w sztuce nawigacji według gwiazd piloci zorientowali się natychmiast, że grecki stateczek... płynie w kierunku Krymu! Po opłaceniu rejsu do Bejrutu - Grecy najwyraźniej wpadli na pomysł, żeby polskich oficerów wydać w ręce sowietów! Niewykluczone wcale, że ubzdurali sobie otrzymanie od sowietów nagrody za dostarczenie do krymskiego portu polskich oficerów. Podporucznik Zarudzki zszedł więc natychmiast do kajuty kapitana, wyciągnął z kieszeni visa i ostentacyjnie przeładował pistolet. O czym bowiem Grecy nie wiedzieli; wszyscy ich polscy pasażerowie nie tylko znali się na nawigacji według gwiazd, ale byli także uzbrojeni w visy przemycone im do obozu internowanych przez kobiety, które dostarczały naszym żołnierzom leki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Widok przeładowanych visów zrobił na kapitanie pożądane wrażenie. Grecki stateczek natychmiast zmienił kierunek żeglugi biorąc kurs na Bosfor i Morze Marmara. A kiedy wreszcie po tygodniu, polscy pasażerowie greckiej łajby ujrzeli na horyzoncie kontury Bejrutu, Grecy zaczęli błagać Polaków, żeby tylko nie kazali im wchodzić do portu. Najwyraźniej obawiali się poniesienia konsekwencji za tę podjętą przez nich na samym początku podróży podstępną próbę wydania polskich oficerów sowietom.

    Niewykluczone wcale, że ich stateczek już wcześniej wykonywał takie rejsy z polskimi oficerami wysadzanymi znienacka dla samych siebie na nieludzkiej, sowieckiej ziemi. Wprost w łapy NKWD. Ale podporucznik Edward Zarudzki - najwyraźniej - wówczas o tym nie pomyślał. Dość powiedzieć, że Polacy ulegli greckim błaganiom i na powrót przesiedli się do swojej łodzi, spuszczonej z pokładu greckiej łajby na wodę. „St. Christophorus” natychmiast wziął kurs w kierunku pełnego morza.  Poczynania Greków i Polaków najwyraźniej były obserwowane  z lądu, gdyż od bejruckiego nabrzeża - prawie natychmiast -  oderwała się motorówka francuskiej żandarmerii. Podpłynąwszy do łodzi z polskimi lotnikami - francuscy żandarmi wzięli ją na hol i takim to sposobem to przybywający z Rumunii Polacy dotarli do pozostającego pod zwierzchnictwem francuskiego sojusznika Bejrutu, czyli wymarzonego celu swej podróży. Kiedy tylko zeszli na ląd, francuscy żandarmi bezceremonialnie zakuli wszystkich Polaków w kajdanki i wsadzili ich za kratki w głębokim lochu, gdzie polscy oficerowie dzielili cele z miejscowymi rzezimieszkami przeróżnej maści. Po kilku godzinach w lochu pojawił się wyższy francuski oficer. Jak się potem okazało, był to sam komendant bejruckiego garnizonu. Nakazał niezwłoczne uwolnienie Polaków. W momencie opuszczania cel, każdemu spośród oficerów ściskał prawicę witając go jako gościa Francji. Kiedy polscy lotnicy wspinali się mozolnie po stromych schodach wiodących ku wyjściu znaczonemu wielką plamą oślepiającego światła - zza tej plamy eksplodowała nagle melodia Mazurka Dąbrowskiego granego przez orkiestrę francuskiego garnizonu...
    Uwolnionych Polaków - francuski pułkownik ugościł obiadem. Niezwłocznie też polskich oficerów oczekujących na statek do Marsylii zaopatrzono w czekoladę i papierosy.

    O tych swoich wojennych przypadkach, osobiście opowiedział mi sędziwy profesor Edward Zarudzki, gdy odwiedziłem go w Kopenhadze we wrześniu 2006 roku. Kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari, profesor Edward Zarudzki powiedział mi wtedy również, że kapral Zygmunt Sasal takim był strzelcem, iż marzeniem każdego dowódcy było, żeby wchodził w skład załogi jego  samolotu...

 


Fot. Strzelec pokładowy kapral Zygmunt Sasal



Fot. Pułkownik Jan Biały - pierwszy dowódca 304. Dywizjonu Bombowego. W późniejszym czasie także cichociemny.



Fot. Załoga 304 dyw.- drugi z lewej kapral Zygmunt Sasal


Fot. Pamiątki po poległym strzelcu pokładowym z 304. Dywizjonu Bombowego kapralu Zygmuncie Sasalu

    Jako, że najczęściej wynajmowanym do przewozu polskich żołnierzy był - zazwyczaj transportujący owce – cuchnący gracki stateczek „St. Nicolaos” - jest wielce prawdopodobne, iż szeregowy Zygmunt Sasal - wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego - opuszczał Rumunię w dniu 18 listopada 1939 roku na pokładzie (a raczej pod pokładem), statku noszącego imię zarówno patrona żeglarzy, jak i jego własnego dziadka. Żegnając się tamtego dnia z Rumunią, szeregowy Zygmunt Sasal wyruszał w trasę identyczną jak ta, którą - już przed miesiącem - pokonał podporucznik Ryszard Zygmuntowicz. Najwyraźniej, wuj Zygmunt przemierzał wówczas greckim stateczkiem wody Morza Czarnego, czyli akwen dobrze znany jego ojcu, któremu zdarzyło się być członkiem załogi słynnego rosyjskiego pancernika upamiętniającego swą nazwą księcia Potiomkina. Jednakże kiedy tylko na maszcie pancernika zbuntowana załoga wywiesiła w roku 1905 czerwoną flagę - Karol Sasal niezwłocznie skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji niesionej przez rewolucyjne zamieszanie i zwiał z pokładu okrętu opanowanego gorączką buntu. Wszak z natury rzeczy; obce musiały być Karolowi Sasalowi zarówno wszelkie przyczyny samej rewolucji, jak też i przyświecające temu buntowi cele.   
 
    Więc wybrał się wówczas z Odessy do Gąsaw Rządowych - najzwyczajniej w świecie... na piechotę!
    Nie sposób nie zauważyć, że wojenna odyseja wuja Zygmunta spowodowana została przyczynami właściwie identycznymi jak te, które czterdzieści lat wcześniej wymusiły na jego dziadku Mikołaju, podjęcie niewyobrażalnej wprost wędrówki wokół kuli ziemskiej, która miała zbiegłego z Syberii zesłańca doprowadzić znad Bajkału okrężną drogą przez Kamczatkę i Alaskę, do podradomskiej wsi Kowala Duszocina.

    Zgodnie z planem; ten pierwszy etap wojennej wędrówki najstarszego syna Karoliny Sasal zakończył się w Marsylii. I to akurat w pierwszym dniu, Nowego, 1940 roku, który zarazem miał być także drugim rokiem trwającej wojny. Dwa dni później, czyli trzeciego stycznia, szeregowy Zygmunt Sasal zameldował się w Lyonie, w obozie zorganizowanym przez Polskie Siły Lotnicze pozostające pod francuskim zwierzchnictwem. Dopiero następnego dnia, znaczy się 4 stycznia 1940 roku, premier Francji Eduard Daladier oraz generał Władysław Sikorski podpisali długo oczekiwaną umowę wojskową, stanowiącą podstawę prawną umożliwiającą formowanie we Francji Polskich Sił Zbrojnych.

    Wcześniej, gdyż w dniu 25 listopada 1939 roku, sporządzono szczegółowy rejestr internowanego w Rumunii polskiego personelu lotniczego oraz artylerii przeciwlotniczej. Znalazły się w nim nazwiska 9276 żołnierzy. Z tej liczby, do tamtego czasu, zdołało opuścić Rumunię już 2419 osób. Wynika z tego wprost, że w tej właśnie grupie znajdować się musiał także wuj Zygmunt Sasal, któremu miejsce internowania udało się opuścić stosunkowo szybko, gdyż dokładnie po upływie dwóch miesięcy od przekroczenia granicy polsko-rumuńskiej.

    Na francuskiej ziemi szeregowy Zygmunt Sasal jednak specjalnie długo nie zagościł. Już bowiem w dniu 19 lutego 1940 roku w ramach transportu oznaczonego kolejnym numerem jedenastym szeregowy Sasal przybył do Anglii wraz z całą eskadrą „B” Pierwszego Dywizjonu, sformowanego przeważnie z tych żołnierzy i pilotów byłego 1. Pułku Lotniczego, którzy w dniu 17 września 1939 roku zdołali uniknąć sowieckiej niewoli. Jak większość żołnierzy polskich sił lotniczych trafił tutaj do bazy RAF-u, zlokalizowanej w Eastchurch na obszarze hrabstwa Kent. Tutaj niezwłocznie założono mu kartę ewidencyjną z fotografią. Dokument został podpisany przez porucznika Eugeniusza Domańskiego. Karta ewidencyjna została wypełniona literami wyraźnie noszącymi cechy pisma podpisującego ją oficera. Zgodnie z obowiązującą procedurą nadano też wujowi służbowy numer ewidencyjny - 780739. Trzeba wprost powiedzieć, że wklejona do ankiety personalnej fotografia kandydata na naszego rodzinnego bohatera przypomina swoim charakterem zdjęcia kojarzone raczej z policyjnymi listami gończymi. Obok wujowej podobizny dokument ten zawiera nazwiska i podpisy trzech innych jeszcze oficerów, wystawiających wspólnie kartę ewidencyjną szeregowego Zygmunta Sasala. Oficerowie ci to - major pilot Tadeusz Kurdziel, wrześniowy komendant Bazy Lotniczej Nr 1, jak również kapitan Juliusz Dyonizy Frey i porucznik Henryk Szczęsny.

    W odróżnieniu od zamkniętego w sobie, barczystego i dość flegmatycznego stryja Stefana - wuj Zygmunt był mężczyzną drobnym i szczupłym, odznaczającym się przy tym niebywałą zręcznością i sprytem. Opowiadano mi, że przebrawszy się w czasie jasełek za psotnego diabełka, ochoczo fikał koziołki i przerozmaite płatał figle. Ponoć aż cały kipiał rozpierającą go energią. Potem, gdy podrósł już nieco, wszystkim imponowała sprawność, z jaką podczas wiejskich odpustów wspinał się na wysmarowany mydłem słup. Na jego szczycie czekała na śmiałka wysokoprocentowa nagroda zakorkowana w litrowej butelce, która owinięta była pętem pachnącej czosnkiem wiejskiej kiełbasy. Zapis w brytyjskiej książeczce wojskowej Zygmunta Sasala  mówi nam, że został on zaprzysiężony w dniu 20 lutego 1940 roku.

    A więc rzec można, że żołnierzem RAF-u stał się wuj Zygmunt na pięć dni przed swoimi dwudziestymi czwartymi urodzinami. I oczywiście, natychmiast też  wszedł w skład Ochotniczej Rezerwy Królewskich Sił Powietrznych. Dla Zygmunta Sasala rozpoczął się czas intensywnego szkolenia zasadniczego w bazie RAF-u w Eastchurch.

    Potem były kursy szkoleniowe w kilku jeszcze bazach Royal Air Forces. I tak następnym w kolejce miejscem pobytu wuja na Wyspach Brytyjskich była baza zlokalizowana w Blackpool - zaniedbanym nadmorskim kąpielisku położonym na północy Anglii, gdzie - egzotycznych dla Brytyjczyków - przybyszy znad Wisły uczono między innymi także podstaw języka angielskiego. Jako miejsca następnych szkoleń odbytych przez wuja Zygmunta zachowana dokumentacja wymienia również takie miejscowości, jak Yatesbury i West Freugh, a potem znów powrót do dawnego nadmorskiego kąpieliska - Blackpool.

    Kiedy podporucznik Ryszard Zygmuntowicz przybył do zorganizowanej przez RAF bazy dla Polaków w Blackpool, wuj Zygmunt przebywał w tej bazie już od miesiąca. Dokładnie zaś był tam od 30 maja 1940 roku. Tak więc z zestawienia ze sobą stosownej dokumentacji personalnej jednoznacznie wynika, że podporucznik Ryszard Zygmuntowicz i szeregowy Zygmunt Sasal przebywali w tej samej bazie RAF-u w okresie od 1 lipca do 22 września 1940 roku, którego to dnia podporucznika Zygmuntowicza przeniesiono do bazy Królewskich Sił Powietrznych w Bramcote,  W dniu 4 lipca 1940 roku trafił do bazy w Bramcote również szeregowy Zygmunt Sasal.


Fot. Morskie kąpielisko Blackpool. Miejsce lokalizacji obozu szkoleniowego dla polskich lotników.

    Z ośrodka szkoleniowego w Bramcote, podporucznik Ryszard Zygmuntowicz trafił  wprost w szeregi 301. Dywizjonu Bombowego, natomiast szeregowy Zygmunt Sasal na swój przydział musiał jeszcze nieco poczekać.
    Zatem jest wielce prawdopodobne, iż przy okazji pobytu w bazach Blackpool i Bramcote, znów osobiście zetknęli się ze sobą ci dwaj „turyści Sikorskiego” - jak to, przekradających się na Zachód polskich żołnierzy, pogardliwie określał speaker radia berlińskiego.

    Jest przecież czymś zupełnie naturalnym, że w tamtych wojennych warunkach, na obczyźnie, każdy spośród żołnierzy-tułaczy z pewnością poszukiwał kontaktu z innymi żołnierzami pochodzącymi z jego rodzinnych stron. Chociażby tylko w nadziei uzyskania tą drogą jakichkolwiek informacji o tym wszystkim, co też dzieje się w rodzinnych stronach.

    W sporządzonym wówczas przez Brytyjczyków kwestionariuszu osobowym można przeczytać, że komunikatywność Zygmunta Sasala oceniono jako bardzo dobrą. Następnie zaś skrupulatnie odnotowano, że ten drobnej postury Polak, przybyły na brytyjską ziemię z nie wiadomo, gdzie też zagubionych Gąsaw Rządowych, mierzył sobie pięć stóp oraz cztery i pół cala, czyli zaledwie 164 centymetry wzrostu. Ważył zaś dziesięć i trzy dziesiąte stone’a (1 stone = 6.348 kg), co w przeliczeniu na jednostkę wagi zrozumiałą dla całej reszty Europejczyków daje sześćdziesiąt pięć i pół kilograma. Drobna postura wuja Zygmunta pozwalała mu z łatwością zmieścić się w ciasnocie tylnej wieżyczki strzelca, zamontowanej na ogonie bombowca. Ponadto przenikliwe spojrzenie jego bystrych oczu zdradzało posiadanie wręcz idealnych predyspozycji do specjalności wojskowej strzelca pokładowego. I w takim to właśnie charakterze Zygmunt Sasal rozpoczął w Wielkiej Brytanii swoją służbę w szeregach 304. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Śląskiej”, stacjonującego wówczas w Lindholme. Jako strzelec pokładowy-radiotelegrafista swój przydział do tej właśnie jednostki Zygmunt Sasal otrzymał w dniu 21 września 1941 roku, a więc dwa lata po opuszczeniu Polski. W tamtym czasie dowódcą dowódcą 304. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Śląskiej” był major Piotr Dudziński, który w dniu 20 grudnia 1940 roku zastąpił na tym stanowisku pierwszego dowódcę dywizjonu pułkownika Jana Białego.

*        *        *
    W tym samym czasie, gdy liczni polscy żołnierze, a wśród nich podporucznik Ryszard Zygmuntowicz oraz szeregowy Zygmunt Sasal, tajnymi szlakami przedzierali się do sojuszniczej Francji w zajętym przez sowiecką armię Lwowie komsomolcy i przeróżnej maści sowieccy komisarze podejmowali wobec polskiej młodzieży próby indoktrynowania jej swą ideologią. We Lwowie wraz z matką i siostrą mieszkał wówczas syn poległego pod Jeżowem dowódcy 83. Pułku Piechoty, pułkownika Adama Nadachowskiego. Ówczesny szesnastolatek, późniejszy profesor krakowskiej AGH - Franciszek Nadachowski, opowiadał mi, że gdy intonowano śpiewaną obowiązkowo na stojąco „Międzynarodówkę”, to przy pierwszych jej słowach: „Wyklęty, powstań ludu ziemi…” nikt, nigdy ani nie drgnął, wszyscy ostentacyjnie siedzieli. Chłopcy, niczym na komendę, wstawali dopiero przy słowach „… powstańcie, których dręczy głód…”. 
 
    Tymczasem na północnych rubieżach Europy trwała nowa, nieco zapomniana dziś wojna. Finowie, w sposób dość skuteczny, bronili swojego kraju przed sowiecką agresją. Szydząc sobie z nieudolnych poczynań militarnych Armii Czerwonej, polscy gimnazjaliści wypisywali na murach lwowskich kamienic buńczuczne zapewnienie: „Lwowa Finom nie oddamy!”.

    Jednakże ani waleczność nielicznej fińskiej armii, ani też pomysłowość jej dowódców niestroniących od stosowania nowatorskich metod walki, nie były w stanie skutecznie przeciwstawić się wciąż napływającym nieprzeliczonym masom sowieckiego wojska. Lapidarnie rzecz ujmując, Sowieci nie wahali się poświęcić większej liczby swoich żołnierzy, niż wynosiła liczba sztuk amunicji, którą dysponowała cała armia fińska. Tamta wojna nie mogła zatem skończyć się dla Finów pomyślnym finałem.

        W dniu 12 marca 1940 roku zawarty został w Moskwie fińsko-sowiecki układ pokojowy, na mocy którego Finlandia musiała oddać Sowietom niemały szmat swojego terytorium, w tym także obszary Karelii, niebywale ważne ze strategicznego punktu widzenia.

    Zawarcie tego układu pokojowego położyło kres alianckim planom udzielenia przez aliantów militarnej pomocy Finlandii walczącej z sowieckim agresorem. W akcji tej miał być także użyty, utworzony w grudniu 1939 roku we francuskim mieście Bron, polski dywizjon zwany z tej przyczyny „Finlandzkim”. Ostatecznie przecież Finowie bronili swej ojczyzny przed tym samym agresorem, który będąc sojusznikiem Hitlera, we wrześniu 1939 roku zdradziecko zaatakował Rzeczypospolitą, bronioną przez Wojsko Polskie, walczące samotnie z przeważającymi siłami zbrojnymi III Rzeszy.

*        *        *
    W dniu 9 kwietnia 1940 roku, na długo przed tym, gdy Zygmuntowi Sasalowi dane było branie udziału w zrzucaniu angielskich bomb na niemieckie miasta oraz urządzenia o znaczeniu militarnym, siły zbrojne III Rzeszy zajęły w ciągu jednego tylko dnia Danię, zaś zaatakowaną w tym samym dniu Norwegię opanowały, nim nadszedł pierwszy dzień maja 1940 roku.

    Mniej więcej w tym samym czasie, gdy wysłani z Francji do Norwegii polscy żołnierze i oficerowie z dużym powodzeniem dawali odpór niemieckim próbom zajęcia portu w Narviku - sowieckie władze podjęły decyzję o wymordowaniu większości spośród tych polskich oficerów, którzy we wrześniu 1939 roku zostali pojmani przez wspierającą hitlerowskiego agresora Armię Czerwoną, która w dniu 17 września przekroczyła wschodnie granice II Rzeczypospolitej. Wykonawczym organizatorem sowieckiego mordu na polskich oficerach w katyńskim lasku został generał NKWD – Wsiewołod Mierkułow. Z jego to rozkazu major NKWD Wasilij Błochin, oddanymi w tył głowy pojedynczymi strzałami z pistoletu - wymordował w lasku katyńskim nieopodal Smoleńska, szacunkowo około 4150 osób, spośród wszystkich polskich oficerów przetrzymywanych przez sowietów w obozie w Kozielsku Jedną z rozstrzelanych przez majora Wasilija Błochina ofiar katyńskiej zbrodni wojennej, był - wzięty do sowieckiej niewoli w dniu 17 września 1939 roku pod Darachowem - oficer Bazy Lotniczej Nr 1, pochodzący z Kalisza, major obserwator Mieczysław Kwieciński...

    Natomiast zgoła odmiennym był wojenny los kapitana Józefa Kwiecińskiego, któremu 17 września udało się zbiec z sowieckiej niewoli. Po feralnym spotkaniu, tego samego jeszcze dnia z sowiecką kolumną pancerną pod Darachowem - kapitan Kwieciński zdołał uniknąć sowieckiej niewoli i przedostał się do Francji, gdzie w maju i czerwcu 1940 roku, dowodził trzecią baterią 1. Wileńskiego Pułku Artylerii Lekkiej wchodzącego w skład 1. Dywizji Grenadierów...

 


Fot. Generał NKWD Wsiewołod Nikołajewicz Mierkułow- organizator  wymordowania polskich oficerów

 

  Fot. Major NKWD Wasilij Błochin - morderca, który własnoręcznie rozstrzelał tysiące polskich oficerów


Fot. Otwarty przez Niemców masowy grób polskich oficerów w Katyniu


Fot. Prowadzone pod nadzorem Niemców w Katyniu prace ekshumacyjno-śledcze


Fot. Szwajcarska komisja i towarzyszący jej Niemcy na tle zwłok polskich oficerów wydobytych z katyńskich grobów


Fot. Ekshumowane doczesne szczątki polskiego oficera zamordowanego w Katyniu. Odznaka 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej oraz dystynkcje majora wskazują, że są to zwłoki majora Aleksandra Makowitza dowódcy II dywizjonu, obrońcy Modlina


Fot. Wzięty do sowieckiej niewoli pod Darachowem i zamordowany w Katyniu major obs. Mieczysław Kwieciński - oficer Bazy Lotniczej Nr 1




Piotr Jan Nasiołkowski


Ilustrujące materiał fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora oraz z internetu. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Ostatnie komentarze

  • pytajacy powiedział(a) Więcej
    Gratuluje nauczycielom
    Widac ze kampania wyborcza sie zbliza bo prezydent KK znalazł czas i pojawił sie na spotkaniu 9 godzin temu
  • Jarek powiedział(a) Więcej
    Starosta hojny w nagrodach dla nauczycieli ,szkoda że dyrektorzy innych szkół nie mogli przyznać nagród ! 11 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    No ale chwileczkę dlaczego miss Skarżyska wygrała mieszkanka Suchedniowa coś mi tu nie pasi. 13 godzin temu