Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Decydująca wrześniowa bitwa...Piotr Jan Nasiołkowski

W efekcie przebiegu bitwy granicznej, zagrożone okrążeniem siły polskie rozpoczęły odwrót znad Warty wieczorem, w sobotę 2 września około godziny 20.00. Wykonując rozkaz dowódcy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, generała Leopolda Jana Cehaka, wszystkie baterie 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej opuściły swoje dotychczasowe stanowiska ogniowe. Wchodząca w skład  II dywizjonu czwarta bateria dowodzona przez porucznika Mieczysława Chylińskiego także wycofała się w kierunku Pajęczna, a potem dalej przez Bętków do lasu koło wsi Józefina, by w końcu, w dniu 3 września zająć stanowisko ogniowe na zachodnim skraju wsi Stanisławów II. 
 

Fot. 1. Żołnierze Wehrmachtu forsujący Wartę
 

Fot. 2. Niemiecka piechota nad Wartą
 
W dniu wojennych imienin mojego stryja Stefana, na stanowisku ogniowym swojej baterii zginął nad Wartą podporucznik Wacław Szałkiewicz. Ranny też został kapral Malinowski. Jeżeli idzie o straty materiałowe, to tamtego dnia I Dywizjon utracił ukryty w chłopskiej stodole jaszcz wypełniony amunicją. Należał on do wyposażenia drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Celne trafienie nieprzyjacielskiego pocisku  w stodołę spowodowało rozbicie koła od jaszcza. Pomimo wysiłków nasi żołnierze nie zdołali wyciągnąć go spod palącej się już stodoły. W końcu wszyscy musieli uciekać, gdyż zmagazynowana w jaszczu amunicja artyleryjska w każdej chwili groziła wybuchem.               
W swojej relacji z tego dnia porucznik Zygmunt Zwolanowski mówi o rannych i zabitych żołnierzach I dywizjonu. Przekaz ten znajduje swoje potwierdzenie także w relacji dowódcy pierwszej baterii kapitana Alojzego Piwowara. Pisząc o poniesionych stratach, żaden z tych oficerów nie precyzuje jednak ich rozmiaru. Próżno zatem szukać liczb, a tym bardziej nazwisk, czy chociażby tylko imion rannych lub poległych żołnierzy. Zaprawdę wielka to szkoda, że pozostawionym przez oficerów zapisom zabrakło precyzji w tym zakresie, co przecież pozwoliłoby niejednej rodzinie ustalić wojenny los swoich krewnych, którzy będąc zwykłymi żołnierzami walczącymi w tamtej wojnie, nie zdołali już nigdy powrócić do rodzinnego domu…
 

Fot. 3. Armata Schneider 75 mm, wz. 1897. Wyposażenie I i II dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej
 

Fot.. 4. Haubica 100 mm, wz. 1914/1919. Wyposażenie III dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej
 
 
W niedzielę, 3 września, 30. Poleski Pułk Artylerii Lekkiej maszerował już w kierunku głównych pozycji obronnych przygotowanych latem nad rzeką Widawką. Tamtej niedzieli około południa III dywizjon majora Adama Fedorki wraz z 82. Syberyjskim Pułkiem Strzelców obsadził po drodze na krótko opóźniające obronne pozycje przejściowe. Zlokalizowane one były na osi wycofywania się jednostki z Działoszyna do Szczercowa. Posiadały charakter wybitnie prowizoryczny. Składały się one bowiem zaledwie z jednej linii płytkich rowów strzeleckich. Zatem posterunki obserwacyjne naszej artylerii mogły zostać rozmieszczone jedynie w pierwszej linii obrony. Zarówno dowódca obrony odcinka, jak i dowódca wspierającej go formacji artyleryjskiej nie mogli znaleźć dla siebie stanowiska obserwacyjnego. Cały ten teren ocenić należy jako wielce niedogodny do obrony. Pozycje haubic były bowiem całkowicie odkryte i pozbawione jakichkolwiek zasłon naturalnych. Faliste ukształtowanie podejścia do linii obronnej od strony potencjalnego kierunku ataku nieprzyjaciela wybitnie sprzyjało prowadzeniu ofensywnych działań przez niemiecką broń pancerną. Na całe jednak szczęście nie doszło tutaj do żadnych walk, gdyż niebawem nadszedł rozkaz do zwinięcia stanowiska ogniowego i wycofania się na główną pozycję, a więc nad rzekę Widawkę. 
Marsz pułku z towarzyszącym mu dywizjonem artylerii - z całą pewnością - został zauważony przez nieprzyjacielskie lotnictwo, które jednak nie atakowało kolumny marszowej, ponieważ posiadało zadanie atakowania tylko obiektów stałych. Zbombardowano wtedy - między innymi - stację kolejową Rusiec, odległą zaledwie o około trzy kilometry od osi marszu III dywizjonu. Maszerująca kolumna III dywizjonu została ostrzelana przez niemieckie samoloty z broni pokładowej dopiero w momencie dochodzenia do Szczercowa. Miało to miejsce pomiędzy godzinami 18.00 a 19.00, a więc tuż przed samym zmierzchem. 
Kapitan Alojzy Piwowar, dowodzący pierwszą baterią I dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej - z całą pewnością - nie wiedział tego, że w niedzielę, 3 września 1939 roku, akurat w tym samym czasie, gdy on sam prowadził swoją formację znad Warty w kierunku głównych pozycji nad rzeką Widawką, Niemcy zajęli już jego rodzinną wieś Niedźwiedź koło Limanowej.   I natychmiast podpalili nieco na uboczu położone osiedle składające się  z jedenastu domostw. Wśród spalonych wtedy zagród znalazło się także rodzinne siedlisko kapitana Alojzego Piwowara... 
Wycofując się nad Widawkę, poszczególne dywizjony 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej odchodziły pod osłoną piechoty wraz z pułkami, którym w ramach otrzymanych uprzednio przydziałów miały udzielać wsparcia ogniowego. Podczas odwrotu poszczególne pułki czasami wydzielały ze swojego składu po jednym batalionie oraz jednej baterii artylerii i pozostawiały je jako tylną straż ubezpieczającą odwrót. Spośród oddziałów 83. Pułku Strzelców Poleskich rolę tylnej straży pełnił II batalion, który wraz z jedną baterią pozostał na stanowiskach zajętych nieopodal wsi Ożegów. Reszta pułku odeszła na nowe pozycje tuż po północy, by w godzinach popołudniowych 3 września, maszerując przez Kiełczygłów – Szczerców – Lubiec, osiągnąć główną pozycję nad Widawką. Pod wieczór tego samego dnia do pułku dołączył jego II batalion, który obsadził tymczasowo przewidziany do obrony przez 82. Syberyjski Pułk Strzelców odcinek od wsi Magdalenów do strumienia Sadulaki. II batalion 83. pułku piechoty, stanowiący odwód macierzystej formacji, po zluzowaniu go w dniu 4 września przez 82. pułk zajął pozycje nieopodal wsi Kuźnica Lubiecka. 
Podobnie wyglądał też odwrót 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców. Jednostka ta, odchodząc znad Warty trasą wiodącą przez Mokre – Laski – Radoszewice – Kiełczygłówek – Rusiec – Szczerców, pozostawiła pomiędzy miejscowościami Lipnik i Delfina straż tylną, składającą się z jednego batalionu i jednej baterii artyleryjskiej. Jakkolwiek odwrót znad Warty odbył się w zupełnym porządku, to jednak odnotować należy, że z powodu nalotów Luftwaffe szczególnie utrudniony przemarsz miała dowodzona przez kapitana Alojzego Piwowara pierwsza bateria 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.  W efekcie tego znalazła się ona pod Szczercowem dopiero późną nocą z 3 na 4 września. Z uwagi na to, że most na rzece został już wysadzony przez naszych saperów, bateria zmuszona była przez całą noc poszukiwać jakiegoś przejścia pomiędzy licznymi w tym rejonie zbiornikami wodnymi. W końcu 4 września już po nastaniu świtu nasi artylerzyści zajęli przewidziane dla nich stanowisko ogniowe usytuowane nieopodal wsi Bożydar.
Dowodzony przez pułkownika Stanisława Sztarejkę 84. Pułk Strzelców Poleskich, zmierzając w kierunku zajętych przez siebie o zmierzchu 3 września nowych pozycji, przemieszczał się trasą dość okrężną. Wycofująca się jednostka maszerowała przez miejscowości Ożegów – Siemkowice – Kiełczygłów – Rząśnię – Będków – Broszęcin – Kieruzele – Tatar – Żar.
Niemcy jakoś zupełnie nie zauważyli nocnego odejścia znad Warty 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Świadczy o tym podjęty przez nich - rankiem następnego dnia - ostrzał artyleryjski opuszczonych polskich pozycji. Tymczasem w niedzielę, 3 września o świcie 30. Poleska Dywizja Piechoty właściwie zdążyła już obsadzić swoje przygotowane wiosną i latem pierwotne wyjściowe pozycje „Szczerców”, rozciągające się nad rzeką Widawką w linii wyznaczonej położeniem wsi Rząsawa i Chrząstowa. Teren upstrzony licznymi bagnami i zbiornikami wodnymi doskonale nadawał się do obrony. 
 

Fot. 5. Polski bunkier nad Widawką. Widok obecny
 

Fot. 6. Niemieccy żołnierze na zajętych przez siebie pozycjach nad Widawką 
 

W tym miejscu zauważyć trzeba, że złożona z trzech dywizji Armia „Łódź” - oczekująca na niemieckie natarcie - bronić miała 100-kilometrowej linii frontu. A więc na jedną naszą dywizję spadał ciężar obsadzenia ponad 30-kilometrowego odcinka frontu. W tym czasie militarne standardy prowadzenia walk obronnych przewidywały dla jednej dywizji odcinek do obrony mierzący od siedmiu do dziesięciu kilometrów długości. 
Ludność cywilna, spodziewająca się w tym rejonie walk obronnych, masowo opuszczała wtedy swoje domostwa. Bezładne kłębowisko przerażonych ludzi oraz zwierząt inwentarskich na dobre zablokowało szosę, która przecież tak bardzo była potrzebna naszemu wojsku. Tym to sposobem maszerujące kolumny wycofującej się armii siłą rzeczy zostały zmuszone do korzystania z leśnych dróg. Zaś w tym samym czasie bezbronny tłum cywilnych uciekinierów został na szosie dosłownie zmasakrowany przez zupełnie bezkarnie działające niemieckie samoloty.
 

Fot . 7. Cywilni uciekinierzy na szosie (wrzesień 1939 roku)
 

Fot. 8. Rodzina polskich uciekinierów zabitych na szosie przez samoloty Luftwaffe
 
Dowództwo i sztab 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej rozlokowały się w lesie nieco na północny zachód od miejscowości Kluki, tuż obok drogi wiodącej z tej miejscowości do Parzna.
Zadaniem III dywizjonu było wspieranie około pięciokilometrowego odcinka obrony, który rozciągał się od mostu na drodze Szczerców – Bełchatów, poprzez młyn Żar, aż do mostu przy dworze Słupia. Odcinek ten został obsadzony siłami dowodzonego przez majora Stanisława Mastalskiego III batalionu, stanowiącego część 84. Pułku Strzelców Poleskich. Siły te wchodziły w skład utworzonej uprzednio grupy bezpośredniego wsparcia. Jak to już wcześniej zostało wspomniane, jej dowódcą został podpułkownik Zygmunt Lewandowski dowodzący jednocześnie 30. Poleskim Pułkiem Artylerii Lekkiej. Z powyższego wynika, że wdrożono do wykonania właśnie drugi spośród wariantów działania, ustalonych alternatywnie jeszcze przed rozpoczęciem działań wojennych.  
Przygotowane już latem swoje pozycje obronne nad rzeką Widawką dywizjon zajął w dniu 3 września około godziny 22.00. Żołnierze III dywizjonu, trwający nieprzerwanie od momentu rozpoczęcia działań wojennych w stanie alarmu, byli już krańcowo przemęczeni. Podobnie rzecz się miała z końmi ciągnącymi zaprzęgi wojskowe. Po dołączeniu do dywizjonu uprzednio wydzielonej z niego ósmej baterii major Adam Fedorko odesłał pierwszą baterię do jej macierzystego I dywizjonu na przewidziany dla tej formacji odcinek obrony. 
 

Fot. 9. Żołnierze Wehrmachtu w pościgu za polskimi jednostkami 
 

Fot. 10. Kolumna niemiecka podążająca za polskimi jednostkami 
 
W poniedziałek 4 września nieprzyjaciel nie nawiązał jeszcze żadnej styczności bojowej z naszymi jednostkami. Dzień upłynął więc w miarę spokojnie. Jedynie niemieckie samoloty rozpoznawcze wykazywały nie byle jaką aktywność. Powiedzieć trzeba, że nie miały szczególnie trudnego zadania, bowiem doskonale widoczne były olbrzymie doły wykopane z myślą o budowaniu schronów dla posterunków obserwacyjnych. Obok przepastnych dołów leżały sterty budulca. W tych warunkach nieprzyjacielowi wystarczyłaby zwykła obserwacja naziemna. A cóż dopiero mówić - lotnicza. Jednakże świadomość stałej obecności w powietrzu samolotów nieprzyjacielskich w znacznym stopniu ograniczała prace przygotowawcze zarówno piechoty, jak    i artylerii. Nasi żołnierze, szykując się do spodziewanej następnego dnia walki, pospiesznie naprawiali uszkodzenia sprzętu powstałe zarówno podczas forsownego marszu, jak i poprzedzających go walk nad Wartą.
Działania siódmej baterii podlegającej komendzie porucznika Romualda Rymkiewicza obejmowały prawy pas obrony odcinka. Środkowy pas odcinka obrony stanowił obręb zasięgu działania dziewiątej baterii dowodzonej przez kapitana Zygmunta Wieruszewskiego. Lewy odcinek obrony miał być natomiast wspierany ogniem dział dowodzonej przez porucznika Piotra Boużyka ósmej baterii, która zajęła swoje pozycje ogniowe we wsi Podścichawa. Niestety nie można było obsadzić wszystkich posterunków obserwacyjnych, a to z tej przyczyny, że naszej artylerii dotkliwie dawał się już we znaki brak kabla telefonicznego, którego znaczne ilości utracono nad Wartą. Uzupełnienie nie nadeszło, więc major Fedorko zdecydował się na budowę jednoprzewodowych linii telefonicznych i obsadzenie nimi najbardziej niezbędnych posterunków obserwacyjnych. 
Pojawił się też nowy kłopot. Latem wojsku zabroniono ścinania drzew i budowania umocnień na polach uprawnych, nawet wówczas, kiedy już usunięto z nich plony. Teraz natomiast brakowało już czasu koniecznego na wykonanie tych prac. Zasłaniające pole obserwacji drzewa znacznie utrudniały właściwą pracę posterunków obserwacyjnych. Na ograniczone niedogodną konfiguracją terenu możliwości właściwego rozmieszczenia posterunków obserwacyjnych skarżył się oprócz majora Fedorki także major Nikodemowicz.
Niemniej wszystkie pozycje obronne były dość dobrze przygotowane. Obsługa dział doskonale znała teren i była gotowa do prowadzenia zarówno ognia zaporowego bezpośrednio przed linią obrony, jak i ognia dalekosiężnego mającego na celu zmuszenie nieprzyjaciela do rozwinięcia natarcia w dużej odległości od polskich pozycji, co wiązało się automatycznie z koniecznością poniesienia przez nacierających wysokich strat.
Zadaniem I dywizjonu 30.Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej było udzielanie wsparcia ogniowego 82. Syberyjskiemu Pułkowi Strzelców, który obsadzał linię obrony rozciągającą się pomiędzy Teofilowem, a Szczercowem.
Natomiast pozycje II dywizjonu miały stanowić część obrony odcinka kończącego się położeniem miejscowości Lubiec. Dowodzona przez porucznika Leona Witkowskiego druga bateria zorganizowała swój posterunek obserwacyjny tuż obok młyna Słupia. Jej stanowisko ogniowe znajdowało się  w głębi lasu, około 3 km od Widawki. Czwarta bateria porucznika Mieczysława Chylińskiego 3 września o godzinie 8.00, zajęła stanowisko ogniowe na zachodnim skraju wsi Stanisławów II. Jej pozycje wysunięte były przed linię głównej obrony, natomiast punkt obserwacyjny umieszczono nieopodal wsi Chabielice. Z tego wniosek, że bateria najwyraźniej przygotowywała się do odparcia ataku czołgów nieprzyjacielskich, ścigających jakoby wycofujące się oddziały 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. 
W momencie gdy bateria skończyła właśnie zajmowanie pozycji, na jej stanowisko ogniowe przybył generał Leopold Cehak w towarzystwie pułkownika Zygmunta Łakińskiego dowodzącego całością dywizyjnej artylerii. Pułkownik został na pozycjach, zaś generał pojechał dalej na przedpole linii obronnych. Wtedy natychmiast został omyłkowo ostrzelany przez własną artylerię, której obserwatorzy zauważyli na drodze kurz wzniecony przez jego samochód oraz pojazdy nadciągającej właśnie baterii porucznika Michała Mańki. Jeden z dowódców piechoty natychmiast dał sygnał rakietą, żeby wstrzymać ogień. Cały ten incydent skończył się jedynie na wystrzeleniu trzech pocisków artyleryjskich. Szczęśliwie nikt przy tej okazji nie odniósł żadnych obrażeń.
Mniej więcej w tym samym czasie, nieopodal wsi Stróże samotny polski myśliwiec strącił dwa niemieckie bombowce, lecz zaraz potem zaatakowały go naraz aż dwa nieprzyjacielskie samoloty myśliwskie, co w końcu przecież musiało skutkować i też skutkowało zestrzeleniem naszego samolotu.
Wieczorem, trzeciego dnia wojny czwarta bateria porucznika Mieczysława Chylińskiego zwinęła swoje stanowisko ogniowe, zajęte uprzednio na obrzeżach wsi Stanisławów II, i udała się na swoje tzw. stałe stanowisko zlokalizowane nieopodal należącego do państwa Arnuszewskich dworu w Lubcu, opuszczonego już w pośpiechu przez jego mieszkańców.
Na tych nowych pozycjach obronnych wstąpiła w naszych żołnierzy nowa nadzieja, gdyż właśnie tamtej to niedzieli nadeszła oczekiwana przez wszystkich i niebywale krzepiąca wiadomość, że oto Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Jak powszechnie jednak wiadomo, poniedziałek, 4 września, nie był dniem, w którym polskim żołnierzom dane było witać nad Widawką wojska naszych alianckich sojuszników. 
Jednostkami wojskowymi, które wieczorową porą tamtego dnia dotarły nad Widawkę w okolice wsi Sulmierzyce, Chorzenice, Łuszczanowice  i Antoniówka, były ścigające 30. Poleską Dywizję Piechoty formacje Wehrmachtu, a ściślej mówiąc, jego 19. Dolnosaksońska Dywizja Piechoty. 
W poniedziałek, 4 września, tuż przed godziną jedenastą, w tym samym czasie, gdy żołnierze 30. Poleskiej Dywizji Piechoty przygotowywali się gorączkowo do nieuchronnych walk obronnych nad Widawką, niemieckie bombowce ponownie zaatakowały linię kolejową łączącą Skarżysko z Radomiem. Ale tym razem nie były to już dwupłatowe bombowce Henschel-123, lecz całkiem nowoczesne dwusilnikowe bombowce Do-17 należące do formacji Kampfgeschwader 76. Immelmann. Nieprzyjacielskie samoloty startowały z lotniska  Ligota Dolna położonego pomiędzy Breslau a Oppeln, czyli Wrocławiem a Opolem. Ich celem był pociąg, którym zdążali w kierunku Dęblina i Warszawy zmobilizowani właśnie rezerwiści oraz cywilni uciekinierzy ze Śląska. Zaatakowany pociąg zatrzymał się w polu tuż za stacją Jastrząb. Przerażeni i bezbronni ludzie szukali schronienia wśród rosnących wzdłuż nasypu kolejowego krzewów głogu i tarniny. Siedmiu młodych mężczyzn skryło się w przepuście, przebiegającym jak raz w tym właśnie miejscu pod nasypem kolejowym. Jednym spośród poszukujących tam schronienia był 22 - letni mieszkaniec pobliskiej wsi Wola Lipieniecka, Józef Gołda, zatrudniony na kolei w charakterze obchodowego. 
 

Fot. 11. Dwupłatowe bombowce Henschel -123
 

Fot. 12. Dwusilnikowe bombowce Do-17
 

Fot. 13. Józef Gołda
 
Kiedy nad horyzontem pojawiły się niemieckie samoloty, jego znajoma, młoda dziewczyna, Michalina Defińska, bezskutecznie usiłowała pociągnąć go za sobą na kartoflisko. Nie chciał tam szukać schronienia, tłumacząc, że na otwartym polu będą zbyt widoczni i to z całą pewnością ściągnie na nich ogień karabinów maszynowych... 
Nieszczęśliwym trafem jedna z bomb eksplodowała tuż obok feralnego przepustu. Spod gruzów powstałego rumowiska prawie natychmiast wyciągnięto  siódemkę nieszczęśników, którym się wydawało, że w tym właśnie miejscu znajdą bezpieczne schronienie. Czterech jeszcze żyło. Jednym z nich był Józef Gołda. Niebawem przyprowadzono też Niemca z załogi jakimś cudem zestrzelonego nieopodal samolotu. Okazało się, że Niemiec mówił po polsku, ale w sposób ewidentnie zdradzający jego śląskie pochodzenie. Nawet próbował udzielać pomocy rannym, robiąc im sztuczne oddychanie... 
— Taki chop... Taki chop... — ze swoją śląską wymową ubolewał nad umierającym Józefem Gołdą. Ale nic już nie pomogło ani to niemieckie ubolewanie, ani też sztuczne oddychanie. Można więc powiedzieć, że trzy osoby zginęły wtedy na miejscu. Zaś pozostałych czterech rannych odwieziono do radomskiego szpitala pod wezwaniem św. Kazimierza, gdzie wszyscy ponoć i tak zmarli. Nie były to bynajmniej jedyne ofiary tamtego nalotu. Od ognia karabinów maszynowych zginęła bliżej nieokreślona, ale dość znaczna liczba podróżnych z zaatakowanego pociągu. Dość powiedzieć, że na jednym spośród krzaków tarniny rosnących wzdłuż torów kolejowych zostały wiszące tam jasne warkocze... Zerwała je wraz ze skórą z głowy kilkunastoletniej dziewczynki seria z pokładowego karabinu maszynowego. A kiedy samoloty odleciały  i nastała cisza... spomiędzy rządków kartofliska podniosła się Michalina Defińska. 
Długo jeszcze potem tak samotnie stała na tym polu...
Grupa ocalałych z tamtego nalotu pasażerów przepełnionego pociągu wiozącego uciekinierów ze Śląska znalazła schronienie w pobliskim dworze, którego właścicielem był adwokat, ten sam, którego przed dwudziestu już prawie laty, wyniósł z pola bitwy mój dziadek - Jan Pacek, co już dożył wybuchu kolejnej wojny.
Wspomnienie o tragicznych skutkach tamtego nalotu zawsze wyciskało łzy z oczu mojej ciotki - Bronki Kołodziejowej. Wspominając Józefa Gołdę, cioteczna siostra mojego ojca płakała nawet jeszcze wtedy, gdy od dawna już będąc wdową, zbliżała się do osiemdziesiątki. Józef Gołda był wszak jej młodzieńczą miłością. Zabitego w czasie tamtego nalotu rówieśnika mojego ojca bardzo sympatycznie przechowała w swojej pamięci także moja matka. Znała przecież całą jego rodzinę. Jedna z jego licznych sióstr do dziś pamięta, że to właśnie moja matka nauczyła ją sztuki robienia na drutach wełnianych swetrów i skarpetek.
A potem, po masakrze dokonanej na torach kolejowych z tego również powodu, że na niebie nad Jastrzębiem niemieckie samoloty w żaden sposób nie były niepokojone przez myśliwce z biało-czerwoną szachownicą na skrzydłach; jastrzębie z Luftwaffe - tak chyba po trosze z nudów - „zabawiały się” strzelaniem do dziatwy pasącej bydło na dworskiej łące. W praktyce oznaczało to, że celem ich pokładowych karabinów maszynowych była także moja matka - dziewczynka wówczas zaledwie jedenastoletnia. A także jej brat Władek, starszy aż o całe pięć lat. Kierowany zwykłą ciekawością pokazałem kiedyś mojej matce sylwetki rozmaitych niemieckich samolotów z tamtego czasu. Jakkolwiek nie potrafiła ona rozróżnić chociażby samolotu myśliwskiego od bombowego, to jednak dwusilnikowego Do-17 rozpoznała bezbłędnie. Pomimo, że od tamtego września 1939 roku, minęło wtedy już całe sześćdziesiąt pięć lat...
 

Fot. 14. Luftwaffe bombarduje linię kolejową... gdzieś w Polsce
 
We wtorek, 5 września o godzinie 7.30 przy silnym wsparciu lotnictwa i artylerii niemiecka 19. Dolnosaksońska  Dywizja Piechoty podjęła siłami swojego 59. pułku próbę natarcia na pozycje bronione przez 83. Pułk Strzelców Poleskich. Nieprzyjacielskie działania zaczepne spotkały się ze zdecydowanym oporem stawianym przez I batalion, pozostający pod dowództwem majora Stefana Gieranowskiego. Niemieckie natarcie załamało się ostatecznie w silnym ogniu polskiej artylerii, wspólnie prowadzonym przez 30. Poleski Pułk Artylerii Lekkiej oraz 30. dywizjon artylerii ciężkiej. Nieprzyjaciel wycofał się na swoje linie wyjściowe, pozostawiając na przedpolu polskich linii obronnych kilka zniszczonych pojazdów pancernych.
Powodzeniem natomiast zostało uwieńczone poranne uderzenie Niemców na stanowiska obronne dowodzonego przez majora Kazimierza Klimczaka III batalionu 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców oraz pozostającego pod rozkazami majora Stanisława Mastalskiego III batalionu 84. Pułku Strzelców Poleskich. Po kilkugodzinnej zaciętej walce żołnierze Wehrmachtu zdołali na tym odcinku sforsować Widawkę. Następnie opanowali nasze pozycje na wydmie Podżar oraz zdobyli południowy skraj wsi Żar.
 

Fot. 15. Niemieccy żołnierze na zdobytych polskich pozycjach na wydmie Podżar
 
Sukcesem natomiast nie zakończyły się zaczepne działania nieprzyjaciela na odcinku Słupia i Pólko, gdzie kolejny już raz swoją niebywałą skutecznością popisała się polska artyleria.
W dniu 5 września, dążąc do ostatecznego przełamania linii polskiej obrony nad Widawką, Niemcy podjęli w godzinach popołudniowych jednoczesne działania zaczepne na całej szerokości polskich linii obronnych pomiędzy miejscowościami Żar i Magdalenów. Nacierającym formacjom nieprzyjaciela silnego wsparcia udzielało zarówno lotnictwo, jak i artyleria. Pod ich osłoną niemiecka kolumna sforsowała Widawkę i posuwając się wzdłuż szosy łączącej Szczerców z Klukami, zdołała opanować wzgórza położone na zachód od Teofilowa.
W drugiej fazie bitwy generał Leopold Jan Cehak, dowódca 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, wydał rozkaz wykonania dwóch kontrnatarć. Pierwsze z nich, pod Magdalenowem, przypadło w udziale siłom dowodzonego przez podpułkownika Antoniego Chruściela 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców, wzmocnionego dwoma kompaniami 83. Pułku Strzelców Poleskich oraz 41. kompanią czołgów kapitana Tadeusza Witanowskiego. 
Tym drugim przeciwuderzeniem przeprowadzonym pod Teofilowem dowodził osobiście pułkownik Stanisław Sztarejko. Jego dość szczupłe siły składały się z 12. kompanii pozostającej pod komendą kapitana Stanisława Radajewicza oraz dowodzonego przez majora Tadeusza Kiersta II batalionu 84. Pułku Strzelców Poleskich.
Oba natarcia zakończyły się odzyskaniem uprzednio utraconych pozycji obronnych, a więc można tu mówić o pełnym sukcesie taktycznym. Ma się rozumieć, nasza nacierająca piechota korzystała ze wsparcia artylerii, która w jednym przypadku (w rejonie wydmy Żar) powstrzymała także przeciwuderzenie niemieckich czołgów, spieszących z pomocą dla swojej broniącej się piechoty. Od ognia własnej artylerii zginęło wtedy 12 naszych piechurów, zaś trzech innych odniosło rany. Było to skutkiem nieprzewidzianego, zbyt szybkiego posuwania się do przodu nacierających formacji 5. i 6. kompanii, dowodzonych przez podporucznika Ferdynanda Webera i kapitana Mieczysława Makarewicza. Ostatecznie Niemcy zostali jednak w końcu wyparci za Widawkę. Dwukrotnie zaś podjęte przez nich jeszcze tego samego dnia o godzinie 16.00 oraz 18.00 zaczepne działania w rejonach Słupi, Rząsawy, Oleśnika oraz Księżego Młyna - zostały powstrzymane gwałtownymi nawałami naszego ognia artyleryjskiego, który stanowił również skuteczną zaporę dla nieprzyjacielskich sił pancernych usiłujących przemieścić się dwiema drogami w rejon Kuźnicy Kaszewskiej.
Ani na chwilę nie opuszcza mnie świadomość, że jednym spośród wielu uwijających się niczym w ukropie żołnierzy, obsługujących wówczas tamte przestarzałe działa - jakże skutecznie przecież powstrzymujące niemieckie poczynania ofensywne nad bagnistymi brzegami Widawki - był także mój stryj, bombardier Stefan Nasiołkowski... 
 

Fot. 16. Ostatnia fotografia bombardiera Stefana Nasiołkowskiego
 
Na podkreślenie zasługuje fakt, że w trakcie bitwy nad Widawką, 30. Poleska Dywizja Piechoty zadała nacierającym siłom niemieckim poważne straty i nie pozwoliła wyprzeć się z zajmowanych pozycji. Tu i ówdzie spotkałem informacje, że w trakcie walk nad Widawką nasi żołnierze wzięli do niewoli około setki żołnierzy Wehrmachtu, co jednak nie znajduje potwierdzenia w żadnych materiałach źródłowych. Natomiast wszystkie materiały źródłowe i ich opracowania zgodnie podkreślają wzorcowy charakter działań bojowych dywizyjnej artylerii, która prowadziła ogień na tyle skuteczny, że zdołała w wydatny sposób przyczynić się do zlikwidowania dokonanych przez nieprzyjaciela dwóch wyłomów w naszych liniach obronnych. Jednego pod Teofilowem, a drugiego - pod Żarem. 
Dowodzona przez porucznika Mieczysława Chylińskiego czwarta bateria, której oficerem był podporucznik Witold Trippenbach, strzelała wtedy do tego stopnia intensywnie, że trzeba było do niej dwukrotnie dowozić amunicję. Dość powiedzieć, że każde spośród dział tej baterii wystrzeliło wówczas aż po 196 pocisków. Kiedy pod wieczór znów ożywiła się walka na odcinku obsadzonym siłami I batalionu 84. Pułku Strzelców Poleskich, dowodzonego przez kapitana Antoniego Wadzyńskiego, ponownie w szczególny sposób wyróżniła się dowodzona przez porucznika Piotra Boużyka ósma bateria, zajmująca swoje stanowiska we wsi Podścichawa, nieopodal miejscowości Kluki. Oficer ten wydał rozkaz ustawienia stumilimetrowych haubic w chłopskich chałupach, a następnie prowadzenia z ich okien ostrzału ogniem na wprost, który skutecznie uniemożliwiał przejście nieprzyjaciela przez most nieopodal dworu Słupia. Jedyną troską artylerzystów było, czy aby tylko nie zabraknie im amunicji. Haubice ósmej baterii strzelały wtedy aż tak intensywnie, że powodowało to konieczność schładzania ich luf wodą.
Ten wielce niekonwencjonalny sposób prowadzenia ognia artyleryjskiego nie był wszak żadnym novum z punktu widzenia sztuki wojennej. W identyczny bowiem sposób strzelała polska artyleria w dniu 19 kwietnia 1809 roku podczas bitwy pod Raszynem toczonej z Austriakami, którzy wkroczyli wówczas na terytorium Księstwa Warszawskiego. Uwieńczeniem tamtego zwycięskiego boju był brawurowy atak naszej piechoty prowadzonej do szturmu na bagnety przez księcia Józefa Poniatowskiego, który w ferworze walki zapomniał wyjąć   z ust swoją ulubioną porcelanową fajkę… 
Powtórzenie artyleryjskiego fortelu sprzed stu trzydziestu lat jednoznacznie wskazuje na to, że porucznik Piotr Boużyk doskonale znał bojowe wyczyny poprzednich generacji polskich artylerzystów. Tym samym fakt ten przekonuje nas o tym, że porucznik Boużyk był oficerem doskonale przygotowanym do bojowych zadań, jakie teraz musiała wykonywać dowodzona przez niego bateria. A do tego wszystkiego dowódca tej baterii miał szczęście posiadać pod swoimi rozkazami oficera wyróżniającego się nie byle jaką fantazją. Mam tu na myśli osobę podchorążego Janusza Grodzickiego. 
Czy zatem z wojenną rzeczywistością września 1939 roku, cośkolwiek wspólnego posiadać może wykreowany na symbol tamtych wydarzeń absurdalny wszak, choć przecież dość powszechny stereotyp polskiego kawalerzysty bezsilnie rąbiącego szablą lufę niemieckiego czołgu?
Niepodważalnym faktem jest przecież przyznanie przez Niemców, że pokonanie we wrześniu 1939 roku jednej źle wyekwipowanej polskiej dywizji wymagało od nich trzykrotnie większego wysiłku bojowego niż rozbicie dywizji francuskiej w trakcie późniejszych walk, które toczone były przez Wehrmacht na froncie zachodnim podczas kampanii wiosennej w roku 1940. 
Pomimo to, że kilkakrotnie podejmowane przez Niemców próby forsowania Widawki zakończyły się niepowodzeniem atakujących, dowództwo Armii „Łódź” zmuszone zostało do podjęcia decyzji o wycofaniu się na wschód, co też nastąpiło w nocy z 5 na 6 września. Uzasadnieniem rozkazu odwrotu było ogólne położenie na froncie, a także fakt, że nieprzyjaciel odniósł sukcesy na odcinku obrony lewego sąsiada 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Była nim 10. Dywizja Piechoty, która już po raz drugi w tej wojnie, nie zdołała utrzymać swoich pozycji obronnych.
Dość powiedzieć, że 5 września około godziny 22.00 dowódca II batalionu 84. Pułku Strzelców Poleskich, major Tadeusz Kierst otrzymał rozkaz przygotowania się do przeprowadzenia ataku, a niespełna kilkanaście minut później przyszedł całkiem odmienny rozkaz — nakazujący tym razem przygotowanie się do odwrotu, co wywołało nie byle jakie zdziwienie naszych żołnierzy w pełni świadomych swoich bojowych sukcesów. Otrzymany telefonicznie przez generała Cehaka około godziny 22.30 rozkaz odwrotu znad Widawki był wynikiem przełamania przez Niemców polskiej obrony na obydwu skrzydłach Armii „Łódź”. Rozbiciu uległa wtedy znajdująca się w stadium organizacji Armia „Prusy”, opuszczona przez swojego dowódcę — generała Stefana Dęba-Biernackiego. W tym momencie nikt zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, że konieczność odwrotu Armii „Łódź” z pozycji obronnych nad Widawką przesądzała ostatecznie o klęsce Polski w tej wrześniowej wojnie.
W walkach obronnych nad Widawką poległo lub też zostało rannych około 100 żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Jednym ze śladów udziału 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej w walkach pod Szczercowem jest grób żołnierza tej jednostki, kaprala Jana Kulosa, spoczywającego na cmentarzu wojennym we wsi o iście wisielczej nazwie — Szubienice. W tej zbiorowej mogile spoczywa tam oprócz niego jeszcze sześciu innych szeregowych żołnierzy: Ignacy Brylak, Jan Kolasiński, Józef Łukasik, Jan Kucharczyk, nieznanego imienia strzelec Kowalik oraz jeden jeszcze żołnierz zupełnie już nieznany zarówno z imienia, jak i nazwiska. 
 

Fot. 17. Cmentarz wojenny we wsi Szubienice.
 

Fot. 18. Cmentarz wojenny w Klukach. Groby poległych nad Widawką żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty
 

Fot. 19. Tablica pamiątkowa na cmentarzu w Klukach
 

Fot. 20. Niezabliźniona wojenna rana nieopodal Kluk. Przydrożny grób nieznanego polskiego dziecka zabitego podczas nalotu Luftwaffe.
 
Ponadto wojenne groby na cmentarzu w nieopodal leżących Klukach kryją w sobie doczesne szczątki trzydziestu dwóch naszych żołnierzy poległych w dwudniowych walkach nad Widawką. W jednym z tych grobów spoczywa poległy wówczas bombardier Ludwik Olek — jaszczowy należący do obsługi III działonu ósmej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Jego bezpośredni dowódca, podchorąży Janusz Grodzicki, zadbał o to, by na krzyżu wypisano nazwisko poległego żołnierza. 
Lecz nikt nie zdołał - w tamtym czasie - sprawić pochówku poległemu nad Widawką, urodzonemu w roku 1913, kapralowi Stanisławowi Glince, rodem z kresowego Pińska. Jego zapomniane doczesne szczątki wraz                              z kompletnym nieśmiertelnikiem zostały odnalezione dopiero w roku 2008. Nadpalone przez pożar trawiący okopową faszynę i przysypane cienką warstwą ziemi, zwłoki żołnierza do tej pory spoczywały w miejscu, gdzie dopadła go wojenna śmierć. A więc w okopach, które we wrześniu 1939 roku były pozycjami obronnymi 84.. Pułku Strzelców Poleskich. 
Świadectwem stoczonej tutaj bitwy był do niedawna także cmentarz grupujący czterdzieści dwa groby, w których pochowano doczesne szczątki żołnierzy niemieckich poległych tutaj w tamtych dniach. Niestety, przed kilku laty władze polskie wyraziły zgodę na likwidację tego cmentarza wojennego przez niemiecką fundację, która zajmuje się sprowadzaniem do Niemiec szczątków żołnierzy niemieckich - daleko od ich ojczyzny, lecz i tak za swą ojczyznę niby to poległych. Z tego rodzaju poglądem w jaskrawy sposób kłóci się jednak miejsce ich pochówku - zawsze dość dalekie od granic własnego kraju... W ten oto sposób za zgodą naszych władz zatarty został jeszcze jeden ślad historii, która onegdaj przetoczyła się przez nasze ziemie.  
Pomimo przeprowadzenia przez nieprzyjaciela bombardowania zaplecza polskiej obrony dowodzony przez majora Adama Fedorkę III dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej poza poległym bombardierem Ludwikiem Olkiem nie poniósł w tamtej bitwie żadnych strat w ludziach, co było wynikiem bardzo dobrego ukrycia poszczególnych baterii na zajmowanych przez nie stanowiskach ogniowych. 
Dowodzona przez porucznika Leona Witkowskiego - druga bateria również nie poniosła w tej fazie walk żadnych strat. Zapewne także i z tej przyczyny, że nieposiadająca właściwego rozpoznania niemiecka artyleria ostrzeliwująca las mogła prowadzić jedynie dość chaotyczny ogień. Natomiast wieczorem w dniu 5 września nad Widawką, tuż obok zabudowań dworu w Klukach, na skutek prowadzenia przez niemiecką artylerię ognia pociskami rozpryskowymi ranny został telefonista kapral Stanisław Wysokiński, którego niezwłocznie odtransportowano do szpitala. Odłamki niemieckiego pocisku dosięgły także porucznika Mieczysława Chylińskiego, dowódcę czwartej baterii. Pomimo odniesionych ran, porucznik Chyliński nadal wykonywał swoje obowiązki dowódcze. Jednakże jego - z godziny na godzinę - pogarszający się stan wymusił konieczność objęcia dowództwa czwartej baterii przez podporucznika Antoniego Arciszewskiego. W trakcie wycofywania się naszego wojska pod naporem przeważających sił Wehrmachtu, żołnierze baterii wieźli swojego rannego dowódcę na wozie. Jego stan w tym czasie był już do tego stopnia zły, że ranny porucznik nawet się nie zbudził, gdy w czasie jazdy pękł dyszel wiozącego go wozu. W końcu jednak, w dniu 8 września, porucznik Mieczysław Chyliński musiał niestety opuścić swoją baterię. Ewakuacyjne drogi zawiodły rannego dowódcę czwartej baterii aż do Chełma Lubelskiego, gdzie w tamtejszym szpitalu wojskowym zmarł w dniu 18 września z powodu ran odniesionych w trakcie walk pod Szczercowem. Pochowano go na cmentarzu wojennym w Chełmie Lubelskim w kwaterze żołnierzy września 1939 roku.
Charakteryzując przebieg walk nad Widawką, major Adam Fedorko słusznie narzeka na niedoskonałość naszego systemu łączności. Wynikała ona zarówno ze szczupłości nowoczesnych środków technicznych pozwalających na utrzymywanie łączności radiowej, jak i z zawodności sieci telefonicznej - co  i rusz - uszkadzanej podmuchami eksplozji nieprzyjacielskich bomb i pocisków artyleryjskich. Z każdym dniem coraz bardziej odczuwano niedostatek kabla jakże potrzebnego na naprawę sieci telefonicznej. Dość powiedzieć, że III dywizjon dysponował zaledwie dwiema radiostacjami, z których jedna znajdowała się w centrali w miejscu postoju dywizjonu, zaś druga — na jego posterunku obserwacyjnym. Pozytywną stroną było jednak normalnie funkcjonujące zaopatrzenie dywizjonu w żywność oraz dostateczny zapas amunicji artyleryjskiej. 
Odwrót 30. Poleskiej Dywizji Piechoty znad Widawki w kierunku Dłutowa, maskowany ogniem własnej artylerii prowadzonym już zupełnie bez obserwacji, rozpoczął się 5 września o godzinie 23.00. Jako pierwszy odszedł 82. Syberyjski Pułk Strzelców dowodzony przez podpułkownika Antoniego Chruściela. Oddziały pułku, wielokrotnie atakowane przez zupełnie bezkarnie działające lotnictwo nieprzyjaciela, posuwały się piaszczystymi drogami zatłoczonymi przez tłumy uciekinierów. Przemarsz wiódł trasą Parzno – Bujny Szlacheckie – Zabiełłów – Łaziska. Do celu tego swojego trudnego marszu  82. Syberyjski Pułk Strzelców dotarł w środę 6 września w godzinach popołudniowych.
Dowódcy I i III dywizjonu otrzymali rozkaz stawienia się w tym samym oznaczonym miejscu, skąd oba dywizjony pomaszerowały w kierunku rozwidlenia drogi łączącej Szczerców z Bełchatowem z drogą wiodącą do dworu Słupia. Tutaj nastąpiło włączenie się dywizjonów do kolumny marszowej 84. Pułku Strzelców Poleskich, dowodzonego przez pułkownika Stanisława Sztarejkę. Pułk ten rozpoczął wycofywanie się ze swych pozycji około północy. Poszczególne jego bataliony maszerowały różnymi drogami. Pierwszy batalion, którego śladem podążał I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, dowodzony przez majora Stanisława Nikodemowicza, dotarł o świcie do miejscowości Nowy Świat, leżącej u wrót Bełchatowa. Stąd formacja ta pomaszerowała dalej szlakiem wiodącym przez Domiechowice – Józefów – Teresin – Drużbice – Gręboszów i Wadlew aż do lasu majątku Dłutów, który to cel kolumna marszowa osiągnęła po południu 6 września.
Dowodzony przez pułkownika Adama Nadachowskiego 83. Pułk Strzelców Poleskich wraz z dowodzonym przez majora Aleksandra Makowitza II dywizjonem 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej opuściły swoje pozycje nad Widawką w nocy, pomiędzy godzinami 1.00 a 2.00. Przemieszczając się drogami wiodącymi przez miejscowości Sobki, Zelów i Karczmy, obie jednostki dotarły do wyznaczonego im celu, którym była miejscowość Dłutów.
Dowództwo 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej oraz jego III dywizjon, dowodzony przez majora Adama Fedorkę, rozpoczęły odwrót znad Widawki o godzinie 23.00, opuszczając tym samym swoje dotychczasowe pozycje, zlokalizowane (jak to już zostało wspomniane) nieopodal miejscowości Kluki. Nad ranem 6 września kolumna dotarła do Zelowa, a nocą z 6 na 7 września osiągnęła docelowy rejon Dłutowa. Zauważyć tutaj należy, że do odwrotu polskich jednostek zaczął się już w tym momencie zakradać chaos. Otóż artyleria nie wycofywała się już w sposób dla niej przewidziany, a więc wspólnie z pułkami piechoty, do których uprzednio zostały przypisane poszczególne dywizjony 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Planowo bowiem I dywizjon powinien był maszerować z 82. Syberyjskim Pułkiem Strzelców, II dywizjon był przypisany 83. Pułkowi Strzelców Poleskich, zaś III dywizjon miał towarzyszyć 84. Pułkowi Strzelców Poleskich. Niezależnie od wszystkiego; w trakcie przemarszów gubili się poszczególni żołnierze i oficerowie. Dość powiedzieć, że początkowo oficer czwartej baterii podchorąży Wojciech Krzyształowicz zmierzał w kierunku Dłutowa z zupełnie przypadkowo napotkanymi jednostkami piechoty. Po przebyciu w ten sposób kilku kilometrów przyłączył się do kolumny marszowej I dywizjonu, dowodzonego przez majora Stanisława Nikodemowicza. Wraz z żołnierzami baterii kapitana Alojzego Piwowara dotarł w końcu do wsi Mrogi, gdzie napotkał swoją macierzystą, czwartą baterię, z którą przez Śladkowice dotarł około godziny 21.00 do miejsca koncentracji w rejonie Dłutowa. Po drodze, około godziny 15.00, kolumna przejeżdżała przez stojącą w ogniu wieś Hutę Dłutowską, podpaloną na skutek nalotu samolotów nieprzyjaciela. 
 

Fot. 21. Efekt nalotu Luftwaffe — płonąca polska wieś
 
Samoloty te w chwilę po zaatakowaniu wsi, usiłowały około godziny 15.00 atakować także kolumnę marszową, w skład której wchodziła czwarta bateria 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Lotniczy atak tym razem się nie powiódł, gdyż samoloty zostały skutecznie przepłoszone ogniem artylerii przeciwlotniczej, co wywołuje we mnie pewne zdziwienie, jeśli zważyć, że 30. Poleska Dywizja Piechoty nie dysponowała własną artylerią przeciwlotniczą. Zaatakowana przez lotnictwo nieprzyjaciela bateria poszła jednak w rozsypkę, pomimo tego, że nie poniosła właściwie żadnych strat. Lecz jej dowódca podporucznik Antoni Arciszewski najwyraźniej zupełnie w tej sytuacji stracił głowę. Bez reszty owładnięty poczuciem swej bezradności siedział na przydrożnym kamieniu. Dopiero przejeżdżający akurat tą drogą pułkownik Zygmunt Łakiński, dowodzący całością dywizyjnej artylerii, swą stanowczą postawą uratował sytuację.
Wskazane uprzednio rejony swojej koncentracji w okolicach Dłutowa poszczególne jednostki wchodzące w skład 30. Poleskiej Dywizji Piechoty zaczęły osiągać w ciągu całego dnia 6 września. Najwcześniej, gdyż już około godziny 10.00, przybył tutaj 30. dywizjon artylerii ciężkiej. Drogi zatarasowane tłumami cywilnych uciekinierów i wojskowymi kolumnami stanowiły łatwy cel dla nieprzyjacielskiego lotnictwa, bezkarnie operującego na niskich pułapach. Nic zatem dziwnego, że w tych warunkach pozostałe kolumny marszowe posuwały się bardzo wolno.
 

Fot. 22. Efekt nalotu Luftwaffe - masakra na polskiej drodze
 

Fot. 23. Efekt nalotu Luftwaffe na polską kolumnę wojskową
 

Fot. 24. Pułkownik Zygmunt Łakiński – zdjęcie późniejsze już jako generał
 

Fot. 25. Marszałek Edward Śmigły-Rydz. Silni, zwarci, gotowi...
 

Fot.26. Mapa obrazująca dyslokację polskich sił oraz kierunki niemieckiego natarcia.
 
Niemcy, zupełnie nieświadomi odwrotu polskich sił, przeprowadzili nad ranem 6 września przygotowanie artyleryjskie - modus operandi - poprzedzające każde natarcie nieprzyjacielskiej piechoty na polskie pozycje obronne. Szybko jednak zorientowawszy się w sytuacji, natychmiast podjęli pościg za wycofującymi się polskimi formacjami. Doprowadziło to do walki, jaką IV batalion 84. Pułku Strzelców Poleskich musiał stoczyć z niemiecką pancerną grupą pościgową nieopodal folwarku Kącik i wsi Drużbice . 
W trakcie tej potyczki rozbita została kompania zwiadowców tego pułku, utracono wtedy również dwa działka przeciwpancerne oraz jaszcze z amunicją przeznaczoną dla armat artylerii piechoty.
Tymczasem na północny zachód od Armii „Łódź”, toczącej właśnie  z dość dużym powodzeniem, niebywale zacięte walki obronne nad Widawką - stała sobie spokojnie przez nikogo nieatakowana, sparaliżowana rozkazem marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, Armia „Poznań” - dowodzona przez generała dywizji Tadeusza Kutrzebę, który niewątpliwie - spośród polskich generałów tamtego czasu - był najlepszym fachowcem wojennego rzemiosła... Pikanterii sprawie dodaje fakt, że jego zwierzchnik, marszałek Edward Śmigły-Rydz nie posiadał żadnego solidnego wykształcenia wojskowego. Był za to protegowanym pupilkiem, także nie posiadającego żadnego przygotowania wojskowego, marszałka Józefa Piłsudskiego... Efektem tego nepotycznego stanu rzeczy było, że we wrześniu 1939 roku Naczelny Wódz nie potrafił racjonalnie zsynchronizować ze sobą działań trzech wielkich związków taktycznych; Armii „Poznań”, Armii „Łódź” i Armii „Pomorze”, czego skutkiem jest w pełni uzasadnione twierdzenie, iż o naszej wrześniowej klęsce w 1939 roku zadecydowały praktycznie wydarzenia, jakie rozegrały się nad Widawką w dniu 5 września... 
Odpowiedzialności, jaką - za naszą wrześniową klęskę i wszelkie jej skutki - ponosi nepotyczna, sanacyjna klika piłsudczyków - nie jest w stanie  w żaden sposób zniwelować pokutny powrót do okupowanego kraju jej sztandarowej osobistości, jaką po śmierci Józefa Piłsudskiego był wszak niewątpliwie zdolny karykaturzysta i malarz akwarelista, Edward Śmigły – Rydz... mianowany w 1935 roku przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, Marszałkiem Polski - a jakże, z miesięcznym uposażeniem 3000 zł!
 
 
 
Piotr Jan Nasiołkowski
 
 
 
 
 
Fotografie ilustrujące artykuł pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.
 

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Wyglada na to że jest już PO-obiedzie. 10 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Ten Budka to prawdziwy Napoleon ha.ha
    11 godzin temu
  • Born in Skarland powiedział(a) Więcej
    "Drogie" Ekojołopy !! Dzięki EURO 2012 które zabrało kasę do Gdańska ( Pan premier TUSK musiał dojechać do... 16 godzin temu