Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

ODWRÓT ZNACZONY KLĘSKĄ... Piotr Jan Nasiołkowski

Coraz to bardziej bezładnemu odwrotowi polskiej armii, pobitej w bitwie granicznej i wycofującej się już także ze swoich głównych pozycji obronnych - towarzyszyły różnorakie działania niemieckich dywersantów, informujących drogą radiową o położeniu i ruchach naszych jednostek wojskowych oraz dezorganizujących wszelkimi możliwymi sposobami przemarsz wojska, nie wyłączając także bezpośrednich zbrojnych ataków na nasze formacje. Zdarzało się, że poprzebierani w mundury polskich oficerów niemieccy dywersanci wydawali spotkanym na drodze kolumnom wojskowym rozkazy, siejące zamęt wśród wycofującego się wojska. Incydenty tego rodzaju zostały odnotowane przez podchorążego Wojciecha Krzyształowicza, oficera zwiadu 4. baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Relacjonuje on przypadek wydania przez nieznanego nikomu majora rozkazu zmiany kierunku marszu kolumny piątej baterii. Wykonując ten rozkaz, bateria skręciła do lasu, gdzie tenże siedzący na koźle major przejął lejce od woźnicy powożącego pierwszym zaprzęgiem, a następnie usiłował skierować konie do głębokiego wykopu. Gdy woźnica, zorientowawszy się w sytuacji i zamiarach rzekomego majora, usiłował zepchnąć go z kozła, ten natychmiast sięgnął po broń i nim - uciekając - zniknął w leśnym gąszczu, oddał do woźnicy dwa strzały. Na całe szczęście kule przedziurawiły jedynie czapkę i kołnierz munduru żołnierza.


Już we wstępnej fazie walk wycofujące się nocą znad Warty polskie oddziały zostały we wsi Nacierz zaatakowane przez niemieckich dywersantów. Nie należy się temu specjalnie dziwić, jeżeli się zważy, że nasi oficerowie zaobserwowali przez lornetki bezpośrednio po wycofaniu się sił polskich uroczyste powitanie w Bogumiłowicach przez miejscową mniejszość niemiecką oddziałów Wehrmachtu wkraczających właśnie do ich wsi. Nieopodal Bełchatowa dowodzeni przez porucznika Kazimierza Krasonia żołnierze 7. kompanii 84. Pułku Strzelców Poleskich ujęli grupę dywersantów wyposażonych w radiostację. Podobne zdarzenie miało niebawem miejsce także koło Rogowa, gdzie polscy żołnierze ujęli na gorącym uczynku niemieckiego dywersanta także wyposażonego w krótkofalówkę. Nadawał, siedząc w betonowym przepuście pod torami kolejowymi. Ponadto w okolicach Brzezin, gdzie licznie mieszkała mniejszość niemiecka, polska kolumna wojskowa została zaatakowana przez pojedynczy niemiecki samolot. Ataku tego nie poprzedzały żadne działania rozpoznawcze. Jest oczywiste, że w zlokalizowaniu naszego zgrupowania musiał mieć swój udział naziemny obserwator, a więc niemiecki dywersant. Natomiast w samych już Brzezinach niemieccy dywersanci ostrzelali sztab przechodzącego właśnie przez tę miejscowość 83. Pułku Strzelców Poleskich. Nie można też nie wspomnieć o zaatakowaniu Wołyńskiej Brygady Kawalerii przez ugrupowanie niemieckich dywersantów przebranych w polskie mundury oraz wyposażonych w polskie dokumenty. Zwycięską walkę z nimi stoczył 12. Pułk Kawalerii. Liczący kilkudziesięciu członków oddział niemieckich dywersantów został wtedy ostatecznie przez naszych kawalerzystów otoczony i zlikwidowany. Okazało się, że wszyscy członkowie tej grupy dywersyjnej wyposażeni byli w czytelne jedynie dla Niemców znaki rozpoznawcze, których rolę spełniały specjalne, identyczne chusteczki do nosa.

Doszło nawet do tego, że 8 września w godzinach wieczornych niemieccy dywersanci odważyli się zaatakować stacjonujący w Zajrzewiu sztab 2. Dywizji Piechoty.
Następnego dnia zajęte nieopodal Przyłęka stanowisko ogniowe piątej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej znalazło się pod ostrzałem dywersantów prowadzących do naszych żołnierzy ogień zarówno z karabinów, jak i broni maszynowej umieszczonej na dachach okolicznych chałup. W pierwszej chwili ten niespodziewany atak doprowadził nawet do rozpierzchnięcia się obsługi baterii. Jednakże dowódca trzeciego działonu na tyle opanował sytuację, że podlegli mu kanonierzy ogniem prowadzonym na wprost zniszczyli usytuowane na dachu jednej z chałup stanowisko karabinu maszynowego ostrzeliwującego pozycje naszych żołnierzy. Następnym przejawem aktywności dywersantów, z jaką dane było się zetknąć żołnierzom piątej baterii, była zasadzka urządzona przez nich przy wyjściu drogi z lasu. Nasi artylerzyści wpadli w nią nocą z 11 na 12 września. Piąta bateria została wówczas znienacka zaatakowana przez niemieckich dywersantów, gdy jej kolumna maszerowała w kierunku Żyrardowa.

Także w miejscowości Słupia dwa działony szóstej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej znalazły się nieoczekiwanie pod ogniem karabinów maszynowych, strzelających z okien zabudowań mijanych właśnie przez kolumnę marszową.

Niezależnie od tego wszystkiego dochodziło także do licznych przypadków dezercji. Na tym etapie walk szeregi naszej armii opuszczali samowolnie najczęściej żołnierze wywodzący się spośród mniejszości niemieckiej już od pokoleń mieszkającej w Polsce. I trudno się temu wszystkiemu dziwić, skoro na terenie Polski już od roku 1934 zupełnie legalnie działała Jungdeutsche Partei, stanowiąca wszak zagraniczną ekspozyturę NSDAP. Na dwa lata przed wybuchem wojny została nawet utworzona w Łodzi samodzielna placówka tej antypolskiej partii. Szczególną rolę w indoktrynacji nazistowską ideologią mieszkającej w Polsce mniejszości niemieckiej odegrał zlokalizowany w tejże Łodzi konsulat III Rzeszy, którym aż do samego wybuchu wojny kierował wspomniany już wcześniej konsul Edward Berchem von Königsfeld.

Jak zauważył osiemnastoletni wówczas łodzianin, Karl Dedecius, przenikające z III Rzeszy narodowosocjalistyczne idee zakorzeniały się przede wszystkim w kręgach społecznego marginesu, wśród bezrobotnych, a także przeróżnej maści karierowiczów i frustratów, którzy wprawdzie nie zdołali zdobyć żadnego wykształcenia ani zawodu, lecz za wszelką cenę chcieli się stać wielce ważnymi personami.

Jednym z zauważalnych efektów aktywności propagandy nazistowskiej było unikanie służby w Wojsku Polskim przez poborowych pochodzących z kręgów mniejszości niemieckiej zamieszkującej nasz kraj. W okresie bezpośrednio poprzedzającym najazd niemiecki na Polskę młodzi ludzie (polscy obywatele uważający się jednak za należących do narodowości niemieckiej) licznie uciekali za granicę i wstępowali do Wehrmachtu. Dość powiedzieć, że od stycznia do połowy sierpnia 1939 roku zbiegło z Polski do Niemiec aż 78 tysięcy osób. Do tego rachunku dodać należy liczbę 18 tysięcy uciekinierów, którzy udali się do Wolnego Miasta Gdańska. W przeważającej swej części uciekinierzy ci we wrześniu 1939 roku niebywale byli agresorom przydatni, gdyż w swoich rodzinnych stronach pełnili rolę znawców terenu oraz miejscowych stosunków. Znali także język polski. Tak więc i tłumaczy miał Wehrmacht w swych szeregach co niemiara.


tsk24.pl

Fot. 1. Zbrojni niemieccy dywersanci


tsk24.pl

Fot. 2. Niemiecki dywersant w polskim mundurze


tsk24.pl

Fot. 3. Powitanie Wehrmachtu przez mniejszość niemiecką w Polsce


tsk24.pl

Fot. 4. Powitalne sypanie kwiatków pod nogi żołnierzy Wehrmachtu w Aleksandrowie Łódzkim.


tsk24.pl

Fot.5. Szklanka wody dla spragnionego żołnierza Wehrmachtu...Aleksandrów Łódzki.

Dość powiedzieć, że kiedy po zakończeniu wrześniowych działań militarnych zwycięska III Rzesza anektowała tereny leżące nad Wartą, co zarazem oznaczało dla Działoszyna zmianę nazwy na Dilltal, służbę w szeregach tamtejszej jednostki niemieckiej policji pełnili właśnie mieszkańcy Łodzi. Oczywiście, ci należący do tamtejszej mniejszości niemieckiej. Udało mi się ustalić, że jeden z nich nosił nazwisko Kitzmann.

Przyznaję, że nie bardzo jestem w stanie zrozumieć, jaki sens miało przyzwolenie ówczesnych władz polskich na działanie w naszym kraju placówek takiej partii politycznej, która zdobyła władzę w sąsiednim państwie także na skutek otwartego głoszenia hasła o konieczności rewizji Traktatu Wersalskiego, będącego wszak z punktu widzenia prawa międzynarodowego fundamentem istnienia naszego państwa.

Rolę odegraną we wrześniu 1939 roku przez niemiecką dywersję, rekrutującą się spośród zamieszkałej w Polsce mniejszości niemieckiej, doskonale rozumiał pułkownik Zygmunt Łakiński, we wrześniu 1939 roku dowodzący dywizyjną artylerią 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Dał temu wyraz w swojej relacji z wojny wrześniowej, gdzie sformułował pogląd, że nie jest dopuszczalne, aby w powojennej Polsce mieszkał choć jeden Niemiec. Nawiasem mówiąc; obydwie babki pułkownika Zygmunta Łakińskiego były Niemkami. Ich wnuk, służąc w PSZ na Zachodzie, awansował do stopnia generała i to on właśnie dowodził polską artylerią w bitwie pod Monte Cassino!

tsk24.pl

Fot. 6. Powitanie oddziałów Wehrmachtu w Pińczowie


tsk24.pl

Fot.7. Uczta powitalna urządzona przez Niemców zamieszkałych w podradomskim Młodocinie


tsk24.pl

Fot.8. Zwłoki polskiego żołnierza rozjechanego przez niemieckie czołgi


tsk24.pl

Fot.9. Na wpół zwęglone zwłoki polskiego żołnierza poległego w Żyrardowie


Z jednej strony władze polskie zezwoliły na działanie w naszym państwie obcej partii, która programowo otwarcie dążyła do likwidacji państwa polskiego. Z drugiej zaś strony władze tego samego państwa z niesamowitą wprost energią w bezwzględny sposób zwalczały rodzimą opozycję antysanacyjną. W tym miejscu wspomnieć należy niezbyt chwalebne epizody historii II Rzeczypospolitej. Niewątpliwie należy do nich zarówno tzw. Proces Brzeski, jak i zorganizowanie w Berezie Kartuskiej obozu dla tych wszystkich, którzy byli dla ówczesnej władzy politycznie niewygodni.
Myślę, że tego rodzaju działanie organów naszego ówczesnego państwa w pełni zasadnie nazwać należy prawnopaństwową autodestrukcją.

To także jedna spośród licznych przyczyn naszej klęski wrześniowej. Jedna, ale przecież nie jedyna. Nie można wszak przejść do porządku dziennego nad militarną słabością naszej armii, co wynikało wprost ze słabości gospodarczej II Rzeczypospolitej. Do tego stanu rzeczy walnie przyczyniały się wszelkie negatywy życia publicznego, posiadające swe źródło w niewłaściwie prowadzonej polityce kadrowej zarówno w służbie cywilnej, jak i w wojsku. Kluczem do awansu były bowiem najczęściej nie kompetencje i kwalifikacje, lecz polityczne sympatie oraz przynależność do stronnictwa sanacyjnego, pozostającego wszak poza zasięgiem wszelkiej krytyki. Piłsudczykowski nepotyzm spowodował, że wśród kadry oficerskiej brakowało kompetentnych oficerów. Analiza relacji z wrześniowej wojny obronnej, uzasadnia pogląd, iż stosownymi umiejętnościami - jeśli chodzi o niższą kadrę oficerską - a więc od podporucznika do kapitana, dysponowało około 60%, spośród oficerów wyższych - czyli od majora do pułkownika włącznie - za kompetentnych uznać można jakieś 30%, spośród korpusu generalskiego kompetencjami na wrześniowych polach walki wykazało się 10% i.... na samym szczycie dowodzenia Wojskiem Polskim; specjalistą od malowania akwareli oraz rysowania karykatur, zupełnie niekompetentny Naczelny Wódz, Marszałek Polski Edward Rydz-Śmigły, co we wrześniu 1939 roku wykazał się jedynie zatroskaniem o swoją kolekcję szabel! Zauważalna jest prawidłowość, że im wyżej – tym mniej kompetencji. Takim to był jeden z długofalowo narastających skutków Zamachu Majowego, pomyślanego o paradoksie - jako środek do uzdrowienia życia publicznego w kraju. W rzeczywistości jednak tamto działanie Józefa Piłsudskiego i jego oddanych stronników okazało się mieć dla Polski wielce destrukcyjny charakter, co w konsekwencji doprowadziło do największej tragedii w historii Narodu Polskiego. Stworzoną przez sanacyjny obóz władzy rzeczywistość II Rzeczypospolitej skutkującą upadek Państwa Polskiego - w swej relacji z wrześniowej wojny - poddał miażdżącej krytyce wspomniany już powyżej dowódca artylerii dywizyjnej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, pułkownik Zygmunt Łakiński. Posiadam tę spisana przez pułkownika Zygmunta Łakińskiego relację w swoim archiwum. Przed laty przywiozłem ją z Londynu. Dokładnie zaś mówiąc z Instytutu i Muzeum im. generała Władysława Sikorskiego w Londynie.


tsk24.pl

Fot.10. Marsz Józefa Piłsudskiego po władzę.


tsk24.pl

Fot.11. Obalony przez Józefa Piłsudskiego rząd Wincentego Witosa

* * *

Dokonany przez nasze dowództwo wybór dróg odwrotu znad Widawki okazał się być niebywale trafny, co pozwoliło naszym wojskom wycofać się w sposób niezwykle sprawny i zarazem niezauważalny dla nieprzyjaciela, którego lotnictwo nie mogło znaleźć naszych formacji. I to pomimo znacznego nasycenia rejonu Dłutowa licznymi jednostkami wycofującego się wojska, do których przecież należały także pułki 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Tymczasem, dążąc najwyraźniej do zatrzymania artyleryjskiej kolumny marszowej, członkowie V kolumny rozpuścili fałszywe wieści o zbliżaniu się niemieckich czołgów. Na skutek tego haubice dywizjonu majora Fedorki zajęły stanowiska ogniowe w lesie po obu stronach drogi. Działanie to wynikało również ze stale istniejącego zagrożenia lotniczego.
Minął jakiś czas, a nieprzyjacielskie czołgi jakoś nie nadchodziły. W pewnym momencie dowódca kolumny amunicyjnej chciał zmienić wyznaczone mu stanowisko. Kiedy jednak jaszcze kolumny amunicyjnej znalazły się już na szosie, ogłoszono alarm lotniczy. Wybuchła panika, która porwała za sobą jezdnych. Major Fedorko ujrzał uciekające szosą taczanki i galopujące jaszcze kolumny amunicyjnej. W odległości około 600–800 metrów od Dłutowa nalot niemieckich samolotów zniszczył kompletnie osiem jaszczy amunicyjnych III dywizjonu. Zginęło przy tej okazji kilkunastu kanonierów. Bomby lotnicze zabiły wtedy także aż 110 koni. Na skutek zamieszania wywołanego atakiem Luftwaffe zaginęło dwóch oficerów, dwóch podoficerów oraz pięćdziesięciu kanonierów. Z całej kolumny amunicyjnej III dywizjonu ocalały jedynie dwa jaszcze, które na domiar złego pojechały w kierunku Łodzi. Kiedy dywizjon przesuwał się obok swojej rozbitej kolumny amunicyjnej, dowódcy poszczególnych baterii na rozkaz majora Adama Fedorki pozbierali amunicję znajdującą się w zniszczonych jaszczach.

tsk24.pl

Fot. 12. Efekt nalotu Luftwaffe na polską kolumnę wojskową.
 

tsk24.pl

Fot. 13. Po nalocie Luftwaffe na polską kolumnę wojskową


tsk24.pl

Fot. 14. Porzucone polskie działo Schneider wz. 1897


tsk24.pl

Fot. 15. Zbiorowa mogiła poległych polskich żołnierzy.


tsk24.pl

Fot. 16. Poległy pancerniak obok zniszczonej tankietki


tsk24.pl

Fot.17. Zdobyty przez Niemców polski czołg 7TP


tsk24.pl

Fot.18. Zdobyte przez Niemców polskie działko przeciwpancerne Bofors kal.37 mm


Wracając jednak do opisu przebiegu wrześniowych działań wojennych, stwierdzić trzeba, że pomimo faktu wykrycia i zaatakowania przed wieczorem przez niemieckie samoloty polskich taborów, same zgrupowania 2. i 30. dywizji piechoty pozostały jednak niezauważone przez niemieckie rozpoznanie lotnicze. A to z uwagi na dobre ich ukrycie w masywach leśnych. Czoło kolumny marszowej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty osiągnęło około północy skrzyżowanie dróg w Dłutowie.
W tym samym momencie poczęły nadchodzić wielce niepokojące meldunki o pojawianiu się niemieckich patroli z kierunku Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie właśnie została rozbita odwodowa i nie do końca jeszcze zorganizowana Armia „Prusy”. W tamtym czasie generałowie Wiktor Thommeé i Leopold Cehak nie posiadali jednak informacji o klęsce tego ugrupowania. W tej sytuacji generał Thommeé wydał generałowi Cehakowi rozkaz nocnego przemarszu do rejonu Tuszyna, odległego od Dłutowa o jakieś 12 kilometrów. Zamiarem dowódcy Grupy Operacyjnej „Piotrków” było zgrupowanie 30. Poleskiej Dywizji Piechoty w jednym rzucie. Umożliwiało to zajęcie pasa obronnego o szerokości około 10 kilometrów. Noc była ciemna, bezksiężycowa. Obowiązywało zaciemnienie, więc w kierunku Tuszyna kolumny marszowe posuwały się w ciszy i ciemności. Trasa przemarszu wiodła przez wsie Tążewy, Górki Duże, Górki Małe, aż do Grabówki. Zagrożenie odcięciem od reszty własnych sił bezwzględnie nakazywało pośpiech. Więc ta część dywizji, którą tworzyła kolumna złożona z żołnierzy 84. Pułku Strzelców Poleskich oraz III dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej maszerowała bez żadnych przerw aż do godziny 6.00. Dopiero wtedy zarządzono ubezpieczony postój w lesie w odległości jakichś dwóch do trzech kilometrów od Tuszyna. W ten oto sposób do rejonu Tuszyna wraz z pułkiem dowodzonym przez pułkownika Stanisława Sztarejkę przybył III dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. W tej samej kolumnie marszowej znajdował się również 30. dywizjon artylerii ciężkiej. Major Adam Fedorko otrzymał wtedy rozkaz ubezpieczania odpoczywającego wojska przed bronią pancerną nieprzyjaciela. Spośród wszystkich dwunastu haubic III dywizjonu połowa dział ubezpieczała zgrupowanie po wszystkich czterech rogach zarówno leśnej parceli, jak i u wylotów przecinającej ją drogi. Odpoczywano niemal cały dzień. Położenie zgrupowania było nadal niejasne. Ogólna dyrektywa sprowadzała się do podejmowania działań opóźniających postępy nieprzyjaciela na linii pomiędzy Tuszynem a niedalekim Tuszynkiem. W przypadku niemożliwego do powstrzymania naporu nieprzyjaciela należało wycofywać się, biorąc kierunek na miasteczko Brzeziny.
Zgodnie z intencjami generała Wiktora Thommeé, prawe skrzydło nowych pozycji obronnych, wyznaczonych linią pomiędzy Guzewem a Rydzynkami, zajmować miały dwa bataliony 83. Pułku Strzelców Poleskich wraz z zapewniającym im artyleryjskie wsparcie I dywizjonem 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Trzeci batalion miał stanowić odwód i dlatego zajął pozycje za liniami obronnymi nieco na północ - pod wsią Babichy. Środkową linię obrony, wyznaczoną położeniem dwóch wzgórz: 232 - na południe od wsi Rydzynki i 239 - w rejonie samego Tuszyna, obsadziły dwa bataliony 82 Syberyjskiego Pułku Strzelców, któremu z wielkim trudem udało się przebić z Dłutowa drogą wiodącą przez Leszczyny. Trzeci odwodowy batalion zajął swoje stanowiska w lesie na zachód od Poddębin. Zapewniający pułkowi wsparcie artyleryjskie II dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej około godziny 15.00 zajął stanowiska ogniowe nieopodal wsi Kalinko.
Lewe skrzydło obrony w rejonie wsi Grabówek obsadził 84. Pułk Strzelców Poleskich, który wraz z III dywizjonem 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej najpóźniej przybył w okolice Tuszyna.
Dywizyjne odwody złożone z IV batalionu 84. Pułku Strzelców Poleskich, a także 41. kompanii czołgów, kawalerii dywizyjnej, kompanii kolarzy oraz kompanii ciężkich karabinów maszynowych na taczankach, skierowano do lasu rozciągającego się na południowy zachód od Modlicy, a więc całkiem niedaleko od stanowisk ogniowych II dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Generał Leopold Cehak ulokował swój sztab w leśniczówce odległej o jakieś 300 metrów od wsi Modlica.
Nowe pozycje ukryte w kompleksie leśnym pozwalały wojsku na odpoczynek oraz zapewniały schronienie przed lotnictwem nieprzyjacielskim. Generał Cehak zamierzał w tym miejscu zatrzymać do zmroku natarcie niemieckie i tym to sposobem przeszkodzić jednostkom Wehrmachtu w przedostaniu się na tyły swoich sąsiadów oraz odcięciu im dróg odwrotu.
W tym samym czasie dowódcy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty udało się nakłonić generała Wiktora Thommeé do objęcia swoim dowództwem całości sił Armii „Łódź”, opuszczonej właśnie przez generała Juliusza Rómmla. Na punkcie dowodzenia 28. dywizji piechoty generał Thommeé oświadczył, że włącza ją do swojej Grupy Operacyjnej. Rozkazał także po zapadnięciu zmroku rozpocząć odwrót w kierunku Woli Cyrusowej.
Około godziny 10.00 styczność bojową z oddziałem niemieckiej 18. Dywizji Piechoty nawiązała 8. kompania dowodzona przez kapitana Zygmunta Beliczyńskiego. Ta formacja należąca do 84. Pułku Strzelców Poleskich spełniała rolę wysuniętej czaty, zamykającej drogę do lasu Grabówek. Około południa na jej pozycje Niemcy przeprowadzili natarcie wspierane silnym ogniem artyleryjskim. Na skutek przerwania linii telefonicznych nie udało się uzyskać wsparcia własnej artylerii. Kompania została niestety wyparta ze swoich pozycji na wzgórzu 233. Dowódca pozbierał ją w lesie i poprowadził do przeciwnatarcia, w efekcie którego Polacy odzyskali uprzednio utracone pozycje na tym wzgórzu. Wieczorem Niemcy zaatakowali pozycje 84. Pułku Strzelców Poleskich i zajmując wieś Górki Duże zmusili tym samym część III batalionu do wycofania się oraz zajęcia nowych pozycji na południowym skraju lasu Grabówek. Na skutek odejścia w południe 7 września Wołyńskiej Brygady Kawalerii nad 30. Poleską Dywizją Piechoty zawisło nie byle jakie niebezpieczeństwo. Otóż rozpoznawcze oddziały niemieckie wchodzące w skład 19. Dywizji Piechoty uzyskały możliwość wyjścia zarówno na jej lewe skrzydło, jak i na tyły dywizji. Doszło wtedy już nawet do wychodzenia niemieckich oddziałów rozpoznawczych na stanowiska polskiej artylerii.
Wtedy to generał Cehak zagiął lewe skrzydło i tym samym stworzył obronne pozycje ryglowe na linii Tuszyn - Romanów - Wola Rakowa. Jednocześnie pułkownik Stanisław Sztarejko przegrupował podległe mu oddziały, zamykając w ten sposób nieprzyjacielowi dostęp do Tuszyna od zachodniej strony miasta. Ale w tym czasie inne niemieckie formacje podchodziły już do Tuszyna od południa i nieprzyjaciel zdołał zdobyć to miasto śmiałym atakiem, przeprowadzonym około godziny 14.00. Wówczas pułkownik Stanisław Sztarejko sięgnął po swój odwodowy I batalion, dowodzony przez kapitana Antoniego Wardzyńskiego, i ruszył do brawurowego natarcia poprzedzonego krótkim przygotowaniem artyleryjskim, wykonanym przez stumilimetrowe haubice III dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.
Po półtoragodzinnej walce siłom polskim udało się odzyskać Tuszyn. Tym samym oddziałom niemieckim zablokowano możliwość poruszania się szosą wiodącą do Łodzi z kierunku Piotrkowa. Przy tej okazji wzięto do niewoli kilkunastu jeńców spośród żołnierzy 19. Dywizji Piechoty Wehrmachtu oraz zdobyto kilka samochodów ciężarowych. Podjęte przez Niemców w godzinach wieczornych próby aktywizacji swoich sił w rejonie wsi Poddębiny oraz Tuszyna i Romanowa zostały skutecznie zneutralizowane ogniem prowadzonym przez artylerię dywizyjną, a więc także przez dywizjony 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej.
Około godziny 19.00 czwarta bateria dostała rozkaz zwinięcia stanowiska ogniowego i dalszego marszu. Wtedy to właśnie od swej jednostki odłączył się podporucznik Antoni Arciszewski, zastępujący rannego pod Szczercowem dowódcę czwartej baterii, porucznika Mieczysława Chylińskiego.
O godzinie 19.30 jeszcze tego samego dnia poszczególne jednostki 30. Poleskiej Dywizji Piechoty rozpoczęły wycofywanie się w kierunku miasteczka Brzeziny. Jako pierwszy miał się wycofywać 84. Pułk Strzelców Poleskich. Oś jego marszu przechodziła przez zaplecze 82. Syberyjskiego Pułku Piechoty. Jednakże nacierający nieprzyjaciel skierował swój główny wysiłek w kierunku na Tuszynek. Niemieckiego natarcia nie wytrzymała obrona 82. Syberyjskiego Pułku Piechoty, dowodzonego przez podpułkownika dyplomowanego Antoniego Chruściela. W ten sposób została zamknięta droga odwrotu 84. Pułku Strzelców Poleskich. I właśnie na pozycje tego pułku nacierał teraz nieprzyjaciel.
Pomimo to pułkownik Sztarejko zwlekał z wycofywaniem swoich oddziałów. A to z tej przyczyny, że jego 84. pułk oczekiwał na dołączenie się do kolumny IV batalionu dowodzonego przez majora Wacława Sokola, który zajmował najbardziej wysunięte pozycje. Niezwykle niepokojące było to, że wielokrotnie podejmowane próby nawiązania łączności z czwartym batalionem spełzały na niczym, jako że wysyłani na jego pozycje piesi łącznicy ginęli bez śladu. Wreszcie gdzieś tak godzinę po północy batalion majora Sokola dołączył do kolumny pułkowej. A więc rejon Tuszyna jako ostatni opuszczał 84. .Pułk Strzelców Poleskich. Wraz z nim III dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Jeden z jego plutonów wraz z czwartym batalionem 84. Pułku Strzelców Poleskich stanowiły tylną straż wycofującej się dywizji. Pluton ten dowodzony przez podchorążego służby stałej Karola Knota wraz z drugą kompanią dowodzoną przez kapitana Jerzego Jeleniewicza opuścił swoje stanowiska pod Tuszynem dopiero świtem 8 września. Zadaniem postawionym tej formacji przez pułkownika Sztarejkę było zamknięcie drogi z kierunku nieprzyjaciela. W razie czego stumilimetrowa haubica miała strzelać ogniem na wprost do pojawiających się na drodze celów. Wniosek z tego prosty, że obawiano się ataku niemieckiej broni pancernej. Zmierzająca w kierunku Brzezin kolumna złożona z 84. Pułku Strzelców Poleskich oraz towarzyszącego mu III dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej rozciągnęła się niesamowicie. Było to wynikiem śmiertelnego znużenia żołnierzy, a także skutkiem aktywności nieprzyjacielskiego lotnictwa, szczególnie intensywnie operującego nad drogami w momencie zbliżania się kolumny do Brzezin.
Podsumowując ten epizod wojenny, odnotować należy, że w walkach - toczonych w dniu 7 września w okolicach Tuszyna - poległo około 50 żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty.
Opuszczając rejon Tuszyna, dowodzony przez majora Stanisława Nikodemowicza I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej miał maszerować trasą Rzgów – Grodzisko – Jordanów. Oznaczało to, że ten odcinek drogi miał pokonać wspólnie z 82. Pułkiem Strzelców Syberyjskich, niezmiennie pozostającym pod komendą podpułkownika Antoniego Chruściela. Następnego dnia około godziny 8.00 formacje te obsadziły rejon wsi Grzmiąca. W ten to sposób zamknięto przed nieprzyjacielem drogę łączącą Brzeziny ze Strykowem. Co się zaś tyczy wchodzącej w skład I dywizjonu drugiej baterii, dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego, to w trakcie dalszego odwrotu w kierunku Brzezin, pomimo kilkakrotnych ataków niemieckiego lotnictwa, nie poniosła ona żadnych strat.
Relacje uczestników tamtych wydarzeń mówią, że w okolicach sąsiednich Brzezin w poprzedzającym bitwę pod Jeżowem dniu 8 września kompletnie została zniszczona jedna spośród trzech baterii, wchodzących w skład 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Najprawdopodobniej ta utracona wówczas bateria należała do dowodzonego przez majora Aleksandra Makowitza II dywizjonu, który rankiem tamtego dnia, dokładniej zaś mówiąc, o godzinie 9.00, przemaszerował przez Brzeziny. Zdaje się na to wskazywać przydzielone II dywizjonowi zadanie, jakim było wspieranie ogniem 83. Pułku Strzelców Poleskich, który obsadzał linię lasu nieopodal Szymaniszek. Pozycje te pozwalały naszym formacjom na panowanie nad szosą łączącą Brzeziny z Kołacinem. Nagle jednak pojawiły się niemieckie samoloty, które zaatakowały ósmą i dziewiątą baterię podczas marszu. Stało się to w chwili, gdy ósma bateria wkraczała pomiędzy zabudowania miasteczka, zaś dziewiąta przechodziła akurat przez rynek w Brzezinach. Efektem tamtego nalotu była masakra koni zaprzęgowych dziewiątej baterii. Na szczęście tym razem obyło się jednak bez strat w ludziach.
Podczas nalotu powożony przez kanoniera Moncarza wóz taborowy wjechał do rzeczki zamiast na przerzucony nad nią mostek. Nie bacząc zupełnie na warkot silników harcujących po niebie wrogich samolotów ani na komendy woźnicy, spragniony koń aż po oczy zanurzył łeb w wodzie. Wóz wszystkimi kołami ugrzązł w mulistym dnie rzeki. Pomimo podejmowanych wysiłków nie udało się go już wydobyć. Podchorąży Grodzicki rozkazał więc swoim żołnierzom wyprzęgnąć konia, a ładunek przełożyć na inny wóz. Niebawem znaleziono porzucony pusty wóz, więc Moncarz zaprzągł do niego swojego konia, a żołnierze pospiesznie przełożyli ładunek. Przekonany o sprycie swojego podkomendnego podchorąży Janusz Grodzicki dał Moncarzowi adres swojej matki z prośbą, by ją zawiadomił o jego losie, gdyby mu się coś przydarzyło. Wtedy o taką samą przysługę kanonier Moncarz poprosił też swojego dowódcę.
Niebawem znów nadleciały nieprzyjacielskie samoloty i las znalazł się pod silnym ostrzałem ich pokładowych karabinów maszynowych. Wtedy to właśnie, nie bacząc na niebezpieczeństwo, dowódca II plutonu ósmej baterii podchorąży Janusz Grodzicki wspólnie z kapralem Sarną oraz trójką jezdnych wydostali spod ognia maszyn Luftwaffe wywróconą na rogatkach Brzezin haubicę oraz dwa porzucone jaszcze z amunicją. Pomimo wściekłego ostrzału prowadzonego z karabinów maszynowych przez co i rusz nadlatujące samoloty żołnierze zdołali powymieniać połamane dyszle, dzięki czemu dywizjon znów dysponował pełnym stanem posiadania dział oraz jaszczy.
Za ten czyn w momencie kapitulacji Twierdzy Modlin podchorążego Janusza Grodzickiego udekorowano Krzyżem Walecznych.
Około godziny 16.00 artyleria niemiecka położyła ogień zaporowy zamykający naszym formacjom wyjście z Brzezin. Po jego sforsowaniu zarówno 84. Pułk Strzelców Poleskich, jak i towarzyszący mu III dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej około godziny 17.00 znalazły się w zalesionym terenie położonym nieco na północny wschód od miasteczka Brzeziny.
Tymczasem major Adam Fedorko otrzymał rozkaz zameldowania się u pułkownika Zygmunta Łakińskiego, dowódcy całości artylerii dywizyjnej. Zaraz potem rozkazano mu stawić się na odprawę dowódców pułków i dywizjonów. Odprawa odbyła się w lesie około jednego do dwóch kilometrów na zachód od dworu Kołacin. Omawiający położenie generał Cehak poinformował uczestników odprawy o tym, że 30. Poleska Dywizja Piechoty została właściwie otoczona przez nieprzyjaciela.
W tej sytuacji dowódca dywizji nakazał jednostkom ukrycie się i podjęcie w nocy próby przebicia się przez jedyny jeszcze nie zniszczony most znajdujący się nieopodal dworu Kołacin. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku major Fedorko rozpoznał mosty i drogi dojazdowe. Podjął też decyzję o przeprowadzeniu dwóch baterii przez most przy młynie, mimo że posiadał on uszkodzoną nawierzchnię jezdni (którą w szybkim tempie naprawił jednak zwiad i obsługa). Swojej trzeciej baterii dowódca III dywizjonu nakazał przeprawić się mostem drogowym. Kiedy o ustalonej porze nasza piechota wyruszyła w drogę, natychmiast odezwały się nieprzyjacielskie cekaemy. Na szczęście ich ogień okazał się być prawie zupełnie nieskuteczny. Po przejściu mostu III dywizjon włączył się do kolumny marszowej tuż za oddziałem saperów. Po kilku godzinach marszu do dowódcy 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej podpułkownika Zygmunta Lewandowskiego jadącego z majorem Adamem Fedorką podjechał samochodem dowódca artylerii dywizyjnej pułkownik Zygmunt Łakiński.
Dywizjon zatrzymał się, a piechota pomaszerowała dalej. W świetle latarki i wśród zgiełku wywołanego marszem kolumny piechoty pułkownik Łakiński omówił krótko położenie, wskazując rejony postoju, w których następnego dnia miały się zatrzymać poszczególne pułki. Wskazał także rejony, w których poszczególne baterie artyleryjskie miały zająć stanowiska ogniowe. Po krótkim odpoczynku III dywizjon ruszył w dalszą drogę. Kiedy po jakimś czasie artylerzyści dotarli do wskazanego im rejonu, którym były zabudowania jakiegoś dworu, nigdzie nie zastali żadnych formacji naszej piechoty. Rozesłane patrole zwiadowców z oficerami powróciły bez oczekiwanego rezultatu. Niebawem zaś odezwały się w pobliżu nieprzyjacielskie karabiny maszynowe, a niebo rozświetliły rakiety sygnalizacyjne. Również ponowne wysłanie patroli do pobliskich lasów nie dało żadnych absolutnie rezultatów. Wraz z nastaniem świtu coraz bardziej nasilała się słyszalność ognia karabinów maszynowych. Coraz bliżej też strzelały w niebo rakiety sygnalizacyjne. W tej sytuacji major Adam Fedorko zasugerował dowódcy pułku opuszczenie tego miejsca i przeniesienie się do lasu odległego o jakieś trzy kilometry.
Pułkownik zaaprobował ten plan dowódcy III dywizjonu. Próby nawiązania kontaktu z piechotą, podjęte przez majora Fedorkę z tego nowego już miejsca postoju dywizjonu, również nie dały pozytywnych rezultatów. W końcu jednak dowódca 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej podpułkownik Zygmunt Lewandowski spotkał generała Wiktora Thommeé, który wskazał mu miejsce, gdzie aktualnie powinna znajdować się macierzysta dywizja. Dowódca pułku postanowił pojechać tam samochodem, lecz potem plan ten zmienił i do miejsca stacjonowania dywizji usiłował dotrzeć konno. Na wynik tej wyprawy dowódcy swojego pułku major Adam Fedorko wraz z dowodzonym przez siebie dywizjonem bezskutecznie oczekiwał aż do godzin popołudniowych. Jednocześnie na własną rękę poszukiwał możliwości nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z siłami głównymi 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, ale mu się to nie udało.
Nie mogę oczywiście przejść do porządku dziennego nad tym, że w dostępnej mi literaturze spotkałem się także z opisem innego przebiegu wydarzeń, odnoszących się do okoliczności utraty przez III dywizjon kontaktu z głównymi siłami macierzystej dywizji. Podaje się tam mianowicie, że dywizjon majora Adama Fedorki odszedł spod Brzezin wcześniej w warunkach nieposiadania łączności z resztą swojego macierzystego pułku. Przyczyny tego stanu rzeczy upatruje się w prawdopodobnym zaatakowaniu dowodzonego przez majora Adama Fedorkę III dywizjonu przez Luftwaffe i zaraz potem przez broń pancerną nieprzyjaciela, nacierającą z kierunków miejscowości Małczew i Gałkówek. Przy tej okazji skutkiem ognia prowadzonego przez karabiny maszynowe niemieckich czołgów miała być utrata przez III dywizjon kolumny amunicyjnej i części taborów.
Otóż należy zauważyć, że gdyby ta wersja wydarzeń była prawdziwa; z całą pewnością znalazłaby swoje odbicie w obszernych wspomnieniach dowódcy dywizjonu. Ponad wszelką wątpliwość te właśnie wspomnienia są najbardziej wiarygodnym materiałem źródłowym i dlatego właśnie na nich się oparłem, dokonując ustaleń odnośnie przyczyn odłączenia się III dywizjonu od reszty sił macierzystej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Zważyć należy, że próżno jest szukać we wspomnieniach majora Fedorki relacji o jakimkolwiek kontakcie z nieprzyjacielską bronią pancerną pod Gałkówkiem czy też Małczewem. Ponadto w swojej relacji dowódca III dywizjonu szczegółowo opisuje, wyżej już przytoczone, okoliczności wcześniejszej utraty dywizjonowej kolumny amunicyjnej pod Dłutowem. A więc jeszcze na etapie poprzedzającym walki pod Tuszynem. Co się zaś tyczy utraty powierzonych jego pieczy dywizjonowych taborów, major Adam Fedorko w swoich wspomnieniach również podaje, że utracił z nimi kontakt już w fazie przedwstępnej, gdy zgodnie z otrzymanym rozkazem odesłał je do zgrupowania taborów dywizji.
Nie można też nie zauważyć, że maszerująca kolumna artylerii, która znalazłaby się w zasięgu broni maszynowej nieprzyjacielskich czołgów, tym bardziej byłaby narażona na ich ogień armatni. Czynniki te w połączeniu z mobilnością broni pancernej przesądzałyby o bezbronności kolumny artyleryjskiej, co wprost musiałoby doprowadzić do zagłady całego III dywizjonu. Nie jest bowiem prawdopodobne, żeby niemieckie zagony pancerne dysponujące przewagą ogniową oraz manewrową pozwoliły ujść zaatakowanej przez siebie kolumnie artyleryjskiej przeciwnika. Reasumując więc, przyczyną utraty kontaktu III dywizjonu z resztą sił macierzystej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty nie mógł być atak niemieckich czołgów.
Summa summarum, w dniu 9 września 1939 roku stumilimetrowe haubice III dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej nie mogły brać udziału w bitwie, która toczyła się tamtego dnia wśród pól i lasów rozciągających się pomiędzy Przyłękiem i Jeżowem. A to z tej przyczyny, że dowodzony przez majora Adama Fedorkę III dywizjon, utraciwszy kontakt z głównymi siłami 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, zgrupował się w tym czasie w kompleksie leśnym należącym do wsi Lipce (nieco na południe od Chlebowa). Dowódca artylerii dywizyjnej pułkownik Zygmunt Łakiński odpowiedzialnością za odłączenie się III dywizjonu od reszty sił 30. Poleskiej Dywizji Piechoty obarcza wyłącznie podpułkownika Zygmunta Lewandowskiego, dowódcę 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Podnosi wręcz, że oficer ten był najprawdopodobniej uzależniony od morfiny. Według pułkownika Łakińskiego brak tego narkotyku spowodował, że uzależniony od niego podpułkownik Zygmunt Lewandowski zawiódł na całej linii, i to do tego stopnia, że począwszy od dnia 6 września, trzeba go było pomijać w służbowej drodze wydawania rozkazów. Pułkownik Zygmunt Łakiński, wydając rozkazy, zwracał się od tamtej pory bezpośrednio do dowódców poszczególnych dywizjonów.
Major Adam Fedorko we wrześniu 1939 roku nie spotkał już więcej dowódcy swojego pułku, który także nie zdołał dotrzeć do miejsc koncentracji swej macierzystej 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, toczącej już wówczas zacięty bój pod Jeżowem. Zapewne to ta właśnie zaistniała sytuacja wymusiła na podpułkowniku Zygmuncie Lewandowskim przyłączenie się do grupy dowodzonej przez pułkownika Wincentego Wnuka. Z tym ugrupowaniem dowódca 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej dotrwał do samego końca walk toczonych w ramach wrześniowej wojny obronnej. Ten epizod został dość szczegółowo opisany we wspomnieniach kapitana Alojzego Piwowara, dowódcy pierwszej baterii.
Około południa 9 września major Fedorko natrafił w końcu na spiesznie wycofujące się w kierunku Skierniewic oddziały 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Oficerowie poinformowali dowódcę III dywizjonu, że są ostatnimi wycofującymi się polskimi oddziałami ściganymi przez znajdujące się już bardzo blisko siły nieprzyjaciela.
W tej sytuacji major Adam Fedorko podjął decyzję o wycofaniu dowodzonego przez siebie III dywizjonu w tym samym kierunku. Trasa jego marszu wiodła przez wsie Bobrowa, Chlebów, Święte Laski do Skierniewic, a następnie do lasów rozciągających się nieopodal Grabina. W trakcie tego marszu major Fedorko natknął się w okolicach Makowa na kolumnę marszową 8. Dywizji Piechoty wraz z dowódcą jej dywizyjnej artylerii pułkownikiem Włodzimierzem Dembińskim. Po niezwłocznym udzieleniu dowódcy III dywizjonu wyjaśnień dotyczących ogólnej sytuacji i położenia naszych wojsk podjęto próby nawiązania łączności radiowej z dowódcą 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, które okazały się jednak bezskuteczne.
Dywizjon ruszył więc dalej w kierunku Skierniewic. Z uwagi na aktywność nieprzyjacielskiego lotnictwa major Fedorko unikał dróg bitych. Kolumna III dywizjonu przemykała się więc bocznymi, najczęściej leśnymi drogami. Właśnie wtedy major Fedorko po raz drugi podczas tej wojny zobaczył na niebie lecące nisko nad lasem trzy polskie samoloty. Pod samymi Skierniewicami doszło do spotkania z podpułkownikiem Janem Szusterem, dowodzącym 4. dywizjonem artylerii ciężkiej, przydzielonym do 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Także i ten dywizjon stracił łączność z macierzystą dywizją. Wtedy major Adam Fedorko dowiedział się, że nawiązanie łączności z 30. Poleską Dywizją Piechoty jest już niemożliwe, a to z uwagi na odcięcie dróg przez nieprzyjacielskie formacje. III dywizjon majora Fedorki przez kilka godzin nocnych z wielkim trudem przepychał się przez Skierniewice. Drogi były bowiem zablokowane przez resztki rozmaitych cofających się oddziałów, a także przez grupy naszych żołnierzy uprzednio już przez Niemców rozbrojonych i puszczonych wolno. Już po wyjściu z miasta, w dniu 9 września, III dywizjon majora Adama Fedorki dołączył ostatecznie do zgrupowania 2. Dywizji Piechoty Legionów, którą dowodził pułkownik Antoni Stach.
Tymczasem w ślad za wycofującymi się polskimi formacjami 30. Poleskiej Dywizji Piechoty nieustannie podążały oddziały niemieckiej 18. Dywizji Piechoty. Bez przerwy operowało też lotnictwo nieprzyjaciela, zadające nie tylko dotkliwe straty, ale wywołujące też wśród żołnierzy wybuchy paniki, prowadzące co i rusz do rozpraszania jednostek, których ponowne zbieranie wymagało od oficerów prawdziwie nadludzkich wysiłków.
W tym spanikowanym tłumie wędrującym bezładnie po ustawicznie bombardowanych przez Luftwaffe drogach, wśród cywilnych uciekinierów oraz złorzeczących Niemcom i swojemu losowi żołnierzy naszej permanentnie już cofającej się armii - zapewne tkwił też gdzieś bombardier Stefan Nasiołkowski. A wraz z nim zaprzęg poleskich koników z mozołem ciągnących za sobą przestarzałe francuskie działo niemożebnie hałasujące swoimi żelaznymi obręczami na drogach brukowanych kocimi łbami.
Oczywiście niemiecka 18. Dywizja Piechoty w końcu zajęła miasteczko Brzeziny. Dalszy postęp sił nieprzyjacielskich został wprawdzie zahamowany przez II batalion 82. Syberyjskiego Pułku Strzelców, lecz sytuacja stawała się coraz trudniejsza. W jej obliczu generał Wiktor Thommeé zwołał naradę dowódców we dworze Kołacin, gdzie też w dniu 8 września o godzinie 19.00 podjął decyzję o dalszym odwrocie do lasów w rejonie miejscowości Przyłęk Duży. Planowano pozostać tam w gotowości prowadzenia walk obronnych przez cały następny dzień, a następnie przejść do lasów skierniewickich.


tsk24.pl

Fot. 19. Dwór w Kołacinie (widok współczesny)


tsk24.pl

Fot. 20. Miejsce odprawy oficerów we dworze w Kołacinie w dniu 8 września 1939 roku


tsk24.pl

Fot. 21. Uczestnik tamtych zdarzeń – Józef Głowacki, żołnierz 84.Pułku Strzelców Poleskich


tsk24.pl

Fot. 22. Józef Głowacki. Ten niższy. Żołnierze 84 Pułku Strzelców Poleskich.


tsk24.pl

Fot. 23. Cmentarz wojenny w Jeżowie. Józef Głowacki wśród grobów swoich towarzyszy broni...


tsk24.pl

Fot.24. Jeżów, 9 września 2004 roku. Autor z Józefem Głowackim, uczestnikiem opisywanych zdarze.


Porucznik Kazimierz Krasoń w swojej relacji podaje, że po tej odprawie oficerów pułkownik Adam Nadachowski w szczególnie zauważalny i zarazem podniosły sposób pożegnał się ze wszystkimi uczestnikami tej odprawy. Miał przy tej okazji ponoć powiedzieć, że jutro czeka go wykonanie ostatniego już w życiu zadania. A potem dosiadł swego potężnego siwego wałacha i pocwałował do swoich żołnierzy…
Realizacja rozkazu wycofania została rozpoczęta o godzinie 22.00. Do lasów przyłęckich I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej odszedł wraz z 82. Syberyjskim Pułkiem Strzelców trasą wiodącą przez wieś Syberia, folwark Halinów, dwór Kołacin, folwark Kobylin i wieś Stefanów. Natomiast II dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej przypisany został 83. Pułkowi Strzelców Poleskich i wraz z nim maszerował przez wsie Szymaniszki, Mrogę i Stefanów.
Ruch nieprzyjacielskich czołgów spowodował wówczas ostatecznie odcięcie od całości zgrupowania 30. Poleskiej Dywizji Piechoty dwóch batalionów 84. Pułku Strzelców Poleskich, 2. Brygady Kawalerii oraz 2. pułku artylerii lekkiej.
Zatem, w przededniu największej i najbardziej też krwawej dla 30. Poleskiej Dywizji Piechoty bitwy pod Przyłękiem i Jeżowem - jej siły składały się już jedynie z sześciu batalionów piechoty oraz dwóch dywizjonów artylerii, w tym jednego niekompletnego....


tsk24.pl

Fot.25. Cywilni uciekinierzy wracają do domów


tsk24.pl

Fot.26. Zniszczone nadwiślańskie miasteczko


tsk24.pl

Fot. 27. Zbombardowany Markuszów


tsk24.pl

Fot.28. Kolumna polskich jeńców

Piotr Jan Nasiołkowski






Fotografie ilustrujące artykuł pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Ostatnie komentarze

  • DANUTA powiedział(a) Więcej
    morze pan prezydent kroning przemyśli jeszcze to i policzy jeszcze raz czy się opłaca .wystarczy zejść na duł i... 1 godzinę temu
  • marek powiedział(a) Więcej
    panie prezydencie k k złych pan ma doradców i dużo pan straci przy wyborach opłaca się budować mieszkania.niech... 2 godzin temu
  • tweety powiedział(a) Więcej
    Dziękuję ci za wpis. Chociaż mogło obyć się bez słownictwa typu " debilem" albo "matołem" ? Ale w końcu to o... 3 godzin temu