Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Kim dla nas był i pozostaje Józef Erbel? Piotr Jan Nasiołkowski

W miniony piątek, pod patronatem miejscowych historyków, i to nawet takich z doktoratami, zorganizowano spotkanie poświęcone osobie Józefa Erbela, twórcy oraz pierwszemu, wieloletniemu dyrektorowi skarżyskiego I Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego. Na wstępie zaproszono do dyskusji i poinformowano, że spotkanie może potrwać najdłużej do godziny 19.00.





Ton i treść wypowiedzi robiły nieodparte wrażenie, że celem organizatorów owego spotkania było podjęcie próby osądu osoby Dyrektora określanego eufemistycznie... jako postać kontrowersyjna. Wszystko ex catedra - i to w całej krasie naukowości. Niejednokrotnie dałem w moich publikacjach wyraz temu, iż odnoszę się niebywale krytycznie, zarówno do znanej mi jedynie z przekazu historycznego epoki sanacyjnej, jak też i epoki realnego socjalizmu, znanej mi - po części - już z autopsji także. A tu, łubudubu obuchem sensacji, w ten łysy łeb Nasiołkowskiego! Młody człowiek przedstawia mi osobę Dyrektora - najpierw jako piłsudczyka, a potem betonowego komucha! Tym sposobem; sam już w końcu nie wiem, za co mam nie darzyć sympatią i szacunkiem Dyrektora, co to niejeden przecież raz obsztorcowywał mnie na dywaniku w swoim gabinecie?

A gdy tylko młodzieniec skończył, natychmiast zawtórował mu jego guru eksponujący swój doktorat zarzucił Dyrektorowi Józefowi Erbelowi jego powojenne, laickie nastawienie. No, niewybaczalne. Ależ to negatywną postacią musiał być ten Dyrektor! Młodź, uczęszczająca wówczas do szkoły, cynicznie pozbawił szansy na wiekuistą szczęśliwość pozagrobową! Nie biorąc pod uwagę wpływu, jaki na światopogląd człowieka mogły mieć przeżycia związane z wieloletnim pobytem w hitlerowskich obozach koncentracyjnych – miejscowy historyk zaopatrzony w doktorat, czyniąc Dyrektorowi zarzut ideologicznej karkołomności, czyli zwyczajnego oportunizmu - powołał się na autorytet innego doktora historii. Akurat tego, co miał zostać w naszej szkole sukcesorem Dyrektora Józefa Erbela, ale nie został. Rzec trzeba, że dosłownie, istnym rzutem na taśmę, Dyrektor Erbel nie dopuścił do objęcia dyrektorskiego stanowiska przez tego twardogłowego komucha, czy też komunistycznego oportunisty, który po przełomie 1989 roku; łkając, że komuniści tak niecnie go, biedaka oszukali - współzakładał Klub Inteligencji Katolickiej przy Parafii Ostrobramskiej! Pamiętam doskonale jak go oszukiwali. Talonami na samochody, przydziałami mieszkań, dyrektorskimi stanowiskami. Dlatego też powiedziałem dość głośno swojego czasu, że skład tego komitetu założycielskiego gwarantuje, iż w tym - jak raz - Klubie Inteligencji Katolickiej; nie będzie można spotkać katolika, ni inteligenta! Nie żyjący już niestety, mój kolega z klasy, ułożył nawet fraszkę o tym cudownie nawróconym doktorze historii; „Zrobię sobie fiku-miku; byłem w partii - jestem w KIK-u!” A ja rozwijając myśl nieżyjącego kolegi - po śmierci przywoływanego przez doktora historii, rzeczonego „autorytetu” moralno-historycznego, napisałem wiersz zatytułowany „Nekrolog”. Ten, przywoływany przez doktora Tadeusza Wojewodę, cudownie nawrócony, zmarły już także miejscowy „autorytet” moralno-naukowy - raczej nie grzeszył obiektywizmem w ocenie postaci Dyrektora Józefa Erbela, który w 1972 roku, całkiem zwyczajnie nie wpuścił go do swojego gabinetu. Osobiście widziałem jak Dyrektor Erbel otwierał drzwi gabinetu jedynie po to, żeby do jego wnętrza wpuścić woźną Żmijewską celem podlania kwiatków. Przez cały ten czas trwania ceremonii podlewania kwiatków – Dyrektor Erbel stał przy drzwiach gabinetu pilnując, żeby nikt przezeń niepożądany do gabinetu nie wtargnął podstępnie. A gdy pragnienie kwiatków zostało już należycie zaspokojone – Dyrektor zamykał swój gabinet na klucz, który chował do wewnętrznej kieszeni marynarki i dostojnym krokiem szedł do domu. Jego niepożądanemu następcy nie pozostawało już nic innego, jak tylko urzędowanie sprowadzające się do spacerowania po szkolnym korytarzu! Ten urodzony na obczyźnie zięć prawie, że mojego sąsiada, co to w czasie okupacji był bahnschutzem... Ten - nie tylko w mojej ocenie - skrajnie antypatyczny człowiek, który jawił się być betonowym komuchem i do tego jeszcze stworzył - w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia - absurdalną legendę, jakoby w Skarżysku istniała organizacja konspiracyjna Orzeł Biały, której członków hitlerowcy wymordowali na Borze... Ten to człowiek jawi się być dzisiaj autorytetem moralno-naukowym, do którego bez żenady odwołuje się dziś Pan doktor Tadeusz Wojewoda! Najwyraźniej widać, że Panie doktorze, szwankuje Panu wiedza na temat ludzi tego miasta! Przy takich autorytetach i takim poziomie naukowości znaczonej intelektualną dojrzałością prowadzącego spotkanie, niewątpliwego kandydata do Nagrody Pulitzera - nic dziwnego, że w pewnym momencie, podjęto wręcz próbę przekroczona wszelkich granic przyzwoitości przebąkując coś o tym, jakoby Dyrektor Józef Erbel przeżył aresztowanie i wojnę dzięki temu, że „wysypał” członków nieistniejącej organizacji Orzeł Biały... Więc ciśnie się na usta pytanie kierowane do organizatorów tego piątkowego spotkania; czy stawiając taką kwestię, przejawiacie Panowie złą wolę, czy też wiedzy Wam - nie staje, pomimo doktoratów?

W tym miejscu pozwolę sobie na pewna dygresję. Otóż w obrzydliwym peerelowskim czasie, redaktorem naczelnym „Polityki” był późniejszy, zarazem też i ostatni I Sekretarz KC PZPR - Mieczysław Rakowski. Na łamach kierowanego przezeń pisma prześmiewczo opublikowano tytuł pracy doktorskiej pewnego wrocławskiego ginekologa o zapamiętanym przeze mnie nazwisku; „Wpływ sesji egzaminacyjnej na biologię pochwy studentek środowiska wrocławskiego”. Skomentowano te pracę słowami o tym, iz należy się zastanowić jaki to wpływ na umysłowość niektórych doktorantów potrafi mieć pochwa studentki! W roku 1985, podczas mojej bytności we Wrocławiu przypadkowo natknąłem się na tabliczkę informującą, że tenże ginekolog – już z doktoratem - przyjmuje tu właśnie i od tej do tej to godziny, Najwyraźniej, nadal badał - i to chyba nawet dość intensywnie - te związki przyczynowo-skutkowe pomiędzy sesją egzaminacyjną a biologią pochwy studentek, bo za kilka lat w sekretariacie Sądu Najwyższego, przypadkowo przeczytałem imię i nazwisko rzeczonego ginekologa na obwolucie akt sprawy karnej, która – już jako kasacyjna - dotarła na to, instancyjnie najwyższe, piętro wymiaru sprawiedliwości.

Nie mam w tym względzie doświadczenia, ale obawa tkwi we mnie przemożna, iż w naszych, także niemożebnie ciekawych czasach, można zostać uhonorowanym doktoratem za rozważania naukowe o wpływie ilości kominów na Posadaju na zaangażowanie religijne jego mieszkańców oraz poziom ich patriotyzmu znaczonego gotowością umierania za Boga i Ojczyznę. Myślę takoż, że za nie byle jakie osiągniecie naukowo-badawcze uznane dzisiaj być może ustalenie składu personalnego parafialnego kółka różańcowego na przełomie lat 1928-29, a także skrupulatne policzenie cel klasztornych w przededniu wybuchu II wojny światowej.

Jakby jeszcze mało było niesmacznego absurdu, to z ust tytularnego redaktora naszego prowincjonalnego brukowca usłyszeliśmy, że rzecznik laicyzacji procesów edukacyjnych, Dyrektor Józef Erbel najwyraźniej nawrócił się tuż przed śmiercią, skoro miał kościelny pogrzeb... Zabierając głos wprost powiedziałem, że jestem ateistą i jeżeli ktoś urządzi mi religijny pogrzeb, będzie się to odbywało poza moją świadomością, wolą i możliwością mojego przeciwdziałania... Z trumny przecież wyskoczyć nie zdołam - w takim przypadku! Więc - w żadnym razie - nie jest dopuszczalne wyciąganie tego rodzaju wniosków z faktu urządzenia Dyrektorowi kościelnego pochówku.

Ktoś, z innej wprawdzie beczki, ale niebywale słusznie zauważył, że przecież nigdzie nie było powiedziane, iż Dyrektor Erbel był w jakiejś części swego życia i sumienia posiadaczem poglądów tego rodzaju, iż można by było mówić o nawracaniu i nawróceniu... Pośmiertne spowiadanie Dyrektora Józefa Erbela z jego sumienia i poglądów - sczezło zatem na niczym...

Odnosząc się do podniesionych zarzutów, jakoby Dyrektor Józef Erbel posiadał antykatolickie nastawienie oraz w Jego szkole była prowadzona indoktrynacja marksistowska, Pani Krystyna Kowalik opowiada o momencie rozpoczęcia swojej pracy w szkole, kiedy to na samym wstępie usłyszała; jesteś dziecko po KUL-u... To znaczy, że jesteś dobrze przygotowana do pracy. Przypominam, że Pani Krystyna Kowalik nie była w szkole jedyną absolwentką KUL-u. Tą drugą była wspaniała polonistka, a na dodatek jeszcze córka oficera KOP-u, Pani Janina Zarzycka. Miałem zaszczyt, właśnie przed Jej obliczem, zdawać egzamin wstępny do szkoły i na sam koniec mojej edukacji w „Erblu” - ustny egzamin maturalny. Po skończeniu studiów na KUL-u, ta świetna polonistka nigdzie nie mogła znaleźć pracy... W końcu trafiła do tej, na wskroś - jakby to co poniektórzy chcieli - ateistycznej i marksistowskiej szkoły, której dyrektorował były więzień hitlerowskich obozów koncentracyjnych i zarazem przedwojenny piłsudczyk - Józef Erbel! Trzeba przy tym powiedzieć, że - zarówno Pani Krystyna Kowalik, jak też i Pani Janina Zarzycka - przepracowały w „Erblu” całe swoje zawodowe życie. Wymowa tych faktów oraz znaczone czterema latami mojej edukacji w „Erblu”, własne doświadczenie płynące z osobistych kontaktów z Dyrektorem Józefem Erbelem - w pełni upoważniają do sformułowania głośno wypowiedzianego przeze mnie poglądu, że na całą tę niby-marksistwskość szkoły; patrzeć należy z przymrużeniem oka, jako na działania zawierające w sobie grę pozorów umożliwiających Dyrektorowi Józefowi Erbelowi stworzenie niepowtarzalnej - w tamtych realiach - formuły szkoły, niby to publicznej, a jednak wyraziście zaznaczającej swą odrębność. Ta odrębność będąca solą w oku realnego socjalizmu skutkowała zainteresowania inwigilacyjne Służby Bezpieczeństwa, czego przejawem było umieszczenie, czy też zwerbowanie wśród personelu szkoły dwóch tajnych współpracowników, którzy wzajemnie nie wiedząc o swoim istnieniu regularnie i równolegle pisali dla swoich mocodawców raporty o wszystkim, co tez na terenie się działo. O wszystkim, co dotyczyło tak personelu szkoły, jak i jej uczniów. Dość powiedzieć, że będąc w maturalnej klasie wpadliśmy ze Staśkiem Pręcikowskim na - dowcipny naszym zdaniem - pomysł deklarowania na prawo i lewo, zamiaru wstąpienia do seminarium duchownego. Gdy tylko wieść o tym naszym zamiarze głupawym rozniosła się po szkole, co ładniejsze dziewczyny poczuły się w obowiązku odwiedzenia nas od pomysłu tak niedorzecznego. Nie muszę chyba dodawać, że to zaangażowanie dziewczyn w uchronienie nas przed zgubnym celibatem - baaaardzo nam się podobało! Ale wieść o tym naszym pomyśle ze wstępowaniem do seminarium duchownego doszła, bo też i dojść musiała do wiadomości wszechobecnej SB, której funkcjonariusze cywilni pojawili się niebawem w szkole i Stasiek został poproszony do dyrektorskiego gabinetu, skąd na czas rozmowy esbeków ze Staśkiem - wyproszono Dyrektora. O czym nikt nie wiedział; Stasiek miał starszego brata zakonnika. Więc wobec mnie włączono jedynie obserwację, zaś Staśka w nieformalny sposób, wywiadowczo przesłuchano. Jednego z tych, wówczas go przesłuchujących funkcjonariuszy SB - Stasiek pokazał mi potem na ulicy. Tego samego człowieka pokazała mi też na ulicy matka. Gdy już byłem studentem, jegomość ów przyszedł na nasze podwórko wypytywać o moją osobę - już wówczas - niebywale skromną! Przekazano mi, że bardzo był zdziwiony dowiedziawszy się tego - co i gdzie studiuję. Najwyraźniej, pozbawiony do cna zrozumienia dla naszego poczucia humoru, ten esbek spodziewał się jednak mojej bytności w tymże, seminarium duchownym, wydumanym przez nas, ot tak sobie - przewrotnie!

Doprawdy; niezmiernie zdziwiony jestem, że cała nasza miejscowa, historyczna naukowość - miast wytropić i ujawnić te właśnie mroczne zakamarki wczorajszości - zajmuje się tropieniem wydumanych przez siebie demonów, co jedynie służy zacieraniu ostrości spojrzenia na ówczesną rzeczywistość!

Patrząc wstecz, mając dystans perspektywy czasu stwierdzam, że istotą ówczesnej rzeczywistości było to, że w tej szkole nie łamano uczniom charakterów. I nie można tego zakwestionować, że taki stan rzeczy był skutkiem oddziaływania osobowości Dyrektora Józefa Erbela. Przecież istotą każdej, a więc także i marksistowskiej indoktrynacji - jest właśnie łamanie charakterów. Szczególnie dotyczy to charakterów ludzi młodych, jako tych najbardziej podatnych na takie perfidne zabiegi. Dyrektor Erbel czuł i wypełniał swoje posłannictwo wychowywania, więc nie mogło być mowy o łamaniu w Jego i zarazem naszej szkole charakterów, a tym samym o deprawowanie młodzieży pod pozorem jej wychowywania!

Co za tym przemawia? Ano najlepiej chyba to, że posiadając dobre dość rozeznanie odnośnie dalszych życiowych losów absolwentów kilku roczników mojego liceum, jakoś nie potrafię wskazać pomiędzy nimi żadnego PZPR-owskiego aparatczyka, ani tym bardziej - komunistycznego dygnitarza. Wprost przeciwnie. Wszak absolwentką naszego liceum jest, z racji swej przynależności do PiS-u, ideowo arcyantykomunistyczna posłanka, Pani Maria Zuba, jak również - obecny na rzeczonym spotkaniu - Pan Jan Janiec, bezkompromisowo wszak piętnujący każdy, najdrobniejszy chociażby flirt z peerelowska władzą.

I jeszcze coś zgoła innego przemawia za słusznością takiego właśnie poglądu. Szczególik. Dwa zdarzenia. Dwie moje rozmowy z Dyrektorem Erbelem. A jakże; na dywaniku, w Jego gabinecie. Nie pamiętam już czym, ale jakąś wypowiedzią czy zachowaniem.... W każdym bądź razie - zupełnie dla mnie nieoczekiwanie - czymś wprawiłem Dyrektora w zakłopotanie... Zadumał się... Siedząc w swoim fotelu do mnie nieco bokiem, wyrzucił przed siebie; wiesz Nasiołkowski - życie sposób zgodny ze swoimi przekonaniami ma niesamowicie wysoką cenę. I odwróciwszy się do mnie, bardzo poważnie spojrzał mi w oczy kontynuując swoją myśl; sam sobie musisz odpowiedzieć, czy jesteś gotów ją zapłacić... Wtedy właśnie, uczniem będąc wszak jeszcze niesfornym - po raz pierwszy poczułem, że oto zostałem potraktowany jak dorosły już człowiek.

Druga sytuacja była nawet dość zabawna, ale także z głębokim podtekstem. Otóż, pewnego zimowego poranka, do naszej szkoły zawitał - w towarzystwie dwóch słuchaczy szkół wojskowych - niewielkiego wzrostu major ze starachowickiego WKU, czyli Wojskowej Komendy Uzupełnień. Jeden z tych przysłowiowych, co to nie matura - lecz chęć szczera... Chłopaków z obydwu koedukacyjnych maturalnych klas zebrano w jednej klasie zostawiając nas sam na sam z niewyrośniętym majorem i dwoma kadetami, promieniującymi czytelnym szczęściem płynącym niechybnie z ichniej przynależności wojskowej. Równo z dzwonkiem - zaczęła się agitacja mająca rozbudzić w nas przemożną chęć wstąpienia do szkół oficerskich przeróżnego profilu. Major kusił darmowym zakwaterowaniem i wyżywieniem, darmowymi ołówkami i zeszytami, a niezwłocznie po oficerskiej nominacji - przydziałami mieszkań, i to takich z parkietowymi podłogami! A gdy major wreszcie skończył; nadszedł nieunikniony czas weryfikacji skuteczności jego agitacyjnych umiejętności. W tym miejscu muszę powiedzieć, że ta weryfikacja wypadła dla majora gorzej niż marnie. Na rzucone pomiędzy nas pytanie; kto chęć wyraża zdawania do szkół oficerskich - zapadła kłopotliwa dość cisza... Wściekły, że tyle jego agitacyjnego wysiłku poszło na marne; z metra cięty major, poczerwieniał na twarzy, spocił się niemożebnie i zaczął piskliwie wywrzaskiwać, że przecież i tak będziemy mieli wojsko na studiach, a oni specjalnie chodzą za takimi, co na studiach wojska nie zaliczą, żeby ich z tych studiów powyrzucać, o.... wyrzucić i już! Major wyraźnie podniecił się swoją władzą wyrzucania z cywilnych uczelni tych, co to nawet jeszcze na te studia nie byli przyjęci... Skuszony możliwością dolania oliwy do ognia majorowej wściekłości – podniosłem palce do góry. Major wręcz oniemiał z zachwytu przekonany, że oto jedną przynajmniej duszyczkę zdołał złowić, biorąc ją na wielokrotnie już wypróbowane, ogólnowojskowe huki. Nie wiedział biedaczysko, że nic bardziej błędnego. Bo ja tylko zapytałem, czy taka polityka wyrzucania młodych i zdolnych ze studiów jest aby na pewno pożyteczna dla naszej umiłowanej ludowej ojczyzny? Czyż nie może być w naszej ojczyźnie doskonałych lekarzy chirurgów, którzy operując świetnie nie będą jednak potrafili strzelać, a tym samym zabijać? Jedyne, co major mógł w tej sytuacji zrobić, to wyrzucić mnie do dyrektora z jednoczesnym nakazaniem mi poinformowania Dyrektora Erbela o przyczynach - którejś tam już z kolei - mojej przymusowej wizyty w Jego gabinecie.
Kiedy tylko Dyrektorowi Erbelowi wyłuszczyłem przyczyny mojego przybycia zobaczyłem w Jego oczach ogniki wyraźnego rozbawienia.

- Oj, Nasiołkowski, nasiołkowski - aleś ty mnie zawiódł...
- No, nie pierwszy przecież raz - Panie Dyrektorze... Ale Dyrektor kontynuował udając, że nie słyszy tego mojego wtrącenia; miałem Cię za inteligentnego chłopaka, a ty z takim cymbałem chciałeś dyskutować? Po czym pogłaskał mnie po bujnej wówczas czuprynie i wygonił na lekcję! Przekaz sytuacyjny był jasny; pamiętaj Nasiołkowski – z głupkami się nie dyskutuje! Tu muszę sam przed sobą się przyznać, że nie zawsze pamiętam o obowiązku stosowania się do tej zasady...

Ale nim popłynęły wspomnieniowe opowieści, nim rozgorzała dyskusja organizatorów zaskoczyła płytka, z której popłynął - tak dobrze przeze mnie zapamiętany - głos Dyrektora Józefa Erbela recytującego wiersz, którego treść stanowiła właściwie credo Jego życia. Rzec zatem trzeba, że tym sposobem uczestnikom piątkowego spotkania Dyrektor Józef Erbel osobiście odpowiedział na pytanie, kim dla nas był i kim pozostaje nadal. Odpowiedział z niewielką pomocą Pani Krystyny Kowalik, Pana Władysława Pochecia, Pana dyrektora Piotra Lewandowskiego, Pana Tadeusza Kurka oraz także mojej - niebywale skromnej osoby...

Odniosłem wrażenie, że najwyraźniej za przyczyną nieoczekiwanego dla organizatorów podniesienia się temperatury dyskusji na tym piątkowym spotkaniu - nie zdołaliśmy jednak dotrwać do końca zaplanowanego przez organizatorów na siódmą godzinę wieczorem. Ba, nie dotrwaliśmy chociażby nawet do czasu wyznaczonego ustawieniem wskazówek zegarków na czas za pięć minut przed siódmą... Organizatorzy spotkania pospiesznie je zakończyli i to na pół godziny przed planowanym czasem. Odniosłem wrażenie nieodparte, że najwyraźniej spotkanie nie spełniło oczekiwań jego organizatorów za sprawą tych, co na to spotkanie przyszli dlatego, że mieli z Dyrektorem Józefem Erbelem osobisty kontakt, i - z tej racji - wzniecili w organizatorach spotkania obawę usłyszenia jeszcze więcej, wielce przez nich niepożądanej prawdy o tej, jakże wybitnej postaci naszego miasta.

Nic chyba zatem dziwnego w tym, że kierując się najwyższym szacunkiem dla osoby Dyrektora - swojego czasu - zleciłem znanemu kazimierskiemu malarzowi, Michałowi Smółce namalowanie Jego portretu.

Podczas uroczystości oficjalnej III Zjazdu Absolwentów I Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego podarowałem ten obraz szkole, wręczając go oficjalnie Panu dyrektorowi Piotrowi Lewandowskiemu, który stojac na scenie podniósł ów portret do góry i okazując go publiczności, powiedział; proszę Państwa – Józef Erbel! Reakcja publiczności była dla mnie jakże wspaniałym zaskoczeniem.. Wszyscy obecni na sali, spontanicznie wstali ze swych miejsc. Niezapomniane... Wzruszające... Ten portret Dyrektora Józefa Erbela wisi dziś na korytarzu, nad drzwiami wejściowymi do sekretariatu szkoły i zarazem dyrektorskiego gabinetu.

Podsumowując te rozważania; powiedzieć trzeba, że czas długiego życia Dyrektora Józef Erbela zamykał się w trzech, jakże różnych epokach. Tej międzywojennej, kiedy to był ponoć piłsudczykiem. Tej wojennej, kiedy był więźniem obozów koncentracyjnych i w tym czasie powojennym okrutnego i siermiężnego czasu realnego socjalizmu, kiedy to ponoć znienacka przeistoczył się w przebrzydłego komucha, rzecznika ateizacji procesów edukacyjnych w stworzonej i kierowanej przez siebie szkole. Istotą sprawy życia każdego człowieka jest umiejętność sprostania czasom, w których żyjemy. Dyrektor Józef Erbel - z całą pewnością - sprostał czasom, w których przyszło mu żyć. Do sformułowania takiego poglądu upoważnia stworzona przez Dyrektora szkoła, która jest przecież pomnikiem Jego życia. Szkoła, w której nie łamano charakterów, co wiem z mojego własnego doświadczenia. Upoważnia nastawienie Dyrektora do uczniów, które zamyka się w stwierdzeniu, że jeśli tylko w szkole przez Niego kierowanej, dostrzeżono szansę, że z młodego człowieku można coś pożytecznego wykrzesać, to uczyniono absolutnie wszystko, żeby to z niego wykrzesać! Dyrektor Józef Erbel - już za swojego życia - stał się w Skarżysku człowiekiem-instytucją, a to dlatego, że potrafił znaleźć formułę dla funkcjonowania JEGO szkoły w obrębie - powojennie - panoszącego się systemu. Dlatego właśnie mówiło się i nadal mówi się w Skarżysku; „chodzę do Erbla”, czy też jestem absolwentem ”Erbla”.

Przecinając wszelkie niestosowne i niesmaczne dywagacje ludzi, którzy marną - lub wręcz żadną - posiadają wiedzę o osobie Dyrektora; za to wszystko właśnie, czego Dyrektor w swoim twórczym, przyzwoitym życiu dokonał - pamięć o Józefie Erbelu należy pielęgnować, bynajmniej, nie tylko w naszym mieście, ale właśnie w Skarżysku szczególnie, otaczając ją najwyższym, należnym Dyrektorowi szacunkiem..

Przy okazji niejako, powyższym zdaniem przecinam filologiczny spór o prawidłowość formy „Erbla” - czy też „Erbela”. Każdy filolog przyzna rację twierdzeniu, że język jest żywą, podlegającą zatem ewolucji, konwencją, żyjącą i obowiązującą w danym kręgu, znaczonym obszarowo, czy też środowiskowo. Z tej to wszak przyczyny, w Krakowie wychodzi się - nie na dwór, lecz na pole, zaś w Skarżysku chodzi się, czy też chodziło się do szkoły „Erbla”, wspominając zarazem z najwyższym szacunkiem jej twórcę; Dyrektora Józefa Erbela...

N E K R O L O G
Piotr Jan Nasiołkowski

Nad mieściną stadnie krążą, wrony czarne, bezgranicznie ogłupione
Zwyczajowo smutną wieścią; słupy krzyczą – już od ranka oklejone
Nawet ładnie napisali; żeś pedagog i patriota dla Ojczyzny zasłużony
Żeś budował, żeś dokonał, żeś wychował, żeś powszechnie był ceniony
Ot, szczęśliwiec; ot, dostąpił łaski zgonu w swej Ojczyźnie bogobojnej
Jakimś trafem zapomniano o siermiężnej, tej ludowej.., ponoć znojnej
Szmat biografii więc gdzieś przepadł - na wirażu zagubiony

Towarzyszu dyrektorze! - do świątyni dziś wnoszony...
Gdzie kadzidła czuć bezsilność i gdzie patos przemówienia
Drogi Twojej nie ukryje w ciemnej krypcie zapomnienia
Fanfarami zagłuszono głosy świadków... Któż je słyszy?
Pod sklepieniem osłupienia, trumna weszła w strefę ciszy...
Zza kurtyny ze sztandarów, szabel nagich szczęk błyszczący
Spędza z szyby zapis mroźny – Twej pamięci nie sławiący...
Gdy wędrówki ziemskiej kurze Styks obmyje z Twojej duszy
Kiedy akord organowy brzmieniem fugi mur rozkruszy...
Kiedy staniesz przed Obliczem, cóż tam powiesz neofito?
Żeś pobłądził w życiu swoim? Żeś tu przyszedł incognito?
Cóż opowiesz tym dziewczynom? Tym chłopakom z opaskami...
Płowowłosym harcerzykom, co rzucali butelkami...
Co zniknęli w kłębach dymu... W oceanie płomienności...
Przez tygrysy rozjechani w promenadzie niewinności...
Nic już nie mów; skrzatku leśny, kłamstwa grzechem wykarmiony
Blach brzęczeniem ich nie zwiedziesz; wiedzą dobrze, żeś skarlony
Przed wieczorem rozstrzelani... Na Ochocie tej niedzieli...
Przez tygrysy rozjechani... Twoją drogę z chmur widzieli!
Bój ostatni..? Odśpiewany! Łokcie w bojach? Zaprawione!
Pryncypialność Twą w w kieszeni, referencje potwierdzone!
Tej jesieni przełomowej, gdy mieszkania przydzielali...
Zawsze w zgodzie z partii linią, gdy odnowy ogłaszali...
* * *
Dziś, u Bramy oto stoisz; skaucik biedny, ideowo uwiedziony
Przez epokę, co minęła – oszukany, przez komitet zniewolony...
Gdybyś odszedł w czas komuny, dziś przez Ciebie potępianej...
Gdybyś przeszedł do Historii - z blach prawdziwych zespawanej...
Też by ładnie napisali; żeś pedagog i patriota niebywale zasłużony
Żeś dokonał, żeś wychował, żeś napisał, żeś partyjnie był ceniony...
 

Piotr Jan Nasiołkowski
rocznik maturalny 1972


 

Ostatnie komentarze

  • aaa powiedział(a) Więcej
    wymienić wszystkich 3 godzin temu
  • Piotr Jan Nasiołkowski powiedział(a) Więcej
    Średnio inteligentny pekińczyk wie doskonale jakich umiejętności trzeba nabyć, żeby zdobyć się na odwagę... 4 godzin temu
  • Piotr Jan Nasiołkowski powiedział(a) Więcej
    Muszę Pana, Panie Marku nieco skorygować! Mam nadzieję, iż tą korektą rozbawię Pana na tyle, że nawet do głowy... 5 godzin temu