Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Wrześniowe zbrodnie wojenne cz.1 Piotr Jan Nasiołkowski

W świetle historycznych faktów, nie może ulegać wątpliwości, że pierwszym akordem zbrodniczej wojny rozpętanej przez władców III Rzeszy przeciwko reszcie świata - była wojenna zbrodnia. Bo jakże inaczej postrzegać można nalot na przygraniczne polskie miasteczko - dokonany przez Luftwaffe jeszcze przed świtem pierwszego wrześniowego dnia 1939 roku, kiedy to - już o godzinie 4.00 - niemieckie samoloty zbombardowały przygraniczny Wieluń? Pierwsze niemieckie bomby spadły na miejscowy szpital p.w. Wszystkich Świętych. W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd, barbarzyńską doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec. Cel został więc wybrany niezwykle starannie. Niemieckie samoloty z niskiego pułapu zrzucające bomby na wieluński szpital zostały nań naprowadzone przez niemieckiego szpiega o nazwisku Stuhle. Był on ponoć uczniem miejscowego gimnazjum. Specjalnie miał w tym celu przybyć do Wielunia z Łodzi.

Zaatakowanie znienacka oznakowanego czerwonymi krzyżami budynku szpitala, miało niewątpliwie na celu zniszczenie zaplecza medycznego, jakże przecież nieodzownego dla potrzeb każdej walczącej armii. W efekcie tamtego nalotu, pod gruzami szpitala zginęło trzydzieści dwie osoby w tym dwudziestu sześciu jego pacjentów. Ofiar byłoby zapewne jeszcze więcej, gdyby nie to, że poprzedniego dnia pospiesznie wypisano ze szpitala większość lżej chorych. W przewidywaniu wybuchu wojny - szpital najwyraźniej szykował wolne łóżka dla rannych żołnierzy. Tamten nalot - przeprowadzony przez Luftwaffe z całkowitego zaskoczenia - obrócił to przygraniczne miasto w gruzy i pociągnął za sobą około 1200 śmiertelnych ofiar spośród jego cywilnych mieszkańców oraz okolicznych chłopów, którzy tamtego poranka przyjechali do Wielunia na cotygodniowy, piątkowy targ.
Odnotować należy, że jednostka Luftwaffe Kampfgeschwader 76. Immelmann, której bombowce Ju-87 zaatakowały barbarzyńsko 15-tysięczny Wieluń, wchodziła w skład IV floty powietrznej Luftwaffe dowodzonej przez generała majora Wolframa Freiherra von Richthofena. Tego samego, który w kwietniu roku 1937 wsławił się wydaniem - dowodzonemu przez siebie Legionowi Condor - rozkazu starcia z powierzchni ziemi baskijskiego miasteczka Guernica!

Fot. 1. Widok zbombardowanego Wielunia

tsk24.pl



Fot. 2. Zniszczenia w Wieluniu

tsk24.pl


Fot. 3. Oddziały Wehrmachtu wkraczają do Wielunia zniszczonego bombami Luftwaffe

tsk24.pl



Fot. 4. Powietrzny zbrodniarz wojenny - generał major Wolfram Freiherr von Richthofen

tsk24.pl



Fot. 5. Stuka, bombowce Ju - 87.
Symbol wrześniowego Blitzkrirgu w Polsce.

tsk24.pl



Fot. 6. Cywilne ofiary ataków Luftwaffe

tsk24.pl


Natomiast o godzinie 5.00, zatem w tym czasie, gdy od niecałych piętnastu minut pancernik „Schleswig - Holstein” w najlepsze ze wszystkich swoich dział ostrzeliwał Westerplatte; atak dziesięciu Stukasów doszczętnie zniszczył bombami centrum Działoszyna. Przeprowadzony po pół godzinie, następny nalot, powiększył rozmiary zniszczeń i wzniecił liczne pożary. Trzeci atak z powietrza wykonany kwadrans po godzinie dziewiątej. Tym razem formacja złożona już z trzydziestu Stukasów, dokonała dzieła doszczętnego niemal zniszczenia całego tego przygranicznego miasteczka, które znajdowało się już także w zasięgu działania wrogiej artylerii również ostrzeliwującej zadymiony i płonący Działoszyn. Trzykrotny atak niemieckich bombowców oraz ostrzał artyleryjski - pociągnęły za sobą śmierć około 100 cywilów, w tym 70 mieszkańców Działoszyna, w przeważającej spośród miejscowej biedoty żydowskiej.

Fot. 7. Stary Żyd przed spalonym domem w zbombardowanym Zwoleniu

tsk24.pl



Pomiędzy drugim i trzecim nalotem Luftwaffe na Działoszyn, dokonanym przez maszyny należące do K.G. 76 Stukageschwader i K.G 77. - dokładnie zaś mówiąc o godz. 7.00; w kierunku niemieckich pozycji wyruszyło jedenaście polskich tankietek wchodzących w skład 41. kompanii czołgów rozpoznawczych TK. Tą pancerną formacją dowodził kapitan Tadeusz Witanowski. Uzbrojeniem tankietek był jedynie wielkokalibrowy karabin maszynowy. Powróciwszy po godzinie ze swojego pierwszego rajdu bojowego, nasze tankietki przedefilowały przed pozycjami drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Na pierwszym pojeździe zatknięto kij, na którym pancerniacy fantazyjnie zawiesili swoje wojenne trofeum - niemiecki skórzany płaszcz oficerski oraz hełm. Jest wielce prawdopodobne, że były to części umundurowania i ekwipunku w tym samym czasie poległego w Zimnej Wodzie od salwy polskiej artylerii - podpułkownika Hoehne, dowódcy niemieckiego 73. pułku piechoty, którą to stratę skrupulatnie odnotował w swej książce generał Otto von Knobelsdorff.
Zbombardowanie Wielunia i Działoszyna nie było bynajmniej jedynym zbrodniczym rozkazem wydanym we wrześniu 1939 roku przez generała majora Luftwaffe - Wolframa Freiherra von Richthofena.
Otóż w dniu 13 września 1939 roku samoloty przynależne tej samej formacji niemieckiej Luftwaffe eksperymentowały na żywym organizmie podzamojskiego Frampola taktykę skutecznego niszczenia miejskiej aglomeracji. Do tego zbrodniczego celu wybrano maleńki, zabudowany drewnianymi domami Frampol z tej jedynie przyczyny, iż miasteczko posiadało wyjątkowo przejrzysty układ, regularnie zabudowanych ulic. Urbanistycznie, Frampol był powieleniem niemieckiego wzorca miast, przed wiekami na prawie magdeburskim lokalizowanych - także i na ziemiach polskich. Zatem centralnie usytuowany miejski ratusz stanowił idealny punkt orientacyjny dla pilotów. Zauważyć przy tym należy, że architektura górującej nad Frampolem wieży tamtejszego kościoła parafialnego - jako żywo - przypomina kościelne wieże typowe dla Austrii, bądź też południowych Niemiec, co niewątpliwie musi posiadać swoje historyczne przyczyny. Zwłaszcza, że niemieckie słowo „fromm” znaczy tyle, co religijny lub pobożny. Końcówka „…pol” - to najwyraźniej skrótowe podkreślenie polskiego akcentu tej roztoczańskiej pobożności. W czasach zaborów, brzmiącą z niemiecka nazwę miasteczka pisaną urzędowo po rosyjsku - odczytywano fonetycznie jako Frampol. A to za przyczyną nie akcentowanej w języku wschodniego zaborcy pierwszej samogłoski „o”, czytanej jako „a”. Tym to sposobem Frommpol stał się Frampolem, gubiąc - przy tej okazji - w swej nazwie jedną spośród dwóch spółgłosek „m”.
Zapewne nikomu spośród osiemnastowiecznych założycieli miasteczka nie przyszłoby do głowy, że we wrześniu 1939 roku ta, licząca 3000 mieszkańców aglomeracja, zostanie przez dowództwo Luftwaffe wybrana dla przeprowadzenia testowego nalotu, mającego na celu wypróbowanie niszczycielskiej skuteczności nowatorskich, zapalających bomb lotniczych. Analityk działań Luftwaffe, Harry Hohenwald podaje, że wybór na Frampol padł również dlatego, iż miasteczko położone jest w kotlinie, a nadto - całkowicie pozbawione było obrony przeciwlotniczej. Zatem operujące z niewielką prędkością bombowce - w żadnym razie - nie były narażone na ogień artylerii przeciwlotniczej. Generał major Wolfram Freiherr von Richthofen rozkazał, by ten zbrodniczy nalot rozpoczął się punktualnie o godzinie 15.30. Także i w tym przypadku nalot samolotów Luftwaffe został poprzedzony działaniami niemieckich dywersantów. Tamtego dnia do Frampola zajechała limuzyna wioząca grupę księży nie wzbudzających niczyjego podejrzenia. Albowiem duchowni w Polsce nigdy wcześniej nie wzbudzali niczyjego podejrzenia. Zresztą nie wzbudzają do tej pory - choć przecież często wzbudzać powinni. Przebrani za księży dywersanci oznakowali cel nalotu wykładając na rogach frampolskiego rynku, doskonale widoczne z góry, ogromne białe krzyże z prześcieradeł.


Fot. 8. Schwytany przez żołnierzy Wehrmachtu młody mężczyzna

tsk24.pl



Fot. 9. Wrzesień 1939 r. Samoloty Luftwaffe bombardują linię kolejową -
gdzieś w Polsce...

tsk24.pl




Przez czas kilkugodzinnego bombardowania spadło na Frampol 700 ton bomb. W przeważającej części były to bomby zapalające nowej generacji produkowane na bazie tlenku żelaza i aluminium. Uciekających przed zagładą mieszkańców Frampola bezlitośnie ścigały serie z pokładowych karabinów maszynowych niemieckich samolotów. Przeprowadzony przez Luftwaffe test okazał się być niebywale udanym. W efekcie tamtego nalotu miasteczko zostało zniszczone doszczętnie. Zginęła też prawie połowa jego mieszkańców oraz bliżej nieokreślona liczba uciekinierów, którzy tamtego dnia znaleźli się we Frampolu całkiem przypadkowo. W żargonie pilotów Luftwaffe pojawiło się nowe słowo; czasownik „frampolieren”, co oznaczało przeprowadzenie totalnej zagłady małego miasteczka. Los Frampola stał się także udziałem leżącego nieopodal Biłgoraja, zbombardowanego przez Luftwaffe dwukrotnie, w dniach 8 oraz 14 września 1939 roku. Choć w tym przypadku polska obrona przeciwlotnicza zdołała przynajmniej zestrzelić jeden spośród bombowców, drugi zaś został przy tej okazji poważnie uszkodzony.


Fot. 10. Zbombardowany Frampol

tsk24.pl



Fot. 11. Zestrzelony przez polską obronę przeciwlotniczą nurkujący
bombowiec Ju-87 zwany Stuka.

tsk24.pl



Podkreślić należy, że w przypadku obydwu tych miasteczek przeprowadzone przez Luftwaffe naloty nie posiadały żadnego uzasadnienia militarnego. Żadnych obiektów militarnych, żadnego przemysłu, żadnych zgrupowań jednostek wojskowych.
W tym miejscu powiedzieć trzeba o odnotowanym we wrześniu 1939 roku absolutnie wyjątkowym zachowaniu pułkownika Heinricha Seywalda - dowódcy Kampfgeschwader 77. Otóż oficer ten, najwyraźniej nie chciał być jednym z bezwzględnych robotów bezrefleksyjnie siejących śmierć polskich cywilów i zniszczenie miast. Więc zamiast - zgodnie z wydanym mu rozkazem - zbombardować w dniu 13 września warszawskie śródmieście; pułkownik wybrał do zaatakowania przez swoje samoloty zgoła inny, stricte militarny cel. Za tę samowolę został ukarany jeszcze tego samego wieczora. Pozbawiono go dowództwa K.G. 77, choć ta podlegająca jego rozkazom formacja nie straciła do tamtego dnia wojny ani jednego samolotu.

* * *


W przededniu wojny Szef Sztabu Królewskich Sił Zbrojnych Wielkiej Brytanii, generał sir Edmund Ironside zapowiedział, że w przypadku zbombardowania przez Niemców w Polsce celów innych niż militarne - brytyjskie bombowce zwrócą się natychmiast przeciwko niemieckim celom cywilnym. Jak powszechnie wiadomo, zniszczenie przez Luftwaffe Wielunia, Frampola oraz Działoszyna nie doczekało się jednak żadnego odwetu ze strony samolotów RAF-u.

* * *


Przekroczywszy granicę Polski, pierwszego dnia wojny, o godzinie 8.30 pododdziały niemieckiej 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty dotarły do Parzymiechów i usiłowały - niejako z marszu - zająć tę przygraniczną wieś. Wtedy to działający na własną rękę pojedynczy polski żołnierz ustawił na wieży miejscowego kościoła karabin maszynowy i otworzył z niego morderczy ogień do luźnej tyraliery uformowanej z żołnierzy Wehrmachtu nonszalancko podchodzących do wsi. Po dokonaniu masakry niemieckiego oddziału polski żołnierz skwapliwie skorzystał z wywołanego przez siebie zamieszania i uszedł pościgowi. Niezwłocznie po tym ukrył się wśród nie zebranej jeszcze z pola kukurydzy - i z tego swojego nowego stanowiska - powtórnie otworzył do Niemców z broni maszynowej niebywale skuteczny ogień. W odwecie za te jego zuchwałe wyczyny - żołnierze Wehrmachtu rozstrzelali na polu za wsią 75 jej mieszkańców, a wśród nich wiele kobiet i dzieci.
Nadto, niemieccy żołnierze podpalili budynek plebanii w Parzymiechach, a następnie zawlekli do wsi Grabarze miejscowego proboszcza, a także wikarego i organistę, przywiązując uprzednio swe ofiary do koni. Na miejscu odbyła się farsa procesu przed niemieckim sądem wojskowym, który całą trójkę skazał na śmierć przez rozstrzelanie. Pretekstem było znalezienie na kościelnej wieży urządzonego przez tamtejszego proboszcza amatorskiego obserwatorium astronomicznego. Niemcy uznali to za instalację mającą służyć do obserwowania ruchów ich wojsk. Ten zbrodniczy wyrok został wykonany w dniu następnym. Ofiary rozstrzelano pod cmentarnym murem w Jaworznie.
Taki to był los wojenny wybitnego astronoma, poligloty i podróżnika 74-letniego księdza kanonika Bonawentury Metlera, a także organisty Ignacego Sobczaka oraz księdza wikariusza Józefa Daneckiego, który do parafii w Parzymiechach został przydzielony w dniu 25 sierpnia 1939 roku, czyli zaledwie kilka dni przed wybuchem wojny i zarazem własną męczeńską śmiercią. Żołnierze Wehrmachtu spalili również wieś Zimna Woda i rozstrzelali 38 jej mieszkańców, w tym także kilkoro dzieci, które nie ukończyły jeszcze dziesiątego roku życia. Mikołajowi Nicponiowi, który usiłował Niemcom przeszkodzić w podpaleniu swojego domu - niemieccy żołnierze obcięli ręce, zaś jego ciężarnej żonie – Annie, rozbestwieni mordem żołdacy, rozpruli bagnetem brzuch, wyjmując nienarodzone dziecko. Nie zapominajmy; Gott mit uns - mieli oni wszyscy napisane na klamrach swoich wojskowych pasów…
Pomiędzy ofiarami tamtej egzekucji znalazła się także Antonina Kęsik wraz z dwunastoletnią córką Zdzisławą, oraz trzymanym na rękach - jednodniowym niemowlęciem nieustalonej płci. To urodzone ostatniego dnia pokoju dziecko nie miało jeszcze imienia, a na świat przyszło jedynie po to, by stać się jedną z pierwszych ofiar rozpętanej właśnie wojny…
Odnosząc się do wydarzeń pierwszych dni wrześniowej wojny - kronikarz 73. pułku piechoty Wehrmachtu otwarcie przyznał, że zbrodnia wojenna popełniona przez żołnierzy niemieckich w Zimnej Wodzie była odwetem za śmierć poległego w walce podpułkownika Hohene.

 

Fot.12. Płonąca wieś Zimna Woda

tsk24.pl



Fot.13. Rozstrzelani mieszkańcy przygranicznej wsi

tsk24.pl



Tamtego dnia, bilans zbrodniczych działań Wehrmachtu wymierzonych w cywilną ludność zamyka się zamordowaniem na przygranicznym terenie - łącznie 156 osób spośród mieszkańców położonych nad Wartą, tamtejszych wsi. Jak się wydaje, w pełni dopuszczalne jest sformułowanie poglądu, że opisane działania żołnierzy regularnej armii niemieckiej był czynami początkującymi pasmo zbrodni wojennych, wymierzonych przeciwko ludności cywilnej, a popełnionych w czasie wojny, bynajmniej nie tylko przez upolitycznione nazistowską ideologią partyjne formacje SS, lecz także przez Wehrmacht - stanowiący wszak militarną siłę działającą w imieniu ówczesnego państwa niemieckiego.
Odnotować także w tym miejscu należy, że w dniu 2 września 1939 roku, a więc niezwłocznie po zajęciu leżącego już za nurtem Warty, pobliskiego Działoszyna, dwaj oficerowie niemieckiej 18. Dywizji Piechoty zamordowali proboszcza tamtejszej parafii, księdza Ignacego Chartlińskiego. Ta zbrodnia została popełniona na oczach kościelnego, Teodora Kubickiego, który z ukrycia obserwował, jak dwaj Niemcy w oficerskich mundurach Wehrmachtu weszli do świątyni w towarzystwie miejscowego kolaboranta, który wskazał im osobę proboszcza. Następnie ta trójka wyprowadziła duchownego na pobliski cmentarz, gdzie ksiądz został zamordowany kilkoma strzałami z pistoletu. Ten zbrodniczy czyn był niewątpliwie mściwym następstwem treści toastów wzniesionych przed kilkoma dniami przez księdza Chartlińskiego na przyjęciu wydanym przezeń na cześć polskich oficerów.
Zamordowany przez niemieckich wojskowych proboszcz działoszyńskiej parafii był Honorowym Kanonikiem Kapituły Kolegiackiej w Kaliszu oraz radcą Kurii Diecezjalnej w Częstochowie.

* * *


W dostępnych mi niemieckich źródłach, na wzmianki o tej pierwszej wojennej zbrodni popełnionej na polskiej ziemi przez żołnierzy Wehrmachtu natknąłem się jedynie we wspomnianej już kronice 73. pułku piechoty oraz w poświęconej zbrodniom Wehrmachtu w Polsce książce Jochena Böhlera. Natrafiłem także na próbę usprawiedliwienia tej zbrodni, czego podjął się późniejszy dowódca niemieckiej 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty - przemianowanej w międzyczasie na 19. Dolnosaksońską Dywizję Pancerną - generał w stanie spoczynku Otto von Knobelsdorff. Przeczytałem książkę jego autorstwa, wydaną w Republice Federalnej Niemiec w roku 1958, zatytułowaną „Historia Dolnosaksońskiej 19. Dywizji Pancernej”.
Rzec trzeba, że generał stara się usprawiedliwić tę zbrodnię wojenną tak mimochodem, i jakby między wierszami. Otóż w przedstawionej przez niego wersji wydarzeń, które rozegrały się 1 września 1939 roku w przygranicznych miejscowościach Zimna Woda i Parzymiechy; do niemieckich żołnierzy strzelali jedynie polscy cywile, w tym także kobiety. Przeważnie zdradliwie i od tyłu. Cywile mieli jakoby strzelać z okien swych domów i zza węgła. W Zimnej Wodzie, miał w takich to właśnie okolicznościach polec dowódca niemieckiego 73. pułku piechoty - podpułkownik Hoehne. Ale tak naprawdę, to - co przyznaje kronikarz pułku - śmierć tego niemieckiego oficera była następstwem polskiego ostrzału artyleryjskiego poprzedzającego niespodziewany atak przeprowadzony przez tankietki należące do 41. kompanii czołgów TK, dowodzonej przez kapitana Tadeusza Witanowskiego.
Podważając wersję niemieckiego generała o udziale w walkach cywilnych mieszkańców przygranicznych miejscowości, jakimi były wówczas Zimna Woda i Parzymiechy, zauważyć wypada, że pan generał jako wytrawny wojskowy doskonale musi wiedzieć, iż przecież żadna armia świata nie będzie w strefie przyfrontowej tolerowała obecności uzbrojonej ludności cywilnej, której zachowanie jest wszak zupełnie nieprzewidywalne - chociażby z powodu braku jednolitości dowodzenia takimi siłami. Polska armia miała ponadto dodatkowy powód do niedopuszczenia obecności zbrojnej ludności cywilnej w przewidywanej strefie walk. Otóż powszechnie wiadomo, że polski obszar przygraniczny licznie zamieszkiwała niemiecka mniejszość przez całe lata indoktrynowana ideologią nazistowską. Istniało więc całkiem realne niebezpieczeństwo, że polska broń mogłaby znaleźć się w rękach miejscowych wrogów polskiej państwowości. Zatem, jeżeli ktoś wpadłby na pomysł zbrojenia w tych okolicznościach ludności cywilnej, najwyraźniej musiałby być niespełna rozumu. Zwłaszcza że armia polska, oględnie mówiąc, nie była armią najlepiej wyekwipowaną. Należałoby zatem wprost zapytać niemieckiego generała, jaki militarny sens miałoby - jego zdaniem - zbrojenie zamieszkującej przyfrontową strefę niewyszkolonej i nieprzewidywalnej ludności cywilnej, skoro broni brakowało dla żołnierzy wyszkolonych do walki i podlegających rozkazom swych dowódców. Pan generał oczywiście doskonale wie, że tego rodzaju działania byłyby zupełnie bez sensu. Ale ja nie wiem, jak tam było u pana generała z jego wyobraźnią. Mnie osobiście bowiem dość trudno przychodzi wyobrażenie sobie wspomnianej już wcześniej położnicy Antoniny Kęsik z niemowlęciem na ręku, która jednocześnie zza węgła celuje z radomskiego mausera wz. 29 do maszerującej przez wieś kolumny Wehrmachtu... A do tego jeszcze to jej jednodniowe dziecię… niechybnie granaty obronne rzucające z okna wprost pod nogi niebywale pokojowo nastawionych niemieckich żołnierzy…
Na marginesie pozwalam sobie zauważyć, że w podobny sposób - jak we wrześniu nad Wartą - żołnierze niemieccy zachowywali się wobec belgijskiej ludności cywilnej - już podczas I Wojny Światowej. I także w podobny sposób usprawiedliwiali swoje zbrodnicze działania. Nie można zatem wykluczyć, że zarówno w tych, jak i tamtych wyczynach wojennych mogli brać udział personalnie ci sami nosiciele niemieckich mundurów.
Najwyraźniej pan generał Knobelsdorff, tworząc wersję o rzekomym udziale w przygranicznych walkach mieszkańców Zimnej Wody oraz Parzymiechów, kierował się chęcią usprawiedliwienia zbrodni wojennych popełnionych przez Wehrmacht na ludności cywilnej już pierwszego dnia wojny. Jakby komuś nie było jeszcze dość wytworów chorobliwej fantazji nieodwracalnie zainfekowanego nazizmem emerytowanego generała Wehrmachtu o hrabiowskim rodowodzie, to w dalszym ciągu jego kroniki dywizyjnej może przeczytać, jak to niby w okolicy Henrykowa ze wszystkich stron wyszli z lasu polscy żołnierze z białymi flagami i podniesionymi w górę rękami. A kiedy zbliżyli się już do niemieckich linii na odległość około 80 metrów, to otworzyli znienacka do żołnierzy Wehrmachtu morderczy ogień z broni ręcznej i karabinów maszynowych...
Pan generał pisze, że podstępni Polacy zadali w ten sposób rycerskim Niemcom niebywale dotkliwe straty, zamykające się liczbą 73 poległych. Część spośród zabitych wówczas niemieckich żołnierzy miała zostać jakoby wymordowana przez polskich żołnierzy w sposób niebywale bestialski. Pan generał dodaje przy tym, że zostało dowiedzione, iż nasi żołnierze dopuścić się mieli tej wojennej zbrodni na wyraźny rozkaz polskich oficerów.
Spróbujmy zatem nieco zastanowić się nad słowami napisanymi przez pana generała.
Jeżeli polscy żołnierze rzeczywiście wyszli ze wszystkich stron, to wyciągnąć z tego można i należy jedyny wniosek, że niemiecka jednostka znalazła się w okrążeniu przez tych, którzy następnie pozorowali, że się poddają otoczonym właśnie przez siebie Niemcom! Nie bardzo też mogę sobie wyobrazić, w jaki to niby sposób mogło ujść uwadze otoczonych Niemców, że polscy żołnierze trzymający ręce podniesione do góry byli zarazem uzbrojeni w karabiny maszynowe... Pan generał przezornie nie podaje także, kto i w jaki sposób przeprowadził postępowanie dowodowe na okoliczność dokonania przez polskich żołnierzy mordu na niemieckich żołnierzach. I do tego jeszcze mordu dokonanego rzekomo na wyraźny rozkaz polskich oficerów. Zupełnie też nie jest wiadomo, na czym miało polegać to domniemane bestialstwo polskich żołnierzy...
Nijak też nie mogę zrozumieć powodu, dla którego to polscy żołnierze nie skorzystali do końca ze swego podstępu, i posiadając ku temu tę niepowtarzalną sposobność, nie podeszli do niemieckich linii na odległość dużo mniejszą niż 80 metrów... Powiedzmy, że tak na osiem metrów... Coś mi się tak wydaje, że fantazjujący już powojennie na ten iście zbrodniczy sposób, niemiecki pan generał stara się tym samym usprawiedliwić incydentalną klęskę jednostki Wehrmachtu, zaistniałą na gruncie nieudolności jej dowódcy, który pozwolił się okrążyć jednostkom naszej armii, znajdującej się przecież (bądź, co bądź) - w odwrocie...
Pan generał von Knobelsdorff starannie przemilcza również to, co stało się później. Czego - po tym starciu pod Henrykowem - dopuścili się niemieccy żołnierze. Otóż przyprowadzili grupę wziętych do niewoli polskich żołnierzy. Do grupy tej dołączyli kilkunastu miejscowych cywilów. Wśród nich - kilkoro dzieci... Chodziło o to, żeby ta skompletowana przez Niemców grupa liczyła 73 osoby. Tyle samo, ilu poległo pod Henrykowem niemieckich żołnierzy. Zamknęli wszystkich Polaków w stodole. Po czym stodołę podpalili... Tak myślę sobie, że - w kontekście tej zbrodni - i trudno się dziwić, że w żaden sposób nie jestem w stanie wyjaśnić losów wojennych mojego - wziętego przez Niemców do niewoli - stryja, zaginionego bez śladu we wrześniu 1939 roku...
 

14. Mój stryj, zaginiony we wrześniu 1939 roku bombardier Stefan Nasiołkowski jako jeniec wojenny

tsk24.pl


tsk24.pl

Koniec części pierwszej

Piotr Jan Nasiołkowski


 

Ilustrujące artykuł fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Wyglada na to że jest już PO-obiedzie. 10 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Ten Budka to prawdziwy Napoleon ha.ha
    11 godzin temu
  • Born in Skarland powiedział(a) Więcej
    "Drogie" Ekojołopy !! Dzięki EURO 2012 które zabrało kasę do Gdańska ( Pan premier TUSK musiał dojechać do... 16 godzin temu