Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Wrześniowe zbrodnie wojenne cz.2 Piotr Jan Nasiołkowski

Zmarły 24 lipca 2014 roku, prawie stuletni weteran, Pan Józef Głowacki; we wrześniu 1939 roku żołnierz 84. Pułku Strzelców Poleskich - tamtego września dotarł ze swoją jednostką do Modlina.

Po kapitulacji twierdzy, jak wszyscy jej obrońcy, dostał się do niewoli. Był jeńcem obozu w Iławie. We wrześniu 2009 roku, sędziwy Pan Głowacki opowiadał mi o podejmowanych przez Niemców nieudanych próbach znalezienia wśród polskich jeńców takich, którzy byliby gotowi świadczyć przeciwko swojemu dowódcy - majorowi Tadeuszowi Kierstowi w sfingowanym przez zwycięzców procesie, gdzie temu świetnemu oficerowi zarzucono przestępcze traktowanie rannych niemieckich żołnierzy i jeńców, wziętych do niewoli w dniu 13 września 1939 roku podczas wypadu 84. Pułku Strzelców Poleskich na Leszno. W związku z tą sprawą niemiecka prokuratura wojskowa aresztowała w sumie 35 polskich oficerów, przebywających w niemieckich obozach jenieckich. Warto odnotować, że ten prawie przez dwa lata toczący się przed niemieckim sądem proces zakończył się ostatecznie wydaniem w dniu 21 czerwca 1941 roku orzeczenia uniewinniającego majora Tadeusza Kiersta i pozostałych oficerów od postawionego mu zarzutu. Jak się wydaje, decydujący wpływ na treść tamtego wyroku sądowego miały zeznania szeregowych niemieckich żołnierzy - rannych w tamtym boju, a następnie opatrzonych przez polskie służby sanitarne i w takim stanie pozostawionych na miejscu potyczki.
 

Fot. 14. Autor w towarzystwie sędziwego weterana wrześniowej wojny
majora Józefa Głowackiego

tsk24.pl


Ostatecznie okazało się, że ten sfingowany proces był skutkiem wściekłości niemieckiej kadry oficerskiej, która usiłowała znaleźć jakiś sposób na wytłumaczenie wysokich strat własnych, wynikających z niedostatków ich umiejętności dowódczych, co z kolei pozwoliło siłom polskim na skuteczne zaatakowanie całkowicie zaskoczonej jednostki Wehrmachtu. Wściekłość Niemców musiała być tym większa, że w trakcie tamtej potyczki poległ niemiecki pułkownik Flick.
Przyznać muszę, że właściwie to zupełnie mnie nie dziwią tego rodzaju insynuacje generała Ottona von Knobelsdorffa, gdyż sama już tylko stylistyka i słownictwo jego książki (pomimo faktu, że została ona wydana aż trzynaście lat po zakończeniu wojny) przekonują jednoznacznie o tym, iż pan generał jeszcze długo po zakończeniu swej militarnej kariery nie przestał wierzyć w to, że żołnierze dowodzonej przez niego dywizji, biorąc udział w agresji na Polskę, dobrze służyli swej ojczyźnie i całemu narodowi niemieckiemu.
Moim zaś zdaniem, żołnierze Wehrmachtu służyli wtedy bynajmniej nie swej ojczyźnie, lecz jedynie realizacji celów prowadzonej przez nazistów polityki, która ostatecznie sprowadziła przecież na naród niemiecki wystarczająco dużo cierpień, jednoznacznie uzasadniających twierdzenie, że jakakolwiek służba polityce Hitlera była czymś absolutnie sprzecznym z interesem zarówno niemieckiego państwa, jak i niemieckiego narodu. Czyżby bowiem niemieccy żołnierze musieli ginąć pod Henrykowem, gdyby rozkazami wydanymi im przez niemieckich generałów nie zostali wcześniej przymuszeni do przekroczenia polskiej granicy? A niby po co im takie rozkazy wydano? Czyżby dobrzy Niemcy mieli nad Widawką, pod Henrykowem lub też Modlinem coś, co źli Polacy, we wrześniu 1939 roku - za wszelką cenę - chcieli im odebrać?
Myślę, że na tak postawione pytania pan generał Otto von Knobelsdorff nie potrafiłby udzielić przekonującej odpowiedzi. Jak z powyższego jednoznacznie wynika, wersja wydarzeń przedstawiona przez pana Ottona von Knobelsdorffa, hitlerowskiego generała w stanie spoczynku, jest do tego stopnia wewnętrznie sprzeczna, że aż absurdalna. Dlatego też do jej zanegowania zupełnie nie jest wymagane przedstawianie jakiejkolwiek odmiennej wersji tamtych wydarzeń. No, i nic w tym szczególnie dziwnego, że pan generał przedstawia takie nie wytrzymujące krytyki wersje wydarzeń, skoro w jego generalskim monoklu jeszcze trzynaście lat po zakończeniu wojny nadal kręciła się łza wzruszenia, ilekroć tylko zbierało mu się na wspomnienia o odbytej w Warszawie paradzie zwycięstwa, podczas której jego jednostka niebywale uskrzydlona odniesionym właśnie zwycięstwem, defilowała przed Führerem wśród huraganowych okrzyków: „Heil Hitler!”.
Nie uważam za szczególnie odkrywcze mojego twierdzenia, że wspomnienia tego generała Wehrmachtu nie są niczym innym, jak tylko świadectwem stanu jego kalekiej umysłowości - bez wątpienia - implikowanej sentymentem do nazizmu, jako ideologii stworzonej przez Adolfa Hitlera. Ale jakby na to wszystko nie patrzeć; w żaden sposób nie można odmówić słuszności poglądowi, że wyznawanie jakichkolwiek totalitarnych ideologii zupełnie nie sprzyja myślowemu krytycyzmowi i kronikarskiej rzetelności. Co więcej, jest dość powszechnie wiadome, że Niemcy budujący po zakończeniu wojny swoje demokratyczne państwo po zachodniej stronie Łaby mieli nie lada problem z przezwyciężaniem dość powszechnie występujących w tamtejszym społeczeństwie postaw, uzewnętrznionych w wojennych wspomnieniach pana generała Ottona von Knobelsdorffa. Fakt ten dobitnie nam uświadamia, że zwycięstwo aliantów nad III Rzeszą było jedynie sukcesem militarnym, stanowiącym dopiero podstawę do wdrożenia wieloletniego procesu wielopłaszczyznowego oddziaływania społecznego, które pozwoliłoby odnieść zwycięstwo o charakterze stricte ideologicznym znaczonym przemiana mentalności Niemców.
Ponad wszelką wątpliwość żaden obywatel ani niewolnik starożytnego Rzymu nie miał możliwości przeczytania takich dzieł jak „Mein Kampf”, czy też „Kapitał”. A jednak mimo to właśnie starożytni Rzymianie sformułowali - ze wszech miar słuszny pogląd - że nade wszystko obawiać się należy mędrca czerpiącego swą mądrość z jednej tylko księgi. Jest oczywiste, że swego czasu naród niemiecki najwyraźniej zlekceważył znaczenie filozoficznej wymowy tej jakże ważnej maksymy. A niewykluczone, że też zupełnie zapomniał o jej istnieniu.
Z całkiem prostej przyczyny - bo w tamtym czasie, tak było mu wygodniej...
Kontynuując temat zbrodniczych nalotów na polskie miasteczka - odnotować należy, że zanim rankiem 8 września Niemcy zajęli Mszczonów, w dniach poprzedzających ich wkroczenie do miasteczka zostało ono dwukrotnie zaatakowane przez samoloty Luftwaffe. Przyczyną powietrznych ataków było wykrycie przez Niemców miejsca postoju sztabu Armii „Łódź” i jej dowódcy generała Juliusza Rómmla. Generał i jego sztab zajmowali kwatery w budynkach zlokalizowanych przy ulicy Warszawskiej. W dniu 6 września około godziny 15.00 rozpoczął się pierwszy nalot na miasteczko. Następny atak Luftwaffe powtórzyła już godzinę później. Odpór niemieckim samolotom próbowało dawać jedyne nasze działko przeciwlotnicze.
Na Mszczonów spadło wtedy ponad 70 bomb burzących oraz kilkanaście zapalających. Bomby lotnicze zniszczyły 30 budynków. W efekcie tego ataku samolotów Luftwaffe na miasto zginęło 19 mieszkańców Mszczonowa oraz sześciu żołnierzy, w tym oficer sztabowy porucznik Stefan Niesiołowski. Generał Juliusz Rómmel został wówczas ranny w rękę. Kiedy tylko samoloty nieprzyjacielskie odleciały, sztab Armii „Łódź” opuścił miasto, zdążając do Julianowa. Przez ulice Mszczonowa ciągnęły nieprzerwanie potoki cofających się wojskowych taborów oraz cywilnych uciekinierów.
W dniu 7 września miasteczko zostało ponownie zaatakowane przez wrogie samoloty. Ten nalot trwał pełne dwie i pół godziny. Tym razem już żadne polskie działko nie strzelało do samolotów Luftwaffe, więc niemieccy lotnicy, czując pełną bezkarność, schodzili na niskie pułapy. Ich pokładowe karabiny maszynowe otwierały morderczy ogień do wojskowych kolumn i cywilnych uciekinierów. W trakcie tego nalotu zginęło 9 osób cywilnych oraz dwóch żołnierzy.
Rankiem następnego dnia do Mszczonowa, poważnie już zniszczonego kilkakrotnymi nalotami Luftwaffe, wjechały niemieckie czołgi. Po wkroczeniu do miasta oddziałów Wehrmachtu niemieccy żołnierze zastrzelili pod plebanią wikarego księdza Władysława Gołędowskiego, którego zastali w sytuacji, gdy akurat opatrywał swojego parafianina - rannego podczas wcześniejszego nalotu Luftwaffe na Mszczonów.

Fot. 15. Ksiądz wikariusz Władysław Gołędowski

tsk24.pl


Zapewne za sprawą informacji uzyskanych od przedstawicieli mniejszości niemieckiej Niemcy posiadali dokładne rozeznanie odnośnie osób cieszących się szczególną charyzmą w oczach miejscowej społeczności. Dlatego też właśnie na kwatery dla wyższych swoich oficerów wybrali plebanię oraz domy burmistrza Aleksandra Tańskiego i doktora Stanisława Zarachowicza. Zaznaczono przy tym, że doktor, burmistrz oraz proboszcz ksiądz Józef Wierzejski ręczyć mieli swoimi głowami za bezpieczeństwo zakwaterowanych u nich oficerów.
Krótko po zajęciu miasteczka esesmani i żandarmi przywiedli od strony Grójca grupkę mężczyzn złożoną z dziesięciu wziętych do niewoli polskich żołnierzy oraz jednego cywila. Wszystkich ich natychmiast publicznie rozstrzelali na miejskiej targowicy, zlokalizowanej przy ulicy Grójeckiej. Ofiary tej wojennej zbrodni zostały przez mieszkańców miasteczka pochowane na nowym cmentarzu w Mszczonowie.
Spośród rozstrzelanych wtedy jedenastu mężczyzn - siedmiu nie posiadało przy sobie żadnych dokumentów, a więc byli to nieznani polscy żołnierze. Wszyscy w wieku około trzydziestu lat. Czwórkę pozostałych rozstrzelanych żołnierzy udało się jednak zidentyfikować. Byli to: Józef Piestrzeniewicz z Łodzi, Jan Kaczmarek z Wielunia (liczący sobie 29 lat), zamordowany w wieku 39 lat Jan Pietroń z Ostrzeszowa w powiecie Kępno, 23-letni Zdzisław Jankowski z Żyrardowa oraz 27-letni kanonier Michał Czepil. Ten, jako ostatni spośród wymienionych - polskich żołnierzy był Ukraińcem. Pochodził z miejscowości Sielce położonej w powiecie Sokal.
W nocy z 9 na 10 września w zajętym przez Niemców Mszczonowie wybuchła znienacka gwałtowna strzelanina. Wszczął ją pijany żołnierz Wehrmachtu, który zastrzelił innego Niemca. Winę za ten incydent Niemcy zrzucili na miejscową ludność, i jeszcze tej samej nocy rozstrzelano 25 mieszkańców Mszczonowa. Niejako przy okazji, niemieccy żołnierze podpalili kilka domów.
W niedzielę, 10 września, do miasteczka przybyły niemieckie jednostki tyłowe XVI Korpusu Pancernego. Czołgi różnego typu, ciężarówki oraz ciągniki artyleryjskie zapełniły centralnie w mieście położone dwa place, tj. Nowy Rynek i Plac Piłsudskiego, a także dochodzącą do tego placu ulicę Rawską. Całą resztę pojazdów, która nie zdołała zmieścić się wśród zabudowań Mszczonowa, rozlokowano na polu rozciągającym się tuż za murem starego cmentarza. Tego samego dnia oddział niemieckich żołnierzy rozpoczął w Mszczonowie akcję podpalania żydowskich kamienic. Niemcy zastrzelili wtedy miejscowego piekarza Joska Wojnrajcha oraz dwóch jego synów, a następnie podpalili ich dom. Potem ze zgliszcz tego domostwa wydobyto częściowo zwęglone ciała dziesięciu osób. W przeważającej części kobiet i dzieci...

Fot. 16. Płonący dom piekarza Joska Wojnrajcha
Najbliższej nocy zaskakującym atakiem - Mszczonów został ponownie zdobyty przez polskich żołnierzy z 31. Pułku Strzelców Kaniowskich dowodzonego przez podpułkownika Wincentego Wnuka. Po zadaniu Niemcom dotkliwych strat, polskie zgrupowanie wycofało się z miasteczka około godziny 9.00 rano, w dniu 11 września 1939 roku. Po opuszczeniu Mszczonowa przez naszych żołnierzy, w godzinach popołudniowych do miasteczka po raz drugi wkroczyły niemieckie formacje. Były to: I Brygada Pancerna należąca do 1. Dywizji Pancernej, VII Dywizjon Rozpoznawczy stanowiący część 4. Dywizji Pancernej i wspomniany już 12. pułk piechoty, wchodzący w skład 31. Dywizji Piechoty.
Oczom niemieckich żołnierzy wkraczających do miasteczka ukazały się obrazy ilustrujące rozmiar sromotnej klęski poniesionej przez Wehrmacht ostatniej nocy na ulicach i placach Mszczonowa, które zapełnione były licznymi wrakami wypalonych oraz zniszczonych w walce najprzeróżniejszych niemieckich pojazdów. Na ulicach i podwórkach, wszędzie leżały zwłoki niemieckich żołnierzy. Często niekompletnie ubranych. Obrazu zadanej Wehrmachtowi klęski dopełniało ciało niemieckiego pancerniaka, bezwładnie zwisające z wieżyczki czołgu unieruchomionego przy wjeździe na Plac Piłsudskiego. Ciało drugiego niemieckiego żołnierza zastygło na tylnej części czołgowej wieżyczki. W Mszczonowie Niemcy natrafili też na wielu rannych swoich żołnierzy, przeważnie poparzonych.
Rozwścieczeni swoją militarną porażką poniesioną w starciu z regularnym polskim wojskiem - niemieccy żołnierze zapędzili do kościoła i zamknęli w jego wnętrzu wszystkich chrześcijańskich mieszkańców Mszczonowa. Miejscowych Żydów wypędzono natomiast na szosę. Następnie Niemcy wyciągnęli z plebanii proboszcza mszczonowskiej parafii - księdza Józefa Wierzejskiego. Zatrzymali też burmistrza Mszczonowa - Aleksandra Tańskiego oraz doktora Stanisława Zarachowicza.
Tym trzem mieszkańcom miasta żołnierze Wehrmachtu zarzucili udzielanie pomocy polskiemu wojsku, a następnie rozstrzelali ich pod kościelnym murem. Bezpośrednio po egzekucji wypuszczono na zewnątrz zamkniętych dotychczas w kościele ludzi i wszystkich przepędzono wzdłuż muru obok zwłok dopiero co zamordowanej trójki powszechnie znanych i cenionych mieszkańców Mszczonowa. Wśród świadków przymuszonych do oglądania efektów tej zbrodni wojennej była także żona doktora Zarachowicza. W całkiem niedawnych jeszcze czasach, gdy absolutnie nikt nie wyobrażał sobie możliwości zajęcia spokojnego miasteczka przez niemieckie wojska, żona zamordowanego właśnie doktora zasiadała wieczorami do stolika, by zagrać partyjkę brydża z mężem, burmistrzem i proboszczem… A teraz oni wszyscy trzej leżeli martwi pod kościelnym murem…

Fot. 17. Ksiądz proboszcz Józef Wierzejski

tsk24.pl

Fot. 18. Burmistrz Mszczonowa Aleksander Tański

tsk24.pl
 

Fot. 19. Lekarz z Mszczonowa – dr Stanisław Zarachowicz

tsk24.pl


Następnie żołnierze niemieccy podpalili miasteczko, a raczej podpalili to, co z niego zostało po wcześniejszych atakach bombowców Luftwaffe. W pożarze, który strawił wówczas plebanię, spłonęły stare księgi parafialne pochodzące jeszcze z XVI i XVII wieku. Wszystko w imię hasła; Gott mit uns!
Jednym słowem w Mszczonowie powtórzył się scenariusz wydarzeń, jakie - już pierwszego dnia wojny - rozegrały się w przygranicznych Parzymiechach.


Fot. 20. Unicestwiony Mszczonów z lotu ptaka

tsk24.pl


W prowadzonym przez siebie dzienniku pułkownik Helmuth Grosscurth, oficer Sztabu Generalnego Wehrmachtu, pod datą 8 września 1939 roku odnotowuje, że admirał Wilhelm Canaris, szef Abwehry, oraz generał Carl-Heinrich von Stülpnagel zostali powiadomieni o treści sporządzonego sprawozdania z wykonywania przez formacje Wehrmachtu zarządzenia wydanego przez Obergruppenführera Reinharda Heydricha, szefa SIPO i SD. Reinhard Heydrich zalecał, aby pojmanych ludzi natychmiast wieszać lub rozstrzeliwać bez jakiegokolwiek procesu. Zarazem w tej wydanej przez siebie instrukcji nakazywał, aby ofiarami zalecanych przez niego zbrodniczych działań niemieckiej armii padali przede wszystkim przedstawiciele polskiej inteligencji i kleru oraz Żydzi.
Dziennik pułkownika Helmutha Grosscourtha zawiera informację o codziennym dokonywaniu przez Wehrmacht na zajętych przez niego polskich terenach około 200 zabójstw, których ofiarami padała polska ludność cywilna.
Zatem w kontekście powyższego wszystko to, co już w pierwszych dniach wojny wydarzyło się w miejscowościach Zimna Woda, Parzymiechy, Działoszyn i Mszczonów, nie było bynajmniej niczym przypadkowym, lecz skutkiem odgórnie zaplanowanej i od pierwszych dni wojny wdrażanej polityki eksterminacji ludności cywilnej podbijanego kraju.
Odnotować także należy, że podczas walk o Modlin, przy okazji wypadu poza mury twierdzy, podchorąży Janusz Grodzicki natknął się na kompletnie poszatkowane kulami dwa samochody - ambulanse Polskiego Czerwonego Krzyża. Ot, nie pierwszy to już odnotowany przeze mnie przypadek stosowania przez siły niemieckie całkiem nowych zasad i sposobów prowadzenia na wskroś nowoczesnej wojny... Wedle nowoczesności - na hitlerowski sposób rozumianej….
Nie można także pominąć milczeniem zbrodni wojennych dokonanych przez żołnierzy niemieckich w dniach 28 i 29 września 1939 roku, w momencie kapitulacji Twierdzy Modlin i przejmowania jej przez Wehrmacht.
Otóż, już po złożeniu broni przez polskich żołnierzy wszystkich obrońców odcinka „Zakroczym” - Niemcy zebrali na polu wzdłuż drogi prowadzącej do Kroczewa. Po jednej stronie drogi ustawili szeregowych, po drugiej zaś oficerów. W kilku punktach doszło wtedy do rozstrzeliwania już rozbrojonych naszych żołnierzy. W Zakroczymiu rozstrzelano pod ścianą całą drużynę oraz porucznika z 4. pułku piechoty. Ponieważ dowodzący tą drużyną porucznik egzekucję przeżył, niemiecki oficer oddał do niego jeszcze kilka strzałów z pistoletu. Pomimo to, ciężko ranny porucznik żył nadal, a nawet był jeszcze w stanie mówić. Żołnierze polscy zanieśli więc porucznika do pobliskiego domu. Zawiadomiony o tym wydarzeniu dowódca 2. pułku piechoty Legionów - pułkownik Ludwik Czyżewski wszedł najpierw do domu, gdzie leżał ranny porucznik, by naocznie przekonać się o prawdziwości tego wszystkiego, co przekazali mu jego żołnierze. Następnie pułkownik usiłował nakłonić spotkanego na drodze starszego już wiekiem majora Wehrmachtu, który z pewnością musiał być weteranem poprzedniej wojny światowej - by wszedł do domu i także przekonał się o skutkach barbarzyńskich wyczynów swoich żołnierzy. Miał nadzieję, że major nakaże wszczęcie dochodzenia w tej, jakże bulwersującej sprawie wojennej zbrodni. Niemiecki major odmówił jednak wejścia do domu, kwitując ten zbrodniczy czyn swoich żołnierzy stwierdzeniem, że przecież takie rzeczy zdarzają się w bitewnym rozgorączkowaniu. Najwyraźniej dla tego oficera Wehrmachtu oficerska rycerskość była już czymś zupełnie obcym...
W momencie gdy dowódca III batalionu 2. pułku piechoty Legionów, kapitan Tadeusz Wojciech Dorant oraz chorąży Stanisław Drechno wraz z kilkoma żołnierzami pozostającymi pod ich rozkazami - już po złożeniu broni - wychodzili ze schronu, zostali wszyscy żywcem spaleni przez obsługę niemieckiego miotacza płomieni. Dowiedziawszy się o tym, pułkownik Ludwik Czyżewski również w tej sprawie usiłował indagować niemieckich oficerów. Oni jednak ostentacyjnie odmówili naocznego przekonania się o popełnieniu tej bestialskiej zbrodni przez podległych im żołnierzy. Zezwolili jedynie na pochówek na zakroczymskim cmentarzu pomordowanych wówczas naszych żołnierzy.


Fot. 21. Zwęglone ciała polskich żołnierzy.
Modlin, 28 września 1939 roku

tsk24.pl

 


W grudniu 2008 roku znalazłem w internecie wystawione na sprzedaż reprodukcje fotografii odnoszących się do działań Pierwszego Batalionu Saperów z Królewca (Königsberg). Szczególnie interesujące były przedstawiające płonące polskie pozycje cztery fotografie. Zaopatrzono je podpisem „Flammenwerfer übungsmäßig eingesetzt am 28.09.39 vor Medlin”. Zamieszczona na odwrocie fotografii data koresponduje ewidentnie z dniem kapitulacji Modlina. Więc najwyraźniej przekręcono jedynie nieco nazwę twierdzy. Opis tych reprodukcji fotograficznych pozwalał na jednoznaczną identyfikację jednostki Wehrmachtu, której żołnierze żywcem spalili poddających się polskich obrońców Modlina. A potem znalazłem i zakupiłem zamieszczoną powyżej jeszcze jedną fotografię obrazującą grozę i okrucieństwo tamtej sytuacji. Szczególnym przerażeniem napawa fakt, że tej wojennej zbrodni dopuszczono się w ramach ćwiczebnego zastosowania miotaczy płomieni! Tak bowiem wprost tłumaczyć należy zacytowany powyżej niemieckojęzyczny opis fotografii wystawionych na sprzedaż u schyłku 2008 roku. A któż niby mógł wydać rozkaz, nakazujący tego rodzaju ćwiczebne wypróbowanie miotaczy płomieni? Oczywiście, wydali go ci sami oficerowie Wehrmachtu, którzy potem odmówili oglądania skutków zbrodniczego działania podległych im żołnierzy...
Niebawem po kapitulacji Zakroczymia, Niemcy zajęli także miejscowy klasztor, konfiskując wszelkie dokumenty, a więc również i dokumentację szpitalną odnoszącą się do pomocy medycznej udzielanej przez zakonników obrońcom Twierdzy Modlin. Następnie zaś, mszcząc się za udzielanie schronienia cywilom oraz pomocy medycznej obrońcom twierdzy, okupanci aresztowali wszystkich mnichów z tamtejszego klasztoru. Ich przeora, ojca Cyryla, Niemcy wywieźli do obozu jenieckiego w Działdowie, gdzie też został on niebawem zamordowany.
Niemożliwy do zakwestionowania w świetle zebranych relacji oraz dokumentacji fotograficznej; udział żołnierzy niemieckich w rozstrzeliwaniu cywilnych mieszkańców nadgranicznych wsi Zimna Woda oraz Parzymiechy, jak też cywilnych mieszkańców Mszczonowa oraz wziętych do niewoli jego okolicy jak też w Modlinie polskich żołnierzy, oceniać należy przez pryzmat zasad prawa międzynarodowego, którym w warunkach prowadzenia wojny bezwzględnie podlegają wszak żołnierze wszystkich armii świata pomimo zobligowania ich do posłuchu wydawanym im rozkazom. Na podkreślenie w tym miejscu zasługuje to, że także w szeregach Wehrmachtu obowiązywała zasada prawa żołnierza do zgłoszenia swojemu bezpośredniemu przełożonemu każdego przypadku niezgodności wydanego rozkazu z sumieniem jego wykonawcy.
Jeżeli w takim przypadku - rozkaz zostałby powtórzony, nie było innej rady; bezwzględnie musiał być on wykonany. Jednakże rozkazodawca musiał liczyć się z tym, że w takiej sytuacji żołnierz był zobligowany do poinformowania o takim fakcie swojego wyższego dowódcy, a więc tym samym zwierzchnika rozkazodawcy, który był władny wyciągnąć wobec niego wszelkie konsekwencje służbowe.
Powstaje więc dość retoryczne pytanie - cóż może być bardziej sprzecznego z sumieniem żołnierza niż rozstrzeliwanie nie biorących udziału w działaniach wojennych cywilów, w tym także kobiet z niemowlętami na ręku, czy też rozbrojonych uprzednio jeńców wojennych...
Jeśli zatem we wrześniu 1939 roku żołnierze niemieccy bez szemrania wykonywali tego rodzaju zbrodnicze rozkazy, oznaczać to może jedynie, że w szeregach Wehrmachtu powszechnie nie uważano takich rozkazów za coś sprzecznego z żołnierskim sumieniem, o czym przecież jednoznacznie przekonuje treść wypowiedzi pochodzących z ust zdobywców Twierdzy Modlin, przytaczanych przez pułkownika Ludwika Czyżewskiego. Niemieccy żołnierze otwarcie mówili, że należy rozstrzelać wszystkich polskich jeńców. Ostatecznym skutkiem takiego stanu rzeczy było to, że oficerowie wydający podległym im żołnierzom rozkazy ewidentnie naruszające międzynarodowe konwencje zostali już uprzednio utwierdzeni w przekonaniu o swej bezkarności. Najwyraźniej doskonale wiedzieli o tym, że podczas tej wojny zupełnie nie muszą liczyć się z tym, iż którykolwiek z ich zwierzchników powiadomiony o treści wydanych i wykonanych rozkazów sprzecznych ze zwyczajami i zasadami prawa wojennego będzie z tego powodu wyciągał w stosunku do winnych jakiekolwiek konsekwencje.
Ot, i cały fenomen mechanizmu rozumowania i funkcjonowania dwudziestowiecznego zjawiska, które nazwałbym po prostu homo hitlericus!
Powiedzieć też trzeba, że mało znanym, a wręcz zupełnie przemilczanym w historiografii jest fakt wyselekcjonowania spośród wziętych przez Wehrmacht do niewoli we wrześniu 1939 roku około 50 tysięcy Żydów w polskich mundurach i wymordowanie ich w ramach planowej zagłady, co oczywiście nastąpić musiało na skutek odgórnych rozkazów, wydanych z jawnym pogwałceniem uregulowań Regulaminu praw i zwyczajów wojennych stanowiącego załącznik do parafowanej przez cesarskie jeszcze Niemcy - IV Konwencji Haskiej z dnia 18 października 1907 roku. Nie pierwsze to, i nie jedyne - naruszenie przez siły zbrojne III Rzeszy wojennego prawa międzynarodowego - już we wrześniu 1939 roku - jak to wynika z treści niniejszego opracowania nie roszczącego sobie, bynajmniej, pretensji do uznania go za opracowanie kompleksowe, wyczerpujące tematykę zbrodni wojennych popełnionych przez Wehrmacht we wrześniu 1939 roku. Z racji ograniczenia się - w zasadzie - do relacjonowania niektórych tylko zdarzeń z obszaru działania Armii „Łódź”; nie zostało w tym miejscu wszak opisane chociażby, rozstrzelanie w dniu 9 września 1939 roku pod Ciepielowem przez żołnierzy Wehrmachtu ponad 300 jeńców, polskich żołnierzy z 74. pułku piechoty, której to zbrodni rozkazodawcą był dowódca 15. pułku piechoty Wehrmachtu - pułkownik Walter Wessel. Z tej samej przyczyny - poprzestając jedynie na publikacji fotografii - nie zajmowałem się także mordami dokonanymi przez okupantów na ludności cywilnej w Bydgoszczy w dniu 10 września 1939 roku, co przeszło do historii pod nazwą „Krwawej niedzieli”.

Fot. 22. Rozstrzeliwania cywilnych mieszkańców Bydgoszczy

tsk24.pl
 

Fot. 23. Wrześniowy terror w okolicach Bydgoszczy

tsk24.pl

tsk24.pl

tsk24.pl

tsk24.pl


Problematyka wrześniowych zbrodni wojennych oraz mechanizmów ich popełnienia na jeńcach wojennych oraz ludności cywilnej przez żołnierzy i oficerów regularnej armii niemieckiej doczekała się kompleksowego opracowania w będącej odważnym wyjściem naprzeciw historycznej prawdzie - świetnej książce niemieckiego historyka Jochena Böhlera, zatytułowanej „Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce”. Wszystkim zainteresowanym problematyką zbrodniczych działań Wehrmachtu we wrześniu 1939 roku - polecam lekturę tej niebywale wartościowej pozycji…

Piotr Jan Nasiołkowski




Ilustrujące niniejszy tekst fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora a także ze zbiorów Mszczonowskiej Izby Pamięci udostępnione przez współpracującego od wielu lat z autorem - Pana Piotra Dymeckiego z Mszczonowa. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Ostatnie komentarze

  • Ksantypa powiedział(a) Więcej
    Bez poziomów niższych na odpowiednio wysokim poziomie - nie może być mowy o awansach na poziomy wyższe. A... 9 godzin temu
  • tweety powiedział(a) Więcej
    Za swoje słowa o Polsce w niemieckiej prasie Pan Budka powinien wylecieć ze Skarżyska na kopach ! Ileż nienawiści... 12 godzin temu
  • miki powiedział(a) Więcej
    Leszek napisał:
    Parkingu normalnego nie ma, a lądowiska się zachciewa. Kto tam będzie lądował, ufo czy Kaczyński z gospodarczą...
    14 godzin temu