Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Życiorys wrześniem ostemplowany... - Piotr Jan Nasiołkowski

 We wrześniu 1939 roku drugim plutonem ósmej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej dowodził podchorąży rezerwy Janusz Grodzicki, awansowany do stopnia podporucznika w ostatnim dniu obrony Twierdzy Modlin.

   Oficer ten urodził się w dniu 26 czerwca 1914 roku  w Winnicy jako trzeci, najmłodszy syn Stanisława Grodzickiego i Mieczysławy, z domu Dzikowskiej. Pięcioosobowa rodzina Grodzickich przyjechała do Polski w roku 1920. Dwa lata później wszyscy zamieszkali w Wilnie, gdzie w roku 1924 Janusz Grodzicki rozpoczął swoją edukację gimnazjalną, którą po ukończeniu VIII klasy przerwał, wstępując w roku 1931 do Szkoły Morskiej w Gdyni. Rok później, po rejsie do Brazylii na pokładzie „Daru Pomorza”, Janusz Grodzicki powrócił do Wilna i w roku 1933 zdał maturę w swoim gimnazjum.
Jesienią tego samego roku, a więc bezpośrednio po maturze, Janusz Grodzicki podjął studia w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie, którą ukończył w roku 1936, uzyskując stopień magistra nauk ekonomiczno-handlowych. Ojciec przyszłego podporucznika Grodzickiego, będący kapitanem Wojska Polskiego w stanie spoczynku, u schyłku swojego życia był dyrektorem Uzdrowiska Państwowego w Druskiennikach. Zmarł w roku 1934. Nie doczekał więc momentu ukończenia studiów przez swojego najmłodszego syna — przyszłego podporucznika.
    Jako student Janusz Grodzicki czas letnich wakacji spędzał zawsze na morzu. Ściślej mówiąc, na pokładzie żaglowca „Zawisza Czarny”, gdzie - pod dowództwem legendarnego żeglarza, generała Mariusza Zaruskiego - pływał początkowo jako IV oficer, a w roku 1938 był już I oficerem zastępującym kapitana. W międzyczasie w roku 1936 rozpoczął odbywanie służby wojskowej w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim.
    Swoją edukację artyleryjską ukończył z czwartą lokatą, po czym został skierowany na praktykę do 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej w Brześciu nad Bugiem. Ten etap swojej służby wojskowej Janusz Grodzicki zakończył we wrześniu 1937 roku, kiedy to przeniesiony został do rezerwy w stopniu ogniomistrza podchorążego. Bezpośrednio potem wstąpił do marynarki handlowej i jako starszy chłopiec okrętowy odbył cały szereg rejsów na parowcu S/s „Wisła”. Jego kolejnym statkiem był motorowiec M/s „Piłsudski”, na którego pokładzie pełnił funkcję asystenta, a następnie jako praktykant pokładowy pływał na parowcu S/s „Poznań”. Jesienią 1938 roku Janusz Grodzicki został powołany do odbycia sześciotygodniowych ćwiczeń rezerwy zakończonych złożeniem egzaminu oficerskiego. Powróciwszy do Gdyni, Janusz Grodzicki rozpoczął przygotowania do złożenia w Państwowej Szkole Morskiej egzaminu na stopień kapitana żeglugi wielkiej. Jednocześnie pracował jako zastępca komendanta Harcerskiego Ośrodka Morskiego.

Przedwojenny polski plakat propagandowy



Polskie działo Schneider 75 mm zdobyte przez Niemców
 


Polska haubica 100 mm zdobyta przez Niemców

 


    Ten żywot człowieka bez reszty oddanego swej morskiej pasji został przerwany przez doręczenie mu karty mobilizacyjnej, co spowodowało konieczność stawiennictwa Janusza Grodzickiego w dniu 7 kwietnia 1939 roku w koszarach 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, jedynie po to, by w Brześciu nad Bugiem dowiedzieć się, iż ma stamtąd udać nad rzekę Widawkę, w okolice Bełchatowa. Zatem dwa dni później podchorąży Janusz Grodzicki zameldował się u dowódcy pułku, podpułkownika Zygmunta Lewandowskiego. Dowództwo 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej stało bowiem już wtedy we wsi Janówka, która była zarazem miejscem zakwaterowania żołnierzy obsługujących stumilimetrowe haubice dwóch baterii III dywizjonu.
Dwudziestopięcioletni podchorąży Janusz Grodzicki otrzymał przydział do dowodzonej przez porucznika Piotra Boużyka ósmej baterii, gdzie mianowano go dowódcą drugiego plutonu. Pod jego komendą znalazło się dwudziestu siedmiu żołnierzy. Podchorąży Janusz Grodzicki (jak żaden inny dowódca) skrupulatnie spisał ich nazwiska. Ze spisu tego dowiadujemy się, że  w skład obsługi III działonu wchodzili:
działonowy — kapral Aleksander Gładysz,
jaszczowy — bombardier Ludwik Olek,
działonowy — bombardier Jan Gasek,
zamkowy — kanonier Stanisław Malenik,
ładowniczy — kanonier Dominik Malinowski.
Funkcje wręczycieli pełnili dwaj kanonierzy — Franciszek Dołęga i Jojne Fiszman, amunicyjnym był kanonier Adam Łukowicz, za dyszel działa odpowiadał bombardier Roman Ożarowski, zaś środkowa część działa podlegała kompetencji kanoniera Stanisława Moczulskiego.
Obsługę jaszcza z ładunkiem amunicji do haubic stanowili: kanonier Władysław Baran oraz dwaj bombardierzy — Teodor Zacharczuk i Adam Gorbat.  
Natomiast w skład obsady personalnej IV działonu wchodzili:
pełniący funkcję działonowego — kapral Mikołaj Wakuluk-Klimczuk,
celowniczy — Stanisław Włodarczyk,
ładowniczy — kanonier Jerzy Ignatowski,
zamkowy — kanonier Stanisław Marecki,
amunicyjny — kanonier Stanisław Musioł,
wręczyciel — kanonier Kern Beckerman.
Obsługa jaszcza towarzyszącego tej haubicy składała się z pełniącego funkcję jaszczowego kaprala Bolesława Dobrogowskiego oraz kanoniera Szmula Krenia, kanoniera Bolesława Niewińskiego i bombardiera Kazimierza Sawickiego. Opiekę nad samą haubicą sprawowali bombardier Józef Sanda oraz dwaj kanonierzy — Bazyli Jaskółka i Józef Koc.
   

W maju 1939 roku podchorążemu Januszowi Grodzickiemu udzielono dziesięciodniowego urlopu. Pojechał wtedy do Gdyni, gdzie miał zdawać teoretyczny egzamin na stopień kapitana żeglugi wielkiej. Po jego pomyślnym zaliczeniu czekał go jeszcze egzamin praktyczny, który miał odbyć się w sierpniu. Po jego zdaniu adepci sztuki żeglarskiej pisali swoje prace dyplomowe w czasie rejsu na pokładzie „Daru Pomorza”. Z uwagi na chorobę podchorąży Janusz Grodzicki nie popłynął jednak w ten rejs szkoleniowy i ostatniego dnia sierpnia, a więc zarazem ostatniego dnia pokoju, powrócił do swojej macierzystej baterii nad Wartą.

      Tymczasem zaplanowany jako krótki – tamten rejs „Daru Pomorza” znacznie się wydłużył... Jak wiadomo; nasz flagowy szkolny żaglowiec nie powrócił do macierzystego portu przed dniem 1 września 1939 roku...

    W tym samym czasie, gdy dowodzona przez porucznika Piotra Boużyka macierzysta ósma bateria podchorążego Janusza Grodzickiego stała nad Wartą, na swych nowych stanowiskach nieopodal stacji kolejowej Działoszyn, we wsi oddalonej o jakieś 3–4 km na wschód od samego Działoszyna - w Gdańsku z pokładu zakotwiczonego w Nowym Porcie pancernika „Schleswig-Holstein” schodzili już na ląd przywiezieni z Kłajpedy żołnierze kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Ich zadaniem było zdobycie szturmem polskiej placówki na Westerplatte. Oczywiście zaplanowano, że natarcie kompanii szturmowej porucznika Henningsena zostanie poprzedzone zaskakującym, gwałtownym przygotowaniem artyleryjskim prowadzonym z dział zakotwiczonego naprzeciw Westerplatte w portowym kanale pancernika „Schleswig-Holstein”.



Powitanie Schleswiga-Holsteina w Gdańsku 25 sierpnia 1939

 


Gdańszczanie witają Schleswiga-Holsteina

 


Stłoczeni pod pokładem pancernika Schleswig-Holstein żołnierze kompanii morskiej oczekują na wybuch wojny

 


25 sierpnia 1939 r.  Pancernik Schleswig-Holstein wpływa do Gdańska

 

 Główny punkt obserwacyjny baterii podchorążego Janusza Grodzickiego znajdował się na wzgórzu nieopodal miejscowego cmentarza. Boczne punkty obserwacyjne zlokalizowano natomiast nad samą Wartą. Jeden przy moście kolejowym, a drugi przy kładce na drugą stronę rzeki.
    Niewątpliwie podczas pobytu podchorążego Janusza Grodzickiego w Gdyni dotarła doń wieść o tym, że w dniu 25 sierpnia 1939 roku tłumy gdańszczan zgromadzonych na nabrzeżu portowym entuzjastycznie witały wpływający majestatycznie do Gdańska z kurtuazyjną jakoby wizytą szkolny pancernik „Schleswig-Holstein”. Niemcy planowali pierwotnie, że do Gdańska zawinie krążownik „Königsberg”. O zmianie decyzji przesądziło porównanie siły artyleryjskiego ognia obydwu tych okrętów. „Schleswig-Holstein” wyposażony był bowiem w działa większego kalibru, pozwalające na prowadzenie z gdańskiego portu ostrzału - nie tylko Westerplatte - ale również Gdyni oraz umocnień naszej bazy marynarki wojennej na półwyspie Hel.
    W dniu 25 sierpnia Wielka Brytania udzieliła Polsce gwarancji przyjścia z pomocą militarną w przypadku niemieckiej agresji. Było to niejako potwierdzeniem wcześniejszej umowy sojuszniczej, co postrzegać należy jako brytyjską reakcję na wieść o zawartym dwa dni wcześniej sojuszu Hitlera ze Stalinem. Informacja o tym nieoczekiwanym sojuszu, przekazana stronie polskiej przez Anglików, ewidentnie została jednak przez nasze władze zlekceważona.
    Brytyjczycy przyczynili się więc nieopatrznie do tego, że zaokrętowani na pełnym morzu, żołnierze kompanii szturmowej porucznika Wilhelma Henningsena mający za zadanie zdobycie szturmem polskiej placówki na Westerplatte, musieli tłoczyć się w ukryciu pod pokładem „Schleswiga-Holsteina” jeszcze przez kilka dni. Aż do świtu 1 września.
    Tak więc nieoczekiwany atak choroby sprawił, że w dniu wybuchu wojny podchorąży Janusz Grodzicki miast znajdować się na pokładzie zmierzającego do Wielkiej Brytanii „Daru Pomorza”, tkwił nad Wartą, na stanowisku bojowym swojej baterii, w której pełnił funkcję dowódcy plutonu. Jak to zostało uprzednio wspomniane - jego ósma bateria już w dniu 10 lipca została wydzielona na odcinek „Działoszyn”, gdzie utworzyła związek taktyczny wraz  z II batalionem 84. Pułku Strzelców Poleskich dowodzonym przez majora Tadeusza Kiersta.
      Podchorąży Janusz Grodzicki przeszedł ze swoją ósmą baterią cały szlak bojowy III dywizjonu 30.Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Od Działoszyna nad Wartą - aż po Twierdzę Modlin. Zarówno w trakcie bitwy granicznej nad Wartą, jak i w czasie walk na głównej pozycji nad Widawką - młody artylerzysta i żeglarz zarazem - dał się poznać jako dbający o podległych jego komendzie żołnierzy - świetny dowódca, pełen opanowania, dający swym podkomendnym przykład swoim osobistym męstwem.
    Jedną z takich akcji bojowych był nocny wypad z drużyną piechoty na pozycje niemieckie w nocy z piątku na sobotę (22/23 września). Podchorąży Janusz Grodzicki zgłosił się na ochotnika. Grupa podzieliła się na dwie ośmioosobowe części. Jedną dowodził kapral, drugą zaś podchorąży Grodzicki. Żołnierze mieli do tej akcji nastawienie wybitnie negatywne. Dość powiedzieć, że dwóch z nich skorzystało z nadarzającej się okazji i podczas tego wypadu najzwyczajniej w świecie zdezerterowało. Nie zważając zupełnie na tę okoliczność, podchorąży Janusz Grodzicki kontynuował rozpoczęte zadanie. Niebawem polscy żołnierze natknęli się na wysuniętą czujkę niemiecką. Zaskoczenie było kompletne. Wywiązała się walka wręcz. Zginął w niej jeden spośród niemieckich żołnierzy, drugi zaś został wzięty do niewoli. Sześciu innych uciekło, szukając schronienia w pobliskich zaroślach. Słysząc dochodzące z krzaków odgłosy rozmowy prowadzonej po niemiecku, podchorąży Grodzicki nakazał żołnierzom otworzenie ognia w tamtym kierunku. Wtedy z krzaków wypadło sześciu spanikowanych Niemców, którym jednak udało się natychmiast zniknąć w ciemnościach. Przy okazji tego wypadu zdobyto też niemiecki karabin maszynowy. Grupa polskich żołnierzy wróciła z tego wypadu tuż przed nastaniem świtu. Na polskie pozycje przyprowadzono pod bagnetem mocno przestraszonego jeńca, który dźwigał zdobyty przez naszych żołnierzy karabin maszynowy oraz taśmy amunicyjne. Podczas tej akcji podchorąży Janusz Grodzicki został postrzelony z pistoletu w rękę. Kula utkwiła w bicepsie. Pomimo to, ranny nie chciał zostać w szpitalu. Wypisał się z niego na własne żądanie i wrócił do swojej baterii z niemiecką kulą, która pozostała jego wojenna pamiątką do końca życia.. Za udział w tej akcji, w późniejszym okresie, już podczas pobytu w obozie jenieckim w Działdowie, podchorążego Janusza Grodzickiego (awansowanego w międzyczasie do stopnia podporucznika) przedstawiono do odznaczenia Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
    W ostatnim dniu obrony Twierdzy Modlin podchorąży Janusz Grodzicki został awansowany do stopnia podporucznika. Po kapitulacji twierdzy wraz z innymi oficerami wchodzącymi w skład jej obrońców dostał się do niemieckiej niewoli.
    Trzecia dekada października 1939 roku przyniosła ze sobą zwalnianie polskich oficerów z obozu jenieckiego w Działdowie, co było jednym z warunków ustalonych w akcie kapitulacji Twierdzy Modlin. Zwalniani z niewoli polscy oficerowie mieli prawo zatrzymania swojej prywatnej własności oraz szabel. Wszyscy otrzymywali także stosowne zaświadczenia o tym, że jako członkowie załogi broniącej Twierdzy Modlin zostali zwolnieni na mocy układu kapitulacyjnego, co chronić ich miało przed aresztowaniem. Jednakże major Vorberg, komendant obozu jenieckiego w Działdowie, zwracając się do zwalnianych oficerów, powiedział im wprost, że jego władza kończy się za bramą obozu, a tam rządzi już gestapo. Zaiste prorocze to były słowa... Niebawem rozpoczęły się aresztowania przez gestapo dopiero co pozwalnianych z obozów jenieckich oficerów. Więc na skutek także i tej okoliczności różne były późniejsze losy polskich oficerów po opuszczeniu przez nich działdowskiego obozu jenieckiego.


 


Bunkier nad Widawką widok współczesny

 


Bunkier nad Widawką zdobyty przez Niemców

 

 

 


  Most na Bzurze w Sochaczewie

 


Niemieccy żołnierze na zdobytych polskich pozycjach na Wydmie Podżar


Widok Sochaczewa


Fortyfikacje Twierdzy Modlin po kapitulacji


 
    Zwalnianym z niewoli jeńcom Niemcy pozabierali płaszcze wojskowe i jednocześnie wręczyli stosowne przepustki. Następnie wszystkich wywieźli pociągiem za Ciechanów i tam wysadzili w zupełnie szczerym polu.
    Podporucznik Janusz Grodzicki, po zwolnieniu go w dniu 19 października 1939 roku z obozu jenieckiego w Działdowie udał się wprost do Gdyni nad swoje ukochane morze. Udzieliła mu tam gościny rodzina porucznika Antoniego Medona, poznanego w działdowskim obozie. Podporucznik Janusz Grodzicki oprócz tego, że znał się wybornie na żeglarstwie to władał jeszcze kilkoma obcymi językami. Teraz więc postanowił wykorzystać swoje umiejętności do niezwłocznej ucieczki jachtem do Szwecji. Okazało się to jednak niemożliwe. Od spotkanego przypadkowo na ulicy Sławka Kociejewskiego, swojego dawnego przyjaciela z pokładu „Zawiszy Czarnego”, dowiedział się, że Niemcy zapobiegliwie powyciągali jachty na brzeg. Wówczas Janusz Grodzicki wspólnie ze Sławkiem Kociejewskim i jego znajomym o nazwisku Litwoń postanowili pojechać rowerami na południe. U niemieckich władz wyrobili sobie potrzebne przepustki, nie ujawniając oczywiście swojego prawdziwego zamiaru, jakim było przedostanie się na Węgry. Wyjechali o świcie. Sprzyjała im słoneczna jesienna pogoda. Gdy dotarli już w okolice Bydgoszczy, zapytali o drogę nobliwie wyglądającego starszego pana. Ten jednak znienacka wyciągnął z kieszeni rewolwer, a następnie grożąc jego lufą, zażądał od rowerzystów okazania dokumentów. Człowiek ów wyraził zgodę na dalszą jazdę, ale dopiero po obejrzeniu przepustek, które zezwalały młodym ludziom na przejazd do Kalisza.
    Kilka godzin później trójka rowerzystów znów została zatrzymana. Tym razem przez dwudziestoosobową grupę młodych Niemców uzbrojonych w karabiny. Niemcy również jechali na rowerach, ale w przeciwną stronę. Zaczęło się legitymowanie i przeszukiwanie zawartości bagażników. Sytuacja stała się tym bardziej groźna, gdy Niemcy zorientowali się, że Janusz Grodzicki jest oficerem. Zaczęli więc całą trójkę Polaków najpierw szarpać i poszturchiwać, a potem już bez ogródek bić i kopać. Następnie poprowadzili zatrzymanych rowerzystów w bok od drogi, zapowiadając bez ogródek, że zastrzelą ich na wzgórzu porośniętym krzakami. Nagle jeden z Niemców zaczął krzyczeć, że to są szpiedzy. Do takiego przekonania doszedł na skutek znalezienia w bagażu rowerzystów kilku paczek z polskimi pieniędzmi. A według niego tylko szpiedzy mogli dysponować nowiuteńkimi banknotami  w oryginalnych bankowych banderolach. Na całe szczęście nie przyszło mu do głowy, że była to cała kilkumiesięczna pensja oficerska wypłacona podporucznikowi Januszowi Grodzickiemu jeszcze w Modlinie.
    Niemcy postanowili więc całą trójkę złapanych szpiegów dostarczyć do gestapo. Ponieważ jednak nie miało ono swojej placówki w najbliższej wiosce, zaprowadzili zatrzymanych do stacjonującego tu oddziału wojskowego. Młody porucznik Wehrmachtu obejrzał dokumenty Polaków. A gdy usłyszał opowieść o tym, co się przytrafiło całej trójce, zaczerwienił się ze wstydu i zawyrokował: „Jesteście panowie wolni. Możecie jechać dalej”. Podporucznik Grodzicki zauważył jednak stojących nieopodal bramy zbrojnych prześladowców, dlatego poprosił niemieckiego oficera o przydzielenie im eskorty do stacji kolejowej. Tłumaczył, że jeśli ci stojący przed bramą Niemcy zatrzymają ich po raz drugi, a niewątpliwie uczynią to niezwłocznie, to ich tutaj po raz drugi już nie przyprowadzą tylko zamordują w ustronnym miejscu. Niemiecki oficer wykazał się zrozumieniem dla istniejącego zagrożenia, wydał więc stosowne rozkazy i po chwili szóstka niemieckich żołnierzy odprowadziła trójkę młodych Polaków do stacji kolejowej. Zrozumiawszy, że dalsza jazda rowerami jest zbyt niebezpieczna, młodzi ludzie udali się w dalszą podróż już pociągiem.  
    Ostatecznie jednak na Węgry nie dotarli. Podporucznik Janusz Grodzicki opuścił Kalisz, udając się do zajętego przez Sowietów Brześcia nad Bugiem. Zamierzał bowiem odszukać swoją matkę. W Brześciu dowiedział się, że jego matka została odtransportowana do Łodzi, dokąd pojechał niezwłocznie. Tu wreszcie odnalazł swoją matkę. Z Łodzi przedostał się ostatecznie na Litwę. Pracował tam przy wydobywaniu torfu, aby zarobić w ten sposób na opłacenie podróży mającej zakończyć się wstąpieniem w szeregi polskiej armii, tworzonej - w tamtym czasie - we Francji przez generała Władysława Sikorskiego.
    Niebawem jednak Litwę zajęli Sowieci; w tamtym czasie jeszcze sojusznicy Hitlera. Podporucznik Janusz Grodzicki został wówczas aresztowany przez NKWD pod zarzutem fałszowania dokumentów.
    Trzeba jednak powiedzieć, że w tym swoim nieszczęściu miał on jednak szczęście natrafienia wśród funkcjonariuszy NKWD na kogoś, kto nieoczekiwanie okazał mu życzliwość zapewne ratującą życie. Dość powiedzieć, że nie tylko został zwolniony z aresztu, ale jeszcze oddano mu w momencie zwalniania zarówno wystawione na dwa nazwiska obydwa paszporty z jego zdjęciami, jak też będący jego własnością notes zapełniony adresami.
    W końcu po licznych przygodach podporucznik Janusz Grodzicki dzięki pomocy japońskiego konsula w Kownie - Chiune Sugihary uzyskał wizę tranzytową pozwalającą mu na wjazd do Kraju Kwitnącej Wiśni. Niebawem więc udał się koleją w daleką podróż do Władywostoku. Pociąg oblegany na całej trasie przez wynędzniałych ludzi żebrzących o kawałek chleba jechał przez Moskwę, Swierdłowsk, Omsk, Czytę, Chabarowsk. Jego pasażerami byli przeważnie polscy i litewscy Żydzi, udający się jakoby turystycznie - tranzytem przez Japonię - na karaibską wyspę Curaçao. W sumie; przez całe sowieckie terytorium przejechało do Władywostoku pięć takich pociągów zapełnionych „turystami” pragnącymi właśnie w tamtym wojennym czasie zwiedzić akurat karaibską wyspę Curaço. Zaraz po wejściu na pokład odpływającego z Władywostoku japońskiego statku - podporucznik Janusz Grodzicki był świadkiem tego, jak przyodziani w czarne, długie chałaty młodzi pejsaci chasydzi w wysokich butach, sami sobie akompaniując śpiewem, odtańczyli swoisty taniec radości i wyzwolenia. Najwyraźniej w tym momencie opuściło ich już poczucie śmiertelnego zagrożenia.
    Odnotować należy, że japoński konsul Chiune Sugihara wydał ponad 6 000 wiz tranzytowych polskim i litewskim Żydom, ratując ich w ten sposób przed niechybną zagładą. Z uwagi na to, że wizy nie były wymagane dla dzieci, a jedynie dla ich rodziców – szacuje się, że ta drogą uszło przed Holocaustem około 10 000 Żydów. Wydawane przez japońskiego konsula wizy były wbijane do tzw. paszportów nansenowskich wystawianych Żydom przez polskich dyplomatów na wniosek działających na Litwie oficerów polskiego wywiadu, współpracujących z japońskim konsulem. Do wystawienia paszportu nansenowskiego wystarczyło, że uchodźca deklarował swą wolę wstąpienia do organizowanych polskich sił zbrojnych. Posiadanie takowego paszportu przez uchodźcę było konieczne, ponieważ władze ZSRR będącego wszak - w tamtym czasie - jeszcze sojusznikiem III Rzeszy, nie uznawały ważności polskich paszportów. Stały bowiem na stanowisku, że polska państwowość nie istnieje, gdyż we wrześniu 1939 roku została ona  zlikwidowana wspólnym wysiłkiem zbrojnym III Rzeszy i ZSRR. Zatem wystawiony przez polskie władze paszport nansenowski, z wbitą weń japońską wizą tranzytową, umożliwiał legitymującym się w ten sposób bezpaństwowcowi bezpieczny przejazd przez całe terytorium ZSRR. Za te swoje działania Chiune Sugihara - jako jedyny Japończyk - został w 1985 roku uhonorowany przez Instytut Yad Vashem. Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Po wojnie społeczność żydowska wywdzięczyła się byłemu japońskiemu konsulowi ufundowaniem dla jego syna Nobuki stypendium uniwersyteckiego. Jednakże po dwóch latach - okazało się, ze nie jest on w stanie ukończyć uniwersyteckiej edukacji, więc przyuczono go do obróbki kamieni szlachetnych. Nobuki Sugihara mieszka dziś w jednym z krajów europejskich i wiedzie dostatni żywot.
    Jest oczywiste, że udzielanie pomocy Żydom przez japońskiego konsula w Kownie, Chiume Sugiharę nie byłoby możliwe bez zapoczątkowanej w listopadzie 1939 roku jego współpracy z oficerem polskiego wywiadu porucznikiem Leszkiem Daszkiewiczem. Zapewne w tym właśnie fakcie upatrywać należy przyczyny uzyskania japońskiej wizy tranzytowej, także przez podporucznika Janusza Grodzickiego. Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że udzielanie wiz wbijanych do paszportów nansenowskich nie było jedynym przejawem aktywności konsula Chiune Sugihary na niwie współpracy z polskim wywiadem. Ten japoński dyplomata odegrał też niebywale istotną rolę w historii powstania i przetransportowania do Wielkiej Brytanii sztandaru Polskich Sił Powietrznych, wchodzących w skład RAF-u. To on właśnie dostarczył zakonnicom z Wilna złotych nici do haftowania sztandaru przed ostrobramskim ołtarzem, a następnie - gotowy już sztandar - zapakował jako bagaż dyplomatyczny, i - przez Berlin - wywiózł go do Szwecji, gdzie także działał dwuosobowy japońsko-polski zespół wywiadowczy. W Sztokholmie współpracowali ze sobą na tej niwie - generał Makoto Onodera i major Michał Rybikowski. Tym to sposobem wyhaftowany w Wilnie sztandar - przez neutralną Szwecję - dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie oczekiwali nań  żołnierze Polskich Sił Powietrznych.
    Podsumowując swoją działalność z tamtego czasu; porucznik Leszek Daszkiewicz miał ponoć stwierdzić, że żaden spośród żydowskich uchodźców zaopatrzonych przez polskich dyplomatów w paszport nansenowski na skutek złożenia deklaracji wstąpienia do Polskich Sił Zbrojnych – nie przywdział jednak polskiego munduru. Ta wypowiedź polskiego oficera skutkowała podniesieniem wobec niego zarzutu... antysemityzmu.
    Po przybyciu do Tokio wiosną 1941 roku, podporucznik Janusz Grodzicki natychmiast stawił się w tamtejszej polskiej ambasadzie. Napisał wówczas szczegółowy raport na temat swojego udziału we wrześniowych działaniach wojennych, a następnie opisał swoją ucieczkę z okupowanej Polski.
    W raporcie podporucznika Grodzickiego - niewola 1200 polskich oficerów, którzy zostali umieszczeni w obozie jenieckim zorganizowanym na terenie dawnych koszar 35. pułku piechoty w Działdowie, określona została jako honorowa. Według relacji autora oficerowie mieszkali w salach. Każda ich piątka miała przydzielonego ordynansa. Na terenie obozu działała też izba chorych. Oficerom pozwalano wychodzić do miasta, zarówno po zakupy, jak i każdej niedzieli do kościoła, gdzie śpiewano nawet „Boże, coś Polskę”. Jeńcami działdowskiego oflagu było początkowo także czterech polskich generałów, wśród nich generał Wiktor Thommeé, dowódca Grupy Operacyjnej „Piotrków”, oraz generał Leopold Jan Cehak, dowódca wchodzącej w skład tego zgrupowania 30. Poleskiej Dywizji Piechoty.
    Z Japonii podporucznik Janusz Grodzicki popłynął do Kanady, którą przejechał pociągiem, by na wschodnim jej wybrzeżu wejść na pokład okrętu płynącego do Wielkiej Brytanii dokąd przybył w czerwcu 1941 roku. Następnie przez okres całej wojny pływał w konwojach na pokładach różnych polskich okrętów dostarczających z Ameryki do Wielkiej Brytanii wszystko to, co Brytyjczykom było potrzebne do przeżycia i prowadzenia wojennych zmagań z całą potęgą militarną III Rzeszy.
    Po zakończeniu działań wojennych Janusz Grodzicki wybrał emigrację. Właściwie to posłuchał swej matki, która zabroniła mu powrotu do kraju. Ma się rozumieć, że całą resztę swojego życia zawodowego poświęcił morzu. Pływał na pokładach statków wielu bander. Przez pewien czas prowadził także własną firmę rybołówstwa morskiego. Na zasłużoną emeryturę przeszedł dopiero w roku 1985. Rozpoczęte w Polsce przemiany polityczne sprawiły, że niebawem ten będący owdowiałym amerykańskim obywatelem, sędziwy weteran wrześniowej wojny obronnej oraz atlantyckich konwojów powrócił do kraju opuszczonego przed ponad półwieczem. Zamieszkał oczywiście w Gdyni. Tutaj tez powtórnie ożenił się w roku 1994 z rodowitą gdynianką. Państwo Grodziccy pomieszkiwali po części na nowojorskim Manhattanie –  po trosze w Gdyni. Swoje barwne i treściwe życie Janusz Grodzicki opisał w świetnej książce, zatytułowanej „Pod szczęśliwą gwiazdą”. Ta szczęśliwa gwiazda opuściła jednak Janusza Grodzickiego, i to (o ironio...) właśnie w Gdyni, gdzie ten odznaczony Krzyżem Walecznych kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari poniósł śmierć w całkiem banalnym wypadku komunikacyjnym. Otóż 16 lipca 2003 roku na ulicy 10 lutego, w Gdyni, około godz. 14.00 - ten niezwykły człowiek o jakże niezwykłym życiorysie -  został śmiertelnie potrącony przez samochód  Wracał do domu z zakupioną na obiad fasolką szparagową... Zaiste, niebywale to szyderczy chichot historii... Prochy podporucznika Janusza Grodzickiego - zgodnie z jego życzeniem - zostały rozsypane nad wodami Bałtyku...
    Dwaj starsi bracia podporucznika Janusza Grodzickiego we wrześniu 1939 roku, również nosili mundury oficerskie. Porucznik Mirosław Grodzicki służył w łączności. Brał udział w obronie stolicy.
    Także i on w momencie kapitulacji Warszawy dostał się do niewoli. Niemcy osadzili porucznika Mirosława Grodzickiego w Oflagu II-c. Natomiast średni spośród braci, Sławomir Grodzicki, był podporucznikiem służącym w artylerii przeciwlotniczej. We wrześniu 1939 roku zdołał uniknąć niemieckiej niewoli, przedostając się na Węgry, gdzie został internowany. Z obozu dla internowanych na Węgrzech niebawem zbiegł i udał się do Francji, a po jej upadku, w czerwcu 1940 roku - wylądował w Wielkiej Brytanii. Jako lotniczy obserwator artyleryjski służył w II Korpusie generała Władysława Andersa. Poległ w ostatnim miesiącu wojny. Jego samolot został zestrzelony 14 kwietnia 1945 roku we Włoszech. Porucznik Sławomir Grodzicki, swój wieczny spoczynek znalazł na cmentarzu w Bolonii.
    Takie to były polskie życiorysy trzech braci. Wszystkie trzy; tamtym wrześniem jakże wyraziście ostemplowane... 

 
  

 


Cmentarz wojenny we wsi Szubienice nad Widawką

 


Cmentarz wojenny w Klukach widok ogólny groby żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty

 


Tablica pamiątkowa na cmentarzu wojennym w Klukach, gdzie spoczywają polegli we wrześniu 1939 roku żołnierze 30. Poleskiej Dywizji Piechoty

 


Wyhaftowany konspiracyjnie w Wilnie Sztandar PSP - II

 


Przybycie sztandaru do bazy 304. dywizjonu bombowego

 


Przekazanie sztandaru 304. dywizjonowi bombowemu


Chiune Sugihara


Bracia Grodziccy. Od lewej; Mirosław,Sławomir i Janusz
 

Fotografie ilustrujące niniejszy tekst pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone
Opracował Piotr Jan Nasiołkowski.

Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 1 godzinę temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 19 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 19 godzin temu