Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Zapiski z Dziennika Operacyjnego polskiego dywizjonu

Zestawiając treść - dotyczących mojego krewniaka - zapisów zawartych w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego z innymi dokumentami, stwierdzić muszę, że istnieją pewne rozbieżności pomiędzy informacjami zawartymi w tymże Dzienniku, a tymi, które nam przekazuje - chociażby - wniosek o odznaczenie kaprala Zygmunta Sasala Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
Przykładowo; we wniosku tym zostało podane, że 24 kwietnia 1942 roku wuj Zygmunt brał udział w nalocie na Bremę, zaś Dziennik Operacyjny wyraźnie dokumentuje jego udział - w tym dniu, a raczej tej nocy - w operacji bombardowania Rostocku, co potwierdza także dokumentacja fotograficzna.
Z zapisów Dziennika Operacyjnego wynika również, iż kapral Zygmunt Sasal nie brał udziału w lotach bojowych jedynie w okresie zamykającym się pomiędzy 24 kwietnia, a 18 maja 1942 roku. Zaś wniosek o nadanie wujowi Zygmuntowi Krzyża Orderu Wojennego Virtuti Militarii wskazuje na przerwę  w lotach trwającą aż dwa miesiące. To kolejna, trudna do wyjaśnienia sprzeczność. Dążąc do jej rozwikłania - trzeba wszak mieć na uwadze cel dyslokacji 304. Dywizjonu Bombowego na wyspę Tiree, co było oczywistą przeszkodą uniemożliwiającą - w tamtym czasie - udział dywizjonu w jakichkolwiek misjach bojowych.
Niesporne natomiast jest, że akurat w tym czasie, gdy - na szkockiej wysepce Tiree - personel latający 304. Dywizjonu Bombowego odbywał szkolenie w zakresie umiejętności wykonywania zadań lotnictwa morskiego - wuj Zygmunt otrzymał awans na stopień kaprala, a także powtórnie został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Fakt ten został obwieszczony w treści rozkazu dziennego nr 136 wydanego 23 maja 1942 roku przez majora Stanisława Poziomka, ówczesnego dowódcę 304. Dywizjonu Bombowego.
 

tsk24.pl

Fot.1. Barak z blachy falistej zwany beczką śmiechu. Miejsce zakwaterowania na lotnisku

 
Analiza chronologii wydarzeń zdaje się jednoznacznie wskazywać na to, że przyczyną powtórnego odznaczenia wuja Zygmunta Krzyżem Walecznych musiało być zwycięskie starcie z niemieckim nocnym myśliwcem podczas powrotu znad Rostocku. Zauważyć przy tym należy, że po tamtym nalocie na Rostock swój następny lot bojowy wuj Zygmunt odbył (według zapisów Dziennika Operacyjnego) dopiero 18 maja 1942 roku, co jednak nie jawi się być możliwe, gdyż w tej dacie 304. dywizjon odbywał szkolenie na wyspie Tiree. Jakby nie patrzeć; przyczyną tej długiej - prawdopodobnie dwumiesięcznej – przerwy, nie była bynajmniej konieczność leczenia jakichś ran odniesionych podczas wykonywania lotów bojowych. Zapis w Dzienniku Operacyjnym  304. Dywizjonu Bombowego nic bowiem nie wspomina o tym, żeby którykolwiek z członków załogi tamtego Wellingtona odniósł owej nocy jakiekolwiek obrażenia. Zatem jest oczywiste, że jakimś cudem nie odniósł ich także tylny strzelec, którego wieżyczka została zniszczona dość skutecznym ogniem zestrzelonego jednak przez wuja wrogiego myśliwca. Sporządzony15 października 1942 roku wniosek o nadanie wujowi Zygmuntowi Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari, także - w sposób jednoznaczny - wskazuje na to, że kapral Zygmunt Sasal nigdy nie został ranny podczas swojego udziału w akcjach bojowych. Więc ta dłuższa przerwa wuja Zygmunta w działaniach bojowych dywizjonu zdaje się wskazywać raczej na to, że po tamtym nalocie na Rostock - wówczas jeszcze - starszy szeregowy Zygmunt Sasal został nagrodzony dłuższym urlopem pozwalającym mu na zatarcie stresującego wspomnienia o trafiających w jego strzelecką wieżyczkę seriach  z broni maszynowej Messerschmitta 110. A potem przerwa w bojowym lataniu przedłużyła się jeszcze za sprawą odlotu dywizjonu na wyspę Tiree…
 

tsk24.pl

Fot. 2. Personel latający 304. Dywizjonu w komplecie
 

tsk24.pl
Fot. 3. Zgrywanie załóg. Najniższy w pilotce – kapral Zygmunt Sasal

 

tsk24.pl

Fot. 4.  Na trawie lotniska

 
Startując ze swojej nowej bazy, jaką teraz było dla 304. dywizjonu położone południowo-zachodniej Walii lotnisko RAF-u w Dale, polskie Wellingtony działały teraz w ramach dziewiętnastej grupy Coastal Command. Brały więc udział w nocnych operacjach bombardowania Brestu, La Rochelle, Bordeaux, Cherbourga, czy też doków portu La Pallice. Lecz głównym zadaniem przydzielonym 304. Dywizjonu Bombowego było teraz przeszkadzanie U-bootom w wychodzeniu na otwarty Atlantyk z ich baz umiejscowionych we francuskich portach na wybrzeżu Zatoki Biskajskiej.
 

 

tsk24.pl

Fot. 5. Nalot nocny na port w Breście

 

tsk24.pl

Fot. 6. Ogień niemieckiej artylerii przeciwlotniczej

 

tsk24.pl

Fot.7.  Port w Breście podczas nalotu

 
Dlatego też właśnie wyposażone w pokładowe urządzenia radarowe, samoloty brytyjskiego Coastal Command, dźwigając w swych komorach bombowych ładunki bomb głębinowych - jakże zabójcze dla nieprzyjacielskich łodzi podwodnych - pracowicie przemierzały bezkres nieba rozciągającego się nad wodami Zatoki Biskajskiej, wystarczająco niespokojnymi nawet w czasie pokoju. Stałe zagrożenie atakiem z powietrza służyło uniemożliwieniu niemieckim U-bootom opuszczania swoich baz w sposób inny, niż  w zanurzeniu. Zaś ta wymuszona konieczność płynięcia pod wodą - już w pierwszej fazie, rozpoczynanej właśnie misji bojowej - w znaczny sposób ograniczała zarówno czas, jak i zasięg działania łodzi podwodnej. Zatem w istotny sposób opóźniała także jej dotarcie do przeznaczonego rejonu działania na Atlantyku.
Dwudziestego piątego czerwca 1942 roku, siedem Wellingtonów 304. dywizjonu wzięło udział w nalocie na Bremę. Także wuj Zygmunt brał udział w tej akcji, wchodząc w skład załogi samolotu oznakowanego numerem taktycznym 836. Do ataku na to północnoniemieckie portowe miasto samoloty wystartowały prawie jednocześnie. Wszystkie około godziny 22.55. Z powodu nisko zalegających chmur, maszyna wuja Zygmunta zaatakowała cel ze stosunkowo niskiego pułapu, tzn. luki komór bombowych zostały otwarte o godzinie 1.20, na wysokości zaledwie 1800 metrów. Sześć pięćsetfuntowych bomb spadło gdzieś w okolicach Bremy. Gęsto zachmurzone niebo skutecznie uniemożliwiało obserwację skutków tamtego nalotu.
Niestety, nie dla wszystkich maszyn 304. dywizjonu akcja ta miała szczęśliwe zakończenie. Już po wykonaniu zadania oznakowany literą „Q” samolot kapitana obserwatora Mariana Dydziula został przez niemieckiego myśliwca zestrzelony do morza. Zginęła wtedy cała załoga kolejnego samolotu. Oprócz dowódcy samolotu w morskiej wodzie znaleźli swój wieczny spoczynek: podporucznik pilot Jan Kramin, odznaczony Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Pilota; kapral pilot Henryk Kuć dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Pilota; sierżant radiooperator strzelec Tadeusz Kamyszek, odznaczony trzykrotnie Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Radiotelegrafisty nr 165; plutonowy strzelec Jan Wojas trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Radiotelegrafisty nr 176 oraz kapral strzelec Nikita Tałach. W tym przypadku nie jest już chyba niestety możliwe wskazanie sprawcy tego zestrzelenia, gdyż - jak zostało to odnotowane w niemieckich źródłach - 26 czerwca 1942 roku niemieckie myśliwce zestrzeliły aż osiemnaście Wellingtonów.
 

 

tsk24.pl

Fot. 8. Oficerowie Polskich Sił powietrznych. Wśród nich kapitan obserwator Marian Dydziul. Spośród siedzących w pierwszym rzędzie - tylko jeden przeżył wojnę.

 
Kilka dni potem, fale morskie wyrzuciły na brzeg - spośród wszystkich poległych członków załogi - jedynie ciało kapitana Mariana Dydziula., Powiedzieć trzeba, że Niemcy zachowali się - tym razem - po rycersku. Pierwszego lipca 1942 roku urządzili polskiemu oficerowi morski pogrzeb, połączony z oddaniem honorów wojskowych. Pozostałe maszyny biorące udział w tamtej akcji powróciły do swej bazy, lądując w kilkuminutowych odstępach, około godziny piątej nad ranem. W Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego, który w przyszłości miał przyjąć nazwę Ziemi Śląskiej zostało odnotowane, że samolot wuja Zygmunta wylądował dokładnie o godzinie 5.26. W tym zmasowanym nalocie na Bremę brało udział w sumie 713 maszyn RAF-u, które zrzuciły wtedy na to portowe miasto aż 1450 ton bomb.
Następny, dotyczący wuja Zygmunta, zapis znalazłem w dzienniku operacyjnym dywizjonu pod datą 29 czerwca 1942 r, kiedy to cztery Wellingtony 304. Dywizjonu Bombowego - w tamtym czasie już od prawie dwóch miesięcy - podporządkowanego Dowództwu Obrony Wybrzeża, kolejny już raz wyruszyły na tropienie niemieckich łodzi podwodnych, wychodzących na Atlantyk z francuskich portów leżących w pasie wybrzeża Zatoki Biskajskiej. Dowodzony przez porucznika pilota Józefa Wolnika samolot, oznakowany tamtego dnia numerem taktycznym 836, oderwał się od ziemi o godzinie 6.20. W skład jego załogi oprócz dowódcy wchodziło jeszcze pięciu podoficerów: Walenty Siciński, Zygmunt Sasal, Marian Strączek, Czesław Zawada i Ludwik Jabłoński. Jakkolwiek pozostałe samoloty powróciły do bazy grubo po południu, to dowódca maszyny, w której w wieżyczce strzeleckiej siedział mój wuj Zygmunt, doszedłszy do wniosku, że niski pułap chmur skutecznie uniemożliwia wykonywanie przydzielonego im zadania, już o godzinie 7.29 zdecydował się na powrót do bazy, gdzie też maszyna bezpiecznie wylądowała punktualnie o godzinie 9.00. Szóstego lipca 1942 roku, przeciwko niemieckim łodziom podwodnym zmuszonym pokonywać akwen Zatoki Biskajskiej 304. dywizjon wysłał cztery swoje maszyny. Jako pierwszy, wystartował tamtego dnia, oznakowany numerem taktycznym 920 Wellington, którego członkiem załogi był strzelec samolotowy kapral Zygmunt Sasal. Maszyną dowodził porucznik pilot Józef Wolnik, pozostałą, podoficerską obsadę załogi stanowili: Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. O godzinie 15.45 załoga samolotu wuja Zygmunta odnotowała nieoczekiwane spotkanie z niezidentyfikowanym dwusilnikowym samolotem, który nadleciawszy na Wellingtona na wysokości zaledwie około 60 metrów nad powierzchnią wody, zrobił gwałtowny unik i nabierając wysokości, zniknął w chmurach. Załogi innych samolotów patrolujących akwen biskajski odnotowały tamtego dnia obecność na wodach zatoki licznych jednostek pływających najrozmaitszego przeznaczenia. Pod wieczór wszyscy szczęśliwie powrócili do bazy. Jako pierwszy o godzinie 18.18 lądował samolot z kapralem Zygmuntem Sasalem, zamkniętym w tylnej wieżyczce strzeleckiej.

 

tsk24.pl

Fot. 9. Odznaczeni Krzyżami Żelaznymi podwodni piraci admirała Karla Dönitza

 
Trzy kwadranse przed południem, 10 lipca 1942 roku wuj Zygmunt po raz kolejny wystartował z lotniska w Dale, by patrolować wody Zatoki Biskajskiej. Z niewiadomych powodów załoga samolotu oznaczonego taktycznym numerem 671 składała się tym razem z pięciu tylko członków, tj. jednego oficera i czterech podoficerów. Wuj Zygmunt wzbił się tamtego dnia w powietrze w towarzystwie Walentego Sicińskiego, Czesława Zawady, Stefana Więckowskiego i dowodzącego maszyną, porucznika pilota Józefa Wolnika. Po upływie półtorej godziny od startu załoga Wellingtona z wujem Zygmuntem na pokładzie została wezwana drogą radiową do rejonu, gdzie uprzednio załoga samolotu dowodzonego przez porucznika pilota Ryszarda Figurę zaatakowała płynącego pod wodą U-boota. W miejscu ataku zauważono wolno dryfującą po powierzchni wody grubą, długą na jakieś trzysta, może nawet pięćset metrów, ciemnobrązową plamę oleju o szerokości około pięćdziesięciu metrów. Oznaczało to, że najwyraźniej w morskich głębinach dopełniał się dramat załogi tej właśnie niemieckiej łodzi podwodnej, zaatakowanej uprzednio z powietrza przez samolot porucznika Ryszarda Figury. Po około dziesięciu minutach krążenia nad plamą samolot zrzucił w jej obszar trzy bomby głębinowe. Plama zmieniła wtedy kurs, co najwyraźniej oznaczało reakcję wrogiego okrętu na  przeprowadzony przez Wellingtona atak. Kiedy minęło dwadzieścia minut krążenia samolotu nad tym ewidentnym śladem niemieckiej łodzi podwodnej, zrzucono na plamę dwie następne bomby głębinowe. Zaś po upływie kolejnych dziesięciu minut Wellington nadleciał nad miejsce zauważalnie początkujące ten wyciek oleju napędowego i przeprowadził kolejny atak, zrzucając tam następną bombę głębinową. Nie usłyszano jednak żadnej eksplozji. Po trwającym godzinę i dwadzieścia pięć minut krążeniu maszyny nad wolno poruszającą się i nie zmieniającą swojego rozmiaru plamą oleju, dowódca maszyny zdecydował się wracać do walijskiej bazy dywizjonu, gdzie też samolot wylądował na pięć minut przed godziną szesnastą. Następnego dnia, czyli 11 lipca 1942 roku, podczas lotu ćwiczebnego na skutek awarii silnika, dywizjon stracił samolot oznakowany literą „G”. Po wylądowaniu na lotnisku w Bramcote i ponownym starcie z tego lotniska, nagle zatrzymał się jeden z dwóch silników Wellingtona. Maszyna zwaliła się na skrzydło i runęła na płytę lotniska. Natychmiast wybuchł pożar. W katastrofie tej zginęło dwóch członków załogi Vickersa Wellingtona; podporucznik pilot Michał Mazurkiewicz oraz odznaczony Polową Odznaką Pilota, jak również brytyjskim Zaszczytnym Medalem Lotniczym i czterokrotnie Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari — starszy sierżant pilot Antoni Kosturkiewicz, z którym przecież uprzednio wielokrotnie zdarzało się bojowo latać kapralowi Zygmuntowi Sasalowi. Trzecią śmiertelną ofiarą tamtej katastrofy był znajdujący się na pokładzie Wellingtona w charakterze pasażera - oficer armii lądowej, podporucznik Pietrasik, który zmarł następnego dnia na skutek odniesionych obrażeń. Odnotować należy, że jednym z trzech rannych był porucznik Mieczysław Sebastian Wodziński, który w przyszłości miał ze stryjem w składzie tej samej załogi odlecieć w ich ostatnią wspólną misję.
Trzy dni później, czyli akurat tego dnia, w którym Wolni Francuzi zgrupowani wokół osoby generała Charlesa de Gaulle’a świętowali właśnie kolejną rocznicę zburzenia Bastylii, sześć Wellingtonów 304. dywizjonu wzbiło się w powietrze z zadaniem tropienia niemieckich łodzi podwodnych, których bazami były francuskie porty nad Zatoką Biskajską. Pierwszą maszyną, która o godzinie 9.12 oderwała się wtedy od pasa startowego lotniska w Dale, był Wellington oznakowany numerem taktycznym 894. Dowodził nim porucznik pilot Józef Wolnik. Załogę samolotu stanowili sami podoficerowie: Zygmunt Sasal, Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. Patrolowanie przydzielonego im obszaru morskiego rozpoczęli o godzinie 10.11. Trwające prawie osiem godzin zadanie okazało się być tym razem wyjątkowo nudne. Zamiast niemieckich łodzi podwodnych załoga dojrzała na morzu jedynie pięć stateczków łowiących sardynki oraz pięć dwumasztowych żaglowców. Samolot wylądował w bazie dwie minuty przed kultową dla Anglików godziną picia codziennej herbaty.
Z zapisu w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego wynika, że 16 lipca 1942 roku samolot oznakowany numerem taktycznym 836 wystartował z macierzystego lotniska o godzinie 13.16. Jedynym oficerem w składzie załogi Wellingtona był porucznik pilot Józef Wolnik. Reszta jej członków to podoficerowie: Zygmunt Sasal, Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. Nadmienić należy, że nie była to bynajmniej jedyna maszyna 304. Dywizjonu Bombowego, która tamtego dnia miała wykonać stale już powtarzające się zadanie patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej. 
Kiedy tamto zadanie bojowe miało się już właściwie ku końcowi,  o godzinie 19.33 Vickers Wellington wuja Zygmunta został zaatakowany przez nieprzyjacielski samolot Focke-Wulf Kurier, który wyłoniwszy się znienacka z chmur z bardzo bliskiej odległości, gdyż zaledwie z około trzydziestu metrów, otworzył do bombowca ogień ze swojego działka pokładowego. Następnie, zupełnie nie troszcząc się o wynik przeprowadzonego ataku, zniknął w chmurach tak samo nagle, jak się pojawił. Wszystko odbyło się tak szybko i tak nagle, że żaden ze strzelców pokładowych Wellingtona nie zdążył nawet zareagować. W wyniku tego nagłego ataku, załoga polskiej maszyny szczęśliwie jakoś, nie poniosła jednak żadnych strat. Ogień niemieckiej maszyny nie spowodował też żadnych uszkodzeń w brezentowym poszyciu Wellingtona. Załoga wylądowała bezpiecznie na macierzystym lotnisku o godzinie 21.20.
Sześć dni potem, czyli 22 lipca 1942 roku, począwszy już od wczesnych godzin rannych, Wellingtony 304. Dywizjonu Bombowego - jeden po drugim -startowały z na stałe już przydzielonym im zadaniem patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej. Tamtą misję wykonywało w sumie siedem samolotów. Pierwsza maszyna oderwała się od ziemi o godzinie 6.25. Ostatnia - punktualnie o godzinie 9.00. Dowodzony przez porucznika pilota Józefa Wolnika samolot o numerze taktycznym 836, w skład załogi którego wchodził także kapral Zygmunt Sasal, oderwał się od ziemi jako drugi. Wystartowali wtedy dokładnie o godzinie 6.37. Pozostałymi członkami załogi bombowca byli podoficerowie: Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Franciszek Kubacik.
Równo, co do minuty; trzy godziny po starcie odnotowano nieoczekiwane spotkanie z wyłaniającym się z chmur dwusilnikowym hydroplanem. Na widok Wellingtona latająca łódź natychmiast skryła się na powrót w chmurach. Ledwie od tego spotkania minęło dwadzieścia minut, w odległości około 15 mil od bombowca z jego prawej strony zauważono duży samolot, którego rozpoznanie okazało się być jednak niemożliwe, a to z racji zbyt dużej odległości dzielącej od siebie obydwie maszyny. Najwyraźniej, zauważywszy Wellingtona, samolot pospiesznie schował się w chmurach.
Załoga samolotu wuja Zygmunta powróciła tamtego dnia jako pierwsza, lądując w swej bazie o godzinie 12.36. Koła ostatniej spośród siódemki maszyn, powracających tamtego dnia znad wód Zatoki Biskajskiej, dotknęły pasa startowego macierzystego lotniska o godzinie 17.45.
Pięć dni później ten sam samolot, oznakowany numerem taktycznym 836, o godzinie 16.45 ponownie uniósł w powietrze załogę w tym samym składzie, co uprzednio. Krążąc do godziny 20.39 nad wodami Zatoki Biskajskiej, wszyscy jak zwykle wypatrywali śladów niemieckich łodzi podwodnych. Jednakże tamtego dnia zauważyli jedynie siedem rybackich stateczków, w tym dwa dwumasztowce. Spotkali też - wykonującego, podobne jak i oni zadanie - Wellingtona z czeskiego dywizjonu o numerze 311, stacjonującego na lotnisku w Talbenny. Wracający po wykonaniu swojego zadania Wellington wuja Zygmunta wylądował tamtego dnia na lotnisku w Chivenor. Dla 304. dywizjonu przedostatni lipcowy dzień 1942 roku przyniósł ze sobą kolejne zadanie patrolowania bezkresnych wód Zatoki Biskajskiej. Wykonać je miało pięć maszyn, z których o godzinie 13.43 - jako pierwszy – wystartował Wellington, oznakowany numerem taktycznym 836. Jego załogą w tym samym składzie personalnym dowodził porucznik pilot Józef Wolniak.
O ile jeden z Wellingtonów dywizjonu spotkał tamtego dnia i skutecznie zaatakował nieprzyjacielską łódź podwodną, o tyle stwierdzić należy, że tamten lot maszyny wuja Zygmunta należał do wyjątkowo nudnych. Począwszy od godziny 14.54, będąc przez sześć długich godzin zawieszeni nad wodą, bezskutecznie wypatrywali jakichkolwiek śladów aktywności niemieckich łodzi podwodnych. Wreszcie o godzinie 20.52 dowódca wydał rozkaz zakończenia misji i powrotu do bazy, gdzie wylądowali o godzinie 21.50 jako druga z kolei powracająca maszyna dywizjonu.
Jak na ironię z tego, co w dniu dziewiątym sierpnia 1942 roku przydarzyło się załodze Wellingtona dowodzonego przez kapitana obserwatora Tadeusza Buczmę, nie sposób nie wyciągnąć wniosku, że najwyraźniej bywało również i tak, iż fortuna - z przyczyn całkiem niezrozumiałych - stawała czasami po stronie załóg niemieckich U-bootów. Otóż patrolując tamtego dnia wskazaną część akwenu Zatoki Biskajskiej, kapitan Tadeusz Buczma z wieżyczki astro swojego Wellingtona „T” dostrzegł wynurzoną niemiecką łódź podwodną. Pilotowany przez sierżanta Kozłowskiego bombowiec zanurkował natychmiast, by możliwie najszybciej pokonać dystans dwóch mil, dzielących maszynę od celu jej ataku. Jednakże podczas przeprowadzania ataku powietrznego na zupełnie zaskoczonego U-boota przeznaczone mu bomby zupełnie nieoczekiwanie nie wyleciały z otwartej komory bombowej Wellingtona! Więc tym to sposobem nieprzyjacielska łódź podwodna zdołała ujść przed atakiem i to w sytuacji, gdy jej zatopienie wydawało się już być absolutnie pewne.
Nazajutrz po tragicznej w skutkach katastrofie maszyny kapitana Ludwika Maślanki; 13 sierpnia 1942 roku dowództwo 304. Dywizjonu Bombowego wysłało na patrolowanie akwenu Zatoki Biskajskiej sześć Wellingtonów. Jeden z nich, ten oznakowany literą „R” i dowodzony przez porucznika obserwatora Adolfa Nowickiego, przez szczelinę pomiędzy chmurami z odległości około dwóch mil dostrzegł płynącą w wynurzeniu nieprzyjacielską łódź podwodną. Pilot bombowca sierżant Kozłowski natychmiast zanurkował w kierunku U-boota, którego załoga dostrzegła już grożące jej niebezpieczeństwo i podjęła rozpaczliwe próby ucieczki pod powierzchnię wody. W chwili, gdy U-boot był już do połowy zanurzony, Wellington z wysokości zaledwie około 15 metrów zrzucił na niego bomby. Lecz nie wyglądało na to, by łódź została bezpośrednio trafiona, gdyż część bomb eksplodowała nieco z jej boku, a inne tuż przed dziobem. Załoga Wellingtona krążyła jednak nad miejscem przeprowadzonego ataku na U-boota, z upływem czasu coraz bardziej nabierając przekonania o tym, że zrzucone bomby nie wyrządziły łodzi podwodnej żadnych szkód. Nagle, na powierzchni wody pojawił się olbrzymi lej wydobywającego się z głębin powietrza oraz spieniona, oleista plama. Wówczas Wellington porucznika Adolfa Nowickiego zrzucił w sam środek tego leja  kolejne dwie bomby, czego natychmiastowym skutkiem było wypłynięcie na powierzchnię wody szczątków łodzi podwodnej i jeszcze większe rozszerzenie się oleistej plamy.
Dwa dni później dowódca Coastal Command przesłał na ręce dowódcy 304. Dywizjonu Bombowego depeszę gratulacyjną z okazji zatopienia nieprzyjacielskiej łodzi podwodnej przez załogę dowodzoną przez porucznika obserwatora Adolfa Nowickiego. W skład załogi wchodzili starsi sierżanci Gołębiowski i Kozłowski, podporucznik Stanisław Franczak oraz sierżanci; Gębicki i Lewkowicz.
Piętnastego sierpnia 1942 roku żołnierze 304. Dywizjonu Bombowego, kolejny już raz, na brytyjskiej ziemi świętowali doroczne Święto Żołnierza Polskiego, które tym razem łączyło się ze zmianą dowódcy ich jednostki. Dotychczasowego dowódcę dywizjonu, majora obserwatora Stanisława Poziomka, zastąpił na tym stanowisku kapitan pilot Kazimierz Czetowicz. Major Stanisław Poziomek odszedł z dywizjonu na przydzielone mu stanowisko do Inspektoratu Polskich Sił Powietrznych w Londynie. Rzetelność wymaga odnotowania w tym miejscu, że major Stanisław Poziomek, po swoim odejściu ze stanowiska dowódcy dywizjonu do Inspektoratu Polskich Sił Powietrznych w Londynie przystąpił do spisku uknutego przez polskich oficerów przeciwko generałowi Stanisławowi Ujejskiemu. Został za to ukarany osadzeniem w obozie na wyspie Rothesay, skąd zwolniono go jednak niebawem po śmierci generała Władysława Sikorskiego.
Dziewiętnastego 19 sierpnia 1942 roku, alianci podjęli próbę dokonania inwazji na kontynent. Desant wysadzono nieopodal francuskiego miasteczka Dieppe. Niebywale zacięte walki trwały przez kilka dni. Końcowy efekt militarny tej operacji sprzymierzonych określić należy jako prawdziwą katastrofę.
Następnego dnia po rozpoczęciu tamtej, nieudanej alianckiej operacji desantowej, a więc 20 sierpnia 1942 roku, w wypadku - jakiemu uległ  w trakcie lotu ćwiczebnego samolot oznakowany literą „V” - zginęło sześciu kolejnych żołnierzy dywizjonu. Załoga maszyny, stwierdziwszy awarię w trakcie lotu będącego powrotną drogą do bazy, nadała sygnały SOS z odległości około dziewiętnastu mil od Liverpoolu. Pilot starał się za wszelką cenę doprowadzić Wellingtona do macierzystego lotniska, co jednak mu się nie udało. Maszyna wpadła do morza nieopodal latarni morskiej.
Dowódcą tej pechowej załogi przydzielonej do 304. dywizjonu całkiem niedawno, bo 11 sierpnia 1942 roku, był dopiero co, gdyż 1 lipca 1942 roku, mianowany na pierwszy oficerski stopień, podporucznik pilot Antoni Aleksy Zieliński, który brał udział w trzynastu wyprawach bombowych nad Niemcy i okupowane przez nie kraje. Pozostałe ofiary śmiertelne tamtej katastrofy to: porucznik obserwator Leszek Teofil Wasilewski; szeregowy strzelec Antoni Tycholis, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari, trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych; plutonowy radiooperator strzelec Ludwik Ruszel; plutonowy pilot Ryszard Marian Jarno; oraz starszy szeregowy strzelec Piotr Grzegorz Gromiak.
Zwłoki trzech członków załogi: podporucznika Antoniego Aleksego Zielińskiego, plutonowego Ryszarda Jarno i kaprala Ludwika Ruszela wyłowiono z morza w okolicy miasta Liverpool jeszcze tego samego dnia, w którym wystartowali do ostatniego swojego lotu.
Dwudziestego czwartego sierpnia 1942 roku - żołnierze 304. dywizjonu ponownie zebrali się na cmentarzu w Newark, by pożegnać pięciu spośród swoich kolegów, którzy w czasie wojny nie zginęli w walce, lecz w wypadkach lotniczych.
 

tsk24.pl

Fot. 10. Pogrzeb lotników na cmentarzu Newark

 
Uczestnikami ceremoniału pogrzebowego ofiar tych katastrof lotniczych był zarówno kapral strzelec Zygmunt Sasal, jak też i jego rówieśnik - porucznik pilot Edward Zarudzki. 
Aż trudno sobie wyobrazić, co też przy takich okazjach dziać się musiało w duszach tych młodych ludzi. Jakie też myśli kłębiły się wtedy w ich głowach?
Ciało starszego szeregowego Piotra Gromiaka zostało wyłowione z morza nieopodal Blackpool dopiero 22 października 1942 roku, czyli ponad dwa miesiące po katastrofie. Jak z tego wynika, fale morskie poniosły je bardzo daleko od macierzystego lotniska w Dale. Dlatego też pochówek starszego szeregowego Piotra Gromiaka odbył się nie jak większość pogrzebów na cmentarzu w Newark, lecz w Blackpool. I to dopiero 26 października 1942 roku.
W dniu katastrofy tego samolotu porucznika Leszka Wasilewskiego, a więc 20 sierpnia 1942 roku, wyszedł kolejny, czwarty już numer Dziennika Personalnego Ministerstwa Spraw Wojskowych. Zamieszczono w nim nazwiska tych wszystkich żołnierzy, którzy zostali uhonorowani nadaniem im Krzyża Walecznych po raz trzeci. Wśród nich opublikowano także nazwisko kaprala strzelca samolotowego, Zygmunta Sasala, posiadającego numer ewidencyjny 780739. To był już ostatni Krzyż Walecznych, jaki został nadany wujowi Zygmuntowi. Na trzykrotne odznaczenie go Krzyżem Walecznych wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego zasłużył sobie, jak to zostało już wcześniej przedstawione, swoim odpowiedzialnym i bohaterskim zachowaniem podczas nalotów dokonywanych na wielkie niemieckie miasta oraz na eksploatowane przez Kriegsmarine porty Francji, Belgii i Holandii, czyli krajów podbitych przez Niemcy i ówcześnie przez nie okupowanych.
Dwa dni później równo ze świtaniem Wellingtony 304. polskiego dywizjonu znów pokołowały na start. Również i tym razem maszyny miały patrolować wody Zatoki Biskajskiej. Jako pierwsza wystartowała załoga samolotu uprzednio już wspomnianego porucznika pilota Edwarda Zarudzkiego. Jako trzeci w kolejności oderwał się tamtego dnia od ziemi oznakowany numerem taktycznym 1413 samolot z załogą złożoną z jednego oficera, którym był kapitan Bronisław Franciszek Lewkowicz, oraz czterech podoficerów: Walentego Sicińskiego, Zygmunta Sasala, Czesława Zawady, Mariana Strączka i Stefana Więckowskiego. Do wyznaczonego jej rejonu patrolowania akwenu maszyna dotarła o godzinie 8.30. Podczas patrolu zauważono jedynie sześć francuskich statków rybackich oraz coś, co oznaczono skrótem M.T.B. Zła widoczność była przyczyną podjęcia przez dowódcę decyzji powrotu do bazy już o godzinie 11.50. Maszyna wylądowała na macierzystym lotnisku niespełna dwie godziny później, czyli o godzinie 13.45.
Dwudziestego trzeciego sierpnia 1942 roku, zatem w dniu, kiedy to przypadała trzecia rocznica startu pierwszego samolotu odrzutowego, a zarazem trzecia rocznica zawarcia Paktu Ribbentrop - Mołotow; o godzinie 03.37 z lotniska w Dale wystartował, oznakowany - tym samym co poprzednio - numerem taktycznym z niezmienionym także składem personalnym załogi, samolot wuja Zygmunta. Tym razem Wellingtony polskiego dywizjonu miały ubezpieczać atlantycką trasę statków uformowanych w konwój oznakowany kryptonimem „LN”. Efektywne wykonywanie zadania bojowego rozpoczęło się o godzinie 06.10. Nie uszło uwagi naszych pilotów to, że na maszcie jednego spośród płynących w tym konwoju okrętów powiewa biało-czerwona flaga. Ustalili, że był to niszczyciel ORP Błyskawica.
O powrocie maszyny wuja Zygmunta do bazy zdecydował gwałtowny spadek widoczności skutecznie uniemożliwiający kontynuację misji. Dowódca maszyny podjął zatem o godzinie 07.45 decyzję powrotu do bazy, gdzie też samolot wylądował o godzinie 10.03.
 

*           *           *

 
Wuj Zygmunt i jego koledzy z dywizjonu, zapewne zupełnie nie mieli pojęcia o tym, że oto tego samego właśnie dnia 600 samolotów Luftwaffe, w tym także dwusilnikowe Junkersy-88 (wersja bombowa) wchodzące w skład III Gruppe Kampfgeschwader 76, przeprowadziły niebywale zaciekły atak na Stalingrad. Nikt jeszcze tego wówczas nie mógł nawet przypuszczać, że oto tym samym zapoczątkowana została bitwa, która stanowić miała punkt zwrotny dla dalszego przebiegu całej wojny. W efekcie tamtego zmasowanego nalotu niemieckich bombowców zginęło w sumie około 40 000 mieszkańców tego nadwołżańskiego miasta.
Dyrektor działu programów historycznych BBC Television, Laurence  Rees w swojej książce „Hitler i Stalin. Wojna stulecia” przytacza relację jedenastoletniej wówczas Walentyny Krutowej, która wraz ze swoim czternastoletnim bratem Jurijem, na obrzeżach miasta zbierała jagody. Dzieci usłyszały nagle warkot lotniczych silników i spojrzały w niebo. Właśnie w tym momencie zaczęły spadać bomby. „Wszystko płonęło. Słychać było krzyki. Dorosły potrafi zrozumieć, że toczy się wojna, ale co mogłyśmy zrozumieć my, dzieci? Bałyśmy się tylko, że zginiemy”. Natomiast czternastoletni wówczas mieszkaniec Stalingradu, Albert Burkowski relacjonuje; „Kiedy zaczęło się bombardowanie, to było naprawdę straszne. Wciąż pamiętam samoloty, hałas jaki robiły… A potem rozpętało się istne piekło. Nie wiem, jak ludzie zdołali to wytrzymać. To był jeden wielki pożar. Wspięliśmy się na dach, z dołu słychać było krzyki  i jęki”. Kiedy skończył się tamten nalot, Albert pobiegł do domu, gdzie mieszkał razem z babcią. Kiedy skręcił w swoją ulicę, zobaczył, że jego dom zamienił się w stertę gruzów. „Kiedy tam podeszliśmy, spod ruin dobywały się tylko jęki. Moja babcia ukryła się w piwnicy. Ale piwnica się zawaliła i wszyscy zostali zmiażdżeni.  Przez jakiś czas myślałem,  że byłoby lepiej, gdybym ja też zginął, tak wielki był mój smutek, mój ból, ponieważ zostałem zupełnie sam”.
 

tsk24.pl

Fot. 11. Karl Dedecius

  
Mniej więcej w tym samym czasie, na przedpola Stalingradu dotarła nowa jednostka Wehrmachtu. Jednym z jej żołnierzy był dwudziestojednoletni wówczas łodzianin - Karl Dedecius, późniejszy założyciel Deutsches - Polen Instytut w Darmstadt. Zarazem edytor składającej się z pięćdziesięciu tomów Polnische Bibliothek, autor siedmiotomowej Panoramy literatury polskiej XX wieku.
Bezdyskusyjnie; Karl Dedecius był w powojennych Niemczech jednym z największych przyjaciół i ambasadorów polskiej kultury,  w szczególności zaś literatury. Na to miano zasłużył sobie tym, że jako jeden z najbardziej pracowitych tłumaczy literatury polskiej - przełożył na język niemiecki utwory ponad trzystu polskich i prozaików. W tym Adama Mickiewicza, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Juliana Przybosia, Tadeusza Różewicza, Zbigniewa Herberta i Wisławy Szymborskiej. W liście skierowanym do Karla Dedeciusa Tadeusz Różewicz  określi go jako człowieka, który działanie przemienia w sztukę. Nazwał go synem wielu narodów i wielu kultur. Poetą władającym nie językiem, lecz językami.
Karl Dedecius, wielki orędownik polsko-niemieckiego pojednania, zmarł 26 lutego 2016 roku we Frankfurcie nad Menem.
Tak się złożyło, że miałem zaszczyt spotkać się z Karlem Dedeciusem. Rozmawialiśmy dwujęzycznie w sierpniu 1990 roku, a więc półtora roku przed moim powrotem do kraju. Kiedy po zakończeniu tej naszej rozmowy wyszedłem z budynku Niemiecko-Polskiego Instytutu, zaintrygował mnie widok złocistych kopuł. Najwyraźniej cerkiewnych wież. Wspiąłem się więc na wzgórze, u stóp którego mieścił się Instytut kierowany przez Karla Dedeciusa. Faktycznie. Na wzgórzu pyszniła się złoceniami XIX wieczna prawosławna cerkiew św. Marii Magdaleny. W jej wnętrzu portrety ostatniej carskiej pary… Uświadomiłem sobie, że i nic dziwnego w tym upamiętnieniu carskiej pary właśnie tutaj… Wszak jedna z ofiar bolszewickiego mordu dokonanego na carskiej rodzinie w piwnicy domu kupca Jepatiewa, żona Mikołaja II, ostatniego cara Rosji była wszak księżną von Darmstadt… 
 

*           *           *

 
Ale wracając po tej kulturowo-historycznej dygresji do Dziennika Operacyjnego 304. Dywizjonu Bombowego…
Już po zapadnięciu zmroku dnia 25 sierpnia 1942 roku cztery Wellingtony 304. dywizjonu wystartowały z zadaniem zaatakowania portu wojennego La Pallice, zlokalizowanego na francuskim wybrzeżu Zatoki Biskajskiej i użytkowanego przez Kriegsmarine. Jako pierwszy, o godzinie 22.05 oderwał się od pasa startowego samolot oznaczony numerem taktycznym 1413. Maszyną już po raz trzeci z rzędu dowodził kapitan obserwator Bronisław Franciszek Lewkowicz. Drugim oficerem w składzie załogi był wtedy porucznik pilot Stanisław Żurek. Pozostała czwórka to podoficerowie: Walenty Siciński, Zygmunt Sasal, Czesław Zawada i Stefan Więckowski.
Dwa spośród czterech samolotów - z powodu wystąpienia w czasie lotu problemów technicznych - zostały przymuszone do przerwania misji bojowej                      i awaryjnie wylądowały w bazie Talbenny.
Kiedy samolot wuja Zygmunta znalazł już wyznaczony mu cel, krążył nad nim pomiędzy godziną 01.15 a 01.30 przez cały kwadrans, obniżając w tym czasie pułap lotu z pierwotnej wysokości 16 000 stóp do 9000 stóp, co pozwalało zarówno na lepsze rozpoznanie atakowanego obiektu, jak i oczywiście miało wpływ na skuteczność przeprowadzanego ataku. Po otwarciu komory bombowej - zrzucono jednocześnie sześć pięćsetfuntowych bomb burzących. Wszystkie osiągnęły swój cel. Pierwsza z bomb eksplodowała na południowym krańcu mola portowego, pozostałe zaś trafiły w jego dalszą część.
W czasie tego ataku samolot wuja Zygmunta został pochwycony przez światła reflektorów, lecz nieprzyjacielska artyleria przeciwlotnicza nie otworzyła ognia. Być może przyczyną tego milczenia wrogiej artylerii było dziewięćdziesiąt strzałów oddanych w trzech seriach w kierunku ziemi z dwóch karabinów maszynowych zamontowanych w wieżyczce tylnego strzelca, którym podczas tego lotu jak zawsze był właśnie kapral Zygmunt Sasal. Po pomyślnym wykonaniu swojego zadania, także maszyna wuja Zygmunta o godzinie 4.53 wylądowała na lotnisku w Talbenny, podobnie jak inne samoloty dywizjonu.
 

tsk24.pl

Fot. 12. Pochówek niemieckich artylerzystów przeciwlotniczych poległych w porcie La Pallice
 

 

tsk24.pl

Fot. 13.  Niemiecka ceremonia pogrzebowa w La Pallice

*           *           *

 
W tym miejscu odnotować należy, że kapitan obserwator Bronisław Franciszek Lewkowicz, dowodzący samolotem w czasie tych trzech zadań, już w tamtym czasie, był kawalerem Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari. Ponadto, czterokrotnie udekorowano go Krzyżem Walecznych. Posiadał także Polową Odznakę Obserwatora o kolejnym numerze 455. Po wykonaniu tury lotów bojowych w ramach 304. Dywizjonu Bombowego oraz po operacyjnym odpoczynku - kapitan Bronisław Lewkowicz otrzymał przydział do 301. Dywizjonu Bombowego, a następnie skierowano go do 138. dywizjonu RAF specjalnego przeznaczenia. Potem kapitan zgłosił się ochotniczo do przerzutu do kraju jako cichociemny, gdzie przybrał pseudonim konspiracyjny „Kurs”. Do Polski wrócił, skacząc na spadochronie w nocy z 27 na 28 kwietnia 1944 roku. Zrzut przyjmowano na placówce o kryptonimie „Koza” nieopodal wsi Bystrzyca, położonej niecałe 20 kilometrów na południe od Lublina. Wraz z Bronisławem Franciszkiem Lewkowiczem, awansowanym już w międzyczasie do stopnia majora, skakał wtedy także organizator i zarazem pierwszy dowódca 304. Dywizjonu Bombowego - podpułkownik Jan Biały ps. „Kadłub”. Po tym nocnym powrocie do kraju major Bronisław Franciszek Lewkowicz otrzymał przydział do sztabu operacyjnego Armii Krajowej. W skład tej czteroosobowej grupy skoczków wchodził jeszcze jeden były oficer 304. Dywizjonu Bombowego. Był nim major Jerzy Iszkowski ps. „Orczyk”.
Major Bronisław Franciszek Lewkowicz poległ w walce z żołnierzami dywizji SS Galizien w trakcie potyczki, jaką partyzanci AK stoczyli 4 listopada 1944 roku, nieopodal gajówki Huta, ukrytej w głębi lasów przysuskich. A więc zupełnie niedaleko od wsi Gąsawy, gdzie mieszkał zarówno mój dziadek Józef Nasiołkowski, jak i jego siostra - Karolina Sasal, która była matką kaprala Zygmunta Sasala.
 

*           *           *

 
Lecz wracając do udziału wuja Zygmunta w działaniach bojowych 304. Dywizjonu Bombowego, dzień 27 sierpnia 1942 roku znów przyniósł ze sobą rozkaz startu Wellingtonów tej jednostki z przydzielonym im jak zwykle zadaniem patrolowania wód Zatoki Biskajskiej. Tym razem samolotem wuja Zygmunta, oznakowanym numerem taktycznym 1413, dowodził porucznik obserwator Włodzimierz Pęski. Pozostały skład załogi nie został zmieniony. Maszyna wystartowała o godzinie 11.40. Rzec można, że przelot samolotu do wyznaczonego dlań rejonu patrolowania trwał całą godzinę, gdyż bombowiec pojawił się tam dokładnie o godzinie 12.38.
W dwóch akwenach Zatoki Biskajskiej przeznaczonych tego dnia do patrolowania, nad którymi krążył wtedy samolot wuja Zygmunta, na obszarze około 10 mil zauważono w dość dużym rozproszeniu 36 francuskich kutrów rybackich. O godzinie 18.40 maszyna rozpoczęła swój powrót do bazy zakończony szczęśliwym tam lądowaniem o godzinie 19.36.
O świcie 29 sierpnia 1942 roku, czyli dwa dni później, z zadaniem patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej znów wystartowały dwa Wellingtony 304. dywizjonu. Samolot wuja Zygmunta, oznakowany numerem taktycznym 671, oderwał się od ziemi jako drugi. Jego start nastąpił punktualnie o godzinie 6.00. Maszyną powtórnie dowodził porucznik obserwator Włodzimierz Pęski. Jednakże podoficera Walentego Sicińskiego zastąpił w tym locie porucznik pilot Stanisław Żurek. Pozostałą czwórkę członków załogi stanowili ci sami co zazwyczaj podoficerowie: Zygmunt Sasal, Marian Strączek, Czesław Zawada, Stefan Więckowski. Zadanie to zostało przerwane, gdyż w trakcie lotu pilot stwierdził problemy w pracy silnika. Z tej przyczyny samolot lądował w bazie już o godzinie 09.41.
Z nastaniem ostatniego dnia sierpnia 1942 roku samoloty 304. dywizjonu - jak zawsze - poderwały się do lotu nad wody Zatoki Biskajskiej. Maszyna, której przydzielono numer taktyczny 1413, wystartowała o godzinie 08.28 jako trzecia w kolejności. Także i tym razem samolotem, w skład załogi którego wchodził kapral strzelec Zygmunt Sasal, dowodził porucznik obserwator Włodzimierz Pęski. Resztę załogi Vickersa Wellingtona Mk IC stanowili sami podoficerowie: sierżant pilot Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski.
Patrolowanie, w trakcie którego zauważono jedynie dwa kutry, trwało efektywnie w czasie wyznaczonym godzinami 10.42 i 14.46. Od momentu startu do lądowania samolot pozostawał w powietrzu przez osiem i pół godziny. Wylądował na lotnisku w Dale punktualnie o godzinie siedemnastej, posiadającej dla Anglików znaczenie rytualne. Dwie inne maszyny spośród biorących udział w tym zadaniu były już wtedy na ziemi. Jedna z załóg odnotowała, że w czasie lotu patrolowego dostrzegła siedem kutrów rybackich. Z powodu silnego wiatru oraz gwałtownie pogarszającej się widoczności maszyna oznakowana numerem taktycznym 558 zawróciła do bazy przed planowanym czasem powrotu. Bombowiec wylądował o godzinie 15.46. Druga spośród tych dwóch załóg, które wcześniej wróciły do bazy, zaobserwowała              o godzinie 10.29 samolot dwusilnikowy. Prawdopodobnie był to niemiecki He-111. W ciągu następnych dziesięciu minut zaobserwowano jeszcze trzy inne samoloty. Były to prawdopodobnie Wellingtony z innych dywizjonów Coastal Command, wykonujące swoje zadania patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej. Załoga tego samolotu także odnotowała, że dostrzegła szereg innych kutrów rybackich. Prawdopodobnie były to te same jednostki, których obecność w liczbie dwudziestu trzech stwierdziła w patrolowanym przez siebie obszarze załoga Wellingtona oznakowanego numerem taktycznym 920. Samolot ten spędził tamtego dnia ponad dziewięć godzin w powietrzu. Oprócz wspomnianych już stateczków rybackich Wellington odnotował jeszcze o godzinie 16.02 spotkanie z samolotem Hudson lecącym na wysokości zaledwie 500 stóp.
Czwartego 4 września 1942 roku, w odległości około 240 mil od angielskiego wybrzeża załoga kapitana Bolesława Nowickiego o godzinie 15.20 spostrzegła o godzinie 15.20 symptomy awarii swego Wellingtona, co przejawiało się przerywaniem pracy jednego spośród jego dwóch silników. W tym samym momencie, gdy zapadła już - wymuszona awarią - decyzja o powrocie samolotu do bazy, przedni strzelec zauważył na horyzoncie dwa punkciki lecące w ich kierunku pod kątem około 30° na pułapie o jakieś 1350 m ponad Wellingtonem.
Te zbliżające się do bombowca dwa punkciki szybko rosły w oczach polskiej załogi. Nim jeszcze zdołano rozpoznać dwa Junkersy-88c; strzelcy pokładowi zaczęli sprawdzać swoje karabiny maszynowe, przygotowując się do nieuniknionej już walki. Przewidując nieuchronną konieczność kierowania ogniem, dowódca niezwłocznie zajął miejsce w wieżyczce astro. Maszyna natychmiast zeszła niżej, tuż nad samo lustro wody, obniżając pułap lotu do wysokości około 150 metrów. Radiotelegrafista nadał depeszę informującą bazę o przyjęciu walki z dwoma Ju-88, które gotując się do ataku, leciały tymczasem równolegle po obydwu stronach Wellingtona. W przejmującej ciszy, jaka zapanowała wewnątrz samolotu, dowódca wydał strzelcom rozkaz nie otwierania ognia do Junkersów z odległości większej niż 350 metrów. Jednocześnie zezwolił na przerywanie ciszy jedynie w dwóch przypadkach: odniesienia ran lub też uszkodzenia karabinów maszynowych. Po upływie około minuty - Junkers, lecący dotychczas równolegle z Wellingtonem po jego lewej stronie, położył się na skrzydło i rozpoczął prostopadły atak skierowany na lewą burtę bombowca. Kiedy Ju-88 znajdował się w odległości około 700 metrów, otworzył ogień ze swojego szybkostrzelnego działka, a zaraz potem odezwały się jego karabiny maszynowe. Dowódca Wellingtona, spostrzegłszy pierwszy błysk sygnalizujący otwarcie ognia przez wrogą maszynę, rozkazał wykonanie skrętu w kierunku atakującego samolotu. Jednocześnie obaj strzelcy otworzyli ogień. Dowódca Wellingtona dostrzegł pociski obramowujące nieprzyjacielski samolot. Pilot Junkersa, wyprowadzając swoją maszynę z ataku, w odległości zaledwie jakichś 75–90 metrów przeszedł na prawą stronę atakowanego przez siebie Wellingtona. Wystrzelone przez Niemca pociski - na szczęście - chybiły jednak  celu.
Konsekwencją tego było, że do kolejnego do ataku przystąpił drugi Junkers. Wykonując konieczny unik, Wellington z lekkim drżeniem zmniejszył wysokość, schodząc zarazem na wysokość około 30 metrów nad lustrem wody, a po chwili znów się wspinał na wysokość 180 metrów. Kiedy drugi samolot atakujący nasz bombowiec znalazł się już w odległości około 600 metrów od Wellingtona, kapitan Nowicki wydał rozkaz skrętu w kierunku Junkersa, którym to manewrem utrudniał zadanie nieprzyjacielowi, gdyż zmniejszał zarówno powierzchnię celu, jak i skracał w ten sposób czas przeprowadzania ataku. Oddana do Wellingtona seria znów chybiła celu. W tym momencie dowódca Wellingtona znienacka usłyszał w słuchawkach słowa jednego z członków załogi: „Masz, bo może już nie zdążysz”. Okazało się potem, że to jeden  z pilotów częstował akurat czekoladą swego kolegę z załogi. Tymczasem Wellington już odpierał kolejny atak Junkersa pędzącego z furią na naszą maszynę. To był już jego ostatni atak. Celna seria - oddana przez przedniego strzelca Wellingtona - spowodowała, że wrogi samolot utracił stabilność lotu i zadymił. Pilot Junkersa zdołał jednak wyprowadzić maszynę, po czym tracąc wysokość, oddalił się w kierunku francuskiego brzegu. Wnętrze Wellingtona wypełniał zapach prochu, który przedostawał się z wieżyczki przedniego strzelca. „Ale emocje. Zupełnie jak na wojnie” - żartowali sobie, co poniektórzy członkowie załogi Wellingtona, podczas gdy ich maszyna ponownie nabierała wysokości, gdyż druga niemiecka maszyna nie rezygnowała bynajmniej z przeprowadzenia kolejnego ataku. Tylny strzelec meldował zakrwawienie ręki poranionej odpryskami pleksiglasu stanowiącego obudowę wieżyczki strzeleckiej, uszkodzonej ogniem broni maszynowej nieprzyjacielskiej maszyny. Wellington ponownie wykonał manewr frontalnego zwrotu w kierunku Junkersa, który przed rozpoczęciem ataku usiłował sprowokować załogę maszyny Coastal Command do przedwczesnego wykonania obronnego zwrotu, a tym samym ułatwienia ataku. Przeprowadzanie ataku w pojedynkę najwyraźniej onieśmielało załogę Junkersa. Po zakończeniu ataku czarny dym wydobywający się z lewego silnika Junkersa w odległości około 450 metrów od Wellingtona sygnalizował celne trafienie serii oddanej z karabinów maszynowych bombowca, dowodzonego przez kapitana Nowickiego. Radiotelegrafista odwołał więc nadany jeszcze na początku walki sygnał SOS. Maszyna Coastal Command wzięła kurs na swoje macierzyste lotnisko w Dale.
Bilansem tamtego starcia z dwoma naraz Junkersami-88c, było osiem dziur w obudowie wieżyczki tylnego strzelca, dwie uszkodzone maszyny nieprzyjacielskie oraz 1600 sztuk amunicji zużytej przez strzelców Vickersa Wellingtona 304. Dywizjonu Bombowego. W tym miejscu odnotować należy, że błyskawicznie naprawiona przez mechaników pozostających pod komendą sierżanta Brunona Wiercińskiego maszyna, już wieczorem następnego dnia była zdolna do podjęcia kolejnej operacji patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej.

 

tsk24.pl

Fot. 14. Wieżyczka strzelecka Wellingtona

 

tsk24.pl

Fot. 15. Mechanik Zwoliński naprawia tylną wieżyczkę strzelecką Wellingtona

 
Od końca sierpnia aż do 16 września 1942 roku wuj Zygmunt miał nieco odpoczynku. Dopiero tamtego bowiem dnia zasiadł w tylnej wieżyczce strzeleckiej jednego spośród sześciu Wellingtonów 304. dywizjonu, które wystartowały z zadaniem patrolowania Zatoki Biskajskiej oraz atakowania dostrzeżonych na tym jednostek pływających wroga. O godzinie 9.38 oznakowany numerem taktycznym 1716 samolot wuja Zygmunta oderwał się od ziemi jako ostatni. W skład jego załogi wchodziła piątka podoficerów: Walenty Siciński, Zygmunt Sasal, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. Tym razem dowodził nimi zasiadający za wolantem porucznik pilot Józef Wolnik. Do wyznaczonego dlań rejonu patrolowania bombowiec dotarł dopiero o godzinie 11.47. W trakcie tego lotu załoga maszyny zdołała dostrzec jedynie kilka jednostek rybackich. Powrót do bazy rozpoczęto o godzinie 16.40. Maszyna bezpiecznie wylądowała na macierzystym lotnisku o godzinie 18.37.
Odnotować należy, że inna maszyna dywizjonu, oznakowana literą „E”, za której wolantem zasiadał porucznik pilot Stanisław Targowski, wystartowała tamtego dnia osiem minut wcześniej, a więc punktualnie o godzinie 9.30. Ten Wellington, zwany przez swą załogę „Elą”, natrafił o godzinie 16.12 na formację złożoną aż z sześciu Ju-88c. Przedziwny przebieg walki „Eli” z sześcioma naraz Junkersami 88c został przeze mnie opisany w artykule zatytułowanym „Gorycz podniebnego zwycięstwa”, gdzie również przeczytać można o tragicznych, powojennych losach członka załogi tego samolotu, podpułkownika Władysława Minakowskiego, który po zakończeniu wojny powrócił do kraju i padł ofiarą sądowego mordu dokonanego na nim, i kilku innych jeszcze oficerach LWP, przez organy stalinowskiego terroru.
 

tsk24.pl

Fot. 16. Major Władysław Minakowski

 
Natomiast,  odznaczony Krzyżem Walecznych i brytyjskim Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - porucznik pilot Stanisław Targowski, a także odznaczony trzykrotnie Krzyżem Walecznych - kapral strzelec Franciszek Kubacik, polegli  16 października 1942 roku, kiedy to ich Wellington został zestrzelony nad Zatoką Biskajską przez niemieckiego myśliwca Ju-88c.
Wraz z nimi polegli wtedy; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - porucznik obserwator Tadeusz Oleś; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - kapral strzelec Władysław Młynarski; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych - plutonowy radiooperator Zygmunt Stanisław Piechowiak oraz plutonowy pilot Gerard Twardoch - trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari.

tsk24.pl

Fot. 17. Porucznik Stanisław Targowski rozmawia z mechanikiem sierżantem Wacławem Serwińskim po powrocie ze starcia z piątką Ju-88c

 

 

tsk24.pl

Fot. 18. Porucznik Tadeusz Oleś po powrocie z lotu w dniu 16 września 1942 roku

 
Tego polskiego Wellingtona zestrzelił nad Zatoką Biskajską - w pozycji określanej parametrami 0924-300m 14West N/0924 - przynależny bazującemu nieopodal Lorient, na lotnisku Kerlin Bastard 13.Staffel Kampfgeschwader 40 - Junkers 88c, za którego wolantem siedział Uffz. Werner Steurich. Niestety, nie udało mi się precyzyjnie ustalić czasu zestrzelenia Wellingtona, a co za tym stoi – momentu śmierci członków załogi samolotu pilotowanego przez porucznika inżyniera Stanisława Targowskiego.
                          

 

tsk24.pl

Fot. 19. Hauptmann Heinz-Horst Hissbach z załogą przed Ju-88c z Kampfgeschwader 40

 

 

tsk24.pl

Fot. 20. Uzbrojenie Ju-88c. W kabinie Hauptmann Heinz-Horst Hissbach

 
W trzecią rocznicę sowieckiego najazdu na nasz kraj, znaczy się 17 września 1942 roku, pięć maszyn z 304. Dywizjonu Bombowego wystartowało z zadaniem zaatakowania portu w Bordeaux.  Dziennik Operacyjny dywizjonu odnotowuje, że o godzinie 16.09, jako drugi w kolejności, wzbił się w powietrze oznakowany taktycznym numerem 1413 samolot, który unosił na swym pokładzie strzelca kaprala Zygmunta Sasala.
Maszynę obsługiwała załoga w tym samym składzie, co i poprzedniego dnia. Do komory bombowej Wellingtona załadowano pięć pięćsetfuntowych bomb, które o godzinie 21.12 zrzucono z wysokości 3000 metrów na wyznaczony do zaatakowania cel. Był nim doskonale widoczny północny basen portowy w Bordeaux. Lakoniczny zapis w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego stwierdza, że tylny strzelec zaobserwował ze swej wieżyczki celne trafienie jednej bomby, która dosięgła atakowanego obiektu portowego. Nalot musiał być dla Niemców całkowitym zaskoczeniem. Zdaje się o tym przekonywać odnotowane w dzienniku operacyjnym dywizjonu absolutne milczenie niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Po wykonaniu swojego zadania - maszyna wuja Zygmunta o godzinie 1.37 bezpiecznie wylądowała na lotnisku w Talbenny. Sześć minut później na tym samym lotnisku wylądował inny samolot, również biorący udział w tamtym zadaniu. Za sterami tego Wellingtona siedział porucznik pilot Edward Zarudzki, w którego pamięci na zawsze już utrwalił się zacięty wyraz trójkątnej twarzy ozdobionej bystrymi i pełnymi determinacji oczami kaprala Zygmunta Sasala.
 

 

tsk24.pl

Fot. 21. Zbiorowe zdjęcie oficerów Polskich Sił Powietrznych. W pierwszym rzędzie porucznik Edward Zarudzki

 
Dwa inne Wellingtony dywizjonu, również wracające tamtej nocy po wykonaniu ataku na port w Bordeaux, wylądowały na niespecjalnie lubianym przez pilotów trawiastym i grząskim polowym lotnisku w St. Eval.
Tak zakończył się dla kaprala Zygmunta Sasala dzień, który był zarazem trzecią rocznicą jego szczęśliwego ujścia przed sowiecką niewolą, gdy nieopodal wsi Darachów, oznakowane czerwonymi gwiazdami czołgi przecięły oś marszu kolumny marszowej Bazy Lotniczej Nr 1 zmierzającej w kierunku granicy z Rumunią…
Podsumowując powietrzne działania podjęte przez aliantów przeciwko podwodnej flocie admirała Dönitza, powiedzieć trzeba, że zaowocowały one usłaniem  - w latach 1942–43 - dna morskiego Zatoki Biskajskiej wrakami 23 zatopionych U-bootów. Zupełnie nie jest możliwym do oszacowania, ile też - dzięki temu - frachtowców z wojennym zaopatrzeniem dotarło do Wielkiej Brytanii…

tsk24.pl

Fot. 22. Wizyta pary królewskiej w 304. Dywizjonie Bombowym

                                                                  Piotr Jan Nasiołkowski

 

Fotografie ilustrujące materiał pochodzą z archiwum autora oraz Internetu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
 

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Wyglada na to że jest już PO-obiedzie. 13 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Ten Budka to prawdziwy Napoleon ha.ha
    15 godzin temu
  • Born in Skarland powiedział(a) Więcej
    "Drogie" Ekojołopy !! Dzięki EURO 2012 które zabrało kasę do Gdańska ( Pan premier TUSK musiał dojechać do... 20 godzin temu