Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Europejski sens umierania nad Wisłą-Rzecz o Powstaniu Warszawskim

Jan Pacek, przedwcześnie zmarły ojciec mojej matki - miał czterech braci i dwie siostry. Jeden spośród braci mojego dziadka, mianowicie Feliks Pacek, osiedlił się był swego czasu w Warszawie. Na swoje życie i utrzymanie rodziny zarabiał tam jako dorożkarz. Mieszkał ponoć gdzieś na Okęciu, czy też może raczej na Ochocie. Zginął w czasie Powstania Warszawskiego. Ale nie zdołałem ustalić, czy ten, zupełnie mi nieznany brat mojego dziadka, brał aktywny udział w tym wojennym zrywie mieszkańców stolicy i walczył w szeregach powstańców, czy też był raczej jedną z wielu bezimiennych cywilnych ofiar aktów nazistowskiego bestialstwa, które w tamtym czasie codziennie pożerało w Warszawie tysiące ludzkich istnień. Wszystko za sprawą powszechnie znanych, zbrodniczych działań sfor powypuszczanych z więzień i obozów koncentracyjnych różnej maści kryminalnych zwyrodnialców, z których hitlerowcy sformowali zbrodnicze jednostki wojskowe podlegające rozkazom wojennych zbrodniarzy - SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego i SS -Oberführera Oscara Dirlewangera.

Co by tu nie powiedzieć, anonimowa śmierć Feliksa Packa wpisała się w wojenne poświęcenie stołecznego miasta, które jako jedyne w czasie ostatniej wojny hitlerowcy musieli zdobywać dwukrotnie. Rozmyślając o tym wszystkim, nie sposób nie dojść do wniosku, że wybuch Powstania Warszawskiego o kilka miesięcy przedłużył czas trwania wojny. Albowiem, o paradoksie; na skutek heroicznego zrywu mieszkańców Warszawy punktem wyjściowym dla rozpoczęcia styczniowej ofensywy Armii Czerwonej stała się nie linia Odry, lecz linia Wisły. O słuszności tego poglądu przekonuje fakt sprawnego przeprowadzenia przez okupantów masowej ewakuacji niemieckiej ludności cywilnej z terenów Generalnej Guberni - już w lipcu 1944 roku. To wskazuje wszak jednoznacznie na to, że w tamtym czasie niemieckie władze okupacyjne liczyły się z mającym niebawem nastąpić wkroczeniem Armii Czerwonej na tę część polskiego terytorium, która rozciągała się po zachodniej stronie Wisły. Zatem, gdyby tak właśnie się stało, wówczas niechybnie to rzeka Odra stanowiłaby tę ostatnią naturalną barierę, na której pobity Wehrmacht usiłowałby podjąć próbę zatrzymania zwycięskiej armii Józefa Stalina, stojącej wszak już u wrót stolicy III Rzeszy.

Jeżeli w takim razie, przesunęlibyśmy we wcześniejsze miesiące zimowe okres, jaki upłynął od momentu sforsowania Odry przez Armię Czerwoną do chwili podpisania bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, to Adolf Hitler - niewątpliwie - nie zdołałby dożyć swoich pięćdziesiątych szóstych urodzin. W takim bowiem wypadku, Rosjanie zdobyliby Berlin jeszcze przed końcem stycznia 1945 roku. A więc jest poza wszelką dyskusją, że ta hipotetyczna data zdobycia Berlina przez Armię Czerwoną musiałaby wyprzedzić rzeczywistą datę rozpoczęcia Konferencji Jałtańskiej. Wielce zatem jest wątpliwe, by w takiej sytuacji w ogóle doszło do tejże konferencji odbytej w pałacu księcia Jusupowa, zabójcy niejakiego Grigorija Rasputina, nazywanego - przez co poniektórych - carem bez korony.

Na skutek postępów militarnych Armii Czerwonej pozycja polityczna Józefa Stalina umocniłaby się w takim przypadku do tego stopnia, że nie musiałby się on już teraz liczyć absolutnie z nikim i niczym. Nie musiałby zatem zachowywać chociażby pozorów przyzwoitości, co wszak w lutym 1945 roku było przecież jedyną przyczyną zaaranżowania na Krymie spotkania sowieckiego dyktatora z brytyjskim premierem Churchillem i amerykańskim prezydentem Rooseveltem.

Natomiast przy zaistnieniu innej zgoła sytuacji, znaczonej pozycjami wojsk zachodnich aliantów na przedpolu Ardenów oraz zdobyciem w tym samym czasie przez Armię Czerwoną Berlina - zwoływanie konferencji Wielkiej Trójki nie miałoby dla Stalina już żadnego sensu. Tego rodzaju działanie stałoby bowiem jedynie na przeszkodzie realizacji imperialnych ambicji znacznej części sowieckiej generalicji, w tym także samego marszałka Koniewa. Trzeba bowiem wiedzieć, że wśród sowieckich generałów niebywale popularny był pomysł wykorzystania wojny prowadzonej właśnie wtedy przeciwko III Rzeszy do marszu Armii Czerwonej na zachód Europy. I to tak daleko, jak tylko będzie można. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać o tym, że oczywistą konsekwencją tego rodzaju działania militarnego, przy jednoczesnym braku politycznych ustaleń końcowych Konferencji Jałtańskiej, byłoby niewątpliwie zajęcie przez Armię Czerwoną - Belgii, Holandii, Luksemburga, Danii, Norwegii i Finlandii. Ostatecznym rezultatem tego długiego marszu sowieckiej armii byłyby oczywiście niebywale brzemienne, długofalowe skutki natury politycznej. Rozumieć przez to należy nieuniknione wciągnięcie wymienionych powyżej krajów w orbitę powojennych wpływów ZSRR. Doprawdy, wizja przerażająca... Z tego wniosek prosty, że po upływie dziesięciu lat okupacji Sowieci bynajmniej nie dochowaliby swojego zobowiązania wycofania się z Austrii, bo do niczego takiego nie byliby zobligowani postanowieniami końcowymi traktatów, gdyż te nie zostałyby wszak zawarte. Nie doszłoby też do powstania dwóch państw niemieckich. Jest bowiem oczywiste, że Józef Stalin powołałby do istnienia jedynie Niemiecką Republikę Demokratyczną. To właśnie na jej terytorium leżałby po wojnie niepodzielony Berlin, a także Frankfurt, Kolonia, Hamburg, Brema, Stuttgart i Monachium. Tego rodzaju działaniom Sowietów towarzyszyłaby oczywiście jazgotliwa propaganda operująca chwytliwą niebywale argumentacją o podjęciu przez narody europejskie zgodnych działań ukierunkowanych na zapewnienie starej Europie wiekuistego pokoju, którego wszak uprzednio nie zdołała obronić wielce nieudolna stworzona niegdyś przez kapitalistów Liga Narodów. I ani słowa o tym, że działania te byłyby podejmowane w warunkach sowieckiego zhegemonizowania europejskich narodów, do cna przecież wówczas wymęczonych, wieloletnią wojną przeciwko hitleryzmowi. Ustanowiony w ten sposób europejski pax sovietica byłby oczywiście niebywale sprzyjający dla inspirowania wymierzonych przeciwko demokracji destrukcyjnych działań podejmowanych we Francji i Włoszech przez silne i niebywale aktywnie działające w tych krajach promoskiewskie partie komunistyczne. Dodajmy, że spośród wszystkich partii komunistycznych działających w Europie Zachodniej właśnie te dwie były najsilniejszymi. Oczywiste jest, że działania te musiałyby po jakimś czasie zaowocować wciągnięciem w orbitę wpływów Kremla również Francji i Włoch. Plany, których nie udało się bolszewikom zrealizować wcześniej, czyli już w 1920 roku, miały teraz, tj. w 1944 roku, zdecydowanie więcej szans na ich urzeczywistnienie. Bo i klimat dla Sowietów bardziej był teraz korzystny. Eksport sowieckiej ideologii znajdował bowiem naturalny niejako kamuflaż i legitymację we wkładzie Armii Czerwonej w dzieło pokonania zbrodniczego państwa, jakim wszak była III Rzesza. Czymże bowiem, jak nie częściową realizacją tego planu było stworzenie przez Sowietów w powojennej Europie bloku satelickich państw odgrodzonych od reszty świata tzw. Żelazną Kurtyną?

Józef Stalin oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na drodze urzeczywistnienia jego imperialnych ambicji stoi organizacja całego Polskiego Państwa Podziemnego, podległego przecież polskiemu rządowi emigracyjnemu w Londynie. W miarę więc zbliżania się Armii Czerwonej do linii Wisły, radiowa propaganda sowiecka coraz to intensywniej nawoływała Polaków do zbrojnego wystąpienia przeciwko Niemcom. Nie obeszło się bez obietnic udzielenia zbrojnej pomocy, której tak naprawdę Sowieci powstańcom udzielić oczywiście nie zamierzali. Działania te były najwyraźniej obliczone na uwikłanie Niemców w walki z polskimi powstańcami i tym samym ułatwienie militarnego pokonania Wehrmachtu przez Armię Czerwoną, co oczywiście nastąpić by miało już po zakończeniu krwawej rozprawy Niemców z Polakami. A więc już po wyeliminowaniu rękami hitlerowców siły politycznej, stojącej na przeszkodzie realizacji planów Józefa Stalina. Mówię tu jedynie o sile politycznej, gdyż jest oczywiste, że Armia Krajowa podlegająca rządowi Rzeczypospolitej Polskiej w Londynie nie posiadała aż takiego militarnego potencjału, który pozwoliłby jej na skuteczną konfrontację z Armią Czerwoną, czy też chociażby ze znajdującymi się już w odwrocie siłami zbrojnymi III Rzeszy. Tak więc jest oczywiste, że w interesie Józefa Stalina leżało jak najszybsze i jak najbardziej krwawe stłumienie Powstania Warszawskiego. Stąd właśnie początkowa odmowa udzielenia jakiejkolwiek pomocy walczącej Warszawie. W tym też tkwi przyczyna wydania żołnierzom Armii Czerwonej rozkazu strzelania w plecy polskim żołnierzom z dywizji im. Romualda Traugutta, którzy usiłowali forsować Wisłę, by wbrew wszelkim rozkazom sowieckiego dowództwa - iść na pomoc warszawskim powstańcom. Sowiecki dyktator oczywiście doskonale rozumiał, że powstańcy, walcząc zbrojnie przeciwko hitlerowcom, wyrażali zarazem swój polityczny sprzeciw wobec nadciągającego ze Wschodu sowieckiego niby-wyzwolenia.

Jednakże całkiem nieoczekiwanie dla sowieckich strategów militarnych i wojskowych; ta pożądana wielce przez nich rozprawa Niemców z kiepsko uzbrojonymi powstańcami warszawskimi trwała nie kilka dni, lecz ponad dwa miesiące. W sumie aż sześćdziesiąt trzy dni. Znaczy się znacznie dłużej niż obrona naszej stolicy we wrześniu 1939 roku. Tym to sposobem spaliły na panewce polityczne rachuby Sowietów posłużenia się Niemcami dla oczyszczenia sobie przedpola z tych, którzy siłą rzeczy pozostawali w opozycji do właśnie dopiero co utworzonego przez Wandę Wasilewską w Moskwie, marionetkowego PKWN-u, zainstalowanego przez Sowietów w Lublinie.

Wygląda więc na to, że ci krnąbrni i nieobliczalni Polacy, wywołując Powstanie Warszawskie, tym to właśnie sposobem nieopatrznie stanęli na przeszkodzie realizacji planów ustanowienia w Europie powojennego wielkomocarstwowego sowieckiego porządku. Ta właśnie okoliczność tłumaczy trwające przez dziesięciolecia próby zakorzenienia w polskiej świadomości narodowej przekonania o bezsensowności powstańczego zrywu mieszkańców Warszawy, a także dyskredytowanie dowództwa Armii Krajowej, które starano się obarczyć odpowiedzialnością za dokonane przez hitlerowców unicestwienie miasta i śmierć około 200 000 jego mieszkańców. Nie do zakwestionowania jest, że etos Powstania Warszawskiego znalazł swe, należne mu miejsce, w powojennej polskiej mentalności, co oczywiście nieznośnie uwierało rządzących naszym krajem kremlowskich wasali. W tym też należy upatrywać przyczyn niebywałej wprost uporczywości, z jaką to - w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – rozpowszechniano, po tysiąckroć wyświechtane, slogany o bezcelowych ofiarach i bezsensownej zagładzie polskiej stolicy. Miało to być skutkiem braku wojskowych umiejętności oraz poczucia odpowiedzialności dowódców Armii Krajowej podległej nieuznawanemu przez Sowietów rządowi londyńskiemu. Oczywiście, skuteczności propagowania tej argumentacji służyło także niebywale sugestywne ilustrowanie jej obrazami powstańczych mogił rozsianych niby archipelagi przez nikogo niepoliczonych wysepek rzuconych w bezmiar oceanu warszawskich ruin. Te obrazy miały nas wszystkich ostatecznie przekonać o tym, że wszelka walka o wolność jest, zwyczajnie - nieopłacalna. Tym to sposobem przez całe dziesięciolecia dla osiągnięcia pożądanych celów politycznych starano się stworzyć świadomość historyczną mas - bazującą na celowo propagowanej, historycznej antywiedzy.

Niestety tylko nieliczni zadawali sobie trud zastanawiania się nad perfidną istotą celowości tego rodzaju poczynań propagandowych. A przecież wystarczyło jedynie zadać sobie nieco trudu prowadzącego do udzielenia odpowiedzi na stosunkowo proste pytanie: z czyjej to właśnie woli lansowano tego rodzaju pseudo-historyczne oceny zrywu mieszkańców Warszawy? Nie dla wszystkich więc było czytelne, że te poglądy i osądy pełne oburzenia i potępienia były tworzone i rozpowszechniane akurat z woli i nakazu tych, którym wybuch Powstania Warszawskiego skutecznie pokrzyżował urzeczywistnienie zamiarów powojennego ustanowienia europejskiego pax sovietica. A przecież powinno dla wszystkich być oczywiste, że realizacja - w samej już końcówce wojny - tego przedstawionego wyżej czarnego scenariusza uczyniłoby panowanie sowieckiej potęgi na tyle trwałym, iż mogłoby to przesunąć rozpad kremlowskiego imperium o czas bliżej nieokreślony. Czas, który niewątpliwie byłby przez wschodnich władców wykorzystywany na bezkarne ogłupianie prymitywną ideologią zniewolenia - następnych pokoleń swoich poddanych. A więc ponad wszelką wątpliwość, byłby to czas kształtowania nowych bezmyślnych generacji mieszkańców Europy.

Sądzę zatem, że w pełni uzasadniony jest pogląd, iż realizacji tego czarnego dla Europy scenariusza skutecznie zapobiegł właśnie wybuch Powstania Warszawskiego, które ponad wszelką wątpliwość; militarnie było wprawdzie wymierzone przeciwko III Rzeszy, lecz zarazem godziło w imperialne interesy sowieckiej polityki. Zatem znaczenie Powstania Warszawskiego można i wręcz trzeba rozpatrywać również w kategoriach historycznego imperatywu jednoczesnego zwrócenia się mieszkańców Warszawy przeciwko obydwu agresorom, których wspólne - polityczne i militarne działania - spowodowały wrześniowy upadek II Rzeczypospolitej. A więc hekatombę ofiar Warszawy postrzegać należy także jako - przez nikogo w tamtym czasie - wprawdzie nie przewidziany, lecz fundamentalny polski wkład w późniejsze przemiany polityczne mające zajść w Europie Wschodniej, zapoczątkowane również przez Polaków w sierpniu 1980 roku, który przecież nie był niczym innym, jak tylko uwerturą do pamiętnej Jesieni Narodów’89. To przecież tamte wydarzenia spowodowały ostateczny rozkład i upadek imperium sowieckiego, a nastąpiło to w czterdzieści pięć lat po stłumieniu Powstania Warszawskiego przez hitlerowców.

Jawi się być niebywale gorzkim paradoksem historyczna ocena, że wybuch Powstania Warszawskiego skutkował przedłużenie działań wojennych w Europie o kilka miesięcy, co wprost oznaczać musiało zwiększenie strat po obydwu walczących ze sobą stronach. Także strat wśród niemieckich cywilów narażonych na skutki prowadzonej przez aliantów powietrznej wojny przeciwko III Rzeszy. Śmiało można zaryzykować pogląd, że gdyby nie było Powstania Warszawskiego i unicestwienia naszej stolicy - nie byłoby także hekatomby Drezna zrównanego z ziemią przez alianckie samoloty w lutym 1945 roku. Taką więc była, ta niebywale wysoka cena zapłacona - jakby nie patrzeć - przez Europę za uchronienie jej zachodniej części przed sowiecką hegemonią.

Zatem wielotysięcznie powielaną śmierć mieszkańców Warszawy, takich właśnie jak Feliks Pacek, czyli stryj mojej matki, postrzegać należy jako część ceny zapłaconej przez nasz naród za urzeczywistnienie swych dążeń do niepodległości, a zarazem też jako bezwiedny wkład w przyszłe przemiany mające zajść na kontynencie europejskim. Nie do zakwestionowania jest pogląd, że dużą (jeżeli nie największą) częścią tej ceny było zburzenie do cna naszej stolicy oraz śmierć dwustu tysięcy jej mieszkańców. W tym miejscu powiedzieć trzeba, że w przeciągu dwóch miesięcy walk z powstańcami – zginęło w sumie około dwóch tysięcy żołnierzy niemieckich oraz tych, pozostających w służbie okupantów - sowieckich renegatów z R.O.A.

Dokonując ocen wszelkich okoliczności odnoszących się do Powstania Warszawskiego, nie sposób jest oprzeć się pokusie dokonania komparatystyki z wybuchem i przebiegiem powstania w Paryżu, które wybuchło nieco później niż to w Warszawie. Paryżanie chwycili za broń 19 sierpnia 1944 roku, gdy wojska amerykańskie podeszły do stolicy Francji na odległość zaledwie 20 kilometrów.

Wybuch Powstania Warszawskiego - siłą rzeczy - nie mógł być uzgodniony politycznie ani militarnie ze stroną sowiecką. Zgoła inaczej sprawy miały się z Powstaniem Paryskim, którego wszczęcie - jak najbardziej - mogło być z Amerykanami uzgodnione, ale także nie było. Nie bez znaczenia dla tego stanu rzeczy wydaje się być fakt, że dominującą siłą polityczną inspirującą wybuch powstania w Paryżu byli właśnie francuscy komuniści współpracujący jednak z konspiracją Wolnych Francuzów podlegających zwierzchnictwu generała Charles'a de Gaulle'a

Amerykańskie plany militarne zakładały ominięcie Paryża i wyzwolenie go - gdzieś tak - w połowie października 1944 roku, a może nawet dopiero w momencie bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy. Albowiem z militarnego punktu widzenia; priorytetowym celem dla Amerykanów było dotarcie do Zagłębia Ruhry i opanowanie tego zaplecza przemysłowego, jakże ważnego dla zdolności Niemców do dalszego prowadzenia wojny. Tymczasem wybuch powstania w Paryżu postawił Sprzymierzonych w nowej sytuacji militarnej. Cztery dni po wybuchu powstania; 23 sierpnia 1944 roku dowodzona przez generała Philippe Marie Leclerc'a 2. Dywizja Pancerna Wolnych Francuzów znajdowała się wówczas w odległości zaledwie około 35 kilometrów na południowy-zachód od Paryża. W związku z tą sytuacją, generał Charles de Gaulle podjął próbę interwencji u głównodowodzącego siłami alianckimi – generała Dwight'a Eisenhowera, co jednak nie przyniosło pożądanego skutku. Dopiero pojawienie się delegacji wysłanej przez powstańców spowodowało zmianę amerykańskiego stanowiska i generał Omar Bradley wydał następnego dnia dowodzącemu 2. Dywizją Pancerną generałowi Leclerc'owi rozkaz wymarszu do Paryża. Rankiem 24 sierpnia - podzielona na trzy kolumny - 2. Dywizja Pancerna, wyruszyła na odsiecz paryskim powstańcom. Po forsownym marszu w strugach deszczu po rozmiękłych drogach - wieczorem, około godziny 21.00, trzy Shermany z 501. pułku i kilka transporterów opancerzonych 9. kompanii dowodzonej przez kapitana Dronne wkroczyło do Paryża od strony XIV Dzielnicy. Po przekroczeniu Sekwany przez most Austerlitz – czołgi i transportery opancerzone, około północy, zajechały pod paryski ratusz, który od kwatery głównej niemieckiego komendanta miasta, generała Dietricha von Choltitza dzieliło już tylko kilkaset metrów. Po raz pierwszy od czterech ponad lat; z radiowych głośników popłynęły dźwięki Marsylianki. Następnego dnia; do Paryża wkroczyła reszta 2.Dywizji Pancernej. Jej żołnierze, wspólnie z powstańcami, likwidowali kolejno niemieckie punkty oporu. Koło południa do walczących Francuzów dołączyli żołnierze amerykańscy. O godzinie 19.00 walki ustały. Niemcy w mieście skapitulowali, co oznaczało, że Paryż był wolny! Wyzwolony przez Wolnych Francuzów!

Niemiecki komendant Paryża, generał Dietrich von Choltitz został wzięty do niewoli, zaś hitlerowcy skazali go niebawem per absentia na karę śmierci za poddanie miasta i niewykonanie rozkazu wysadzenia w powietrze najcenniejszych paryskich zabytków.

Opisane powyżej działania należy porównać z sowiecką reakcją , gdy na wieść o wybuchu Powstania warszawskiego – w dniu 5 sierpnia 1944 roku, Józef Stalin wydał rozkaz wstrzymania działań ofensywnych Armii Czerwonej, pomimo udanego sforsowania Wisły w rejonie Otwocka. Do tego dochodzi jeszcze odmowa udzielenia przez Stalina zgody na lądowanie na obszarze zajętym przez Armię Czerwoną, brytyjskich oraz amerykańskich samolotów startujących z zaopatrzeniem dla powstańców z Włoch, dokładnie zaś mówiąc z lotniska w Brindisi. Zgody na takie lądowania Stalin wprawdzie udzielił, ale dopiero wtedy, gdy powstanie już konało. Wtedy też sowieckie samoloty wykonały nad warszawą kilka symbolicznych zrzutów, co najwyraźniej miało jedynie wymiar propagandowy. Także podjęte 19 i 20 września 1944 roku przez żołnierzy I Armii Wojska Polskiego operacje desantowe na Czerniakowie były całkowicie spóźnione - i jako takie - nie były już w stanie uratować gasnącego już Powstania. Jedynym ich skutkiem był niczemu już nie służący przelew krwi polskich żołnierzy. Dość powiedzieć, że spośród 873 polskich żołnierzy, którzy zdołali się przeprawić przez Wisłę – w walkach na przyczółku uchwyconym w rejonie ulicy Solec poległo ich aż 485. Straty poniesione przez 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta sprawiły, że jej dowódca, generał brygady Stanisław Galicki - załamał się psychicznie i złożył dowodzenie jednostką. Inną konsekwencją udziału polskich żołnierzy w niesieniu pomocy powstańcom było odwołanie osobistym rozkazem Józefa Stalina z 30 września 1944 roku generała Zygmunta Berlinga ze stanowiska dowódcy I Armii Wojska Polskiego i zastąpienie go - wprawdzie w pierwszym pokoleniu, ale niemniej -Rosjaninem, generałem Stanisławem Popławskim.

Więc wkroczenie 17 stycznia 1945 roku przez walczących - tym razem - u boku Armii Czerwonej, polskich żołnierzy I Armii WP w ruiny Warszawy usłane powstańczymi mogiłami - jakże gorzki musiało mieć posmak. Jakże bardzo dalekim był nastrój tych to żołnierzy od radości, jaka stała się udziałem Paryżan 25 sierpnia 1944 roku...

Pisząc o Powstaniu Warszawskim nie można zapomnieć o stracie, jaką polska kultura poniosła z racji tego, iż w powstaniu poległo dwóch młodych wspaniale się zapowiadających poetów. Najpierw; 4 sierpnia 1944 roku, zginął na Placu Teatralnym - trafiony w głowę kulą snajpera - Krzysztof Kamil Baczyński. Zastanawiałem się nie raz, kim też mógł być w cywilu ten snajper? Pomocnikiem wiedeńskiego producenta wątrobianki? A może był parobkiem obrządzającym krowy w majątku wschodniopruskiego junkra? Przez kogoś to właśnie takiego - w tym kalekim czasie - wystrzelona kula, trafiła w głowę, która zrodziła wizję białych czaszek, toczących się poprzez płonące łąki krwi...
Dwanaście dni po śmierci polskiego poety-powstańca z żydowskim rodowodem, czyli Krzysztofa Kamila Baczyńskiego; na ulicy Przejazd - niemieccy saperzy wysadzili zajętą przez powstańców kamienicę. Pod jej gruzami zginął inny poeta; Tadeusz Gajcy. Nim wybuchła wojna, pobierał nauki w elitarnym Gimnazjum Ojców Marianów. Siedział wówczas w jednej szkolnej ławce z Wojciechem Jaruzelskim. Obydwaj byli najlepszymi uczniami w swojej klasie. Matka Tadeusza Gajcego, poległego poety-powstańca była położną. W powojennym już czasie odbierała poród - niewątpliwie - tych najbardziej znanych polskich bliźniaków. Tych właśnie, co to, jak tylko nieco podrośli; od razu spróbowali... ukraść księżyc!

Dawno już temu, bo jeszcze w moich licealnych czasach, spotkałem się poglądem, że śmierć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego jest dla polskiej kultury stratą tej miary, jaką byłaby śmierć Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego w Powstaniu Listopadowym.

Podsumowując te wieloaspektowe rozważania o historycznym sensie Powstania Warszawskiego, nie sposób uniknąć wrażenia, że jako naród dwukrotnie zdołaliśmy pokrzyżować kremlowskie plany ideologicznej ekspansji totalitaryzmu mającego stanowić instrument zniewolenia narodów Europy. Gwoli przypomnienia: po raz pierwszy zdarzyło się to wówczas, gdy w roku 1920 wojska naszego, dopiero co odrodzonego Państwa - zatrzymały Armię Czerwoną na przedpolach Warszawy, a potem w roku 1944 dokonała tego samego garstka powstańców warszawskich. A jak wcześniej zostało to już zauważone; w roku 1944 ówczesne uwarunkowania militarno-polityczne zdecydowanie bardziej sprzyjały eksportowi sowieckiej ideologii, niźli miało to miejsce w czasie znaczonym wojną polsko-sowiecką lat 1919–1920.

Gorzką ironią dziejów jest to, że za tym drugim razem nie udało nam się jednak ocalić naszego własnego suwerennego bytu. Tym to sposobem warszawscy powstańcy, podejmując walkę w imię tradycyjnego polskiego hasła; „Za wolność naszą i waszą” - stali się kolejną, w naszej historii, generacją Polaków, która chwyciwszy za broń, zdołała znów wywalczyć wolność, ale niestety; znów nie naszą własną, a jedynie cudzą. Nasza własna, ta upragniona wolność - miała u nas zagościć dopiero po prawie półwieczu. Ta wolność przyszła do nas chyba tylko z tej przyczyny, że na skutek wybuchu Powstania Warszawskiego, mogła się przechować tam, dokąd nie zdołała dojść Armia Czerwona. Właśnie dzięki temu - wolne, obywatelskie społeczeństwa przetrwały na zachodzie Europy przez całe dziesięciolecia trwania tzw. Zimnej Wojny.

Zatem, jakby nie patrzeć; zawsze to jest lepiej, gdy wolnością cieszy się jakakolwiek nacja, niż gdyby żaden naród miał jej nigdy nie doświadczać.

Wyznając jednakże ten pogląd, nie powinniśmy oczywiście zapominać o tym, że historia i polityka są damami zupełnie nie znającymi pojęcia „wdzięczność”. Więc nie łudźmy się naiwną nadzieją, że za te nasze polskie. bohaterskie zrywy i poniesione ofiary - ktokolwiek nam się kiedykolwiek odwdzięczy. Bo przecież nigdy nie należy liczyć na wdzięczność swoich dłużników!

Tę maksymę zapisano wszak już w Talmudzie. Zatem na długo przed przyjęciem chrztu przez Mieszka I, księcia zamieszkującego w okolicach jeziora Gopło - niebywale okrutnego, słowiańskiego plemienia Polan...

Wprost nie do uwierzenia; ale z tej samej okolicy - skąd Mieszko i Polanie - przodków się wywodzących, posiadał również pupilek Adolfa Hitlera; sławetny SS-Obersturmbahnführer Otto Skorzeny...


tsk24.pl

Piotr Nasiołkowski



tsk24.pl

Powstanie W - barykada



tsk24.pl

Powstanie W. dwaj powstańcy z Visem



tsk24.pl

Powstanie W. dwaj powstańcy



tsk24.pl

Powstanie W. powstaniec w niem. hełmie



tsk24.pl

Powstanie W. sanitariuszka



tsk24.pl

SS-Brigadeffuhrer Bronisław Kamiński - twarz zbrodniarza



tsk24.pl

SS-Oberfuhrer Oscar Dirlewanger - twarz zbrodniarza



tsk24.pl

SS-Obergruppenfuhrer Erich von dem Bach-Zelewski - twarz zbrodniarza


Piotr Jan Nasiołkowski

Ostatnie komentarze

  • Kazik powiedział(a) Więcej
    Czy pani poseł Drewnowicz ma coś do powiedzenia w tej sprawie. 11 godzin temu
  • anastazja l. powiedział(a) Więcej
    Lepsze to niż żarcie tych obleśnych kebabów od których na wymioty zbiera. Bezowi po jajach się drapią i robią... 1 dzień temu
  • barbara powiedział(a) Więcej
    KOLEJNE SUPER MARKETY CO ONI SZALEJU NAJEDLI SIE CZY MIRABELEK; SZOK PO CO TYLE TEGO TANIEGO JEDZENIA. A KIEDY... 1 dzień temu