Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Nocne przymusowe lądowanie

20140504-nasiolkowski"...Podczas wykonywania lotu bojowego nad obszarem III Rzeszy w nocy z 5 na 6 maja 1942 roku - Wellington został poważnie uszkodzony ogniem artylerii przeciwlotniczej. Tylko dzięki niebywałemu kunsztowi, jakim wykazał się wówczas porucznik Stanisław Krawczyk, pokiereszowany ogniem artylerii dwusilnikowy bombowiec - zdołał dolecieć nad terytorium Belgii, gdzie jednakże - nieopodal Brukseli - znów dostał się pod ogień niemieckiego działa przeciwlotniczego. Kiedy uszkodzonymi przewodami paliwowymi wyciekł już z baków maszyny cały zapas benzyny i równocześnie zgasły obydwa silniki samolotu - dowódca wydał załodze rozkaz opuszczenia maszyny..."

Po raz pierwszy w życiu wylądowałem w Londynie w samej końcówce października 2007 roku. Zabrałem wtedy ze sobą z Polski znicz rozmiarów dość pokaźnych. Zapaliłem go w dniu 1 listopada pod pomnikiem żołnierzy Polskich Sił Powietrznych w londyńskiej dzielnicy Northolt. Jednym z tych żołnierzy był bowiem wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego – kapral Zygmunt Sasal, strzelec pokładowy w 304. Dywizjonie Bombowym „Ziemi Śląskiej”. Właśnie tamtego dnia 1 listopada 2007 roku przypadała bowiem 65 rocznica jego śmierci.  Oznakowany nr 1716 Wellington „L” został zestrzelony w niedzielę 1 listopada 1942 roku nad Zatoką Biskajską przez Junkersa 88c pilotowanego przez Hauptmanna Heinza Horsta Hissbacha. Więc wśród nazwisk poległych polskich lotników, na jednej z okalających londyński pomnik tablic - uwieczniono również pamięć wuja Zygmunta.

 

          Moją londyńską wycieczkę wykorzystałem oczywiście także do przeprowadzenia kwerendy w materiałach archiwalnych Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego. Natrafiłem wówczas na relację kapitana Alojzego Szkuty, oficera, który zginął wraz z moim wujem tamtej pierwszej listopadowej niedzieli 1942 roku. Tym to sposobem dowiedziałem się o szczególnym wojennym dokonaniu dwóch – wówczas - poruczników; pilota Stanisława Krawczyka, oraz nawigatora Alojzego Szkuty z czasu, gdy wchodzili oni w skład personelu latającego 305. Dywizjonu Bombowego RAF-u.  Podczas wykonywania lotu bojowego nad obszarem III Rzeszy w nocy z 5 na 6 maja 1942 roku - ich Wellington został poważnie uszkodzony ogniem artylerii przeciwlotniczej. Tylko dzięki niebywałemu kunsztowi, jakim wykazał się wówczas porucznik Stanisław Krawczyk, pokiereszowany ogniem artylerii dwusilnikowy bombowiec - zdołał dolecieć nad terytorium Belgii, gdzie jednakże - nieopodal Brukseli - znów dostał się pod ogień niemieckiego działa przeciwlotniczego. Kiedy uszkodzonymi przewodami paliwowymi wyciekł już z baków maszyny cały zapas benzyny i równocześnie zgasły obydwa silniki samolotu - dowódca wydał załodze rozkaz opuszczenia maszyny. W tym momencie okazało się jednak, że przedni strzelec pokładowy nie może wyskoczyć, gdyż ogień nieprzyjacielskiej artylerii uszkodził jego spadochron. Wówczas, ranny w nogę porucznik Stanisław Krawczyk podjął w tej sytuacji niesamowitą wprost decyzję. Otóż oddał on swój własny spadochron strzelcowi, a potem, kiedy już sam jeden został w kabinie pokiereszowanej maszyny, zaryzykował lądowanie szybowcowym ślizgiem bez wypuszczania podwozia,  w ciemnościach, na przypadkowej łące w zupełnie przecież nieznanym mu terenie.

    Porucznik Krawczyk wyszedł bowiem ze słusznego założenia, że siedząc za wolantem uszkodzonego Wellingtona ma jeszcze jakąś możliwość na wyjście z tej opresji cało. Natomiast strzelec pokładowy bez spadochronu - nie miał już żadnej szansy na przeżycie. Jeżeli zaś to awaryjne lądowanie by się nie udało – na utratę życia narażony był tylko jeden człowiek znajdujący się na pokładzie bombowca. Właśnie on –  porucznik Stanisław Krawczyk.

     Wiosną 2008 roku przeglądając na niemieckich stronach E-bay oferowane do sprzedaży wojenne fotografie,  natknąłem się na trzy - po niemiecku opisane zdjęcia. Jedno z nich uwieczniało kilku uśmiechniętych  młodzieńców w mundurach Luftwaffe. Stanowili oni obsługę niemieckiego działa przeciwlotniczego, która (według opisu n odwrocie) w kwietniu 1942 roku nad Belgią zestrzeliła Wellingtona utrwalonego na dwóch pozostałych fotografiach. Polska, biało-czerwona szachownica i litery kodowe SM na kadłubie maszyny nie pozostawiały cienia wątpliwości. Zestrzelony Wellington przynależał do 305. Dywizjonu Bombowego RAF-u. Sprawdziłem. Ponad wszelką wątpliwość; w kwietniu 1942 roku 305. Dywizjon Bombowy nie stracił ani jednej maszyny. A więc w grę wchodziła pomyłka. Być może, te zdjęcia opisywano już na jego odwrocie po zakończeniu wojny. Zawodna pamięć zapewne sprawiła, że pomylono pierwsze dni maja z końcówką kwietna, który dopiero co przeminął. Nabrawszy pewności, że fotografie przedstawiają zestrzelony samolot poruczników Stanisława Krawczyka i Alojzego Szkuty – przystąpiłem do licytacji, w której nikomu nie dałem szansy na przebicie oferowanej przeze mnie ceny. Dzięki temu czytelnicy otrzymali niepowtarzalną możność obejrzenia fotografii ilustrujących niniejszy artykuł opracowany w oparciu o materiał źródłowy, jakim jest relacja porucznika Alojzego Szkuty odnaleziona przeze mnie w zasobach archiwalnych Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego w Londynie.

    Wszyscy członkowie załogi zestrzelonego bombowca zdołali odnaleźć się na ziemi. Obydwaj oficerowie, wówczas porucznicy : Alojzy Szkuta i Stanisław Krawczyk, nie dali się jednak pojmać do niewoli. Szczęśliwie udało im się nawiązać kontakt z członkami belgijskiego ruchu oporu. Dzięki temu zaleczono ranę porucznika Krawczyka i wyposażono obydwu oficerów w fałszywe dokumenty. W dniu 28 maja obaj zdołali opuścić Belgię i tego samego jeszcze dnia znaleźli się w północnej części Francji, a więc na terytorium także okupowanym przez Niemców. Po sześciu dniach obaj Polacy przekroczyli granicę Szwajcarii, ale jedynie po to, by po upływie kolejnych piętnastu dni ponownie znaleźć się we Francji, tym razem jednak już w jej południowej części, która wówczas nie była jeszcze okupowana przez wojska III Rzeszy. Przez następne dwa tygodnie obydwaj oficerowie  przemieszczali się w kierunku francuskiej granicy z Hiszpanią. Zmierzając okrężnymi drogami do Wielkiej Brytanii, porucznicy Stanisław Krawczyk i Alojzy Szkuta znaleźli się po drugiej stronie Pirenejów w dniu 4 lipca 1942 roku. Przemierzenie całego terytorium Hiszpanii zajęło im jedynie trzynaście dni. Następnym etapem wojennej eskapady obydwu lotników było terytorium neutralnej Portugalii, którą opuścili drogą morską w dniu 23 lipca 1942 roku. Ciekawostką jest, że nasi oficerowie nocowali w Portugalii w... wojskowych koszarach, co pozwoliło porucznikowi Alojzemu Szkucie pokusić się w swej relacji nawet o scharakteryzowanie postaw i poglądów oficerów armii portugalskiej. Powróciwszy do Wielkiej Brytanii, obaj spisani już na straty oficerowie po krótkim odpoczynku otrzymali nowe przydziały, które pozwoliły im na ponowne, aktywne włączenie się do walki. Tym razem trafili w szeregi innego polskiego dywizjonu bombowego. Był nim właśnie 304. Dywizjon Bombowy „Ziemi Śląskiej”, mający  w niedalekiej przyszłości otrzymać imię księcia Józefa Poniatowskiego, który do naszej historii przeszedł bynajmniej nie tylko dlatego, że się pod Lipskiem w rzece utopił. I to ponoć nawet po pijaku...
  
 Kim byli, ci dwaj bohaterscy oficerowie? Jakie drogi zawiodły ich do Wielkiej Brytanii, by nadal walczyć przeciwko III Rzeszy po wrześniowej klęsce 1939 roku?
  
 Porucznik obserwator Alojzy Szkuta, urodził się w dniu 29 stycznia 1910 roku w położonej na Śląsku Zaolziańskim miejscowości Dolne Toszonowice, odznaczony Polową Odznaką Obserwatora, dwukrotnie udekorowany Krzyżem Walecznych. Był  także kawalerem Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po swoim spektakularnym powrocie do Wielkiej Brytanii, w lipcu 1942 roku - porucznik Alojzy Szkuta został awansowany do stopnia kapitana. Do chwili wybuchu wojny porucznik Alojzy Szkuta był oficerem 1. Pułku Lotniczego stacjonującego na warszawskim Okęciu. Do służby w tej jednostce został przydzielony na długo przed wybuchem wojny, tj. w dniu 15 sierpnia 1931 roku. Ostatnio, aż do wybuchu wojny zajmował stanowisko zastępcy dowódcy 217. eskadry bombowej wyposażonej w „Łosie”, czyli akurat te samoloty bombowe, które stanowiły dumę naszego przedwojennego lotnictwa. Brał udział jako obserwator w działaniach bojowych swojej jednostki we wrześniu 1939 roku. Jest zatem wielce prawdopodobne, że w trakcie kompletowania załogi do swojego ostatniego lotu w dniu 1 listopada 1942 roku kapitan Alojzy Szkuta nieprzypadkowo dobrał do niej także mojego wuja - kaprala Zygmunta Sasala, którego musiał zapewne znać osobiście jeszcze z czasów przedwojennej służby w 1. Pułku Lotniczym. Według słów innego pilota, weterana 304. Dywizjonu Bombowego, odwiedzonego przeze mnie we wrześniu 2006 roku w Kopenhadze powojennego profesora oceanografa Edwarda Zarudzkiego – kapral Zygmunt Sasal był takim strzelcem, że każdy dowódca Wellingtona marzył o tym, by mieć go w składzie swojej załogi.

    Porucznik pilot Stanisław Krawczyk, urodził się  w dniu 9 listopada 1912 roku w Komorowicach. Ten postawny, mierzący sobie 179 cm wzrostu oficer był dwukrotnym kawalerem Krzyża Walecznych. Pośmiertnie został także odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Dziś wieś Komorowice, miejsce urodzenia porucznika Stanisława Krawczyka, jest jedną z dzielnic Bielska-Białej. Rodzice przyszłego pilota, Franciszek Krawczyk i Tekla z Adamowiczów, należeli do grupy zamożnych chłopów utrzymujących się z prowadzonego kilkunastohektarowego gospodarstwa. Mieli w sumie aż dziewięcioro dzieci - trzy córki i sześciu synów. Porucznik Stanisław Krawczyk był przedostatnim ich dzieckiem. Najmłodszym spośród tej dziewiątki był syn Józef, urodzony w dniu 2 stycznia 1915 roku. W przyszłości miał zostać ichtiologiem i zarazem profesorem Polskiej Akademii Nauk. Kiedy wybuchła wojna 1920 roku, ojciec przyszłego oficera lotnictwa zaciągnął się ochotniczo do wojska. Niebawem, podczas walk frontowych z bolszewikami - Franciszek Krawczyk został ciężko ranny i na skutek odniesionych ran zmarł niebawem w jednym z krakowskich szpitali. Ciężar wychowywania dziewięciorga dzieci spoczął wyłącznie na barkach ich matki, która okazała się być kobietą niebywale energiczną i życiowo zaradną. Stanisław Krawczyk w roku 1931 ukończył Państwową Wyższą Szkołę Przemysłową, skąd niebawem trafił do Szkoły Podchorążych Piechoty w Zambrowie. Marzył jednak o lataniu. Jego życiowym celem było więc przekroczenie progu Szkoły Oficerów Lotnictwa w Dęblinie, co jednak mu się - z jakichś przyczyn - nie udało. Będąc jednak wierny swojemu marzeniu o służbie w lotnictwie, wstąpił do Technicznej Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Bydgoszczy. W dniu 15 września 1935 roku, jeszcze podczas swojej edukacji w murach tej szkoły wojskowej, Stanisław Krawczyk otrzymał promocję na pierwszy stopień oficerski, co było stałą praktyką odróżniającą Techniczną Szkołę Podchorążych Lotnictwa  w Bydgoszczy od innych uczelni wojskowych. W roku 1936, po ukończeniu edukacji w Bydgoszczy, podporucznik Stanisław Krawczyk rozpoczął swoją służbę w 5. Pułku Lotniczym w Lidzie, gdzie objął stanowisko oficera technicznego. Po roku został awansowany na stanowisko wicekomendanta całego pułkowego Parku Lotniczego w Lidzie. W międzyczasie, w dniu 23 czerwca 1937 roku, podporucznik Stanisław Krawczyk jako cywilny członek Aeroklubu uzyskał uprawnienie do pilotowania samolotów, których silniki nie przekraczały mocy 130 KM. Nazywało się to uzdolnieniem pilota turystycznego . W dniu 19 marca 1939 roku podporucznik Stanisław Krawczyk otrzymał swoją drugą gwiazdkę oficerską i tym samym awans na porucznika. A tuż przed wybuchem wojny, dokładniej zaś mówiąc, w dniu 24 sierpnia 1939 roku, dostał przydział do Lotnictwa Armii  „Prusy”. Wykonując rozkaz jej dowódcy, w dniu 18 września 1939 rok porucznik Stanisław Krawczyk opuścił Polskę i znalazł się na terytorium Węgier, gdzie został internowany, lecz już w dniu 10 października uciekł z obozu do Budapesztu, skąd udał się w dalszą drogę. Przez Grecję przedostał się do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii. Ponieważ nie był pilotem wojskowym, a jedynie turystycznym - więc od kwietnia 1941 roku, na brytyjskich wyspach niezdobytych przez nikogo od roku 1066 - porucznik Stanisław Krawczyk odbywał szkolenie z zakresu pilotażu, po czym w dniu 5 kwietnia 1942 roku przydzielono go do personelu  latającego 305. Dywizjonu Bombowego RAF, w którym służył zaledwie przez miesiąc, gdyż do feralnej nocy z 5 na 6 maja 1942 roku. A potem po swoim spektakularnym powrocie do Wielkiej Brytanii w końcówce lipca 1942 roku i otrzymaniu przydziału do 304. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Śląskiej” – służył w tym dywizjonie aż do swojej śmierci w dniu 1 listopada 1942 roku, kiedy to jego Wellington Mk I c  „L” Nr 1716 został zestrzelony o godzinie 16.56 nad Zatoką Biskajską przez Ju-88c pilotowanego przez Hauptamana Heinza-Horsta Hissbacha z K.G. 40. Do zestrzelenia doszło w odległości 315 km WSW od francuskiego portowego miasta Brest. Wraz z porucznikiem Stanisławem Krawczykiem polegli wtedy; kapitan obserwator Alojzy Szkuta, major pilot Ignacy Skorobohaty, strzelec pokładowy porucznik Mieczysław Sebastian Wodziński, radiotelegrafista - kapral Jan Rogala-Sobieszczański oraz strzelec pokładowy -  kapral Zygmunt Sasal.      

    Krótko po dokonaniu przeze mnie zakupu fotografii zestrzelonego Wellingtona z 305. Dywizjonu Bombowego pilotowanego przez porucznika Stanisława Krawczyka, zdołałem nawiązać kontakt z jego najmłodszym bratem – Józefem, liczącym sobie wówczas już 93 lata. Żeby nasze spotkanie mogło dojść do skutku specjalnie pojechałem do Bielska-Białej. Gdy wkroczyłem w gościnne progi domu sędziwego, choć przecież i tak najmłodszego brata poległego porucznika Stanisława Krawczyka – uderzyło mnie niesamowite podobieństwo obu braci, czytelne pomimo wieku gospodarza. Pan profesor Józef Krawczyk opowiadał mi, że gdy przed wojną odwiedził swojego starszego brata w jego macierzystym 5. Pułku Lotniczym w Lidzie, to mylono ich do tego stopnia, iż spotkani przypadkowo na ulicy żołnierze oddawali mu wojskowe honory - chociaż był przecież w cywilnym ubraniu. Opowiedziałem wtedy panu profesorowi Józefowi Krawczykowi wszystko, czego zdołałem się dowiedzieć o wojennych przejściach i okolicznościach śmierci jego starszego brata - porucznika Stanisława Krawczyka. Odprowadzając mnie do drzwi, Pan profesor Józef Krawczyk powiedział wtedy z zadumą, jakby sam do siebie; nareszcie zrozumiałem, dlaczego przyszło mi żyć tak długo…
                  

To było nasze jedyne spotkanie…
                              

 Piotr Jan Nasiołkowski




Lotnicy 1 Pułku Lotniczego Warszawa



 Urlop 1934 r Z lewej; podchorąży Stanisław Krawczyk na ulicy 3-go Maja w Bielsku


Sprawcy zestrzelenia w dniu 6 maja 1942 roku nad Belgią  Wellingtona z 305 d.b. Obsługa działa przeciwlotniczego.




Nazwiska sprawców zestrzelenia Wellingtona porucznika Krawczyka


Wellington 305 d.b. po przymusowym lądowaniu w Belgii w nocy 6 maja 1942 roku

 


Zestrzelony w dniu 6 maja 1942 roku nad Belgią Wellington 305 d.b. po wylądowaniu





Kapitan obserwator Alojzy Szkuta - zrobiona w Belgii fotografia do fałszywych dokumentów


Porucznik pilot Stanisław Krawczyk, fotografia zrobiona w Belgii do fałszywych dokumentów


Wellington 304 dywizjonu nad Zatoką Biskajską




Hauptman Heinz Horst Hissbach-sprawca zestrzelenia maszyny kaprala Zygmunta Sasala

 


Porucznik Mieczysław Sebastian Wodziński - przedni strzelec


Major Ignacy Skorobohaty

 


Porucznik Alojzy Szkuta

 


Kapral Jan Rogala- Sobieszczański




Kapral Zygmunt Sasal

 


Piotr Nasiołkowski z prof. Edwardem Zarudzkim

 


Prof.Edward Zarudzki

 


Profesor Józef Krawczyk - młodszy brat porucznika Stanisława Krawczyka

 


Autor z prof. Józefem Krawczykiem



 

Tekst: Piotr Nasiołkowski;
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Pana Piotra Nasiołkowskiego

Ostatnie komentarze

  • Ksantypa powiedział(a) Więcej
    Bez poziomów niższych na odpowiednio wysokim poziomie - nie może być mowy o awansach na poziomy wyższe. A... 9 godzin temu
  • tweety powiedział(a) Więcej
    Za swoje słowa o Polsce w niemieckiej prasie Pan Budka powinien wylecieć ze Skarżyska na kopach ! Ileż nienawiści... 12 godzin temu
  • miki powiedział(a) Więcej
    Leszek napisał:
    Parkingu normalnego nie ma, a lądowiska się zachciewa. Kto tam będzie lądował, ufo czy Kaczyński z gospodarczą...
    14 godzin temu