Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Powrót znad Rostocku

20140523-rostock
Dzień 29 marca 1942 roku był dla personelu 304. Dywizjonu Bombowego dniem szczególnym. Tego to właśnie dnia, okryty wojenną sławą 303. Dywizjon Myśliwski - dochowując trzymiesięcznego zwyczajowego terminu - przekazał 304. Dywizjonowi Bombowemu Sztandar Polskich Sił Powietrznych wyhaftowany przez zakonnice konspiracyjnie, jeszcze w roku 1940 w Wilnie, przed ołtarzem w Ostrej Bramie.

Złotych nici do haftowania sztandaru dostarczył Polakom japoński konsul w Kownie - Chiune Sugihara. A gdy sztandar był już gotowy, tenże sam konsul zapakował go do walizki jako bagaż dyplomatyczny i przez Berlin wywiózł go do neutralnej Szwecji – skąd, bez żadnego problemu, ta niezwykła przesyłka trafiła do swego odbiorcy w Wielkiej Brytanii. Tradycją PSP się stało, że każdy spośród polskich dywizjonów przechowywał ten sztandar przez trzy miesiące, a następnie przekazywał go kolejnemu dywizjonowi. Pierwszym dywizjonem, któremu sztandar ten został w dniu 16 lipca 1941 wręczony przez generała Władysława Sikorskiego, był 300. Dywizjon Bombowy stacjonujący wówczas w Swinderby.
    Kiedy nadeszły ostatnie dni marca 1942 roku, a tym samym czas przejęcia Sztandaru Polskich Sił Powietrznych przez 304. Dywizjon Bombowy - tym razem - wbrew regulaminowi; sztandar po raz pierwszy został przetransportowany z bazy jednego dywizjonu do bazy drugiego - drogą powietrzną. Poleciały po niego do Northolt trzy maszyny. Do Lindholme, stanowiącego bazę 304. Dywizjonu Bombowego, sztandar przyleciał na pokładzie najstarszego Wellingtona oznakowanego literą „E”, który miał za sobą trzydzieści jeden lotów operacyjnych. Maszyna ta została niebawem zestrzelona przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą w dniu 11 kwietnia 1942 roku podczas nalotu na Essen, w którym brało udział 185 samolotów RAF-u. W swoich komorach bombowych poniosły one wtedy nad Westfalię produkującą niemiecka stal i niemiecki węgiel - łącznie 227 ton bomb. Spośród sześciu członków załogi Wellingtona „E” zginął wtedy kapral pilot Józef Janik, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych oraz Polową Odznaką Pilota. Pozostała piątka zdołała się uratować, opuszczając zestrzelonego Wellingtona na spadochronach. Wszyscy trafili do niemieckiej niewoli.
  
  Czwartego dnia po pięćdziesiątych trzecich urodzinach Adolfa Hitlera, a więc w dniu 24 kwietnia 1942 roku, bardzo już późnym wieczorem, gdyż o godzinie 22.07, jako drugi z rzędu; wystartował do kolejnego swojego zadania oznaczony numerem taktycznym 9680 samolot 304. Dywizjonu Bombowego. Jednym z członków jego załogi był strzelec pokładowy – Zygmunt Sasal. Nocny już start Wellingtonów obserwował tym razem sam premier i Wódz Naczelny — generał Władysław Sikorski przybyły do bazy w Lindholme w związku z zaplanowanymi na następny dzień uroczystymi obchodami pierwszej rocznicy wejścia do walki stacjonujących tutaj dwóch polskich dywizjonów bombowych — nr 304 i 305. Celem bombowców było tym razem portowe miasto Rostock. Z uwagi na ciągnącą się przez ponad 800 kilometrów trasę przelotu nad morzem wszyscy członkowie załóg Wellingtonów wiedzieli, że muszą założyć kamizelki ratunkowe, tzw. maewestki. Wszyscy mieli również świadomość tego, że pułap lotu będzie także wymuszał na ludziach oddychanie za pomocą aparatów tlenowych. Skład załogi ten sam co zwykle. Dowódcą był więc porucznik obserwator Tadeusz Oleś. Jako pierwszy pilot zasiadł za wolantem niebywale już doświadczony plutonowy Mieczysław Rzewuski. Resztę załogi stanowiła czwórka podoficerów: drugi pilot — kapral Walenty Siciński, przedni strzelec — kapral Stefan Więckowski, obowiązki radiotelegrafisty pełnił kapral strzelec — Czesław Zawada, zaś tylna wieżyczka strzelecka była stanowiskiem bojowym strzelca — starszego szeregowego Zygmunta Sasala. Do komór bombowych sześciu Wellingtonów z polskimi załogami załadowano bomby tak skonstruowane, aby ich zetknięcie się z ziemią powodowało wywołanie trudnego do opanowania pożaru. Śmiercionośny ładunek bombowców był przeznaczony dla zwartej zabudowy starego miasta w Rostocku. Zaraz po starcie członkowie załóg włączyli wewnętrzną łączność, czyli tzw. interkom. Strzelcy sprawdzili prawidłowość funkcjonowania celowników oraz ruchową sprawność wieżyczek. W momencie gdy maszyna znalazła się już nad morzem, sprawdzili swoje karabiny maszynowe, wypuszczając z nich krótkie serie w kierunku fal morskich. Członkowie załóg aż nadto dobrze wiedzieli, że to właśnie w Rostocku zlokalizowane są zakłady lotnicze Heinkla produkujące bombowce dla Luftwaffe. Było im również doskonale wiadome, że Rostock to także ważna baza Kriegsmarine. Wiedzieli też, że to przecież w samym mieście stanowiącym cel ich ataku mieszkają robotnicy oraz inżynierowie zatrudnieni zarówno w morskiej bazie, jak i fabryce bombowców. Niestety jedna spośród siedmiu maszyn, które zostały wystawione przez 304. Dywizjon Bombowy do nalotu na Rostock, nie zdołała dotrzeć nad główny cel. Okoliczności uniemożliwiające udział w wykonaniu pierwotnie wyznaczonego zadania zmusiły załogę tego samolotu do zbombardowania celu zastępczego na wyspie Sylt. Po wykonaniu tego zadania Wellington zawrócił do bazy dywizjonu, gdzie bezpiecznie wylądował o godzinie 4.14.
    
     Tymczasem pozostałe maszyny dywizjonu, wzbiwszy się na pułap 5000 metrów, parły mozolnie na wschód. Jak wspomniałem; lot na tak dużej wysokości wymagał oddychania za pomocą aparatów tlenowych. Strzelcy drążyli wzrokiem ciemności, świadomi niebezpieczeństwa grożącego w każdej chwili ze strony nieprzyjacielskich nocnych myśliwców posiadających swoje bazy w północnej Holandii i południowej Danii. Gwałtowny ogień artylerii przeciwlotniczej uświadomił załogom, że oto przelatują właśnie nad Kilonią. Wreszcie Wellingtony dotarły nad wyznaczony im cel znaczony już szalejącymi w dole pożarami oraz kolorowymi girlandami eksplodujących wokół samolotów smugowych pocisków artylerii przeciwlotniczej. Zawartość komory bombowej Wellingtona wiele mówi o charakterze tamtego nalotu oraz o właśnie dopiero co zastosowanej przez aliantów nowatorskiej taktyce atakowania z powietrza wielkich aglomeracji miejskich. Jej autorem był zaprzyjaźniony w Winstonem Churchillem – pochodzący z Baden Baden - lord Cherwell, oxfordzki profesor fizyki – Frederick Lindemman. Zadaniem największej spośród bomb, tej dwustupięćdziesięciokilogramowej, było uszkodzenie jakiegoś większego skrzyżowania ulic, co miało na celu uniemożliwienie dotarcia wozów straży pożarnej do wznieconego ognia. Jednocześnie potężny podmuch eksplozji tej burzącej bomby miał za zadanie spowodowanie wypadnięcia w budynkach szyb, co wywoływało przeciągi, a więc znacznie ułatwiało rozprzestrzenianie się pożarów wzniecanych przez spadające następnie na ziemię trzydziestofuntowe bomby zapalające. A tego rodzaju bomb każdy spośród Wellingtonów zrzucał  w  czasie takiego nalotu aż pięćdziesiąt sześć sztuk
    
    Tamtej nocy pierwszy spośród Wellingtonów 304. dywizjonu zrzucił swoje bomby na płonący już Rostock o godzinie 1.56. Dwie minuty później powtórzył to samo następny samolot polskiego dywizjonu. Nadlatując nad miasto na wysokości 4650 metrów, Vickers Wellington wuja Zygmunta otworzył swoje luki bombowe nad wyznaczonym mu celem o godzinie 2.05. Załoga nie zaobserwowała jednak skutków przeprowadzonego przez siebie ataku, aczkolwiek załogi pozostałych bombowców stwierdziły na ziemi wybuchy licznych pożarów. Znaczy się bomby wyrzucone z komory wujowego Wellingtona najwyraźniej sięgnęły celu swojego przeznaczenia. Niebo nad Rostockiem przez cały czas przecinały smugi reflektorów starających się wyłuskać z ciemności bombowce, pochwycić maszyny w sieci oślepiającego światła, aby wystawić je na cel dla pocisków artylerii przeciwlotniczej lub wskazać nocnym myśliwcom. Dwusilnikowy Vickers Wellington Mk Ic, w skład załogi którego wchodził wuj Zygmunt Sasal, był jednym spośród 468 bombowców wysłanych przez Bomber Command tej nocy z zadaniem zaatakowania Rostocku. W ciągu trzech kolejnych kwietniowych nocy 1942 roku brytyjskie i polskie bombowce zrzuciły na to portowe miasto w sumie aż 442 tony bomb.

    O godzinie 2.40, a więc już po wykonaniu zadania, samolot wuja Zygmunta w drodze powrotnej został od tyłu zaatakowany przez dwusilnikowego nocnego myśliwca Messerschmitta 110. Tylny strzelec Wellingtona, a więc wuj Zygmunt, odpowiedział natychmiast ogniem obydwóch swoich karabinów maszynowych. Zarówno z kadłuba atakującego polską załogę wrogiego myśliwca, jak i z jednego spośród dwóch jego silników gwałtownie buchnęły płomienie. Było to wyrazistym świadectwem celnego trafienia niemieckiej maszyny serią oddaną przez obydwa karabiny maszynowe zamontowane w tylnej wieżyczce zaatakowanego bombowca. Po tej serii wrogi samolot gwałtownie zanurkował i nagle zniknął strzelcowi z pola widzenia. Uznano go więc za zestrzelony. Podczas tamtego nocnego starcia Wellingtona z dwusilnikowym Messerschmittem ogień pokładowej broni maszynowej nieprzyjacielskiego nocnego myśliwca zdołał wprawdzie uszkodzić statecznik bombowca oraz wieżyczkę tylnego strzelca, powodując jej zakleszczenie, lecz zamkniętemu w jej wnętrzu strzelcowi najwyraźniej sprzyjało niebywałe szczęście. Wuj Zygmunt nawet nie został draśnięty. Po siedmiu godzinach i czterdziestu trzech minutach spędzonych w powietrzu, samolot wuja Zygmunta o godzinie 5.50 wylądował na macierzystym lotnisku w Lindholme. Niestety jedna spośród sześciu maszyn 304. dywizjonu, biorących tamtej nocy udział  w bombardowaniu Rostocku przez olbrzymią formację bombowców złożoną ze 161 samolotów RAF-u, nie zdołała szczęśliwie powrócić z tamtej wyprawy do domu. Kiedy samolot znajdował się w drodze nad wyznaczony cel, został przechwycony przez niemieckiego myśliwca i zestrzelony przezeń nieopodal ujścia rzeki Ems. Cała załoga zginęła w morzu. W ten oto sposób tamtej nocy polegli kolejni żołnierze 304. Dywizjonu Bombowego. Wśród nich był kapitan pilot Jan Kwak, mający w swoim zwyczaju zwracać się do wszystkich dobrodusznymi słowami „Szanowny panie dobrodziejku”. Była to już jego dwudziesta misja bojowa. Zginęli wtedy także: kapitan nawigator Stanisław Marian Wójcik, porucznik obserwator strzelec Stanisław Zieleniewski, podporucznik pilot Lech Stanisław Dzierzbicki, plutonowy radiooperator-strzelec Lucjan Jan Woźniak oraz plutonowy strzelec Władysław Jankowski. Odnotować należy, że kapitana Stanisława Wójcika odznaczono Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz czterokrotnie Krzyżem Walecznych, zaś kapitan Jan Kwak był odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Podporucznik Lech Dzierzbicki, plutonowy Lucjan Woźniak oraz plutonowy Władysław Jankowski byli dwukrotnymi kawalerami Krzyża Walecznych, zaś mundur porucznika Stanisława Zieleniewskiego zdobił Krzyż Walecznych, nadany mu tylko jeden raz, a więc bez żadnego okucia.

    Zwłoki dwóch członków tej załogi, a mianowicie podporucznika pilota Lecha Dzierzbickiego oraz porucznika Stanisława Zieleniewskiego, zostały wyrzucone przez morze na holenderską plażę nieopodal latarni morskiej Ranpen, gdzie zostały odnalezione przez Niemców w dniu 18 maja 1942 roku.
Nie trzeba nikogo przekonywać o tym, że przypadek tej szóstki dobitnie uświadamia nam zakres i rozmiar odpowiedzialności spoczywającej na tylnym strzelcu, od którego zależał przecież zarówno los maszyny, jak i całej jej załogi. Myślę więc, że właśnie przez pryzmat tego należy oceniać czyn tylnego strzelca tamtej maszyny - Zygmunta Sasala. Niechybnie więc, zestrzeliwując tamtej nocy dwusilnikowego myśliwca Me-110, wuj Zygmunt działaniem swoim ocalił nie tylko siebie, ale również Wellingtona, a co za tym idzie także członków jego załogi.  
    Rankiem, który nadszedł po tamtym powrocie wuja Zygmunta znad Rostocku, 25 kwietnia 1942 roku, na lądowanie załóg w bazie 304. Dywizjonu Bombowego w Lindholme oczekiwał na powracające załogi premier i Naczelny Wódz, generał Władysław Sikorski, przybyły tutaj - jak wcześniej wspomniałem - poprzedniego dnia w towarzystwie generała brygady Stanisława Kopańskiego, dowódcy polskich formacji w Libii, oraz generała obserwatora Stanisława Ujejskiego, Inspektora Polskich Sił Powietrznych. Okazją do tej uroczystej wizytacji przez Naczelnego Wodza wspólnej bazy dywizjonów 304 i 305 była pierwsza rocznica włączenia się tych formacji do bojowych działań operacyjnych RAF-u. Tak się akurat złożyło, że w tym czasie 304. Dywizjon Bombowy przechowywał Sztandar Lotnictwa Polskiego, który w dniu 11 czerwca 1942 roku został przekazany następnej jednostce czekającej na ten zaszczyt w kolejce, czyli 305. Dywizjonowi Bombowemu.

    Przebywający wówczas w Lindholme generał Władysław Sikorski stał się tamtego dnia świadkiem awaryjnego lądowania Wellingtona uszkodzonego przez ogień artylerii przeciwlotniczej, a następnie zaatakowanego przez niemieckie nocne myśliwce, których ogień poważnie poranił tylnego strzelca oraz częściowo pozbawił maszynę tkaniny stanowiącej poszycie pokrywające ażurową, metalową konstrukcję bombowca. Pomimo poparzenia drugiego pilota gorącą herbatą, tryskającą z termosów podziurawionych odłamkami pocisków artylerii przeciwlotniczej, poważnych uszkodzeń maszyny oraz rany ręki odniesionej przez kapitana Kazimierza Czetowicza jego samolot zwany „Sonią” zdołał jednak dolecieć do bazy i wylądować awaryjnie „na brzuchu”. Przypadek sprawił, że w rocznicę udziału dwóch załóg 304. Dywizjonu Bombowego w pierwszym zadaniu bojowym tej formacji poważnie została uszkodzona maszyna akurat tego samego pilota, który jako pierwszy transportował przed rokiem bomby przeznaczone dla zbiorników z materiałami pędnymi  w Rotterdamie. Przyszły dowódca dywizjonu, smagły i dlatego też przezywany Cyganem, kapitan pilot Kazimierz Czetowicz, niezwłocznie po swoim awaryjnym lądowaniu został udekorowany przez Naczelnego Wodza Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Uroczystą mszę, w której niewątpliwie brał udział także strzelec pokładowy starszy szeregowy Zygmunt Sasal, celebrował ksiądz pułkownik Stanisław Miodoński. Następnie generałowie Władysław Sikorski i Stanisław Kopański udekorowali orderami  i odznaczeniami członków personelu dywizjonów bombowych nr 304 i 305. Na personel 304. Dywizjonu Bombowego przypadło w sumie 26 Krzyży Orderu Wojennego Virtuti Militari, 61 Krzyży Walecznych oraz 6 Krzyży Zasługi. Do grupy udekorowanych wówczas przez generała Sikorskiego Krzyżem Walecznych należał również starszy szeregowy Zygmunt Sasal. Wynika to wprost z treści opublikowanego w dniu 5 maja 1942 roku drugiego numeru „Dziennika Personalnego Naczelnego Wodza i Ministra Spraw Wojskowych”. Ukazało się w nim zarządzenie Naczelnego Wodza w sprawie nadania licznym żołnierzom najwyższych odznaczeń bojowych, jakimi wszak są zarówno Krzyż Virtuti Militari, jak i Krzyż Walecznych. Wśród wymienionych tam nazwisk żołnierzy odznaczonych po raz pierwszy i drugi Krzyżem Walecznych figuruje oczywiście nazwisko starszego szeregowego Zygmunta Sasala, który całkiem prywatnie, w cywilu, wnukiem był przecież mojego pradziada Mikołaja Nasiołkowskiego.

    Podsumowując, powiedzieć trzeba, że w ciągu roku, we wszystkich akcjach przeprowadzonych od kwietnia 1941 roku do końca kwietnia 1942 roku, a wymierzonych przeciwko niemieckim miastom oraz urządzeniom portowym baz Kriegsmarine 304. Dywizjon Bombowy stracił w sumie aż piętnaście samolotów. Bilans poległych za ten okres, zamyka się liczbą sześćdziesięciu ośmiu członków załóg personelu latającego jednostki. Częścią tych strat była śmierć dziewiętnastu członków załóg stanowiących obsadę aż pięciu maszyn utraconych w jednym tylko miesiącu, mianowicie w kwietniu 1942 roku, który dla 304. dywizjonu zamknął się szczególnie tragicznym bilansem. W tymże miesiącu kwietniu 1942 roku rozstrzygnięto również konkurs na odznakę pamiątkową dywizjonu. Zwyciężył projekt autorstwa kaprala mechanika Jana Bartkiewicza. Wzór odznaki noszonej na lewej górnej kieszeni munduru został zatwierdzony przez inspektora Lotnictwa generała Stanisława Ujejskiego.

Piotr Jan Nasiołkowski



Dale, lipiec 1942 roku. Zbiorowa fotografia załóg 304. dywizjonu bombowego. Pomiędzy prawym silnikiem a kadłubem; kapral Zygmunt Sasal.


Dwusilnikowy bombowiec Wellington

 


Wyhaftowany konspiracyjnie w Wilnie Sztandar PSP


Lindholme,  29 marca 1942 roku. Przylot Sztandaru PSP  do bazy 304. dywizjonu bombowego


Lindholme, 29 marca 1942 roku. Przekazanie Sztandaru PSP 304. dywizjonowi bombowemu


Lindholme, 25 kwietnia 1942 r. Generał Sikorski wraz z oficerami ogląda uszkodzoną w walce wieżyczkę strzelecką kaprala Zygmunta Sasala

 


BPor. Tadeusz Oleś pierwszy z lewej, w czapce po powrocie znad Niemiec


Odznaka dywizjonowa 304. dywizjonu bombowego





Bejrut


Efekt alianckiego nalotu na niemieckie miasto


niemieckie miasto po nalotach alianckich


Rostock po nalotach w kwietniu 1942 roku



Tekst i opracowanie Piotr Jan Nasiołkowski

Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Pana Piotra Nasiołkowskiego

Ostatnie komentarze

  • 3x podgardle powiedział(a) Więcej
    Dziekuje. 4 godzin temu
  • Piotr Jan Nasiołkowski powiedział(a) Więcej
    Pozwolę sobie przypomnieć, że wieloletnia agonia naszego miasta rozpoczęła się wraz z wyborem na prezydenta... 4 godzin temu
  • olo powiedział(a) Więcej
    A czy inne związki się udzielają ZNP czy Solidarność też siedzą cicho i nie przeciwstawią się decyzją władzy miasta ! 9 godzin temu