Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Bombowa reedukacja ... cz. I Piotr Jan Nasiołkowski

"... kiedy we wrześniu 1939 roku Luftwaffe zrzucała bomby na Warszawę, a niemieccy lotnicy z koszącego lotu ostrzeliwali polskie drogi przepełnione cywilnymi uciekinierami; zachodni sojusznicy Polski, nie zrzucali jeszcze bomb na niemieckie miasta. Z brytyjskich samolotów spadały wówczas na niemiecką ziemię, jedynie tony ulotek. Tego rodzaju działań, w żaden przecież sposób nie można nazwać militarnymi. Ta stosowana wówczas przez aliantów taktyka - zaprawdę, iście ewangeliczna - zdaje się wskazywać na to, że jesienią 1939 roku; zachodni sojusznicy Polski zdawali się jeszcze naiwnie wierzyć, iż sposobem łagodnej perswazji, zdołają powstrzymać, stworzone przez niemiecki naród zło..."


Moim, od losu danym mi szczęściem całym, było urodzenie się - wprawdzie jeszcze przed śmiercią Józefa Stalina, ale zawsze to - dopiero w lutym 1953 roku. Dokładnie zaś mówiąc na osiem dni przed egzekucją generała Emila „Nila” - Fieldorfa, lecz też i zarazem osiem lat po sławetnym alianckim nalocie na Drezno. Albowiem to właśnie w lutym 1945 roku, czyli na niespełna trzy miesiące przed zakończeniem działań wojennych w Europie; trzy fale alianckich bombowców - podczas jednej tylko nocy  z 13 na 14 lutego 1945 roku – zdołały, literalnie, obrócić w perzynę to najwspanialsze spośród saksońskich miast, przepełnione akurat wtedy dziesiątkami, a może nawet setkami tysięcy uchodzących przed Armią Czerwoną cywilnych uciekinierów ze Wschodu.

Z uwagi na tę właśnie okoliczność, nikt nie jest i nigdy też chyba nie był w stanie określić liczby śmiertelnych ofiar tamtego nalotu. Jedni szacują, że tamtej nocy zginęło w Dreźnie 35 000 ludzi; inni mówią nawet o 60 000. Ale spotkałem się też z liczbą określającą straty ludności cywilnej, aż na 135 000 ludzkich istnień. Istnieje także policyjny raport mówiący, że do dnia 20 marca 1945 roku, zdołano wydobyć  z gruzów miasta aż 202 040 zwłok, z czego zidentyfikowano zaledwie  około 30%. To zaś odpowiadałoby – mniej więcej – wskazanej powyżej liczbie 60 000 śmiertelnych ofiar alianckiego nalotu na Drezno. Wyobrażalne jest zatem, że kiedy mowa jest o liczbie 60 000 śmiertelnych ofiar nalotu na Drezno, to ma się na myśli jedynie te ofiary, których tożsamość udało się ustalić.

Aczkolwiek do tego raportu należy podchodzić z dużą dozą ostrożności. A to z tej przyczyny, że nazistowska propaganda skwapliwie wykorzystała powietrzny atak na Drezno do przedstawienia aliantów jako barbarzyńców, bez skrupułów niszczących zabytki kultury i niosących śmierć i cierpienie niczemu niewinnej cywilnej ludności. Uważa się, że propagandowe wykorzystanie nalotu na Drezno przez Ministerstwo Propagandy III Rzeszy było ostatnim zawodowym sukcesem sławetnego dr Josepha Goebbelsa.   

            Niemniej, faktem jest niepodważalnym, że tamtej lutowej nocy piętnastometrowej długości płomienie ogniowej burzy strawiły gmachy Opery Drezdeńskiej, Teatru Centralnego, Drezdeńskiego Teatru Państwowego, Teatru Komedii, Teatru Ludowego. W gruzach legł zarówno sławetny Zwinger jak również Ratusz. Także budynek Politechniki Drezdeńskiej. Całkowicie zniszczonych zostało szesnaście kinoteatrów, jedenaście kościołów i sześć kaplic. Ten sam los spotkał dziewiętnaście klinik i szpitali oraz trzydzieści dziewięć szkół… Przepyszna niegdyś saksońska metropolia w przeciągu jednej tylko nocy i jednego poranka - zamieniła się  w bezkresny ocean wypalonych ruin…

Jednym z tych, którym było dane przeżyć tę wojenną apokalipsę „Florencji nad Łabą”  był znany mi osobiście - nieżyjący już niestety, w Datteln onegdaj mieszkający architekt - Pan Stefan Tänzer. W lutym 1945 roku był piętnastoletnim mieszkańcem Drezna. Opowiadał mi, że kiedy nadszedł pamiętny dzień 14 lutego ostatniego roku wojny, z samego ranka tamtej środy popielcowej, miasto zostało zaatakowane z powietrza po raz trzeci. Tym razem, przez formacje superfortec B-17 i B-24, przynależnych do VIII Armii Powietrznej USA. Dwa poprzednie, nocne ataki na miasto zostały wykonane przez bombowce Bomber Command RAF-u. Taki bowiem był podział ról; Brytyjczycy atakowali nocą, Amerykanie - za dnia.

Kiedy amerykańskie superfortece odleciały znad płonącego i doszczętnie już zrujnowanego Drezna - zostało w nim zbyt mało żywych ludzi, by możliwym było urządzenie godnych  pochówków wszystkim ofiarom trzech zmasowanych nalotów.
Wśród niebywałego fetoru rozkładających się wśród ruin ludzkich ciał; przez wiele, wiele dni - esesmani układali placach i ulicach miasta stosy anonimowych zwłok. Fotografie dokumentujące zagładę Drezna jednoznacznie przekonują o stosowaniu wówczas metody wypracowanej uprzednio w obozie zagłady w Treblince. Najpierw z szyn tramwajowych układano tak zwany ruszt. Trzeba było bowiem  zapewnić ciąg powietrza od dołu. Potem na tym stalowym „ruszcie” składano setki ludzkich zwłok. Te makabryczne stosy polewano benzyną i podpalano. W takiej metodzie unicestwiania ludzkich zwłok esesmani mieli wszak już kilkuletnią praktykę. Więc teraz; tą nieznośną, słodkawą wonią palonych ciał - dusili ruiny Drezna.

W dniu 16 lutego 1945 roku, a więc dokładnie - co do dnia -  na osiem lat przed moimi narodzinami; za sprawą tamtych nalotów, uwolnione z drezdeńskiego ogrodu zoologicznego, sępy pożywiały się nad brzegiem Łaby padliną, w jaką zamieniły się zabite przez lotnicze bomby przewspaniałe arabskie rumaki ze sławnego onegdaj w całej Europie drezdeńskiego cyrku Sarrasani. Nawiasem mówiąc, te arabskie konie zostały przez Niemców zrabowane ze stadniny w Janowie Podlaskim. Tym sposobem został unicestwiony efekt żmudnej pracy  kilku pokoleń polskich hodowców.
Niespełna trzy miesiące po alianckim nalocie na Drezno Adolf Hitler popełnił samobójstwo, zaś na skutek ogólnej sytuacji frontowej - siły zbrojne III Rzeszy zostały przymuszone do bezwarunkowej kapitulacji. Tym to sposobem na naszym kontynencie ustały wszelkie działania wojenne.
           Kiedy od zakończenia wojny minęły dwa lata – siedemnastoletni wówczas Stefan Tänzer zwiał ze zrujnowanego Drezna do zachodniej części Niemiec. Niebawem właśnie tutaj zdał świetnie maturalne egzaminy, podjął studia i w dynamicznie się odbudowującej zachodniej części Niemiec został wziętym architektem. Ślepy los zetknął nas ze sobą akurat w tym czasie, gdy od zdobycia Berlina przez Armię Czerwoną mijało właśnie czterdzieści jeden lat.

        W czasie pobierania przez moją generację szkolnych nauk, wmawiano nam, sztubakom na każdym kroku, że gospodarcza koniunktura Zachodnich Niemiec jest wyłącznie pochodną amerykańskiej pomocy i prawie kompletnego braku zniszczeń wojennych na obszarach, które później stały się strefami okupacyjnymi administrowanymi przez zachodnich aliantów. Z tej więc prostej przyczyny – złym, bo zachodnim Niemcom wiedzie się dzisiaj dobrze, bo ich oszczędzano i dlatego też nie musieli swojego kraju odbudowywać. U nas jest biednie, bo to wszystko przez tych złych Niemców, którzy nas okupowali, zburzyli nasze miasta, wymordowali naszą inteligencję, a do tego wszystkiego, rozgrabili nasz narodowy majątek, wywożąc do Rzeszy wszystko, co tylko przedstawiało jakakolwiek wartość. Jedni w tego rodzaju przekazy wierzyli, bo - jak raz - tak właśnie było im wygodnie, gdyż obawiali się wyników swoich własnych procesów myślowych. Wyników - a nuż - odmiennych od tego wszystkiego, co oficjalne oraz powszechnie przyjęte. Drudzy, bezmyślnie,  bezkrytycznie wtórowali, temu oficjalnemu bełkotowi, przyjmowanemu za pewnik, jedynie z tej przyczyny, że - najzwyczajniej w świecie – natura jakoś zapomniała ich wyposażyć w narząd służący do myślenia. Nie trzeba nikogo o tym przekonywać, iż w obrębie każdej społeczności - ci ostatni, przez naturę zapomniani - zawsze stanowią niestety tę grupę najbardziej właśnie liczną.

            Summa summarum; jest faktem, że ta, rozmijająca się z prawdą teoria, głęboko została zakorzeniona w społecznej świadomości. Oficjalna propaganda rozpowszechniała ją przecież po to, by przy jej pomocy można było jakoś usprawiedliwiać codzienną szarość i gospodarczą mizerotę realnego socjalizmu. Oczywiście również po to, by jakoś wykręcić się od konieczności udzielania właściwej odpowiedzi na wielce niewygodne pytanie o przyczyny gospodarczego rozkwitu zachodniej części Niemiec. Każdy zaś, kto tylko ośmielał się kwestionować tę, oficjalną teorię, stanowiącą wszak integralną część naszej ówczesnej społecznej mentalności, narażał się automatycznie, na - nie byle jaki - konflikt ze wszystkimi wygodnickimi, lękliwymi i bezmyślnymi. I o to właśnie chodziło.
Rzeczywiście; Niemcy okupowali nasz kraj przez ponad pięć lat. Nikt nie może zaprzeczyć, że - u schyłku wojny, już po upadku Powstania Warszawskiego - niemieccy saperzy wysadzając w powietrze ocalałe z walk kamienice, metodycznie zamieniali naszą stolicę w ocean gruzów. Niepodważalne jest również, że to właśnie, na naszej ziemi, stworzony został przez nazistów system obozów zagłady. Spuścizną wojny było także i to, że setki tysięcy ludzi nie mogło się uwolnić od koszmaru obozowych wspomnień. Wszyscy doskonale pamiętali niedawne łapanki, uliczne egzekucje, wywózki do niewolniczej pracy… Nie było przecież w Polsce ani jednej rodziny, która nie zostałaby okaleczona wojenną stratą kogoś bliskiego...
Umiejętnie podsycane przez oficjalną propagandę, i tak przecież - istniejące w naszym kraju - powszechne, emocjonalnie niechętne nastawienie do Niemców, kaleka znajomość języków zachodnich... Początkowo, całkowity brak możliwości poruszania się po świecie, potem zaś restrykcyjna polityka paszportowa skutkująca sporadyczność bezpośrednich, prywatnych kontaktów pomiędzy mieszkańcami Europy, podzielonej tzw. Żelazną Kurtyną...

  Oto niektóre tylko, spośród czynników istniejących w czasach mojej młodości i warunkujących istnienie klimatu intelektualnej bezkarności, pozwalającej propagandzie na oficjalne głoszenie przeróżnych, absurdalnych teorii. W tym także teorii, lansującej pogląd, że przyczyna gospodarczej koniunktury i dobrobytu Republiki Federalnej Niemiec, tkwi w braku wojennych zniszczeń zachodniej części kraju. Zaś polska, namacalnie odczuwana, siermiężna rzeczywistość realnego socjalizmu, to właśnie wynik spowodowanej przez Niemców wojennej katastrofy, która kompletnie zdewastowała nasz kraj. Poprzez tę właśnie katastrofę, naród nasz pozbawiony został możliwości budowy swojego, codziennego dobrobytu, gdyż powojenna rzeczywistość, w pierwszej kolejności, wymuszała podjęcie nadludzkiego wręcz wysiłku, uprzątnięcia oceanu gruzów, jakże chętnie i często pokazywanego nam we wszystkich rodzimych kronikach filmowych, a potem, co rusz, przypominanego przez szklane ekrany telewizorów. Lapidarnie rzecz ujmując; opinii publicznej wmawiano, że nam dobrym, szlachetnym i umęczonym Polakom jest źle, bo nasz kraj zniszczyli i ograbili źli Niemcy. Złym Niemcom zaś wiedzie się dobrze, bo mało, że ich nikt nie zniszczył, to jeszcze perfidni zachodni alianci, wręcz ich oszczędzali – upatrując w nich swojego przyszłego, powojennego sojusznika. Rzecz jasna; ten ówczesny zimnowojenny sojusz amerykańskich imperialistów z zachodnioniemieckimi rewizjonistami, był wymierzonym w żywotne interesy naszego narodu, pokój miłującego i niestrudzenie budującego zręby socjalizmu. Jedynego ustroju posiadającego  w sobie cudowną moc zapewnienia świetlanej przyszłości wszystkim absolutnie generacjom Polaków. A więc zarówno mojemu pokoleniu, jak też i generacji moich dzieci.

     Takimi to propagandowymi bzdurami karmiono moich rodaków przez całe dziesięciolecia. A Polacy pozwalali sobie to wszystko wmawiać, bo - pozornie - wszystko się przecież zgadzało. Jedynie nieliczni było świadomymi uprawiania tej gry pozorów prawdziwości… A tym nielicznym - i tak przecież nikt nie wierzył... Zwłaszcza, że telewizyjno - gazetowa wersja wojennych i powojennych zaszłości - z przyczyn czysto mentalnych; niebywale była wygodną, i to dla całej prawie nacji… Stworzenie podatnego gruntu dla tego, dość powszechnego zjawiska przyjmowania przez społeczeństwo oficjalnych przekazów, za w pełni wiarygodne - było konsekwencją także braku możliwości weryfikowania przez szerokie kręgi polskiej opinii publicznej przeróżnych, oficjalnie głoszonych kłamstw - ze swej natury - dość prymitywnego, propagandowego bełkotu.

Tym to sposobem uzyskano propagandowy efekt bezkarnej dominacji, fatalistycznego przekonania, o tym, że - oto kolejny już raz w historii - nasz naród dotknęła dziejowa niesprawiedliwość... Nas Polaków, którzy wszak jako pierwsi odważyli się stawić Hitlerowi zbrojny opór... a potem jeszcze obronili Anglię i Tobruk oraz okryli się chwałą zdobywając Monte Cassino, a sam koniec wojny uwieńczyli wszak zawieszeniem biało – czerwonej flagi na pokiereszowanej armatnimi pociskami Bramie Brandenburskiej...
Nikt jakoś nie potrafił zauważyć, że te - trwające przez całe dziesięciolecia - narodowe lamenty nad kolejną już, historyczną krzywdą Polaków, w żaden absolutnie sposób, nie służyły sprawie duchowego, ani materialnego rozwoju naszej nacji, od wieków wszak już nad Wisłą żyjącej, i - również od wieków - nieprzerwanie lamentującej nad swym narodowo nieszczęsnym losem .

Jest oczywistym, że jako nastolatek, nie dysponowałem moją dzisiejszą wiedzą o przebiegu wojny i tym wszystkim, co do jej wybuchu doprowadziło.  A także o tym wszystkim, co odnosiło się do działań alianckiego lotnictwa, metodycznie obracającego niemieckie miasta w ocean gruzów. Nie miałem zupełnie pojęcia o rozmiarach zniszczeń Drezna, Brunszwiku oraz milionowych aglomeracji Zagłębia Ruhry... Nie wiedziałem też jeszcze tego, że na skutek alianckich bombardowań, prastare nadreńskie miasto Kolonia, to właściwie zupełnie przestało istnieć. Z oceanu jego gruzów strzelały w niebo, jedynie na 157 metrów wysokie wieże, budowanej przez sześćset osiemdziesiąt lat, słynnej Katedry, w której – już przed wiekami - pochowano Ryksę, zwaną czasami Rychezą. Jak ją zwał, tak ją zwał; w każdym bądź razie,  ta, przed kilkoma stuleciami zmarła kobieta, która swój spoczynek znalazła w murach Kolońskiej Katedry, była matką polskiego króla – Kazimierza, zwanego Odnowicielem.

Podczas ostatniej wojny, całkiem dla siebie nieoczekiwanie; budynek Kolońskiej Katedry, wielce okazał się być użytecznym dla pilotów alianckich bombowców. Każdego już dnia i każdej nocy nadlatujących falami nad terytorium III Rzeszy. Jej charakterystyczne wieże służyły im, jako punkt niebywale pomocny w nawigacji... Oczywiście, w tamtym czasie, nie wiedziałem jeszcze z czym to należy kojarzyć nazwisko sir Arthura Harrisa... Nie znałem także rozmiaru wojennych dokonań RAF – u, ani też nie znałem liczb obrazujących tonaż bomb, zrzuconych na niemiecką ziemię z samolotów wchodzących w skład sił VIII Armii Powietrznej USA.

Naturalnie, nic też nie wiedziałem o imponującym wysiłku milionów niemieckich kobiet, które natychmiast po zakończeniu działań wojennych, pojawiły się wśród oceanów ruin, w jakie powietrzna wojna przemieniła setki niemieckich miast. I dzień po dniu, miesiąc po miesiącu; pracowicie obstukiwały młotkami – jedna po drugiej - biliony sztuk, pojedynczych cegieł.  
Ale coś tam jednak o tej wojnie wiedziałem, i dodatkowo tak się jakoś złożyło, że należałem do niezbyt licznego grona pozbawionych jakiegokolwiek lęku przed wynikami logicznego rozumowania. Więc z wielkim upodobaniem - na ile tylko się dało - wprawiałem w zakłopotanie nie byle jakie, co poniektórych moich nauczycieli. Metodą stosowaną przy dokuczaniu zwłokom pedagogicznym było stawianie pytań, całkiem przecież prozaicznych. Rozumując, że siła militarna, prowadzącego wojnę państwa uzależnioną jest od wydajności przemysłu nastawionego na produkcję zbrojeniową; jeszcze w szkole podstawowej zapytałem nauczycielkę o wyjaśnienie mi, jak było możliwym alianckie zwycięstwo nad III Rzeszą, bez uprzedniego zniszczenia niemieckiego przemysłu? Przy okazji zapytałem także o to, dlaczego niby Niemcy dążąc do odniesienia militarnego zwycięstwa nad Polską, we wrześniu 1939 roku – bombardowali nasze miasta, drogi, linie kolejowe i fabryki?  I z jakiej niby to przyczyny, alianci mieli nie robić tego samego, dążąc do odniesienia zwycięstwa nad Niemcami? Samolotów nie mieli, czy co?

Będąc prawnukiem Mikołaja Nasiołkowskiego, oczywiście doskonale wiedziałem, że jeden spośród wnuków tego mojego pradziadka; trzykrotnie udekorowany Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari; kapral Zygmunt Sasal – po naszej wrześniowej klęsce - przedostał się przez Rumunię do Wielkiej Brytanii, gdzie ostatecznie - jako strzelec pokładowy – został członkiem załogi bombowca. Zatem; dla mnie wniosek z tego wynikał oczywisty, że skoro mój krewniak latał na bombowym Wellingtonie – to przecież musiał także brać udział w bombowych nalotach na niemieckie miasta. No, bo niby, w jakim to celu buduje się bombowce? I za co niby, nadano wujowi Zygmuntowi te wszystkie jego wojenne krzyże?
 Posługując się tego rodzaju argumentacją, skutecznie podważałem prawdziwość oficjalnie obowiązującej teorii o oszczędzaniu Niemiec przez zachodnich aliantów. W ten oto sposób, faktem się stał mój kolejny już konflikt, z jakże liczną, społeczną frakcją wszelkiej maści wygodnickich, lękliwych i bezmyślnych. Ciągłe wzywanie matki do szkoły i obniżanie mi oceny ze sprawowania, należało - w tamtym czasie - do jednej z kilku przykrych konsekwencji podrywania autorytetu nauczycieli, co było wszak finalnym skutkiem prześladowania ich moimi, wielce niewygodnymi, argumentami i pytaniami. Tak prawdę powiedziawszy, to nie tylko to było powodem ciągłego obniżania mi oceny ze sprawowania.

Muszę powiedzieć, że - w ostatnim czasie - z wielką uwagą i zainteresowaniem obejrzałem cykl kilku audycji, wyemitowanych przez niemiecką telewizję, a poświęconych dokumentowaniu dramatu niemieckiej ludności cywilnej, dotkniętej skutkami alianckich nalotów na niemieckie miasta. Nie przeczę, że pozostaję pod wielkim wrażeniem - zarówno rzetelności, jak też i obszerności - tego wstrząsającego przekazu autorstwa pana profesora Jörga Friedricha. Nie sposób nie przyznać racji profesorowi Jörgowi Friedrichowi, że bombowe naloty na niemieckie miasta są jedną z większych katastrof, jakie w historii rozegrały się na niemieckiej ziemi. Jednocześnie zauważyć przy tym należy, że tą - niewątpliwie - największą jednak katastrofą, jaka w historii zdarzyła się na niemieckiej ziemi był fenomen nazizmu, którego pochodną była konieczność bombardowania tejże niemieckiej ziemi. Nie przeczę przy tym, iż niektóre spośród twierdzeń i poglądów sformułowanych przez autora tego cyklu, budzą we mnie pewnego rodzaju sprzeciw, o wszak dość refleksyjnym charakterze. Otóż w swoich - świetnych skądinąd - telewizyjnych audycjach, profesor Jörg Friedrich lansuje niebywale chwytliwą i medialnie nośną tezę, aksjomatycznie zakładającą, że spowodowane alianckimi nalotami cierpienia - spadły na niczego niewinną, cywilną ludność niemieckich miast. W tym – ma się rozumieć - niewinne niemieckie kobiety i ich dzieci. O ile - bez żadnych zastrzeżeń - zgadzam się z twierdzeniem, że dzieci - ze swej natury - zawsze są niewinnymi; o tyle, z moim zdecydowanym sprzeciwem musi się spotkać każda próba uznawania za niewinną, całej reszty dorosłej, cywilnej populacji, ówczesnego niemieckiego społeczeństwa. Oczywistość nieistnienia pojęcia zbiorowej winy; jest zarazem odniesieniem do oczywistej niemożności istnienia pojęcia zbiorowej niewinności. Niepodważalnym jest pogląd, że zarówno wina, jak też i niewinność; podlegają w takim samym stopniu - bo przecież podlegać muszą - w pełni indywidualnej ocenie.

A więc - moim zdaniem - z całą pewnością; na miano kobiety niczemu niewinnej, nie zasługuje każda, spośród ówcześnie żyjących, niemieckich kobiet. Bo czyż nie były przypadkiem czemuś winnymi te, spośród niemieckich kobiet, które chociażby jedynie podnosiły codziennie swoje prawe ramię w hitlerowskim pozdrowieniu? A te spośród niemieckich kobiet, które do tego stopnia aktywnie wspierały nazistowski reżim, że w stworzonych przez NSDAP domach Lebensborn, rodziły rasowo pożądane dzieci spłodzone przez niebieskookich blondynów w czarnych, esesmańskich mundurach? Czyżby też były niczemu niewinne? Nie zapominajmy również o tych niemieckich kobietach, które wspierały nazizm również na wszystkie inne sposoby. Także poprzez sposób wychowywania swoich dzieci, jak też - chociażby poprzez oddawanie swoich futer i cennej biżuterii na potrzeby żołnierzy uczestniczących w wojnie, mającej wszak urzeczywistnić polityczne cele władców III Rzeszy.

Nie ulega oczywiście najmniejszej wątpliwości, że alianckie naloty dotknęły jakąś część, zupełnie i niczego niewinnych niemieckich cywilów. Ale   z całą pewnością, nie można twierdzić, że wszyscy spośród bezdomnych, rannych i zabitych niemieckich cywilów, to niewinne ofiary prowadzonej przeciwko nim powietrznej wojny. Wystarczy bowiem tylko popatrzeć na dokumentalne filmy z tamtego okresu. Posłuchać tego ogłuszającego ryku nieprzebranych tłumów, entuzjastycznie witających Hitlera… Nieprzebyta gęstwa lasu ramion, wyciągniętych w nazistowskim pozdrowieniu… Oto indywidualnie liczona, lecz w miliony się sumująca - zgoda niemieckich cywilów na wojnę,  a więc także i ich odpowiedzialność za wybuch tamtej wojny i za wszelkie jej skutki. Również te, które dotknąć miały niemieckie społeczeństwo. Tyle, że w jej późniejszej fazie.

Alianckie bomby spadały przecież na te same place i ulice miast, gdzie ich mieszkańcy, tłumnie wcześniej fetowali Adolfa Hitlera, jako swego ukochanego przywódcę. A wszystko dlatego, że bezgranicznie identyfikowali się ze stworzonym przez niego ruchem politycznym. Uważali bowiem ten ruch za swój własny, realizujący ich upragnione cele.

Niepodważalnym jest pogląd, że winę za wszelkie skutki wojny, w tym także za zrujnowanie niemieckich miast i śmierć 600 000 cywilnych ofiar nalotów – mierzyć należy również skalą społecznego poparcia dla polityki Hitlera, który przecież tę wojnę wywołał i po to właśnie, by ją wywołać – został przez Niemców wybrany w drodze zupełnie demokratycznych wyborów parlamentarnych.

Dość powiedzieć, że natychmiast po objęciu przez Adolfa Hitlera teki kanclerza Niemiec, liczba członków partii hitlerowskiej, na początku roku 1933, gwałtownie wzrosła z 850 000 - najpierw do 1 500 000 członków, by potem,  w dniu 1 maja 1933 roku, czyli tuż po przejęciu władzy przez NSDAP - zamknąć się liczbą 2 500 000. Wówczas to pod presją naporu chętnych do wstąpienia w partyjne szeregi; ścisłe kierownictwo NSDAP podjęło bezprecedensową decyzję o wstrzymaniu przyjmowania do partii nowych członków. Historia nie zna drugiego takiego przypadku. I pomyśleć tylko, że całkiem niedawno, gdyż w roku 1920 - partia hitlerowska liczyła zaledwie około 2000 członków!

           W ramach przygotowań Luftwaffe do działań w planowanej przez Hitlera wojnie; dnia 26 kwietnia 1937 roku, niemieccy lotnicy ze sławetnego Legionu Condor, działając w szczególnie barbarzyński sposób, zbombardowali baskijskie miasto Guernica. Dzięki temu, niecałe dwa lata potem - w marcu 1939 roku, szantażując ówczesnego prezydenta Czechosłowacji - Emila Hachę, groźbą zbombardowania w taki sam sposób czeskiej „Złotej Pragi” - Adolf Hitler dokonał ostatecznego rozmontowania państwowości kraju, sąsiadującego nie tyle przecież z Niemcami, co raczej już z totalitarną III Rzeszą. Żaden  z historyków jakoś nie odnotował, żeby rozbiór Czechosłowacji wywołał w Niemczech falę społecznych protestów. No, bo niby kto miał protestować skoro obywateli III Rzeszy nie raziło stosowanie przez Hitlera szantażu, jako metody osiągania politycznych celów. Wprost przeciwnie; bombardowanie Guernicy i unicestwienie bytu państwowego sąsiadującej z Niemcami Czechosłowacji - wzbudziły w niemieckim społeczeństwie nie byle jaki zachwyt skutecznością polityki Adolfa Hitlera. Dość powiedzieć, że po zniesieniu,  w roku 1937, zakazu przyjmowania do NSDAP nowych członków; liczebność partii nazistowskiej w przeciągu dwóch tylko następnych lat, wzrosła ponad dwukrotnie, zamykając się już imponującą liczbą 5 300 000 członków. Fakt ten jednoznacznie obrazuje skalę aktywnego, społecznego poparcia oraz popularności polityki, prowadzonej przez partię Hitlera w imieniu narodu niemieckiego. Dodać należy, że oficjalnie głoszonym celem tej polityki było;
1/ Stworzenie Wielkich Niemiec dla wszystkich Niemców - / ma się rozumieć - kosztem innych państw i narodów; przyp. własny / .
2/ Rewizja uregulowań Traktatu Wersalskiego / a więc zmiany ustalonych tym traktatem granic państwowych oraz zniesienia poważnych ograniczeń zbrojeniowych; przyp. własny /.
3/ Stworzenie niemieckiego imperium kolonialnego.
4/ Pozbycie się z Niemiec, wszystkich Żydów, bez żadnego wyjątku.

              Tak to właśnie brzmiały cztery główne punkty programu politycznego NSDAP, który przyniósł tej partii niebywale szerokie poparcie społeczne. Jego miarą była nie tylko liczba członków partii, ale również  znaczony wynikiem wyborczym 43,9% zdobytych głosów; sukces NSDAP w wyborach parlamentarnych. Dodać należy, że były to wybory przeprowadzone w dniu 5 marca 1933 roku, a więc zaledwie miesiąc po objęciu urzędu kanclerza przez Adolfa Hitlera w przedostatnim dniu stycznia 1933 roku. O takim sukcesie wyborczym na próżno mogą marzyć przywódcy partii politycznych, współcześnie stawających w szranki demokratycznych wyborów. Jest zatem oczywistym, że niemieccy wyborcy głosowali na partię Hitlera, bo właśnie chcieli tego wszystkiego, o czym jej przywódca otwarcie mówił w swoich przemówieniach; o czym pisał na kartach „Mein Kampf” - programowego dzieła NSDAP, stworzonego przezeń w więzieniu, gdzie odsiadywał karę za swój przestępczy czyn, popełniony na szkodę niemieckiej demokracji. Ówcześni Niemcy nie chcieli demokracji. Oni chcieli dyktatury. Najwyraźniej, demokracja była im potrzebna jedynie po to, by mogli wybrać dyktaturę Hitlera. Wybierając zaś partię Hitlera dali swój wyraz temu, że chcieli zbrojeń, terytorialnych podbojów, prześladowań inaczej myślących; chcieli eksterminacji Żydów, Cyganów i niepełnosprawnych. Jednym słowem; wszyscy niemieccy wyborcy, którzy oddawali swoje głosy na partię Hitlera - chcieli realizacji programu NSDAP, co wprost oznaczać musiało wybuch nowej wojny. Trzeba zatem dobitnie wprost powiedzieć, że wszyscy ci niemieccy wyborcy, którzy swoimi głosami wybrali jako swych reprezentantów członków partii Adolfa Hitlera - chcieli tym samym - wywołania hekatomby cierpień związanych z prowadzeniem tejże wojny. W żaden więc sposób nie można podważyć twierdzenia, że niemieccy wyborcy chcieli takiej właśnie wojny, której ostatecznym, aczkolwiek nieprzewidzianym przez Niemców skutkiem było bombardowanie niemieckich miast. Jak sądzę, żaden spośród niemieckich wyborców oddających swój głos na partię nazistowską, zupełnie się nie liczył  z tym, że na skutek wyboru Adolfa Hitlera na kanclerza Niemiec - któregoś dnia, czy też nocy - zawyją alarmowe syreny i to właśnie na jego rodzinne miasto, spadnie w końcu grad alianckich bomb, stanowiących odpłatę za wcześniejsze wyczyny Luftwaffe. Oczywiście, nie trzeba nikogo przekonywać     o tym, że zwolennicy nazizmu nie chcieli tego, by lotnicze bomby równały z ziemią niemieckie miasta. Oni przecież chcieli jedynie, żeby niemieckie bombowce bezkarnie niszczyły obce miasta; Guernicę, Wieluń, Działoszyn, Frampol, Biłgoraj, Warszawę, Rotterdam, Londyn, Coventry, Leningrad, Moskwę, Stalingrad i całe tysiące innych, małych miasteczek położonych, tu i tam, ale zawszeć to poza granicami Tysiącletniej III Rzeszy.

Nieprzejednany wróg nazizmu, zmarły w roku 2011 książę Otto von Habsburg, najstarszy syn Karola I ostatniego cesarza Habsburskiej Monarchii Austro - Węgierskiej, wypowiadając się z przekąsem na temat „Mein Kampf” rzekł sarkastycznie, że; „… sama już tylko warstwa literacka tego „dzieła” nie jest w stanie wzbudzić zachwytu żadnego miłośnika dobrej niemczyzny”.  W zupełności podzielam ten pogląd. Czytając „Mein Kampf” zachodziłem w głowę jak było możliwe, że naród posiadający niekwestionowany wkład w kulturowy dorobek ludzkości mógł upaść tak nisko, by identyfikować się z obskurancką intelektualnie myślą skondensowaną w „dziele” jawiącym się być produktem zapóźnionego umysłowo ucznia czwartej klasy. Przy czym – gwoli wyjaśnienia; polskie tłumaczenie jakoś tak zupełnie nie oddaje intelektualno-estetycznej grozy tego fundamentalnego „dzieła” autorstwa Adolfa Hitlera, co matury chociażby zdać nie potrafił. Najwyraźniej jednak, w ówczesnych Niemczech i ówczesnej Austrii niewielu było takich, których raziłby prymitywizm formy tego programowego dzieła nazizmu, otwarcie zapowiadającego realizację niewyobrażalnych zbrodni popełnionych przez Niemców (i nie tylko przez Niemców), ale popełnionych w imieniu narodu niemieckiego, co przecież musiało spotkać się z oczywistym sprzeciwem oraz przeciwdziałaniem całej reszty świata.
            Niewielu w Polsce - więc zapewne jeszcze mniej w Niemczech - wie o tym, że jednym z pierwszych akordów, rozpoczynających militarne działania przeciwko naszemu krajowi, było zbombardowanie w dniu 1 września 1939 roku, już o godzinie 4,00; spokojnie jeszcze śpiącego Wielunia, polskiego miasteczka, leżącego tuż, tuż przy ówczesnej granicy polsko - niemieckiej. Jednym ze starannie wybranych celów ataku Luftwaffe, stał się również tamtejszy szpital. Jest niepodważalne, że nie może tutaj być mowy o żadnej fatalnej pomyłce. Samoloty zostały na szpital naprowadzone przez mieszkańca Wielunia, który będąc uczniem tamtejszego gimnazjum - był przy tej okazji - także niemieckim szpiegiem.  Oczywistym celem bombardowania wieluńskiego szpitala było pozbawienie zaplecza medycznego polskich sił zgrupowanych w strefie przygranicznej, a więc w obszarze przewidywanej bitwy granicznej. Na to liczące wówczas 16 000 mieszkańców miasteczko samoloty Luftwaffe w pierwszej godzinie, pierwszego dnia wojny zrzuciły 20 ton bomb. To wystarczyło, by całkowitemu zniszczeniu uległo 70 % budynków. Bilans cywilnych ofiar tamtego nalotu zamknął się liczbą 1200 osób. Wśród nich było także trzydziestu pacjentów wieluńskiego szpitala. Właściwie wszyscy spośród mieszkańców, którzy zdołali przeżyć trzy fale niemieckich nalotów – uszli z miasta. Na miejscu zostało około 200 mieszkańców Wielunia. Reszta wtopiła się  w ciągnące się bez końca kolumny uciekinierów blokujące naszemu wojsku swobodę przemieszczania się po drogach. A to był właśnie zamierzony jeden  z zamierzonych efektów taktycznych działań Luftwaffe.   

Nie jest bynajmniej sprawą przypadku, że odpowiedzialność za zbombardowanie szesnastotysięcznego Wielunia obciąża tego samego człowieka, który w kwietniu 1937 roku wydał pilotom „Legionu Condor” rozkaz zbombardowania baskijskiego miasteczka Guernica. Albowiem to właśnie były dowódca „Legionu Condor” - generał major Wolfram Freiherr von Richthofen dowodził we wrześniu 1939 roku IV Flotą Luftwaffe, w której skład wchodził 76 Sturzkampfgeschwader „Immelmann”. Samoloty tej właśnie jednostki Luftwaffe rankiem pierwszego września zrzuciły swój śmiercionośny ładunek na śpiące polskie miasteczko. W tym miejscu dodać trzeba, że samoloty tej samej formacji Luftwaffe zbombardowały w dniu 4 września 1939 roku Skarżysko – Kamienną, czyli moje rodzinne miasto.

Niewielu także wie i to, iż w dniu 13 września 1939 roku, samoloty przynależne tej samej formacji niemieckiej Luftwaffe na żywym organizmie podzamojskiego Frampola eksperymentowały taktykę skutecznego niszczenia miejskiej aglomeracji. Do tego zbrodniczego celu wybrano maleńki, zabudowany drewnianymi domami  Frampol z tej jedynie przyczyny, iż miasteczko posiadało wyjątkowo przejrzysty układ, regularnie zabudowanych ulic. Urbanistycznie, Frampol był powieleniem niemieckiego wzorca miast, przed wiekami na prawie magdeburskim lokalizowanych także i na ziemiach polskich. Zatem centralnie usytuowany miejski ratusz stanowił idealny punkt orientacyjny dla pilotów. Zauważyć przy tym należy, że architektura górującej nad Frampolem wieży tamtejszego kościoła parafialnego - jako żywo – przypomina kościelne wieże typowe dla Austrii, bądź też południowych Niemiec, co niewątpliwie musi posiadać swoje historyczne przyczyny. Zwłaszcza, że niemieckie słowo „fromm’ znaczy tyle, co religijny lub pobożny. Końcówka „…pol” – to najwyraźniej skrótowe podkreślenie polskiego akcentu tej roztoczańskiej pobożności.  W czasach zaborów, brzmiącą z niemiecka nazwę miasteczka pisaną urzędowo po rosyjsku – odczytywano fonetycznie jako Frampol. A to za przyczyną nie akcentowanej w języku wschodniego zaborcy pierwszej samogłoski „o”, czytanej jako „a”. Tym to sposobem Frommpol stał się Frampolem, gubiąc – przy okazji – w swej nazwie jedną spośród dwóch spółgłosek „m”.

Zapewne nikomu spośród osiemnastowiecznych założycieli miasteczka nie przyszłoby do głowy, że we wrześniu 1939 roku ta, licząca 3000 mieszkańców aglomeracja, zostanie przez dowództwo Luftwaffe wybrana dla przeprowadzenia testowego nalotu, mającego na celu wypróbowanie niszczycielskiej skuteczności nowatorskich, zapalających bomb lotniczych. Analityk działań Luftwaffe, Harry Hohenwald podaje, że wybór na Frampol padł również dlatego, iż miasteczko położone jest w kotlinie, a nadto całkowicie pozbawione było obrony przeciwlotniczej. Zatem operujące z niewielką prędkością bombowce – w żadnym razie - nie były narażone na ogień artylerii przeciwlotniczej.  Generał major Wolfram Freiherr von Richthofen rozkazał, by ten zbrodniczy nalot rozpoczął się punktualnie o godzinie 15.30. Także i w tym przypadku atak samolotów Luftwaffe został poprzedzony działaniami niemieckich dywersantów. Tamtego dnia do Frampola zajechała limuzyna wioząca grupę księży nie wzbudzających niczyjego podejrzenia. Albowiem duchowni nigdy w Polsce nie wzbudzali niczyjego podejrzenia. Zakamuflowani w ten sposób dywersanci oznakowali cel nalotu wykładając na rogach frampolskiego rynku prześcieradła, układające się w doskonale widoczne  z góry, ogromne białe krzyże.

Przez czas kilkugodzinnego bombardowania spadło na Frampol 700 ton bomb, a więc 35 razy więcej niż zrzucono ich pierwszego dnia wojny na Wieluń. W przeważającej części były to bomby zapalające nowej generacji produkowane na bazie tlenku żelaza i aluminium. Uciekających przed zagładą mieszkańców Frampola bezlitośnie ścigały serie z pokładowych karabinów maszynowych niemieckich samolotów. Przeprowadzony przez Luftwaffe test okazał się być niebywale udanym.  W efekcie tamtego nalotu miasteczko zostało zniszczone doszczętnie. Zginęła też prawie połowa jego mieszkańców oraz bliżej nieokreślona liczba uciekinierów, którzy tamtego dnia znaleźli się we Frampolu całkiem przypadkowo. W żargonie pilotów Luftwaffe pojawiło się nowe słowo; czasownik „frampolieren”, co oznaczało przeprowadzenie totalnej zagłady małego miasteczka. Los Frampola stał się także udziałem leżącego nieopodal Biłgoraja, zbombardowanego przez Luftwaffe dwukrotnie, w dniach 8 oraz 14 września 1939 roku. Choć w tym przypadku polska obrona przeciwlotnicza zdołała przynajmniej zestrzelić jeden spośród bombowców, drugi zaś został przy tej okazji poważnie uszkodzony.

Podkreślić należy, że w przypadku obydwu tych miasteczek przeprowadzone przez Luftwaffe naloty nie posiadały żadnego uzasadnienia militarnego. Żadnych obiektów militarnych, żadnego przemysłu, żadnych zgrupowań jednostek wojskowych.
W tamtym czasie, gdy niemieckie bomby lotnicze unicestwiały polskie miasteczka; w Niemczech nikomu nie przyszło nawet do głowy, by zarządzać chociażby zaciemnienie niemieckich miast. Dla wszystkich było bowiem wówczas oczywiste, że niemieckim aglomeracjom nie zagrażały naloty polskich, brytyjskich ani też francuskich samolotów.  
Zarazem pozwalam sobie na zwrócenie uwagi na ten fakt, iż akurat w tym samym czasie, kiedy we wrześniu 1939 roku Luftwaffe zrzucała bomby na Warszawę, a niemieccy lotnicy z koszącego lotu ostrzeliwali polskie drogi przepełnione cywilnymi uciekinierami; zachodni sojusznicy Polski, nie zrzucali jeszcze bomb na niemieckie miasta. Z brytyjskich samolotów spadały wówczas na niemiecką ziemię, jedynie tony ulotek. Tego rodzaju działań, w żaden przecież sposób nie można nazwać militarnymi. Ta stosowana wówczas przez aliantów taktyka - zaprawdę, iście ewangeliczna - zdaje się wskazywać na to, że jesienią 1939 roku; zachodni sojusznicy Polski zdawali się jeszcze naiwnie wierzyć, iż sposobem łagodnej perswazji, zdołają powstrzymać, stworzone przez niemiecki naród zło, które na czołgach oznakowanych czarnymi krzyżami, wyjechało właśnie z niemieckiej ziemi. Tak więc, charakter ówczesnych działań zachodnich aliantów, przekonuje jednoznacznie o tym, że pomimo wypowiedzenia Niemcom wojny w dniu 3 września 1939 roku - w tamtym czasie - Brytyjczycy i Francuzi, byli jeszcze bardzo dalecy od myśli o bombardowaniu niemieckich miast.
Z tamtego okresu zachował się pewien dość anegdotyczny, lecz zarazem także i symptomatyczny przekaz. Otóż, pewnemu brytyjskiemu pilotowi - najwyraźniej - nie chciało się rozpakować paczki z ulotkami, które miały zostać rozrzucone nad jednym z niemieckich miast. Więc tę paczkę usiłował wyrzucić z samolotu w całości. Przyuważył to zwierzchnik, który zareagował udzieleniem ostrej reprymendy; czyś ty oszalał? Nie wiesz, że przecież w ten sposób mógłbyś kogoś zabić?!

I właśnie z tej to przyczyny, że alianckie ulotki nie stanowiły żadnego zagrożenia dla niemieckiej ludności; we wrześniu 1939 roku, lotnicy Luftwaffe nie musieli zajmować się obroną niemieckich miast. Mogli więc bezkarnie  oddawać się innym zajęciom, jak na przykład strzelanie, z koszącego lotu na niskim pułapie, do dzieci, pasących krowy na łące, gdzieś nieopodal Radomia. Jednym z tych dzieci była moja matka, wówczas - jedenastoletnia zaledwie dziewczynka. Przed seriami karabinów maszynowych schroniła się leżąc płasko  w miedzy dzielącej sąsiadujące ze sobą pola. Natomiast jej szesnastoletni brat uciekł w pobliskie olszynowe zarośla… Również w tym przypadku, nie mogło być mowy o żadnej pomyłce. Otwarty teren. Płaska łąka. Żadnych zabudowań. Żadnego wojska... Jedynie doskonale widoczna dzieciarnia i pilnowane przez nią, łaciate krowy. Jakże traumatycznym musi być dla mojej matki wspomnienie o tamtym wydarzeniu, skoro po upływie ponad siedemdziesięciu lat lat - nieomylnie rozpoznawała sylwetkę dwusilnikowego Do – 17.

           Takie to były ówczesne militarne cele niemieckich lotników, którzy do dzieci mogli strzelać również dlatego, że w hierarchii wartości wyznawanej przez ówczesne społeczeństwo niemieckie, czyn takowy nie był przecież niczym nagannym...  Co więcej; było to działanie absolutnie zgodne z wytycznymi głównodowodzącego Luftwaffe - Reichsmarschalla Hermana Göringa, nakazującego swym podwładnym strzelać do wszystkiego, co się tylko na ziemi porusza. Zaczadzenie niemieckiego społeczeństwa wojenną euforią zwycięskiego Blitzkriegu i ten miało też skutek, że żaden niemiecki lotnik nie musiał się liczyć z tym, iż jego czyn sprzeczny z wojennymi zwyczajami natrafi na dezaprobatę ze strony matki, żony, narzeczonej, kolegów, czy też własnej siostry... Wprost przeciwnie; jego działanie o takim właśnie charakterze było powszechnie akceptowanym. Zatem niemiecki lotnik, już przed laty;  w Hiszpanii, do perfekcji wyćwiczony w rzemiośle atakowania i zabijania cywilów – mógł się do woli rozkoszować społecznym uwielbieniem dla jego sławy wojennego bohatera.
Powiedzieć trzeba, że absolutnym wyjątkiem było odnotowane we wrześniu 1939 roku, zachowanie pułkownika Heinricha Seywalda - dowódcy Kampfgeschwader 77. Oficer ten, najwyraźniej nie chciał być jednym z bezwzględnych robotów siejących śmierć cywilów i zniszczenie miast. Więc zamiast - zgodnie z wydanym mu rozkazem - zbombardować w dniu 13 września warszawskie śródmieście; wybrał do zaatakowania przez swoje samoloty zgoła inny, stricte militarny cel. Za tę samowolę został ukarany jeszcze tego samego wieczora. Pozbawiono go dowództwa K.G. 77, choć ta, podlegająca jego rozkazom formacja Luftwaffe nie straciła do tamtego dnia wojny ani jednego samolotu.

 Nic zatem dziwnego, że skutkiem pierwszej fazy działań wojennych było, że we wrześniu 1939 roku, w oblężonej Warszawie uległo zniszczeniu 10 % wszystkich budynków. Spłonął też Królewski Zamek. Do tego wszystkiego, spośród obrońców Warszawy - zginęło około 2000 polskich żołnierzy i pięć razy tyle cywilnych mieszkańców naszej stolicy. Oznacza to - w przeciągu jednego tylko miesiąca - gwałtowną śmierć około 10 000 cywilów. Kobiet i mężczyzn w różnym wieku. A także ich dzieci. Odnotować też należy, iż w trakcie tamtego, trwającego trzy tygodnie, oblężenia Warszawy, rannych zostało około 50 000 jej cywilnych mieszkańców oraz 16 000 żołnierzy.

Zatem nic lepiej, jak właśnie bilans strat poniesionych przez ludność cywilną; tych strat znacznie wszak przewyższających straty regularnego wojska, świadczy o tym, że już na samym początku wojny - zarówno naziemne, jak też i powietrzne siły najeźdźców - prowadziły działania militarne wymierzone  w cywilną ludność. Dziś wiemy, że tego rodzaju akcje stanowiły integralną część nowej niemieckiej doktryny militarnej. Jednoznacznie o tym przekonuje pomysł generała Ernsta Udeta, który nakazał zamontowanie na niemieckich samolotach syren. Ich przeraźliwe wycie w czasie ataku przeprowadzanego  w locie nurkowym, miało dodatkowo potęgować panikę wśród mieszkańców atakowanych miast, a tym samym wzmacniać psychologiczny efekt ataku na ludność cywilną. Nie można przejść także do porządku dziennego nad tym, iż dążąc do złamania oporu mieszkańców Warszawy, dowództwo Luftwaffe wysłało w dniu 25 września nad naszą stolicę trzy transportowe Junkersy - 52. Każda z tych maszyn została do granic swych możliwości załadowana małymi, zapalającymi bombami. Kiedy samoloty znalazły się już nad miastem - otwarto luki w tylnej części ich kadłubów. W każdej z tych maszyn; dwaj żołnierze - dosłownie - szuflowali na zewnątrz ten śmiercionośny ładunek. Nie było więc mowy o żadnym celowaniu. Choć jeden spośród tych trzech samolotów - podpalaczy został zestrzelony przez polską obronę przeciwlotniczą; na ostateczny skutek takiego prowadzenia wojny też nie trzeba było długo czekać. Płonąca Warszawa skapitulowała 28 września.

Piotr Jan Nasiołkowski

Ciąg dalszy za tydzień


Końcowy akord rozpętanej przez Niemców wojny. Drezno unicestwione w lutym 1945 roku


Marszałek Arthur Harris. Od lutego 1942 roku dowódca lotnictwa bombowego RAF


Po wojnie. Niemieckie kobiety podczas odgruzowywania Frankfurtu nad Odrą


Adolf Hitler rozkoszuje się uwielbieniem go przez tłumy


Niemiecka matka uwieczniona ze swa dumą - synem w mundurze SS Totenkopf


Zbiórka członkiń kobiecej przybudówki NSDAP


Niemiecka dama w zaszczytnym dla niej towarzystwie pilotów Luftwaffe


 Niemiecka damula...


Szczęśliwa oblubienica bohatera Luftwaffe


Uroczystość weselna gdzieś w III Rzeszy. Porucznik Luftwaffe i niemiecka dziewczynka.


Wrzesień 1939 roku. Gdzieś w Polsce. Polskie dzieci i ich matka zabite przez lotnika Luftwaffe.


Niezabliźniona rana... Przydrożny grób niezidentyfikowanego dziecka, które zginęło podczas ataku na kolumnę uciekinierów. Droga Kluki - Szczerców



 Wrzesień. 1939 r. Oddziały Wehrmachtu wkraczają do zbombardowanego Wielunia.



Generał Wolfram von Richthofen. Odpowiedzialny za bombardowanie Guernicy, Wielunia, Skarzyska, Frampola...


 Ju-87 zwane stukasami - symbol  wrześniowego terroru z powietrza



Wrzesień 1939 r. Luftwaffe bombarduje linię kolejową gdzieś w Polsce.


Przed spalonym domem


 Zniszczone domy w Puławach



Wrzesień 1939 r. Markuszów zbombardowany przez Luftwaffe.


Wrzesień 1939 r. To był Markuszów...



Widok zbombardowanego Frampola



Biłgoraj po nalotach Luftwaffe we wrześniu 1939 roku


Zestrzelony przez polską obronę przeciwlotniczą bombowiec nurkujący Ju-87 zwany sztukasem


Niemiecki bombowiec Dornier 17


Ruiny warszawskiej kamienicy trafionej niemieckimi bombami we wrześniu 1939 roku


Warszawska Praga po nalotach niemieckich we wrześniu 1939 roku



Ruiny Zamku Królewskiego w Warszawie w pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej


Książeczka wojskowa RAF Zygmunta Sasala


Zygmunt Sasal -  najniższy, ze spadochronem u nogi


Tekst i opracowanie Piotr Jan Nasiołkowski
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Pana Piotra Nasiołkowskiego

 

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Do Hanna. Masz zamiar brać udział w tym biegu? Może przez te kilka godzin pozostań w domu lub wybierz się do... 1 dzień temu
  • 666 powiedział(a) Więcej
    A ten mądry pająk to rasowy krzyzak czy z tych co sraja na gzymsy.? 1 dzień temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Och jaki wysyp internetowych bohaterów no no no szkoda że anonimowo no cóż na tyle odwagi starcza.Boicie się... 1 dzień temu