Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Bombowa reedukacja ... cz. II - Piotr Jan Nasiołkowski

20140605-bombowa
Jesienią 1939 roku, niebawem po zakończeniu działań wojennych w Polsce; na szosie łączącej Kielce z Radomiem, zatrzymała się kolumna zwycięskiego Wehrmachtu.  Jeden spośród niemieckich żołnierzy z odległości około 300 metrów - oddał pojedynczy strzał z karabinu. Strzelał zapalającym pociskiem.

Rozmyślnie celował w słomiane poszycie stodoły stanowiącej własność Michaliny Boruch, młodszej siostry mojego dziadka. Rechoczący z uciechy kompani tego strzelca, wycelowali potem na płonącą stodołę obiektywy swoich aparatów fotograficznych. Wraz ze stodołą, spłonęły wtedy całoroczne plony wypracowane przez polską chłopską rodzinę w ostatnim przedwojennym roku. Kolumna odjechała w kierunku Radomia. Sprawą czystego przypadku było, że w roku 2008, znalazłem na niemieckiej aukcji internetowej fotografię dokumentującą tamto zdarzenie sprzed sześćdziesięciu dziewięciu laty. Ma się rozumieć - zdjęcie to zakupiłem… A potem zaskoczyło mnie niebywale moje własne ustalenie, że stodołę Michaliny Boruch z domu Nasiołkowskiej podpalili wówczas żołnierze jednostki, w której podoficerem był dziadek mojego zięcia, zatem ojca moich wnuków...

Nie sposób tego zdarzenia nie uznać za akt przestępczego militarnego ataku, wymierzonego wszak  w cywilną ludność podbitego kraju. Podobnie, jak nie sposób jest nie uznać za atak wymierzony w cywilną ludność - egzekucji dokonanej przez Wehrmacht, już w pierwszym dniu wojny. Zostało wtedy rozstrzelanych stu kilkudziesięciu cywilnych mieszkańców Parzymiechów i Zimnej Wody; dwóch polskich wiosek, położonych tuż nad Wartą. Wśród ofiar tej pierwszej zbrodni wojennej była także Antonina Kęsik i dwójka jej dzieci. Jedno z nich było niemowlęciem urodzonym akurat w ostatnim dniu pokoju.  Sprawcami tej pierwszej zbrodni wojennej byli żołnierze Wehrmachtu wchodzący w skład 19. Dywizji Piechoty. Kronikarz 73. pułku piechoty przyznaje otwarcie, że ta pierwsza popełniona przez Wehrmacht zbrodnia wojenna - był odwetem za śmierć poległego pod wsią Napoleon w pierwszym dniu wojny dowódcy I batalionu 73. pułku piechoty - podpułkownika Hoehne, który zginął od celnej salwy polskiej artylerii. Na marginesie muszę dodać, że właśnie tam, nad Wartą, w okolicach Działoszyna swoje stanowiska ogniowe zajmowały baterie 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej z Brześcia nad Bugiem. Jednym spośród żołnierzy tej jednostki był bombardier Stefan Nasiołkowski. Najstarszy spośród braci mojego ojca. Istnieje zatem jakieś prawdopodobieństwo, że ten zabójczy dla podpułkownika  Hoehne pocisk artyleryjski mógł przejść przez ręce mojego stryja.

Dziś jest wiadome, że zarówno egzekucja cywilnych mieszkańców przygranicznych polskich wsi, strzelanie z samolotów do dzieci, jak też opisane powyżej swawolne podpalenie stodoły polskiego chłopa, nie były niczym innym, jak tylko aktami zbrodniczej przemocy, zaleconej wszak przez Hitlera w jego słynnej dyrektywie, wydanej w dniu 22 sierpnia 1939 roku na odprawie wyższych oficerów w Obersalzbergu i nakazującej podległym im siłom zbrojnym nowy, bezwzględny sposób prowadzenia wojny. Zgoła odmienny, od dotychczasowego. Odtąd wojna nie była już tylko działaniem militarnym ukierunkowanym na pokonanie sił zbrojnych przeciwnika. Intencją nazizmu było przekształcenie prowadzonej przez Niemcy wojny w metodę unicestwiania całych narodów. A więc także atakowanie ludności cywilnej. Nie od dziś wiadomo: „Befehl ist Befehl”, czyli – „ Jak rozkaz, to rozkaz”!

W tym miejscu trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie; czy jest wyobrażalne, że wymierzone w ludność cywilną tego rodzaju działania niemieckich sił zbrojnych mogły pozostać bez żadnego wpływu na postrzeganie Niemców i kształtowanie do nich stosunku przedstawicieli narodów, zaatakowanych przez wojska  III Rzeszy?

Oczywiście, na tamtym etapie rozpętanej przez Niemcy wojny, żaden mieszkaniec Prus Wschodnich, czy też Zagłębia Ruhry - nie miał jeszcze wyobrażenia o tym, co przeżywają bezbronne dzieci, stanowiące cel dla karabinów maszynowych pikującego ku ziemi samolotu. Obcy był tym ludziom dźwięk wyjących alarmowo syren i paraliżujący bezsilny strach towarzyszący oczekiwaniu na eksplozje deszczu bomb, ze świstem tnących niebo nad spowitym w ciemność miastem. Zamiast tego rodzaju uczuć; serca milionów wielbicieli geniuszu swojego Führera napawała duma i radość, podsycana propagandowo rozpowszechnianą wiedzą o nędzy i cierpieniach wojennego losu, który stał się udziałem znienacka militarnie najechanego, sąsiedniego narodu, który - w niecały zaledwie miesiąc - pozbawiony został z trudem po 123 latach odzyskanego, niepodległego bytu. Było to wszystko możliwym dzięki genialnemu zastosowaniu nowej militarnej doktryny, zwanej odtąd Blitzkriegiem. Doktryny wojennej umożliwiającej błyskawiczną realizację niemieckich dążeń ekspansywnych.
Śmiem powątpiewać, by oglądający ruiny polskich miast, ówcześni widzowie niemieckiej kroniki „Wochenschau” odczuwali jakieś duchowe rozterki, posiadali jakieś tam wątpliwości… By myśleli o tym, że niemiecka agresja i okupacja oznacza unieszczęśliwienie jakichś tam, innych ludzi… Och, co ja też tu wygaduję - pardon; podludzi! A w czyjej to głowie, mogła w ówczesnych Niemczech zakiełkować myśl, że - on sam, nie chciałby przecież takiego właśnie losu; ani dla siebie, ani też dla swoich bliskich. Bezmyślne i zaślepiające uwielbienie dla nazizmu, jak też zachwyt nad militarnymi sukcesami Wehrmachtu, nie pozwalało wszak na snucie defetystycznych przypuszczeń, że przeraźliwe wycie alarmowych syren, będzie niebawem zapowiadać nadlatywanie nad Niemcy chmar alianckich bombowców.

Krótkowzroczność wielbicieli geniuszu Adolfa Hitlera, zupełnie nie pozwalała im na dopuszczenie do siebie myśli, że oto już wkrótce, owładnięci paniką mieszkańcy niemieckich miast - wśród alarmowego ryku syren - także będą biegać po roztopionym asfalcie, gorączkowo poszukując najbliższego schronu przeciwlotniczego… Słuchając bowiem radiowych przemówień powszechnie uwielbianego Führera; w żaden sposób nie można było przecież uwierzyć, że taki właśnie los stanie się niebawem udziałem czytelników rozchodzącego się w milionowych nakładach, partyjnego dziennika Völkischer Beobachter. Wszyscy - bez mała - Niemcy, bezkrytycznie wierzyli w słowa Hermana Göringa, który wszak buńczucznie zapewniał, że nigdy przenigdy, żadna lotnicza bomba nie spadnie na niemiecką ziemię… Tymczasem, niemieckie bomby spadające na obce ziemie - nikogo wszak w Niemczech nie wzruszały. Co najwyżej - radowały…O skali społecznej akceptacji prowadzonej przez nazistów polityki, niechaj świadczy wymowa anonimowej ankiety przeprowadzonej w styczniu 1945 roku wśród wziętych do niewoli żołnierzy Wehrmachtu. Otóż 60% tych jeńców przyznawało się do swej ufności w stosunku do Adolfa Hitlera!
Rozmiar uwielbienia Adolfa Hitlera przez niemieckie społeczeństwo określa także jednoznacznie powojenna wypowiedź jednego z członków działającej od 1938 roku grupy spiskowców zwanej dziś umownie „Kreisauer Kreis” czyli tych, którzy w dniu 20 lipca 1944 roku, podjęli już piętnastą, lecz także nieudaną próbę uśmiercenia Adolfa Hitlera. Skutecznie odpierając stawiany spiskowcom zarzut podjęcie o spóźnionego działania, dr Otto John wprost powiedział: „Gdybyśmy spróbowali zabić go wcześniej, to nawet udany zamach na Hitlera, nie byłby wówczas w stanie, zagwarantować nam urzeczywistnienia założeń planu Walkiria, mającego doprowadzić przecież do antyhitlerowskiego przewrotu. Nie mielibyśmy absolutnie żadnych szans na uzyskanie społecznego poparcia dla naszych działań. Jest oczywistym, że niemieckie społeczeństwo w całej swej masie wystąpiłoby przeciwko nam. Zaś mściwy gniew wielbicieli Hitlera, najzwyczajniej w świecie; starłby garstkę puczystów z powierzchni ziemi”. Nic dodać. Nic ująć. Jest bowiem oczywiste, że narodowy socjalizm zakorzeniony w sercach i umysłach obywateli III Rzeszy; nie umarłby bynajmniej razem z Adolfem Hitlerem.

Uzasadnieniem słuszności tego poglądu jest każda, pochodząca z tamtego czasu filmowa dokumentacja, ukazująca nieprzeliczone, rozhisteryzowane tłumy wiwatujące na ulicach niemieckich miast, na cześć swego ukochanego, tryumfującego Führera – zwycięzcy. Ten widok przekonuje każdego o tym, że uśmiercony Adolf Hitler, zostałby wówczas natychmiast uznanym za narodowego męczennika, zaś nieprzeliczony tłum jego rozhisteryzowanych czcicieli, dosłownie; rozszarpałby garstkę spiskowców, starających się wszak ratować przed zagładą tych wszystkich, którym rozpętana przez nazizm wojna, tę zagładę miała przynieść.
Niewątpliwie też natychmiast powstałoby w mentalności narodu niemieckiego, wręcz niemożliwe do wykorzenienia przekonanie, że - z przyczyn całkiem obiektywnych, nieunikniona przecież - późniejsza klęska militarna, to skutek działania garstki zdrajców, którzy zamordowali genialnego przywódcę, zesłanego Niemcom, przez samą Opatrzność.

Oczywiście, te same nieprzeliczone tłumy, przesycone bezgranicznym uwielbieniem dla swojego wodza i zachwycone jego pierwszym wojennym zwycięstwem, wiwatowały na ulicach niemieckich miast, również wtedy, gdy okazją ku temu było zakończenie działań wojennych w Polsce. Ale ci wszyscy wielbiciele Hitlera, upojeni dość łatwym zwycięstwem nad Polską, nie wiedzieli jednego. Mianowicie nie mieli pojęcia o tym, że prawie 100 000 żołnierzy pokonanej polskiej armii, nigdy jednak nie skapitulowało. Przekradając się różnymi drogami na Zachód; wszyscy oni poszukiwali dla siebie szansy na kontynuowanie prowadzenia zbrojnej walki przeciwko III Rzeszy. Wprawdzie goebbelsowska propaganda pokpiwała sobie nieco z nich, nazywając ich „turystami Sikorskiego”, lecz bynajmniej nie poinformowała niemieckiego społeczeństwa o tym, iż wszyscy ci ludzie bezgranicznie są zdeterminowani, by nadal walczyć przeciwko siłom zbrojnym podporządkowanym rozkazom niemieckiego Führera. A to oznaczało, że już niebawem będą walczyli u boku swych sojuszników na wtedy jeszcze nawet nieistniejących frontach. Będą walczyli na sposób różny - ale zawsze bezpardonowo. A to oznaczało, że ci polscy żołnierze niebawem będą także bombardowali niemieckie miasta.

W tej wielotysięcznej grupie „turystów Sikorskiego” znalazł się także  szeregowy Zygmunt Sasal; jeden z wnuków mojego pradziada Mikołaja Nasiołkowskiego. Niebawem miał zasilić szeregi RAF – u, gdzie jako strzelec pokładowy, latał potem na Vickersie „Wellingtonie”, w polskim, 304. Dywizjonie Bombowym RAF – u. W okresie od  14 lutego do 24 kwietnia 1942 roku; szeregowy Zygmunt Sasal dwunastokrotnie brał udział w zrzucaniu bomb na niemieckie miasta. Jest wszak oczywistym, że przecież żaden polski żołnierz, a więc także i wspomniany mój krewniak - nie startowałby w roku 1942 z angielskich lotnisk, z zadaniem bombardowania niemieckich miast, gdyby wcześniej, bo już w dniu 26 kwietnia 1937 roku, Luftwaffe nie zrównała z ziemią baskijskiej Guernicy, a potem 4 września 1939 roku, jej piloci nie strzelali do mojej matki, jedenastoletniej wówczas dziewczynki, pasącej krowy na łące, rozpościerającej się tuż za stodołą przynależną obejściu jej matki. Jest zupełnie oczywistym, że wnuk mojego pradziadka Mikołaja Nasiołkowskiego – strzelec pokładowy  polskiego dywizjonu bombowego,  wuj Zygmunt Sasal nie miałby potrzeby latania nad Niemcy, gdyby z własnego kraju nie wypędziła go hitlerowska agresja, zapoczątkowana przez niemieckie bomby, spadające na Wieluń i inne polskie miasta  o świcie, 1 września 1939 roku.
           
    A więc dziś już wiemy, że niemiecka społeczność, fetująca jesienią 1939 roku geniusz swojego zwycięskiego Führera, cieszyła się w gruncie rzeczy, bezwiednie - także z nadchodzącego dla niej nieuchronnie, czasu grozy wywoływanej lotniczymi alarmami. Ale póki co; militarne działania Luftwaffe i ich skutki, nadal musiały wzbudzać w niemieckim społeczeństwie eskalację powszechnego zachwytu. Czytelnym tego wyrazem tego był - między innymi - dalszy wzrost liczby członków NSDAP.  
Kiedy skończyła się kampania przeciwko Polsce, następnymi celami niemieckiej agresji stały się jednocześnie cztery kraje Francja, Holandia, Belgia i Luksemburg. W dniu 14 maja 1940 roku, Luftwaffe zbombardowała Rotterdam zrzucając nań 97 ton bomb. Zapewne jedynie po to, by żeby piloci Luftwaffe nie wyszli z wprawy. Niemieckie bomby spadły bowiem na to holenderskie miasto, już po ogłoszeniu kapitulacji Holandii. Bilans zabitych, cywilnych ofiar tamtego barbarzyńskiego nalotu na Rotterdam, zamknął się liczbą około jednego tysiąca ludzkich istnień.
Najwyraźniej jednak, niemieccy cywile, bez najmniejszych zastrzeżeń akceptowali tego rodzaju przestępcze działania niemieckich sił powietrznych, w których wszak służyli - ich właśni synowie, bracia i mężowie. Myślę więc, że przyczyn podejmowania tego rodzaju przestępczych działań militarnych, upatrywać należy także w pewności niemieckiego dowództwa, przekonanego o tym, że ze strony swojego własnego społeczeństwa, nie można się było spodziewać żadnych przejawów moralnego sprzeciwu, wyrażonego w jakiejkolwiek formie. I w tym właśnie należy też upatrywać zaistnienie klimatu umożliwiającego wydanie rozkazu zbombardowania przez Luftwaffe, w nocy z 14 na 15 listopada 1940 roku, angielskiego miasta Coventry, które - dzisiejszym Niemcom, co najwyżej - kojarzy się z fabryką produkującą doskonałe samochody marki Rover. Oczywiste, że takie skojarzenia są dla nich bardziej wygodne. Kto dziś w Niemczech wie o tym, że mieszkańcy Coventry, warkot wyprodukowanych w Niemczech silników usłyszeli na długo przed podjęciem - w dziewięćdziesiątych latach ubiegłego stulecia - nieudanej fuzji monachijskiego koncernu samochodowego z miejscowymi zakładami Rovera? Trzeba bowiem wiedzieć, że właśnie w doskonałe silniki wyprodukowane przez bawarski koncern BMW, wyposażonymi były bombowce; z przeraźliwym wyciem pokładowej syreny nurkujące Ju-87 Stuka, Ju - 88G, Ju - 88S, oraz zwany ołówkiem; Dornier-17Z.

Natomiast napęd produkowanych w Rostocku bombowców He-111 stanowiły dwa dwunastocylindrowe silniki rzędowe produkcji konkurencyjnego dla BMW koncernu Daimler-Benz. Właśnie samoloty He-111 stanowiły wyposażenie Kampfgruppe 100. Do bombardowania Coventry niemieckie maszyny tej formacji startowały z lotniska Vannes położonego na francuskim wybrzeżu, nieco na północ od  bazy U-bootów w Saint-Nazaire. 
 
Można więc zaryzykować twierdzenie, że kiedy tamtej, listopadowej nocy 1940 roku - 437 niemieckich samolotów, zrzucało tony swojego śmiercionośnego ładunku na to stare angielskie miasto, założone  w roku 1043, czyli na trzynaście lat przed inwazją Wilhelma Zdobywcy na Wyspy Brytyjskie; absolutnie żaden, spośród mieszkańców Bremy, Hamburga, Essen, Brunszwiku czy Dortmundu, nie drżał o los zabytków bombardowanego Coventry. Mieszkańcom tych niemieckich miast - co najwyżej - zupełnie było obojętne, to, co też niemieckie bomby, wyprodukowane przez niemieckich robotników, uczynią z czternastowieczną katedrą St. Michel, albo też ze wzniesioną w tym samym czasie St. Mary Hall. Katedra nie została po wojnie odbudowana. Jej ruiny zachowano jako swoisty pomnik. Do dziś przypomina on o barbarzyństwie niemieckich lotników. Nikt w Niemczech tłumaczyć się nie może, że nic, a nic nie wiedział o zbrodniczych poczynaniach Luftwaffe. Dość powiedzieć, że wychodząca w Chemnitz Allgemeine Zeitung doniosła w dniu 16 listopada 1940 roku, iż oto dwa dni wcześniej niemieckie samoloty zrzuciły na Coventry ładunek bomb o łącznej wadze aż 530 000 kilogramów. Bez wątpienia, także inne wychodzące w III Rzeszy gazety poinformowały niemieckich czytelników o tym wyczynie Luftwaffe. Na marginesie powiedzieć należy, że podana przez Chemnitzer Allgemeine Zeitung informacja odnośnie tonażu bomb zrzuconych na Coventry jest cośkolwiek nieprecyzyjna. Otóż ciężar bomb zrzuconych na Coventry pomiędzy godziną 19.20 -  14 listopada,  a godziną 06.16 - następnego dnia, czyli 15 listopada 1940 roku - zamknął się wagą 503 000 kilogramów bomb burzących i 56 000 kilogramami bomb zapalających. Niejako uzupełnieniem tego śmiercionośnego ładunku było 127 min z opóźnionym zapłonem, zrzuconych na to miasto na spadochronach.
W niemieckich gazetach próżno było jednak szukać jakichkolwiek informacji o tym, że na skutek  nalotu na Coventry zginęło 554 cywilnych jego mieszkańców, zaś poważne obrażenia odniosły tamtej nocy 863 osoby.
Piloci Luftwaffe mieli na niebie nad Coventry poczucie całkowitej bezkarności. Tego zabytkowego miasta stanowiącego wszak ważny ośrodek przemysłowy z uwagi na lokalizację fabryk samolotów, obrabiarek i pojazdów - broniło zaledwie 36 dział przeciwlotniczych, których uzupełnieniem było 56 balonów zaporowych mających stanowić dla wrogich bombowców przeszkodę nie do przebycia. Brytyjskie myśliwce nocne też nie gwarantowały skuteczności. W tamtym czasie nie były one jeszcze wyposażone w pokładowe urządzenia radarowe.

Stworzonemu we wrześniu 1939 roku określeniu „frampolieren” - od listopada 1940 roku w żargonie niemieckich pilotów wtórowało nowe słowo; „coventrieren”.     
Niebawem po nalocie na Coventry - również Plymouth, stało się celem podobnej operacji Luftwaffe. Nazajutrz po nalocie na Plymouth, jego ruiny odwiedził sam premier Winston Churchill.  I właśnie dopiero wtedy - całkiem otwarcie - zapowiedział odwet. Z tej to właśnie przyczyny, już następnej nocy, brytyjskie bombowce pojawiły się po raz pierwszy nad Hamburgiem. I ten pierwszy raz - nie był bynajmniej ostatnim.

Niezwłocznie też, przyjaciel Winstona Churchilla, lord Cherwell, czyli pochodzący z Baden-Baden, oxfordzki fizyk, profesor Frederick Alexander Lindemann – opracował taktykę zmasowanych powietrznych ataków na miasta. Rzekłbym, że raczej udoskonalił jedynie taktykę wcześniej już przez Niemców opracowaną i przetestowaną na baskijskim miasteczku Guernica oraz polskim Frampolu, Tylko, że teraz - celem bombowców miały już stać się niemieckie miasta.

Profesor Frederick Lindemann będąc synem budowlanego przedsiębiorcy Samuela Lindemanna z Baden-Baden musiał - z całą pewnością - posiadać doskonałe rozeznanie odnośnie urbanistyki charakteryzującej się regularnością zabudowy oraz technologii budownictwa domów mieszkalnych. wznoszonych   w niemieckich miastach. Dorastał wszak w Niemczech, zatem znał również zwyczaje i upodobania mieszkańców tego kraju. Wiedział, że miejskie domy budowano zazwyczaj w systemie tzw. pruskiego muru, czyli belkowej konstrukcji drewnianego szkieletu wypełnionego murem z cegieł, a czasami nawet gliną zmieszaną ze słomą lub trzciną. Znał też upodobanie niemieckich gospodyń domowych wypełniających mieszkania masą poduszek, przeróżnych bibelotów, a do tego jeszcze prześcigających się w kunsztownym upinaniu w oknach zasłon i firanek. Posiadana wiedza z tego zakresu musiała zatem nasunąć profesorowi Lindemannowi myśl o łatwopalności zabudowy niemieckich miast. Zatem, należało znaleźć sposób na doszczętne zniszczenie niemieckiego miasta,  zamieszkiwanego przez zdyscyplinowane społeczności żyjące codziennym swym mrówczym wysiłkiem wspierającym wojenny potencjał III Rzeszy.
Więc powstał zamysł taktyki przeprowadzania skutecznych bombardowań skutkujących nie tylko sianie śmierci wśród niemieckich cywilów, ale także rozpad miejskich struktur co skutkować musiało niebywale przygnębiającą bezdomność setek tysięcy Niemców. A to w oczywisty sposób, przekładać się musiało na wydajność ich pracy. Zatem - w oczywisty sposób - służyło  osłabieniu potencjału gospodarczego stanowiącego fundament militarnej siły III Rzeszy.  
Wykonanie tego zadania premier Winston Churchill zlecił brytyjskiemu Bomber Command od lutego 1942 roku dowodzonemu przez zwanego Bomber Harrisem - marszałka sir Arthura Harrisa.

Pierwsza fala alianckich bombowców atakujących niemieckie miasto zrzucała potężne bomby na szerokie arterie i ich skrzyżowania. Wybuchy tych bomb często uszkadzały sieć wodociągową, co utrudniało akcję gaśniczą, a nadto potężne leje uniemożliwiały poruszanie się po ulicach wozom strażackim. Przy tym eksplozje powodowały masowe wypadanie okien. Tworzące się w ten sposób przeciągi skutkowały powiewanie na zewnątrz budynków zasłon i firanek stanowiących nie byle jakie zaproszenie dla rozprzestrzeniania się ognia niemożliwego już do opanowania w warunkach szalejących przeciągów.

Teraz bowiem do akcji przystępowała druga fala bombowców zasypujących atakowane miasto gradem  niewielkich fosforowych bombek zapalających. Od płonących firanek i zasłon bardzo szybko zajmowały się wnętrza pozbawionych okien niemieckich mieszkań po brzegi wszak wypełnionych łatwopalną materią. Szalejące przeciągi przenosiły płomienie z jednego budynku do drugiego. W efekcie tego płonęły całe ulice. Regularny układ urbanistyczny zabudowy niemieckich miast sprzyjał zasysaniu powietrza intensyfikującego szalejące płomienie. Tym to sposobem, przez fosforowe bomby wzniecony ogień trawił całe ulice i dzielnice niemieckich miast. Żar i płomienie powodowały rozpadanie się domów zbudowanych w systemie pruskiego muru. Ci spośród mieszkańców atakowanej z powietrza aglomeracji, którzy zdołali ujść przed bombami i płomieniami - nie byli już w stanie ujść przed niebywale deprymującą bezdomnością. Przybierająca na intensywności systematyczność nalotów powodowała, że takie dantejskie sceny co noc rozgrywały się w coraz to innym niemieckim mieście. Począwszy zaś od sierpnia 1943 roku niemieckie miasta były atakowane także w dzień przez superfortece VIII Armii Powietrznej USA. Według uzgodnionego odgórnie podziału ról; Brytyjczycy bombardowali miasta III Rzeszy nocą, Amerykanie zaś za dnia.

W styczniu 1943 roku, na konferencji w Casablance Winston Churchill zapowiedział jednoznacznie; „Będziemy bombardować terytorium Niemiec dzień i noc, coraz bardziej zaciekle, miesiąc po miesiącu będziemy zrzucać coraz większą liczbę bomb. Pogrążymy naród niemiecki w rozpaczy większej niż ta, w której pogrążył on całą resztę ludzkości”. Nic dodać – nic ująć.

Przyznać muszę, że nie byle jaki lęk mnie oblatuje na myśl o tym, co też by się stać mogło, gdyby profesor Frederick Alexander Lindemann, nie wyemigrował z Niemiec jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej i nie objął w roku 1919 katedry na uniwersytecie w Oxfordzie, lecz pozostawszy w swej ojczyźnie, zaprzyjaźnił się z niejakim Adolfem Hitlerem. Ale na całe szczęście ludzkości nazistowska ideologia wykluczała możliwość zaistnienia takiego katastroficznego obrotu spraw. Albowiem profesor Frederick Alexander Lindemann był nie tylko wybitnym fizykiem. Był także Żydem. Zatem w oczach Adolfa Hitlera musiałby uchodzić za biologicznie i społecznie szkodliwą jednostkę - z góry skazaną na unicestwienie.  
Analiza historycznych faktów w pełni zatem uzasadnia pogląd, że to dopiero pod wpływem widoku zrównanych z ziemią angielskich miast, alianci porzucili ostatecznie niedorzeczną myśl, iż cośkolwiek mogą wskórać, dotychczasową metodą zrzucania na niemieckie miasta, jedynie setek ton zadrukowanego papieru. W tym miejscu nie można nie postawić pytania; czyżby aż tak trudno było ówczesnym Niemcom przewidzieć, że niespecjalnie rycerskie działania podniebnych „rycerzy” Luftwaffe, musiały przecież  w końcu, doprowadzić do działań odwetowych wymierzonych, także w cywilną ludność III Rzeszy?   

          Słusznie zauważa Pan profesor Jörg Friedrich, że historia to kamień i pismo. Oczywiście wiedzieli o tym także ci, którzy - swojego czasu - podjęli     w Niemczech próbę wymazania części historii swego kraju, utrwalonej w piśmie i kamieniu. Powszechnie znanymi są przejawy okazywania przez naród niemiecki braku poszanowania swojej własnej kultury i historii, stanowiących przecież integralną, i - zarazem - niebagatelną część kulturowego dorobku ludzkości. Jednoznacznym świadectwem stosunku nazizmu do kultury - są przecież płonące stosy książek, podpalane synagogi i niszczone nagrobki. Zamykane teatry, więzieni oraz zmuszeni do emigracji naukowcy, pisarze i artyści. Jest oczywistym, że te wszystkie, odprawione na niemieckiej ziemi, akty współczesnego barbarzyństwa - nie mogłyby się przecież zdarzyć bez ich bezwarunkowej akceptacji przez zdecydowaną większość niemieckiego społeczeństwa. To przecież to nikt inny, jak właśnie niemieccy studenci na uniwersyteckich dziedzińcach palili książki. To wszak niemieccy robotnicy podpalali synagogi, zaś niemieccy nauczyciele indoktrynowali nazizmem niemiecką młodzież... I tak dalej, i tak dalej...

Zatem, w kontekście powyższego; bezprecedensową jest przewrotnością, podnoszenie przez Niemców - od czasu do czasu - zarzutu, że alianci, odwetowo bombardujący stare, niemieckie miasta - tym samym - okazywali całkowity brak poszanowania dla niemieckiej kultury i historii. Powszechnie jest widomym, że przecież to sami Niemcy, od samego początku istnienia III Rzeszy okazywali nie tylko ostentacyjny brak szacunku, ale wręcz wrogość do własnej historii i swojego własnego dorobku kulturowego. To też jeden ze śmiertelnych grzechów nazizmu, z zimnym wyrachowaniem popełnionych po to, by obdarty ze swojego kulturowego dorobku naród niemiecki, mógł stać się powolnym narzędziem do wdrożenia w życie zbrodniczych wizji, opisanych zarówno w „Mein Kampf”, jak też w dziele „Mit XX wieku” - autorstwa Alfreda Rosenberga, sztandarowego teoretyka nazizmu. Po wojnie osądzonego, skazanego i powieszonego w Norymberdze.

                 Czy zatem w obliczu braku poszanowania dla swojej własnej kultury i historii, ówcześni Niemcy mieli jakiekolwiek prawo oczekiwać, że ci, których przecież oni sami uczynili swoimi wrogami, będą szanować dorobek niemieckiej kultury? Czy doprawdy straszny widok widok rozhisteryzowanych niemieckich studentów rzucających książki w płomienie ogromnych stosów roznieconych na  uniwersyteckim dziedzińcu oraz świadomość losu licznych niemieckich intelektualistów zmuszonych do emigracji, bądź też więzionych w obozach koncentracyjnych - nie był w stanie przekonać ostatecznie o tym, że ówcześni Niemcy - z całą pewnością - nie będą szanowali cudzej kultury i historii, ni też jej świadectw?

Jednoznaczną przecież odpowiedź na to pytanie daje nam wiedza o spaleniu przez niemieckich żołnierzy Biblioteki Narodowej w Warszawie, jak też wiedza o realizacji rozkazu Reichsführera Heinricha Himmlera, wydanego przezeń w dniu 12 października 1944 roku, a więc już po upadku Powstania Warszawskiego i wypędzeniu z miasta, pozostałych przy życiu mieszkańców naszej stolicy. Od tego momentu, w wyludnionym mieście - widmie; przez całe trzy miesiące trwało metodyczne wysadzanie warszawskich kamienic. Oczywiście, także a może przede wszystkim - tych zabytkowych. Co zatem czuł, o czym też myślał, żołnierz Wehrmachtu, który przygotowując wysadzenie w powietrze spalonego Zamku Królewskiego w Warszawie - z niemiecką pedanterią, mozolnie wiercił dziury w jego murach, a potem wpychał do tych dziur ładunki wybuchowe? Podejmijmy próbę oceny działania tego żołnierza posiadającego bezpośredni, fizyczny kontakt z niszczonym właśnie przez siebie obiektem. Spróbujmy odnieść charakter tych dwóch sposobów działania do stanu ducha ich wykonawców. Porównajmy ten czyn niemieckiego żołnierza z działaniem alianckiego lotnika, zrzucającego bomby na miasto, które z kabiny bombowca, wygląda wszak dość wirtualnie. To przecież zupełnie tak, jakby porównać działanie strzelającego z odległości 300 metrów frontowego strzelca wyborowego, z działaniem zabójcy, z bliska patrzącego w oczy swej ofierze, której oto właśnie rozpruwa brzuch i wywleka z jego wnętrza parujące jeszcze jelita, które natychmiast przydeptuje swoim zabłoconym buciorem.

Coś nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że przemienienie narodu niemieckiego w przeciwników niszczenia zabytków i zabijania cywilów - stało się możliwym dopiero za sprawą uczynienia niemieckich miast celami dla bomb, zrzucanych przez alianckie Wellingtony, Lancastery, Halifaxy i kolejne generacje - wyprodukowanych przez koncern Boeinga, amerykańskich dwu – oraz czterosilnikowych latających superfortec.

Bo nic nie wskazuje na to, że los cywilnych mieszkańców wielkich miast, czy też  zabytkowych budowli, martwił Niemców wtedy, gdy we wrześniu 1939 roku, płonął Zamek Królewski w Warszawie, a miejskie skwery naszej stolicy zamieniały się w prowizoryczne cmentarze jej mieszkańców. Niemieckie zatroskanie losem zabytków i cywilnej ludności miejskiej, zrodziło się dopiero wtedy, gdy alianci zbombardowali Kolonię, gdy zniszczono drezdeński Zwinger, gdy ogniowa burza strawiła w dniu 15 października 1944 roku Stare Miasto w Brunszwiku. Ale wątpię, czy nawet wówczas, w głowach mieszkańców tego starego i pięknego miasta Brunszwik, zdołała zakiełkować myśl, że zniszczenie tamtejszej Starówki jest także jednym ze skutków, nadania Adolfowi Hitlerowi w lutym roku 1932 niemieckiego obywatelstwa - właśnie w ich mieście. I że ten nieodpowiedzialny krok miejscowego samorządu, otworzył przybyłemu z Austrii szaleńcowi, drzwi do objęcia w jedenaście miesięcy potem, urzędu kanclerza Niemiec, podpalenia Reichstagu, stworzenia totalitarnego państwa i rozpętania najstraszliwszej spośród wojen, toczonych w dziejach całej ludzkości?

Jak słusznie zauważa znawca problemu, Pan profesor Jörg Friedrich; w niemieckiej mentalności utrwalił się fakt zbombardowania dwóch miast; tym pierwszym jest zawsze miasto rodzinne, zaś tym drugim miastem - jest Drezno.

Z powyższego wprost wynika niepokojący dość wniosek, że – pomimo upływu tylu już lat - w niemieckiej mentalności, ciągle jeszcze nie znalazła swojego miejsca wiedza odnosząca się do przyczyn bombardowania niemieckich miast przez aliantów. Wielka szkoda, że obok Drezna, oraz tego drugiego niemieckiego, rodzinnego miasta - w niemieckiej mentalności dotychczas nie znalazło się miejsce dla innych, zbombardowanych miast; Guernicy, Warszawy, Wielunia, Frampola, Rotterdamu, Stalingradu - czy też Coventry... Znaczy się; narodowej mentalności Niemców zupełnie zabrakło miejsca dla miast innych, w czasie wojny bombardowanych, niźli, te dwa miasta niemieckie… Zabrakło miejsca na odnotowanie cierpień mieszkańców innych miast niźli aglomeracje niemieckie. Najwyraźniej bowiem - dla pewnych kręgów w kraju naszego zachodniego sąsiada - nadal liczy się wyłącznie cierpienie Niemców, a nie cierpienie przedstawicieli innych nacji. Zwłaszcza, że wielce niewygodnym jawi się być odnotowanie Niemców, jako sprawców tychże cierpień…  

Zatem niczym zdumiewającym nie może być to, iż w niemieckiej mentalności, do tej pory, ciągle jeszcze nie zdołały znaleźć sobie należnego im miejsca te wszystkie miasta, które zostały zbombardowanymi przez niemieckie samoloty na długo przed tym, jak alianckie bombowce pojawiły się na niebie nad rodzinnymi miastami pilotów Luftwaffe! Smutkiem nastraja refleksja, iż - pomimo upływu tylu już lat - w świadomości niemieckiego społeczeństwa, do tej pory, nie znalazł sobie miejsca pogląd, ze wszech miar przecież słuszny, że bombardowanie niemieckich miast przez aliantów, było jedynie nieuchronnym następstwem wcześniejszego bombardowania przez Luftwaffe, miast hiszpańskich, polskich, holenderskich, francuskich, angielskich i rosyjskich - oraz było także oczywistym skutkiem społecznej akceptacji tychże działań przez naród niemiecki. Czy ktoś może słyszał, żeby ataki wymierzone przez niemieckie jednostki militarne przeciwko bezbronnej ludności cywilnej, państw napadniętych przez III Rzeszę, wzbudzały wówczas w niemieckim narodzie jakikolwiek sprzeciw?

Ano nikt jakoś nie słyszał o niczym takim. Gdyby przecież coś takiego się gdziekolwiek wydarzyło - z całą pewnością - zostałoby to przez samych Niemców skrupulatnie udokumentowane. I byłoby dziś - przy każdej okazji - eksponowane. A przecież, ta, chociażby jedynie pasywna postawa niemieckiego społeczeństwa wobec całego zła, czynionego innym narodom przez siły zbrojne niemieckiego państwa; nie była niczym innym, jak tylko przyzwoleniem na dalszą eskalację wojennego okrucieństwa, prowadzącą - między innymi - także do - wprost niewyobrażalnej hekatomby cierpień mieszkańców Leningradu, obleganego aż przez całe 900 dni. Dość powiedzieć, że 600 000 jego mieszkańców zginęło lub zmarło z głodu. Ten głód powszechny, codziennie niewyobrażalnie boleśnie przez setki tysięcy ludzi odczuwalny sprawił, że w oblężonym Leningradzie dochodziło wówczas nawet do aktów kanibalizmu. Podobnie działo się w Charkowie. Ale przecież wszyscy wiemy, że zachowania obywateli III Rzeszy, to nie była jedynie postawa pasywna wobec planów i dokonań ówczesnej niemieckiej władzy państwowej. Niepodważalnym jest przecież pogląd, że niemieckie społeczeństwo, w swej przytłaczającej większości, aktywnie wspierało nazizm i prowadzenie rozpętanej przez niego wojny! Ostatecznie nas o tym przekonuje wielomilionowa liczba członków NSDAP oraz widok tłumów wiwatujących na partyjnych wiecach.

Zbiorowy amok hitleryzmu okazał się być dla niemieckiego narodu przypadłością na tyle poważną, że nawet taktyka dywanowych nalotów na niemieckie miasta - aż do samego końca działań wojennych - nie zdołała jakoś przemienić ich mieszkańców w przeciwników totalnej wojny. Jednoznacznie przekonuje o tym malowanie na ruinach domów napisów butnie głoszących, że: „Unsere Mauern brachen, unsere Herzen - nie!” – „Popękały nasze mury, lecz nasze serca nigdy nie zostaną złamane!”. Przemawia za tym fakt, iż pomimo gołym okiem widocznego już nieszczęścia, sprowadzonego na Niemcy za sprawą prowadzonej przez nazistów polityki; w roku 1945, rządząca partia NSDAP, miała się przecież całkiem dobrze. Hitlerowska partia liczyła sobie wówczas już 8 500 000 członków, a to oznacza, że zrzeszała w swych szeregach, co piątego dorosłego obywatela III Rzeszy. A więc co piątego Niemca i Austriaka! Nie można zaprzeczyć, że każdy z nich, samą tylko swą przynależnością do tej przestępczej organizacji - manifestował swoje aktywne wsparcie dla realizacji polityki, opierającej się na programie Hitlera, sformułowanym przez niego na kartach „Mein Kampf” – ideowego manifestu nazizmu. Tu wspomnieć należy, że to niebywale prymitywnym językiem napisane, intelektualnie obskurne, dzieło niedouczonego psychopaty - w niemieckich urzędach stanu cywilnego było rozdawane nowożeńcom, jako prezent ślubny, naturalnie wliczony w koszt ceremonii zaślubin. Jako taki, swego rodzaju, przymusowy prezent na nową drogę życia. Proceder trwał przez całe dwanaście lat istnienia Tysiącletniej III Rzeszy. Najwyraźniej; niemieckie państwo dbało nawet o to, by młode pary, były szczęśliwe na sposób narodowosocjalistycznie pożądany. Zatem żaden z Niemców, nie mógł mieć złudzeń, odnośnie treści programu rządzącej partii, ani też dalekosiężnych zamiarów jej przywódców. Zwłaszcza, że już w listopadzie 1938 roku, barbarzyństwo Kryształowej Nocy rozegrało się na oczach niemieckiego społeczeństwa, i - przecież z całkiem niemałym - jego aktywnym udziałem!

    Do liczby członków NSDAP doliczyć przecież należy także członków Hitlerjugend, Deutsche Mädel Bund, Arbeitsfront i innych licznych przybudówek ideologicznych, rządzącej nazistowskiej partii. A jak policzyć wszystkich sympatyków tego ruchu? A gdzież to oni wszyscy niby mieszkali? Czyżby nie w Monachium, Rostocku, Essen, Bremie, Dortmundzie, Lipsku, Mannheim, Kolonii, Brunszwiku, Kilonii, Hamburgu, Dreźnie, Frankfurcie i Berlinie?

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że alianckie bomby, dlatego spadały na niemieckie miasta, gdyż to właśnie tutaj zamieszkiwały niemieckie krawcowe w pocie czoła szyjące mundury dla niemieckiego wojska i partyjnych funkcjonariuszy. W tych właśnie miastach - żyli naukowcy, inżynierowie i technicy, stale pracujący nad udoskonalaniem wojennej techniki. To tutaj, niemieccy górnicy wydobywali węgiel, umożliwiający niemieckim hutnikom wytapianie stali, z której potem, niemieccy tokarze wytaczali części do armat i czołgów, jakże potrzebnych niemieckim żołnierzom, stanowiącym zbrojną podwalinę potęgi totalitarnego państwa, depczącego godność i egzystencje całych narodów.

Statystyka przekonuje o tym, że wśród członków każdej niemieckiej rodziny musiał się znaleźć przynajmniej jeden zaprzysięgły nazista. I bynajmniej - nie było to przyczyną familijnego potępienia. Więc w wigilijny wieczór, zgodne niemieckie rodziny zasiadały do  stołu śpiewając „Stille Nacht, heillige Nacht…” - tę wzruszającą, niewątpliwie  najpiękniejszą kolędę świata… Śpiewali ją w wojennym czasie Niemcy noszący przeróżne mundury. Wśród nich; lotnicze - oraz oczywiście - także te czarne mundury, esesmańskie…  W grudniowy wieczór, śpiewały tę kolędę również domowe gospodynie oraz ich mężowie. Nobliwi ojcowie rodzin z partyjnymi znaczkami NSDAP wpiętymi w klapy odświętnych garniturów.

Po wojnie zaś nikogo w Niemczech nie interesowało, że przy polskich wigilijnych stołach - przez lata całe - zostawiano wolne miejsca z nakryciami… Symbolicznie. Dla tych członków polskich rodzin, którzy z rozpętanej przez Niemców wojny nie wrócili do swoich domów…  Ot, taka polska beznadziejna nadzieja, że może jak raz, w ten wigilijny wieczór, ktoś od lat nieobecny, lecz z utęsknieniem oczekiwany stanie w progach rodzinnego domu…

Nie bez przyczyny serii dywanowych nalotów na Hamburg alianci nadali  znamienny kryptonim „Operacja Gomora”. Niemcy jawiły się im bowiem najwyraźniej jako kraj zamieszkały przez lud do cna zdemoralizowany nazizmem. Lud zaczadzony nazizmem. Naród pławiący się w całej, niewyobrażalnej nieprawości stworzonej przez nazistowską ideologię. Więc jedyne, co zrobić można było, to do cna zniszczyć tę dwudziestowieczną Gomorę i gradem bomb pokarać jej mieszkańców jako twórców i wyznawców nazistowskiego zła. Trzeba wprost powiedzieć, że prowadzenie przez aliantów powietrznej wojny przeciwko Niemcom - mówiąc wprost - miało na celu wymuszenie tego, by ci wszyscy naukowcy, górnicy, hutnicy, tokarze i krawcowe, przerwali wreszcie swoją codzienną mrówczą i zarazem żmudną pracę, stanowiącą podwaliny istnienia III Rzeszy. I dlatego właśnie, codziennie, przylatywały nad Niemcy tysiące alianckich bombowców... Bowiem wojenna praktyka dowiodła wszak, że innej możliwości nie było... Nikt nie może przecież zaprzeczyć temu, że wcześniej, alianci próbowali wobec niemieckiego społeczeństwa stosowani metod łagodnej perswazji. Ale - jak już wiemy - uprzednie zrzucanie ulotek, nic absolutnie nie dało.... Trzeba było dopiero codziennego gradu bomb, by skutecznie pokruszyć - najpierw niemieckie mury; a potem - niemieckie serca, masowo przecież bijące dla ukochanego Führera. Dlatego też dywanowe naloty tysięcy alianckich bombowców na niemieckie miasta, postrzegać należy wyłącznie jako jedną z metod unicestwienia bytu nazistowskiego państwa, które stworzyło cały system obozów - koncentracyjnych, obozów zagłady, a także obozów niewolniczej pracy. Niemieckiego państwa, które przeprowadzając akcję eutanazji, zabiło dziesiątki tysięcy własnych, ułomnych obywateli. Państwa, które wprowadziło rasistowskie ustawy norymberskie. Państwa, które w ramach rasistowskich prześladowań pozbawiało również swoich własnych obywateli - najpierw godności, potem obywatelstwa, na końcu zaś - majątku i życia. To jedyne w swym rodzaju nazistowskie państwo zostało przecież stworzonym przez ludzi zamieszkujących niemiecką ziemię. Zaprawdę, truizmem jest stwierdzenie, że jedynie ludzie wyzuci z jakiegokolwiek poczucia przyzwoitości, mogli takie państwo stworzyć i swoim codziennym działaniem - jego politykę popierać.

    Myślę więc, że aliancką wojnę powietrzną przeciwko III Rzeszy, postrzegać także należy jako ostateczny skutek procesu deprawowania tych wszystkich, którzy ulegli demoralizującemu wpływowi hitlerowskiej ideologii, którą postrzegać należy jako dość powszechnie w ówczesnych Niemczech akceptowaną próbę zanegowania kulturowego dorobku człowieczeństwa. Dywanowe naloty nie były bowiem niczym innym, jak tylko integralną częścią wojny, prowadzonej przeciwko tym wszystkim, którzy przemocą, stosowaną  w imię wyznawanej przez siebie zbrodniczej ideologii, zdołali wcześniej, w jakimś tam stopniu, zdeprawować swoje ofiary. Takim bowiem jest ostateczny skutek, okazywanej, na rozmaite sposoby, pogardy dla wartości ludzkiego życia. Ludzkiego - znaczy zawsze, że również lekceważenia wartości swojego własnego żywota.

    Każdy psycholog doskonale bowiem wie, że stosowana przemoc - deprawuje zarówno tego, kto przemoc stosuje, jak również tego, wobec którego przemoc jest stosowaną.
   A przecież to nie Hiszpanie, Polacy, Rosjanie, Anglicy i Amerykanie rozpoczęli proces deprawowania Niemców stosowaniem wobec nich militarnej przemocy. Powszechnie wszak wiadomo, że było akurat odwrotnie. Tylko, że Niemcy jakoś nie wzięli pod uwagę istnienia również takiej możliwości, iż niedaleka przyszłość, może ze sobą przynieść konieczność ponoszenia przez niemiecką społeczność, militarnych konsekwencji faktu uprzedniego stosowania przez siebie przemocy militarnej i tym samym, deprawowania innych społeczności. Dodajmy, że przemoc ta była przez samych Niemców postrzeganą jako działania niemieckie, stosowane w imię interesu Niemiec, kojarzonych powszechnie z narodowym socjalizmem. Czy zatem te działania mogły być w inny sposób postrzeganymi przez tych wszystkich, przeciwko którym były wymierzonymi?

Zaślepienie wiarą w geniusz Führera, nijak nie pozwoliło Niemcom na dopuszczenie do siebie myśli o możliwości opracowania przez nowego dowódcę brytyjskiego Bomber Command, sir Arthura Harrisa, skutecznych metod powietrznych działań, wymierzonych przeciwko III Rzeszy i jej obywatelom. Nadlatujące nad Niemcy formacje alianckich bombowców postrzegać należy także jako powracającą na niemiecką ziemię falę zła. Tego samego zła, które wcześniej, na tej właśnie ziemi się zrodziło i rozlało się prawie, że po całej Europie. Ale jak to zawsze bywa; wirus zła narobiwszy szkód wokoło - zaatakował w końcu, także i swojego nosiciela. Jeżeli jeszcze do kogoś ta prawda jeszcze nie dotarła; to wprost i wyraźnie powiedzieć należy, że tak naprawdę, to wrogiem narodu niemieckiego - bynajmniej - nie byli Żydzi, niemieccy socjaldemokraci i intelektualiści, Cyganie, Świadkowie Jehowy, niepełnosprawne dzieci, polscy kawalerzyści, rosyjscy i jugosłowiańscy partyzanci, duńscy i norwescy rybacy oraz amerykańscy i brytyjscy lotnicy...

Trzeba wprost powiedzieć, że tym prawdziwym wrogiem Niemców była nacechowana krótkowzrocznością i brakiem wyobraźni, ich własna głupota, stanowiąca grunt dla masowej akceptacji prymitywnej ideologii, nie będącej przecież niczym innym, jak tylko negacją tego wszystkiego, co ludzkie...

Ciąg dalszy nastąpi

Piotr Jan Nasiołkowski


Stodoła Boruchów podpalona przez niemieckiego żołnierza


Bombardier Stefan Nasiołkowski


Rozstrzelani przez niemieckich żołnierzy w dniu 1 września 1939 roku, mieszkańcy polskiej ws Zimna Woda


Bejrut, październik 1939 r. Polscy piloci w drodze do Francji. Od lewej; por. W. Urbanowicz, por. St. Skalski, por. T. Oleś i por. W. Łokuciewski




 Bejrut, październik 1939 r. Mechanicy lotniczy w drodze do Francji. W srodku Brunon Wierciński


Szkolenie załóg bombowców w Wielkiej Brytanii. Najniższy stojący - strzelec pokładowy Zygmunt Sasal



 Załogi 304. Dywizjonu Bembowego. W tle gotowe do startu Wellingtony



Mechanik Wacław Serwinski z Welingtonem


Mechanik Zwoliński naprawia tylną wieżyczkę strzelecką Wellingtona


Mechanicy 304 dywizjonu-od lewej Brunon Wierciński i Wacław  Serwiński


Wizyta angielskiej pary królewskiej w Dywizjonie 304



Rotterdam zbombardowany przez Luftwaffe w dniu 14 maja 1940 roku, a więc już po kapitulacji


Widok zbombardowanego przez Niemców w dniu 14 maja 1940 roku  Rotterdamu



Efekt alianckiego nalotu na Hamburg


Hamburg po alianckim nalocie


Hamburska ulica jednokierunkowa


Kwiecień 1942. Zbombardowany Rostock


Bunkier jjakich wiele zbudowano podczas wojny w niemieckich miastach


Obsługa działa przeciwlotniczego, które zestrzeliło nad Belgią  Wellingtona por. Krawczyka z 305 Dywizjonu Bombowego


Niemiecka artyleria przeciwlotnicza prowadzi ogień do samolotów alianckich


Zestrzelony Wellington  por. Krawczyka  z 305. Dywizjonu Bombowego


Uszkodzony Wellington por. Krawczyka z 305. Dywizjonu Bombowego po przymusowym lądowaniu w Belgii



Porucznik Edward Zarudzki jako drugi z prawej - Pierwszy z lewej sierżant Brunon Wierciński



Pogrzeb niemieckich artylerzystów przeciwlotniczych poległych w trakcie alianckiego nalotu


Fot. 25 Wieżyczka tylnego strzelca w Wellingtonie



Tekst i opracowanie Piotr Jan Nasiołkowski
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Pana Piotra Nasiołkowskiego

Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 1 godzinę temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 19 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 20 godzin temu