Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Bombowa reedukacja cz. III - Piotr Jan Nasiołkowski

Niepodważalnym jawi się być pogląd, iż wszelkie działania militarne aliantów prowadzone przeciwko III Rzeszy po to, by maksymalnie skrócić istnienie zbrodniczego nazistowskiego państwa niemieckiego, a więc także i dywanowe naloty alianckich bombowców na niemieckie miasta - uznać należy za wymuszoną na aliantach przez samych Niemców reakcję podjętą w obronie ludzkości przed wyhodowanym na niemieckiej ziemi wirusem barbarzyńskiej głupoty, stanowiącej przecież źródło wszelkiego zła. Taki to pogląd głosił wszak siwobrody Sokrates, żyjący  i otruty w Atenach na 350 lat przed narodzinami Chrystusa.
Należy w tym miejscu zauważyć, że integralną częścią tejże ludzkości jest - i nigdy być wszak nie przestał - także naród niemiecki. I to bez względu na rodzaj tworzonych i wyznawanych przezeń ideologii. Jakże oto tragicznym jawi się być ten paradoks; bronienie człowieczeństwa śmiertelnie zainfekowanych nazizmem Niemców, wymagało aż kilkuletniej, niebywale bolesnej kuracji, której znaczącą częścią było również zrzucanie na niemieckie miasta - nieprzeliczonej ilości ton lotniczych bomb. Oblicza się, że na Niemcy zrzucono w w czasie trwania ostatniej wojny aż 1 500 000 ton bomb rozmaitego rodzaju. Pociągające za sobą ofiary wśród ludności cywilnej, atakowanie niemieckich miast przez alianckie bombowce, postrzegać również należy jako wynikające z braku wyobraźni i odpowiedzialności za los swoich bliskich, późne następstwo działań tych wszystkich, którzy wcześniej, chociażby jeden raz, oddali swój głos na listę NSDAP, a potem na widok swojego ukochanego Führera, mdleli ze szczęścia stanowiąc integralną część tłumu chóralnie ryczącego ogłuszające; Heil !
Jeszcze dziś, można w Niemczech spotkać takich, którzy twierdzą, że w tamtym czasie zwykły człowiek nie był w stanie podjąć żadnych absolutnie działań przeciwko nazizmowi. Wbrew temu twierdzeniu, rodzeństwo Sophie i Hans Scholl myślało, że jednak można i nawet należy coś zrobić. Kiedy barbarzyńsko ścinano im głowy z mocy wyroku wydanego przez Volksgericht, któremu przewodniczył ponuro sławetny dr Roland Freisler, - nikt w Niemczech jakoś nie protestował. Nawet w ich rodzinnym Monachium. Wniosek z tego zatem płynie prosty, że założyciele „Białej Róży” byli w swej ojczyźnie dość osamotnieni ze swoją młodzieńczą niezgodą na całe barbarzyństwo nazizmu.

O tym, że celem ataków alianckiego lotnictwa nie była - sama w sobie - niemiecka ludność cywilna; jednoznacznie przekonuje fakt, iż po upadku III Rzeszy, nikt przecież już nie bombardował niemieckich miast. Nikt też nie podpalał niemieckich wsi. Nikt nie prowadził masowych ulicznych egzekucji, ani nie organizował obozów zagłady. Jedynie na wschodzie Niemiec, zajętym przez Armię Czerwoną, zwycięzcy jej żołnierze, dopuścili się wobec ludności cywilnej, powszechnie już dość znanych okrucieństw i rabunków. Myślę jednak, że deprawującej inspiracji dla ichnich, niecnych postępków, zapewne należy - przynajmniej w jakiejś części - dopatrywać się także we wszystkich tych wyczynach, jakich, nieco wcześniej, na ziemiach położonych bynajmniej nie tylko na wschód od Bugu, dopuszczały się wobec cywilnej ludności przeróżne, niemieckojęzyczne formacje. Zresztą Rosjanie zachowywali się w podobny sposób, także na polskich ziemiach, przez które musieli przejść po drodze do Berlina. Widać taką to już jest, ta ichnia azjatycka tradycja. Ale doprawdy nie wiem, jakiej to niby europejskiej tradycji można przypisać wszystko, co zostało stworzonym przez nazizm, wyhodowany wszak właśnie na niemieckiej ziemi?  

Jak już wcześniej zostało powiedziane; bezsprzecznie, alianckie naloty bombowe były złem. Ale także niepodważalnym jest twierdzenie, że były one złem mniejszym. Tym, złem większym; byłoby bowiem dopuszczenie przez aliantów do militarnego zwycięstwa III Rzeszy, co nie leżało przecież w interesie żadnego narodu, ani też żadnego pojedynczego człowieka. Zatem nie leżało to również w interesie samych Niemców. Praktyka bowiem wykazała, że nazizm będąc wszak ideologią stworzoną przez ludzi - okazał się być zarazem hańbą i nieprzejednanym wrogiem człowieczeństwa. A więc, okazał się ostatecznie być także hańbą i wrogiem samych Niemców, którzy wszak go stworzyli i bezmyślnie popierali. Wojenna sytuacja, stworzona ówcześnie przez nazistowskie, niemieckie państwo, którego zapleczem intelektualnym i materialnym była przecież zdecydowana większość niemieckiego narodu; nie dawała aliantom najmniejszej możliwości dokonania wyboru pomiędzy dobrem, a złem. Mogli jedynie wybierać pomiędzy złem mniejszym i większym. Trzeba zatem jasno powiedzieć, że w żaden sposób nie jest moralnie dopuszczalnym czynienie dziś aliantom przez kogokolwiek zarzutu z tego powodu, że wybrali zło; akurat to mniejsze zło.

 Wielokrotnie widziałem utrwaloną na filmowej taśmie scenę, kiedy to, w lutym 1943 roku, we Wrocławiu, zwanym jeszcze wówczas Breslau; w szczelnie wypełnionej auli, osławiony minister propagandy III Rzeszy, Joseph Goebbels rzucił z trybuny w tłum pytanie; czy chcecie totalnej wojny? Nikt nie miał żadnych wątpliwości, nikt nie zapytał; czym jest, jak ma przebiegać i wyglądać ta totalna wojna? Nikt też nie pytał o wszelkiego rodzaju koszty prowadzenia, tej totalnej wojny? Wszyscy zebrani - jak jeden mąż - zerwali się ze swoich miejsc i wyciągając ramiona w hitlerowskim pozdrowieniu, entuzjastycznie zaryczeli zgodnym, ogłuszającym chórem - tak, chcemy! Sieg Heil!

Jedna ze sformułowanych jeszcze w starożytności zasad prawnych mówi, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Ta scena z ryczącym tłumem i kulejącym dr Josephem Goebbelsem przekonuje jednoznacznie, że Niemcy miały tę, pożądaną przez siebie totalną wojnę, której konsekwencją i formą prowadzenia były również dywanowe naloty na niemieckie miasta. Nie można zapominać o tym, że w pojęcie wojny totalnej, wpisaną była także możliwość użycia broni masowego rażenia, w tym bomby atomowej. Bo przecież przywódcy III Rzeszy zasiali już głowach i duszach Niemców, marzenie o stworzeniu Wunderwaffe. Nikt nie może zaprzeczyć, że w tej materii poprzestano jedynie na marzeniach. Niemcy bowiem, przygotowywały się od dawna do stworzenia i użycia broni masowego rażenia. Nazistowska ideologia, stanowiąca zaczyn dla uprawianego przez hitlerowców ludobójstwa, jednoznacznie przekonuje o tym, że natychmiast po wejściu  w posiadanie broni masowego rażenia; Adolf Hitler - z całą pewnością - bez żadnego wahania wydałby rozkaz jej użycia. Wodzowie III Rzeszy - jakże pozytywnie - wszak przeszli już uprzednio, próbę podejmowania barbarzyńskich decyzji, przesądzających o masowym unicestwianiu milionów ludzkich istnień. Przekonuje o tym ostatecznie wcześniejszy fakt odrzucenia, bez jakichkolwiek skrupułów, etycznych zasad, osadzonych w całym dorobku europejskiej kultury i stojących w oczywisty sposób, na przeszkodzie wdrożenia zaplanowanego już, przemysłowego uśmiercania całych narodów. Wymarzona Wunderwaffe - ta nowa, cudowna broń, oznaczałaby dla nazistów również otworzenie przed nimi nowych możliwości dokonywania masowych mordów.
Zatem wynika z powyższego, że cała reszta świata - najwyraźniej - miała czego się obawiać ze strony nazistowskich Niemiec. Nie można zapominać, że naukowcy niemieccy, na długo jeszcze przed powstaniem III Rzeszy; od lat  przecież prowadzili badania nad możliwością rozszczepienia jądra atomu, a potem również nad możliwościami militarnego wykorzystania ciężkiej wody. Jednocześnie wydobywano także i wzbogacano rudę uranową. Retoryczny charakter posiada zatem pytanie; w jakim to niby celu, było to wszystko robione? Jest oczywistym, że już w czasie wojny trwał wyścig o to, kto pierwszy stworzy broń atomową. Jestem przekonanym, że gdyby ten wyścig został wówczas wygranym przez III Rzeszę, to już na drugi dzień po użyciu przez nią broni atomowej, gwałtownie wzrosłaby liczba członków NSDAP, zaś zbrodniarz wojenny, Adolf Hitler - byłby dzisiaj czczonym przez naród niemiecki, po tysiąckroć intensywniej, niźli doznała tego w przeszłości, głowa jakiegokolwiek innego państwa.

Oczywiście, w zupełności podzielam pogląd, głoszony - bynajmniej, nie tylko przez pana profesora Jörga Friedricha, iż bomby atomowe zostały  w sierpniu 1945 roku zrzuconymi na Japonię z przyczyn wyłącznie politycznych. Nic odkrywczego; przecież prowadzenie wojny nie jest niczym innym, jak tylko jednym z narzędzi prowadzenia polityki zagranicznej! W dniu 7 grudnia 1941 roku; japońskie samoloty zaatakowały Pearl Harbour, a więc od tamtego momentu - USA pozostawały w stanie wojny z Cesarstwem Japonii.  O ile dobrze sobie przypominam; to akurat w dniu 6 grudnia 1941 roku -  o ironio losu - zapadła w Waszyngtonie polityczna decyzja wdrożenia w życie projektu „Manhattan”. Takim to bowiem kryptonimem, opatrzono program budowy amerykańskiej bomby atomowej. Zatem nieopatrznie wyszło na to, że Japończycy atakując w dniu 7 grudnia 1941 roku amerykańską bazę na Hawajach - tym samym, niejako bezwiednie - zgłosili swój akces do wypróbowania na sobie działania tej nowej broni, którą akurat poprzedniego dnia postanowiono stworzyć!

    Nadszedł wreszcie czas, kiedy to po serii klęsk ponoszonych przez Amerykanów na dalekowschodnim teatrze działań wojennych; udało się wreszcie zepchnąć Japończyków do defensywy. Udało się także zepchnąć do defensywy Niemców i Włochów w Europie oraz Afryce... Zatem działania wojenne weszły w swoją nową fazę  - jakże już dla państw Osi, niekorzystną.

  W marcu 1944 roku, z Japonii wypłynął okręt podwodny I - 52. Jego zadaniem było dotarcie do jednego z portów Francji, okupowanej jeszcze wówczas przez Niemców. Miał tą drogą dostarczyć do Niemiec grupę japońskich naukowców i inżynierów. Z Niemiec zaś miał odebrać dwie tony złota w sztabach, cynę, niemiecką technologię radiolokacyjną i około 500 kilogramów jakiejś wielce tajemniczej, bliżej nieokreślonej substancji. Są podstawy, żeby przypuszczać, iż tą substancją był prawdopodobnie tlenek uranu. Jednakże czerwcowe lądowanie aliantów w Normandii pokrzyżowało te plany o tyle, że japoński okręt nie zdołał już zawinąć do portu swojego przeznaczenia. Zatem w dniu 26 czerwca 1944 roku, na pełnym morzu, spotkał się z niemieckim okrętem podwodnym U - 530, który przejął na swój pokład japoński personel naukowo - techniczny. Jednocześnie z tej niemieckiej jednostki, na pokład japońskiego I - 52, przeładowano fracht przeznaczony dla Japonii. Lecz jeszcze tego samego dnia; alianckie bombowce wytropiły i zdołały zatopić, pozostający na powierzchni morza I - 52. Tym to sposobem, ładunek przez niego zabrany - szczęśliwie, nigdy jednak nie zdołał dotrzeć do dalekowschodniego portu swego przeznaczenia.   

Nie był to bynajmniej jedyny znany przypadek podejmowania tego rodzaju kontaktów pomiędzy Cesarstwem Japonii i III Rzeszą. Otóż dziewięć miesięcy później, w dniu 25 marca 1945 roku, z portu w Kilonii wypłynęła łódź podwodna U - 234. Zabrała ona na pokład 260 ton cennego niebywale ładunku, oraz jedenastu bardzo specjalnych pasażerów. Wśród nich także dwóch Japończyków, którzy na załadowanych skrzyniach, pracowicie malowali symbol; „U - 235”. Obserwujący te działania, niemieccy podwodniacy byli święcie przekonani, że Japończycy niechybnie pomylili kodowe oznaczenie ich łodzi… U - 234…

Pierwszym etapem podróży do kraju Kwitnącej Wiśni były porty norweskie Christiansand i Bergen. Szczęśliwie jednak dla całej ludzkości, ta podwodna łódź nigdy nie zdołała dotrzeć do Japonii, gdyż - w międzyczasie - Niemcy skapitulowały, czego skutkiem był rozkaz dowództwa Kriegsmarine, nakazujący podwodnej flocie zaprzestanie ataków oraz wszelkich pościgów za statkami aliantów. Następnym krokiem miała być bezzwłoczna kapitulacja wszystkich okrętów podwodnych. Dowodzący U - 234, Kapitänleutnant Johann - Heinrich Fehler miał jednak swoje tajne rozkazy nakazujące mu kontynuację rejsu, bądź też powrót do norweskiego portu Bergen. U - Boot kontynuował więc swą misję aż do momentu, gdy jego kapitan dowiedział się o wypowiedzeniu przez Cesarstwo Japonii wszelkich traktatów zawartych  z III Rzeszą i aresztowaniach jej obywateli przebywających na terytorium Japonii. Wówczas podjął decyzję o kapitulacji. W dniu 14 maja 1945 roku - a więc sześć dni po bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy - wynurzył swój okręt z głębin Atlantyku jedynie po to, by poddać się Amerykanom. Nakazał też uwięzienie obydwu japońskich pasażerów, którzy byli dla jego załogi jednostki podwodnej o tyle niebezpieczni, że posiadali umiejętności pozwalające im na zatopienie U - boota. W tej nowej, niespodziewanej dla nich sytuacji, obydwaj Japończycy; pułkownik lotnictwa Genzo Skosi i komandor Hideo Tomanaga - popełnili samobójstwo. W obliczu bliskiej już kapitulacji, jeden spośród grupki specjalnych pasażerów U-234, specjalista od radarów, podczerwieni i radiolokacji, Fregattenkapitän dr Heinz Schlicke wrzucił do morza kilka rolek mikrofilmów. Skutkiem tego działania było, że w ręce Amerykanów nie dostała się opracowana przez Niemców i przeznaczona dla Japończyków dokumentacja techniczna budowy rakiety zdolnej przelecieć nad Atlantykiem.

Trzy dni potem; w dniu 17 maja 1945 roku, amerykański niszczyciel Sutton wziął unieruchomioną niemiecką łódź podwodną na hol i w ten to sposób, U-234 wszedł do amerykańskiego portu w Portsmouth. Prawie natychmiast; na pokładzie niemieckiego okrętu podwodnego zjawił się sam dr Robert Oppenheimer. Był urodzonym już w USA synem żydowskich emigrantów z Niemiec. A także  szefem amerykańskiego „Projektu Manhattan”. Niebawem miał zostać okrzyknięty ojcem amerykańskiej broni atomowej.

Amerykanie odkryli, że oprócz 560 kg tlenku uranu; niemiecka łódź podwodna wiozła na swoim pokładzie również rozłożoną na części rakietę V-2, a także rozmontowany odrzutowy samolot myśliwski Messerschmitt-262 „Schwalbe”. Oczywiście do tego niezwykłego frachtu była także dołączoną stosowna dokumentacja techniczna. Charakter całej przesyłki zdaje się jednoznacznie wskazywać na istnienie niemieckiego założenia, że nawet po, nieuniknionej już klęsce Niemiec - ich japoński sojusznik, i tak zdoła jeszcze odwrócić los wojny, przegrywanej właśnie w Europie przez III Rzeszę będącą wszak jednym z państw Osi. I że ta odmiana wojennej fortuny zostanie przez Cesarstwo Japonii dokonana przy wydatnej pomocy niemieckich zdobyczy technicznych. Zauważyć należy, że te niemieckie kalkulacje zakładające możliwość odwrócenia tym sposobem losów wojny, wcale nie były takimi znowu bezpodstawnymi.

Jest faktem, że dowództwo amerykańskie uwzględniając czynnik fanatycznego oporu Japończyków, zaplanowało przeprowadzenie inwazji na macierzyste Wyspy Japońskie, dopiero w marcu 1946 roku. Myślę, że służby wywiadowcze państw Osi pracowały całkiem nieźle, a więc amerykańskie plany inwazyjne musiały być znanymi zarówno Niemcom, jak też i Japończykom. Wniosek z tego więc prosty, że do momentu lądowania wojsk amerykańskich na Honsiu; Japończycy mieliby jeszcze dość dużo czasu na wdrożenie produkcji odrzutowych myśliwców, konstrukcję głowicy atomowej i zbudowanie zdolnych ją przenosić zmodyfikowanych rakiet V-2. Ponadto, znany powszechnie fanatyzm, z jakim walczyli żołnierze Armii Cesarskiej, pozwalał na wyobrażenie sobie ogromu strat, jakie przyszłoby ponieść armii amerykańskiej w walce przeciwko Japończykom, broniącym swoich macierzystych wysp. Zatem, ze wszech miar zasadnym jest pogląd, iż użycie przez Amerykanów broni atomowej, znacznie przyspieszyło zakończenie wojny, a tym samym pozwoliło na znaczne ograniczenie strat w ludziach; zarówno po stronie amerykańskiej, jak też i japońskiej. Dość powiedzieć, że Japończycy zapowiedzieli rzucenie do walki w obronie swoich macierzystych wysp armii pospolitego ruszenia złożonej z 20 000 000 cywilnych fanatyków uzbrojonych we wszystko, co tylko byłoby dostępne. Chociażby tym uzbrojeniem miałyby być jedynie zaostrzone bambusowe kije. Trudno zatem jest sobie wyobrazić, ilu też żołnierzy rosyjskich, brytyjskich, amerykańskich oraz japońskich - musiałoby zginąć podczas czterech kolejnych lądowań, na czterech tylko, największych wyspach macierzystych Kraju Kwitnącej Wiśni. Stosowne i całkiem świeże doświadczenia w tej materii Amerykanie mieli już wówczas za sobą, jak chociażby po lądowaniu na wyspie Iwo Jima, co też miało miejsce całkiem niedawno, gdyż w lutym 1945 roku.
Myślę, że ich liczba, mogłaby nawet kilkakrotnie przekroczyć liczbę ofiar dwóch amerykańskich bomb atomowych, zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 roku. Według ocen amerykańskiego wywiadu przewidywalna liczba strat, poniesionych przez amerykańską armię w wyniku inwazyjnego desantu na macierzyste wyspy japońskie mogłaby zamknąć się liczbą aż miliona śmiertelnych ofiar. A gdzie jeszcze straty poniesione przez Japończyków? Tych oczywiście nikt nie próbował określać. Spróbujmy zatem - w kontekście tych prognoz - zastanowić się nad bilansem atomowego ataku na Hiroszimę i Nagasaki. Pomyślmy zatem o tym, ile istnień ludzkich zostało ocalonych na skutek gwałtownej zagłady  mieszkańców tych dwu miast? Ocalenie na skutek zagłady… Oto jeden z najbardziej okrutnych paradoksów okrutnego XX stulecia!

Użycie przez Amerykanów przeciwko Japonii broni atomowej, postrzegać zatem należy także jako finalny skutek japońskiego ataku na Pearl Harbour, dokonanego w grudniu 1941 roku, oraz jako krok podyktowany wojenną koniecznością wygrania wyścigu z czasem. Bo jaką to niby gwarancję, mogli - w tamtym czasie - mieć alianci, że I-52 oraz U-234; były jedynymi łodziami podwodnymi mającymi za zadanie przewieźć do Japonii, tego rodzaju strategiczny ładunek? Zwłaszcza, że w kontekście tamtych, namacalnie stwierdzonych, technologicznych kontaktów pomiędzy III Rzeszą oraz Cesarstwem Japonii;  w pełni uzasadnionymi były obawy, że istnieje nawet dość duże, prawdopodobieństwo, iż Japończycy mogą być zdolni do skonstruowania broni atomowej i po wejściu w jej posiadanie niezwłocznie tej broni użyją przeciwko aliantom. Zważyć przy tym należy, że latem 1943 roku do okupowanej wówczas przez Japończyków Malezji dotarł niemiecki U-511. Rok wcześniej, przy użyciu tej samej łodzi podwodnej Niemcy przeprowadzili udane eksperymenty odpalania rakiet z pozostającej w zanurzeniu łodzi podwodnej. Pomysł zamontowania na łodzi podwodnej sześciolufowej wyrzutni rakietowej był wynikiem rodzinnej współpracy dwóch braci; dowódcy U-511 kapitana Friedricha Steinhoffa i dr Ericha Steinhoffa, jednego z najbliższych współpracowników Wernhera von Brauna.

Myślę więc, że śmiało można zaryzykować sformułowanie poglądu, iż jedynie za sprawą wojennych zaszłości, skutkujących uniemożliwienie dotarcia do Kraju Kwitnącej Wiśni okrętów podwodnych U-234 oraz I-52; Japończycy nie uzyskali technologicznych środków pozwalających im na radykalne odwrócenie losów wojny. Ale tamten, wysłany z Niemiec uranowy fracht, ostatecznie i tak trafił do Japonii. Tyle, że jako składnik amerykańskiej bomby atomowej.

Zatem jeszcze raz podkreślam, że pan profesor Jörg Friedrich w pełni ma rację, formułując pogląd, iż użycie przeciwko Japończykom przez Amerykanów broni atomowej, miało charakter czysto polityczny. Zgodnie bowiem z poglądem zrodzonym wszak w Prusach; wojna jest narzędziem polityki zagranicznej. Użycie zatem przez Amerykanów w końcówce wojny bomb atomowych, postrzegać należy jako jeden z elementów polityki zagranicznej, prowadzonej przez Stany Zjednoczone wobec Cesarstwa Japonii, począwszy od dnia 7 grudnia 1941 roku. Dodajmy, że ta wojna, jako instrument polityki zagranicznej, nie została bynajmniej wybraną przez Amerykanów, lecz została zapoczątkowana przez Japończyków ich podstępnym atakiem na Hawaje, którego ostateczną konsekwencją była tragiczna zagłada dwóch japońskich miast. To jeden, ale bynajmniej nie jedyny ze skutków tamtego kroku, dokonanego wszak przez armię Cesarstwa Japonii w ramach prowadzonej przezeń polityki zagranicznej.

Niejako w cieniu atomowej zagłady dwóch japońskich miast pozostaje przeprowadzona przez lotnictwo amerykańskie operacja ”Meetinghouse”. Nocą z 9 na 10 marca 1945 roku - 329 bombowców B-29 zrzuciło na Tokio 1667 ton bomb różnego rodzaju. Przeważnie zapalających. Wzniecona burza ogniowa unicestwiła całą drewnianą zabudowę stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni. Podobnie jak przed miesiącem w Dreźnie - nie zdołano policzyć wszystkich ofiar tego nalotu. Różne źródła przytaczają różne liczby. Jedne mówią o 83 tysiącach zabitych - inne znów podają liczbę 97 tysięcy śmiertelnych ofiar. Ale jest mowa o tym, że ten nalot kosztował życie aż 200 tysięcy mieszkańców Tokio. Liczbę rannych szacuje się pomiędzy 40 a 125 tysiącami ludzi.

 Poruszając temat powietrznej wojny przeciwko III Rzeszy; pan profesor Jörg Friedrich nie omieszkuje się też lansować dość nawet i chwytliwego poglądu, w myśl którego, bardziej wskazanym i uzasadnionym - niźli bombardowanie niemieckich miast - byłoby raczej zbombardowanie przez aliantów linii kolejowych prowadzących do obozów koncentracyjnych oraz obozów zagłady. Tego rodzaju działanie, miałoby - jego zdaniem - służyć ratowaniu istnień ludzkich, co byłoby czymś niezwykle szczytnym i humanitarnym. A tutaj, zamiast ratować wszystkich tych nieszczęśników skazanych na śmierć przez nazistowska ideologię - cała potęga alianckiego lotnictwa zajmowała się dręczeniem i zabijaniem niemieckich cywilów, zamieszkujących wielkie niemieckie miasta.

Teza postawiona przez pana profesora Jörga Friedricha zawiera w sobie również pewien dość zwodniczy aksjomat. Otóż jest nim wywołanie wrażenia, jakoby alianci zupełnie nie bombardowali linii kolejowych, które służyły - między innymi - dowożeniu ludzi do obozów zagłady. Podważając tę nieprawdziwą tezę; muszę w tym miejscu, odnotować fakt dwukrotnego bombardowania węzła kolejowego we Frankfurcie nad Menem, czyli rodzinnym mieście pewnej nastoletniej Żydówki, której rodzinę - jeszcze przed wybuchem wojny - naziści przymusili do ucieczki z Niemiec do Holandii.
Anna Frank, bo o niej to właśnie mowa, zmarła w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen, w samej już końcówce wojny. Jednakże opublikowanie - już po zakończeniu wojny - pamiętników jej autorstwa, spisanych w kryjówce, gdzie przeżyła ona z rodziną ponad rok - zapewniło tej młodej dziewczynie, wieczną o niej pamięć.
Powietrznego ataku na frankfurcki węzeł kolejowy dokonały - między innymi - startujące z angielskich lotnisk dwusilnikowe Wellingtony, oznakowanego numerem 301, polskiego Dywizjonu Bombowego „Ziemi Pomorskiej”. Pierwszy, spośród tych dwóch nalotów, miał miejsce w nocy z 6 na 7 sierpnia 1941 roku. Po raz drugi, węzeł kolejowy we Frankfurcie nad Menem został zaatakowany z powietrza już następnej nocy. A myślę, że te dwa naloty, bynajmniej, nie były niczym wyjątkowym, gdyż trudno przypuszczać, że jedynie polskie dywizjony bombardowały tory używane przez Deutsche Reichsbahn. Nawiasem mówiąc, za sterami jednego spośród Wellingtonów atakujących podczas tamtych sierpniowych nocy frankfurckie urządzenia kolejowe, zasiadał wtedy podporucznik Ryszard Zygmuntowicz. Tak całkiem prywatnie, to był on synem maszynisty zamieszkałego w okupowanym przez Niemców od lat prawie już dwóch, mieście kolejarzy, Skarżysku-Kamiennej. Nie można zapominać, że podporucznik Ryszard Zygmuntowicz - z całą pewnością - nie brałby udziału w tych nalotach, gdyby stanowiący miejsce pracy jego ojca skarżyski węzeł kolejowy nie został zbombardowany przez Luftwaffe w dniu 4 września 1939 roku, a więc prawie dwa lata wcześniej!   

Nie podejrzewam tu bynajmniej, pana profesora Jörga Friedricha o złą wolę. Przypuszczam raczej, że lansowanie tego rodzaju poglądu, jest jedynie skutkiem braku wiedzy o tym, iż właśnie naprawami linii kolejowych, uszkodzonych przez alianckie bomby, zajmował się stworzony przez SS, a złożony z więźniów obozów koncentracyjnych, system tak zwanych Eisenbahnbaubrigaden, znaczy się brygad budownictwa kolejowego. Do jednej z nich, a mianowicie, do 7 SS - Eisenbahnbaubrigade, przydzielono we wrześniu 1944 roku, więźnia oznaczonego w KL Auschwitz numerem 190 677. Oprócz naszytego na pasiaku czerwonego trójkąta z literą „P” oraz numeru wytatuowanego na jego ramieniu; więzień ten oczywiście, posiadał również swoje nazwisko. Nazywał się on Jan Boruch. Tak całkiem prywatnie; był on jednym spośród kilku wnuków mojego pradziada Mikołaja Nasiołkowskiego. A to wprost oznacza, bardzo bliskie jego pokrewieństwo z innym wnukiem mojego pradziada. Mam tu na myśli, wspomnianego już wcześniej, poległego  w dniu 1 listopada 1942 roku, żołnierza Polskich Sił Powietrznych wchodzących w skład Royal Air Force, kaprala Zygmunta Sasala, uczestnika wojny powietrznej przeciwko III Rzeszy.   Jak wcześniej zostało to już wspomniane; kapral Zygmunt Sasal dwunastokrotnie brał udział w zrzucaniu bomb na niemieckie miasta.  

Kolejny, siódmy numer, tamtej Eisenbahnbaubrigade, w ramach której niewolniczo pracował polski więzień polityczny Jan Boruch, przekonuje o tym, że nie był to jedyny twór tego rodzaju. Okoliczność ta wprost zadaje kłam twierdzeniu pana profesora Jörga Friedricha, jakoby alianci nie bombardowali linii kolejowych służących, także dowożeniu uwięzionych ludzi do przeróżnych obozów, stworzonych przez nazistów zarówno na niemieckiej ziemi, jak też i na ziemiach krajów przez Niemców podbitych. Jednocześnie, zauważyć należy, że okres najbardziej intensywnego funkcjonowania, stworzonych przez hitlerowców na ziemiach polskich obozów zagłady - w Chełmnie nad Nerem, Bełżcu, Treblince i Sobiborze - obejmował czas pomiędzy wiosną roku 1942 i jesienią roku 1943. Był to więc czas, gdy tereny lokalizacji obozów zagłady, znajdowały się jeszcze daleko poza zasięgiem działania alianckiego lotnictwa. Na marginesie trzeba przypomnieć, że komory gazowe KL Auschwitz - Birkenau, po raz ostatni pełniły swoją zbrodniczą rolę w dniu 28 listopada 1944 roku. Najbliższe alianckie lotniska znajdowały się wówczas we Włoszech oraz we Francji. Wybierając za cel linie kolejowe w bezpośredniej bliskości obozów koncentracyjnych - bombowce musiałyby więc przelecieć nad Austrią lub Niemcami. Więc zapytajmy może fachowców o to, ile to alianckich maszyn, byłoby w stanie osiągnąć w tamtym czasie, tak wyznaczone im cele i po wykonaniu tego rodzaju zadania powrócić na macierzyste lotnisko? Akurat, jest co nieco wiadomym, na temat wysokości strat poniesionych przez alianckie samoloty, które startując z włoskiego lotniska w Brindisi - w sierpniu i wrześniu 1944 roku, próbowały nieść pomoc dla powstańców walczących w Warszawie.

     Dla każdego znawcy realiów III Rzeszy jest oczywiste, że jedynym ze skutków bombardowania przez aliantów linii kolejowych wiodących - między innymi - także do obozów koncentracyjnych, byłby jedynie wzmożony wysiłek, przy odbudowywaniu tychże linii. A czyj to niby miał być wysiłek? Ano właśnie niczyj inny, jak tylko więźniów tychże obozów koncentracyjnych. Dodajmy, że wzmożenie jakiegokolwiek wysiłku zawsze było wymuszanym wzmożoną brutalnością obozowych wachmanów. Zaś zwiększony wysiłek więźniów, w praktyce oznaczał zawsze także ich większą śmiertelność.

          Tak więc sformułowanie przez pana profesora Jörga Friedricha poglądu, zarzucającego w gruncie rzeczy aliantom przedkładanie bombardowania niemieckich miast nad podejmowanie prób ratowania ludzi więzionych przez nazistów, poczytywać należy za podjęcie, dość przewrotnej próby, obarczenia aliantów współodpowiedzialnością za skutki działania hitlerowskiego systemu obozów koncentracyjnych. Myślę, że zdecydowanie więcej istnień ludzkich można było uratować, gdyby obywatele niemieckiego państwa nie stworzyli, tego - jedynego w swoim rodzaju - systemu obozów zagłady i obozów koncentracyjnych. Ale żeby nie doszło do urzeczywistnienia tego pomysłu nazistów; ktoś oczywiście musiałby się temu sprzeciwić. Niemieckiemu społeczeństwu nastawionemu do władzy państwowej oportunistycznie, żeby nie powiedzieć, wręcz serwilistycznie - na tego rodzaju sprzeciw, jakoś nie stało rozumu, ni odwagi.

Oczywiście; postawiona przez mnie powyżej teza, jeszcze dziś budzi natychmiastową reakcję tych spośród Niemców, którzy negują fakt posiadania przez niemieckie społeczeństwo wiedzy o istnieniu tego rodzaju obozów. Uwierzyć w tego rodzaju przeczenia mógłby jedynie ten, kto nie czytał „Mein Kampf” i nigdy nie widział historycznej mapy zagadnieniowej, przedstawiającej lokalizację na terenie III Rzeszy, wypełnionych więźniami - obozów najróżniejszego rodzaju. Jakimi by one nie były - wszystkie służyły przecież więzieniu ludzi. Ta mapa przekonuje o tym, że podczas ostatniej wojny cały obszar Niemiec, wprost upstrzony był miejscami więzienia ludzi ze wszystkich krajów podbitych przez III Rzeszę. Obozami przeróżnej kategorii i charakteru. A przecież tuż obok nich, mieszkali obywatele nazistowskiego państwa. Ponadto, przymuszeni ku temu; więźniowie w pasiakach - ramię w ramię - pracowali przecież z nimi wspólnie w fabrykach, na drogach, kolejowych torach i gdzie tylko się dało…  Zupełnie też nie jestem w stanie pojąć, jak to niby Niemcy mogli nie wiedzieć o istnieniu tychże obozów, skoro jednocześnie swą bierną postawę wobec nazizmu, jakże często, usprawiedliwiają strachem przed uwięzieniem w tychże obozach?       
No, i oczywiście nie mogę tu pojąć, jeszcze jednego; skąd to niby alianci posiadać mieli wiedzę o istnieniu i lokalizacji hitlerowskich obozów, skoro fakt ich istnienie jawił się być aż tak pilnie strzeżoną tajemnicą, że rzekomo, pojęcia o tym nie miała niemiecka ludność cywilna, mieszkająca przecież także w bezpośrednim sąsiedztwie tychże obozów?
Podsumowując ten wątek, powiedzieć należy, że ratowanie życia więźniów obozów koncentracyjnych, wcale nie musiało przybierać postaci bezpośredniego ataku z powietrza na wiodące do nich linie kolejowe. Czyżby ktokolwiek mógł przypuszczać, że esesmani eskortujący transport zatrzymany alianckimi bombami, zmierzający do komór gazowych KL Auschwitz - Birkenau, wolno rozpuściliby - w takim wypadku - ludzi pozamykanych w bydlęcych wagonach z odrutowanymi okienkami? Doprawdy, czcza to naiwność!

Nikogo chyba zatem nie trzeba więc przekonywać, że zdecydowanie bardziej efektywnymi operacjami pozwalającymi na przyspieszenie klęski nazistowskich Niemiec były bombardowania centrów przemysłowych, które administrowane przez ministra gospodarki Alberta Speera - ze szczególną intensywnością - pracowały na potrzeby prowadzonej wojny. Zależność jest prostą; im krócej trwa wojna - tym więcej ludzi skazanych na zagładę, dotrwa jej końca. Zatem ratowanie ofiar nazizmu, tym bardziej było skutecznym, im bardziej efektywnymi były lotnicze operacje przybliżające kres istnienia III Rzeszy.

W samej już końcówce wojny, 7 kwietnia 1945 roku, nieopodal Ulm, rodzinnego miasta Alberta Einsteina; alianckie samoloty ponownie zaatakowały linię kolejową, najwyraźniej poważnie już uszkodzoną, podczas poprzedniego nalotu i teraz właśnie naprawianą przez więźniów z komanda 7 - SS Eisenbahnbaubrigade. Nalot spowodował wybuch potwornej paniki. I to zarówno pomiędzy więźniami, jak też pilnującymi ich esesmańskimi wachmanami. Więzień oznakowany numerem 190 677, czyli mój wuj, Janek Boruch, nie omieszkał się nie skorzystać z tej okazji, przez niebiosa mu wszak zesłanej i natychmiast zwiał do pobliskiego lasu. Samoloty odleciały po obróceniu w perzynę naprawianych przez więźniów kolejowych torów. Lecz w tym czasie, wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego, zdążył się już zaszyć w leśnej gęstwinie. Z trudem nie byle jakim wdrapał się na sam wierzchołek strzelistego świerka. Przywiązawszy się do jego pnia sznurkiem - przesiedział w koronie drzewa, pierwsze trzy noce swojej, dopiero co, odzyskanej wolności. W sumie, po swojej ucieczce - przez szesnaście długich dni ukrywał się wśród pól i lasów. Z ukrycia wyszedł dopiero na widok czarnoskórego żołnierza w amerykańskim mundurze. Wiedział przecież, że ten umundurowany ewidentny niearyjczyk, nie mógł być żołnierzem niemieckim. Do Polski powrócił wuj Janek dopiero w czerwcu 1946 roku. Ale jego młodszy brat, Bronisław, który w oświęcimskim obozie został oznaczony sąsiednim numerem 190 676 - mniej miał szczęścia w swoim więźniarskim losie. Zmarł w szpitalu zorganizowanym przez Czerwony Krzyż na terenie KL Auschwitz, zaraz po wkroczeniu do obozu żołnierzy Armii Czerwonej. Datą śmierci Bronisława Borucha jest dzień11 lutego 1945 roku. To był zarazem ostatni dzień Konferencji Jałtańskiej. W dniu śmierci wujka Bronka, do znanej dziś powszechnie, zrobionej na Krymie, pamiątkowej i zarazem historycznej już fotografii pozowali: Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin D. Roosevelt.

Nawiasem mówiąc; dopiero dwa dni potem, zostało zniszczonym Drezno; to drugie - oprócz rodzinnego - miasto, którego zbombardowanie przez aliantów, skrupulatnie zostało odnotowywanym w niemieckiej mentalności.
*        *        *
    Jednym ze skutków konieczności prowadzenia przez aliantów powietrznej wojny przeciwko III Rzeszy były dotkliwe straty odnotowane wśród ludności cywilnej zamieszkującej wielkie aglomeracje. Zamykają się one liczbą około 600 000 śmiertelnych ofiar.  Rannych - nie sposób policzyć. Ale w tym miejscu trzeba kolejny już raz, jasno powiedzieć, że wszystkie absolutnie cywilne ofiary powietrznych nalotów na niemieckie miasta - są jedynie końcowym efektem okrutnych reguł totalnej wojny, narzuconej światu przez hitlerowskie Niemcy. Straty i cierpienia niemieckiej ludności postrzegać należy jako część ceny zapłaconej przez ludzkość za wykorzenienie stworzonej przez Niemców - nieludzkiej ideologii. Jeżeli zatem pan profesor Jörg Friedrich, kusi się dziś na formułowanie negatywnych ocen wojennych działań aliantów, to ani na chwilę - nie powinien o tym zapominać. Chociażby jedynie po to, by z tego wszystkiego, co wydarzyło się w przeszłości - płynęła przestroga na tyle silna, iż gwarantująca nam, skazanym na sąsiadowanie z narodem niemieckim to, że już nigdy więcej; żaden niemiecki lotnik nie otrzyma szansy wpadnięcia na pomysł strzelania do dzieci, pasących krowy na łące, okalającej podradomską wieś...
      Pozostaje więc dziś mieć jedynie nadzieję, że pamięć o strasznych przeżyciach mieszkańców zrujnowanych niemieckich miast, służyć będzie Niemcom jako przestroga przed podejmowaniem w przyszłości jakichkolwiek barbarzyńskich działań, wymierzonych przeciwko jakiemukolwiek, innemu narodowi. Że zaszłość ta będzie także uświadamiała zakres odpowiedzialności przed własnym narodem każdemu, kto z jego namaszczenia i w jego imieniu - sprawuje władzę polityczną. Tej odpowiedzialności, zrodzonej z ugruntowanego przekonania, iż agresja jednego państwa przeciw drugiemu, może być jedynie zaczynem rodzącym okrutny odwet godzący we własnych obywateli. A to przecież - siłą rzeczy - zawsze za sobą musi pociągać ich cierpienie i śmierć. Zwłaszcza, że samoloty i bomby - też dziś już nie takie jak wówczas...
                Nasze współczesne realia, w pełni uzasadniają podzielanie, niebywale optymistycznego poglądu, iż alianckie naloty na niemieckie miasta, odniosły - ten - jakże pożądany skutek, że naród niemiecki, już nigdy więcej nie wpadnie w sidła oportunistycznego zachwytu nad skrajnie prymitywnymi poglądami, wyklutymi w kwaśnym zaduchu jakiejś piwnicznej monachijskiej piwiarni.
    Namacalnym efektem, także i mojej własnej wiary, w pozytywny charakter przemian naszego świata, spowodowany alianckimi bombami, jest fakt, że przedstawiciele piątej generacji potomków Mikołaja Nasiołkowskiego zamieszkują dziś, uczą się, studiują i pracują we wspaniale odbudowanych niemieckich miastach. Dziejowy przypadek sprawił, że żyją oto, w tych samych miastach, które - przed laty - były celem bomb, zrzucanych z samolotu, którego załogi członkiem był wnuk ich praprapradziada....
     Kiedy przed ponad ćwierćwieczem, po raz pierwszy, miałem okazję podziwiać urodę, cichcem niejako odbudowanej Kolonii; los zetknął mnie  z pewnym niemieckim robotnikiem, który z ironicznym przymrużeniem oka, wyrzekał na swoją matkę za to, że namówiła go do wybrania zawodu murarza. Żelaznym jej argumentem był sam tylko widok wszechobecnych ruin, który zadawał się skutecznie przekonywać o tym, że jak jej syn zostanie murarzem, to nigdy w życiu nie zabraknie mu pracy. Ta kobieta była bowiem absolutnie przekonaną o tym, iż odbudowa niemieckich miast, jest zadaniem wręcz niemożliwym do wykonania. Myślę, że w sposób podobny myślało wtedy wiele niemieckich matek. I właśnie dlatego nie sprawdziły się ich przewidywania. Skutkiem takiego właśnie sposobu myślenia było, że murarzy namnożyło się w Niemczech, co niemiara. Tym samym więc odbudowa kraju musiała pójść gładko. W efekcie tego; już w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia - mój rozmówca stał się murarzem bezrobotnym...

Wygląda więc na to, że o sukcesie powojennej odbudowy Niemiec, zadecydowało - o ironio - po nocach straszące pracowitego niemieckiego robotnika, to samo koszmarne widmo bezrobocia, które niegdyś, stanowiło jeden spośród decydujących czynników przesądzających o politycznym sukcesie narodowego socjalizmu.

Ku mojej radości i zarazem zmartwieniu bezrobotnego niemieckiego murarza; w niemieckich miastach próżno jest dzisiaj szukać ruin upamiętniających alianckie naloty. Jeno w Berlinie, ciągle jeszcze straszy kikut murów Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, celowo tak pozostawiony - ku przestrodze…

Do dziś nie jest wiadomym, ilu też ludzi zostało pogrzebanych pod nawierzchnią Hohe Strasse, głównej ulicy i zarazem deptaka kolońskiej Starówki.
Po zakończeniu wojennych działań, wszystkie obrócone w perzynę niemieckie miasta - zostały wspaniale odbudowane i rozbudowane, bez zbytecznego patosu ani też jakiegokolwiek propagandowego rozgłosu. Gigantyczny wysiłek włożony w ich odbudowę, jednoznacznie przekonuje o tym, że powojenny dobrobyt zachodniej części Niemiec, nie wziął się - bynajmniej - z braku wojennych zniszczeń, lecz jego fundamentem i źródłem - jest racjonalna gospodarka oraz pracowitość milionów Niemców. Zaś źródłem powojennej polskiej mizeroty, są nie tyle wojenne zniszczenia, co raczej nasze narodowe wady, spotęgowane jeszcze dodatkowo gospodarczymi absurdami realnego socjalizmu. Dziś już wiem, że to właśnie z tą, niewygodną prawdą walczyli co poniektórzy spośród moich nauczycieli. I dlatego tak histerycznie reagowali na stawiane im przeze mnie historyczne i logicznie uzasadnione, jakże niewygodne dla nich pytania. Za to obniżali mi stopnie ze sprawowania i ciągle wzywali do szkoły moją matkę.

Niezależnie od tego wszystkiego; zaszłości ostatniej, przez Niemców toczonej wojny, jak też zaszłości czasu powojennego, przekonują jednoznacznie o tym, iż ani na chwilę nie powinniśmy zapominać o tym, że naszym zachodnim sąsiadem jest najpotężniejszy naród świata. Jeżeli ktoś miałby ochotę nie zgadzać się z tym moim poglądem, to pozwalam sobie zwrócić uwagę na fakt, iż w czasie  II wojny światowej potrzeba było zjednoczonych sił całego świata do tego, aby militarne pokonanie Niemców stało się możliwym. Nie sposób też nie zauważyć powojennej drogi, prowadzącej Niemcy i Niemców do wiodącej pozycji, zajmowanej przez nich w dzisiejszym, politycznym i ekonomicznym porządku naszego świata. Drogi, która przecież miała najbardziej fatalny  z wyobrażalnych początków. Nie można zapomnieć, że ten początek powojennego startu Niemców do wygrania pokoju po przegranej przez nich wojnie, znaczony był przyklejoną etykietą narodu - zbrodniarza. Do tego, zrujnowany i pozbawiony suwerenności kraj - podzielony został przez zwycięzców na cztery strefy okupacyjne. Ludność o strukturze demograficznej znaczonej prawie zupełnym brakiem mężczyzn w sile wieku. Bo ci, albo polegli na licznych polach bitew, całej prawie Europy i północnej Afryki, lub też - w najlepszym wypadku - całymi setkami tysięcy, tkwili uwięzieni za drutami obozów jenieckich. Do tego wszystkiego, dochodził jeszcze problem astronomicznej zaiste liczby około 10 000 000 bezdomnych uciekinierów ze Wschodu, oraz ponad dwa miliony pozostałych w Niemczech byłych więźniów obozów koncentracyjnych, jeńców oraz robotników przymusowych przeróżnych narodowości. Problemy te, jawiły się być zrazu wręcz niemożliwymi do rozwiązania przez kogokolwiek. Oczywiście, wszystkie te problemy były namacalnym wszak dziedzictwem hitleryzmu oraz rozpętanej przezeń wojny. Ale - jakie by nie były tego przyczyny - pokonany, zrujnowany i pozbawiony suwerenności kraj stanął przed koniecznością ich rozwiązywania. I jak powszechnie wiadomo; powojenne problemy Niemiec zostały rozwiązane. Perfekcyjnie, bo przecież po niemiecku. To także stanowi świadectwo nie byle jakiej, kulturowej i ekonomicznej siły narodu niemieckiego. Z tą ich siłą, stale były i nadal są konfrontowane inne narody. Zwłaszcza - te sąsiednie. Nie sposób nie zauważyć, że w naszym żywotnym interesie leży codzienne pamiętanie o potędze tej siły, z którą przecież wszyscy musimy się dziś liczyć. Dotyczy to szczególnie nas; bezpośrednich sąsiadów narodu niemieckiego. W przeszłości bowiem nieraz zdarzało się nam i naszym politykom o tej sile zapominać, bądź też ją wręcz lekceważyć. Jak płynące z historii doświadczenie uczy; lekceważenie tej siły zawsze pociągało za sobą konieczność płacenia niewyobrażalnie wysokiej ceny, jaką była utrata naszej narodowej suwerenności, czemu zazwyczaj towarzyszyła hekatomba cierpień mieszkańców naszego kraju. Nikogo nie trzeba też przekonywać, że zaszłości ostatniej wojny przybrały w tym zakresie wymiar ekstremalny.

Nie sposób w tym miejscu nie przytoczyć dwóch cytatów Winstona Churchilla, który jakże trafnie zestawił ze sobą charakterystyki zarówno nas jak też i naszych zachodnich sąsiadów. O nas powiedział, że: „Niewiele jest zalet, których nie mieliby Polacy i niewiele jest błędów, których by nie popełnili”. Zaś Niemców nazwał narodem dziwnym. Stwierdził bowiem, że można ich jedynie mieć albo u swego gardła, albo pod swoim butem.

    Bilansując ofiary totalnej, powietrznej wojny, prowadzonej wówczas przez aliantów przeciwko III Rzeszy - nie można przecież także zapominać o liczbie 115 000 młodych, tryskających zdrowiem mężczyznach. Myślę tu oczywiście o wszystkich poległych członkach załóg alianckich samolotów. Czyż ktokolwiek mógłby przypuszczać, choć przez jedną króciutką chwilę, że którykolwiek spośród tych przepełnionych radością życia młodych chłopaków, miał akurat ochotę na wojenne umieranie? Nie można także zapominać o tajnym zbrodniczym rozkazie Reichsführera Heinricha Himmlera nakazującego mordowanie wziętych do niewoli alianckich lotników, którzy zdołali przeżyć zestrzelenie ich maszyn nad terytorium III Rzeszy. W trakcie procesów wytoczonych po wojnie hitlerowskim zbrodniarzom - zdołano udowodnić 270 przypadków zabójstw alianckich pilotów zamordowanych przez żołnierzy Wehrmachtu, formacji SA i SS oraz osoby cywilne przy całkowicie biernej postawie niemieckiej policji.

Jak już wcześniej wspomniałem; jednym z tysięcy tych poległych młodych ludzi, był także wnuk mojego pradziadka Mikołaja Nasiołkowskiego. Trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari - kapral Zygmunt Sasal. Jak przekazuje to służbowa opinia - był wzorowym podoficerem. Nie zdołał dożyć swoich dwudziestych siódmych urodzin. W dniu 1 listopada 1942 roku, nie powrócił ze swojego czterdziestego szóstego lotu bojowego.
Narażając, i - w konsekwencji - poświęcając swoje młode życie, z całą pewnością; doskonale był świadomy wszystkich tych powodów, które kazały mu się wciskać do ciasnej wieżyczki strzeleckiej umieszczonej na ogonie „Wellingtona”; dwusilnikowego, średniego bombowca o ażurowej, metalowej konstrukcji, obciągniętej bawełnianą tkaniną.
    Mój poległy krewniak, kapral Zygmunt Sasal był przecież ochotnikiem…

Jak wielu, wielu innych żołnierzy RAF - u… Nie tylko wszak Brytyjczyków. Także Nowozelandczyków, Australijczyków, Kanadyjczyków, Hindusów, Południowych Afrykanów, Polaków, Czechów, Słowaków, Belgów, Norwegów czy Greków… Nie można bowiem zapominać o tym, że podczas działań wojennych Niemcy zestrzelili w sumie ponad 70 000 alianckich samolotów różnych typów i przeznaczeń militarnych.
A więc, niechaj nikt nie próbuje dzisiaj kijem zawracać Wisły ani Renu. Wymaga tego od nas zwyczajna uczciwość, z jaką oceniać należy tamten okrutny czas, który ludzkość kosztował dziesiątki milionów ludzkich istnień. Truizmem jest wszak stwierdzenie, że właśnie ta uczciwość jest najlepszym sposobem uczczenia pamięci, zarówno tych, którzy w efekcie powietrznych nalotów zginęli na niemieckiej ziemi, jak też i tych wszystkich, którzy - z angielskiej ziemi startując – już na zawsze wzbili się w przestworza zamknięci w kabinach swoich bombowców…
                            K O N I E C
X                                       Piotr Jan Nasiołkowski



Fot.1  Dwusilnikowy bombowiec średniego zasięgu Wellington



Fot. 2. Wellington 304 dywizjonu - bezpośrednio po starcie z lotniska w Dale




Fot.3. Czterosilnikowy bombowiec dalekiego zasięgu -Halifax Page Mk I II



Fot.4 Niebo nad Wielką Brytanią




Fot. 5  Nocny nalot na bazę U-bootów  w Breście



Fot. 6 Marszałek Arthur Harris pomiędzy generałami Sikorskim i Ujejskim. W głębi Stanisław Mikołajczyk



Fot. 7  Dale, lipiec 1942 roku. Zbiorowa fotografia załóg 304. dywizjonu bombowego. Pomiędzy prawym silnikiem a kadłubem; kapral Zygmunt Sasal.



Fot.8 Pogrzeb poległego członka załogi niemieckiej baterii przeciwlotniczej



Fot. 9 Kazimierz Czetowicz - lądowanie na brzuchu - Soni 25.04.1942 r - oglądają; gen. Wł. Sikorski i gen. Stanisław Ujejski



Fot. 10 Kapral Zygmunt Sasal



Fot. 11 Brunon Kudrewicz oczekuje na odznaczenie go Krzyżem Walecznych przez gen. Wł.Sikorskiego



Fot.12 Gen. Ujejski dekoruje ppor R.Zygmuntowicza Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari



Fot.13 Kpt. Ryszard Zygmuntowicz, pierwszy w drugim szeregu



Fot.14 Por. Ryszard Zygmuntowicz wśród członków załóg 301. Dywizjonu Bombowego



Fot. 15 Amerykański dokument tożsamości wystawiony przez władze amerykańskie byłemu więźniowi obozu koncentracyjnego Janowi Boruchowi



Fot.16  Szeregowy Jan Boruch w dniu swej przysięgi wraz z matką Michaliną z domu Nasiołkowską



Fot. 17 Słoń z rozbitego w czasie nalotu Cyrku Braci Staniewskich na długo przed rozbiciem Cyrku Sarrasani w Dreźnie.



Fot.18 Wrzesień 1939 r. Skarżysko - Kamienna. Widok zniszczeń po bombardowaniu Luftwaffe



Fot.19 Wrzesień 1939 r. Skarżysko - Kamienna. Wówczas ulica Piłsudskiego



Fot.20 Wrzesień 1939 r. Slamsy obok Odlewni Witwickiego w Skarżysku - Kamiennej. Okna zabezpieczone paskami papieru na wypadek nalotu



Fot.21 Wrzesień 1939 r. Zbombardowana przez Luftwaffe parowozownia w Skarżysku - Kamiennej



Fot.22 Wrzesień 1939 r. Zbombardowany przez Luftwaffe węzeł kolejowy w Skarżysku - Kamiennej.



Fot. 23 Wrzesień 1939 roku. Skarżysko -Kamienna. Parowozownia po bombardowaniu przez Luftwaffe



Fot.24 Wrzesień 1939 roku. Skarżysko - Kamienna. Zbombardowany węzeł kolejowy.



Fot. 25 Załoga 304 dyw.- drugi z lewej_Zygmunt Sasal



Fot. 26 Załoga porucznika  Targowskiego




Fot. 27 Polscy lotnicy. Z pierwszego rzędu tylko jeden przeżył wojnę...



Fot. 28 Pamiątki po poległym strzelcu pokładowym z 304. Dywizjonu Bombowego kapralu Zygmuncie Sasalu



Fot.29 Cmentarz lotników w Durnbach. Miejsce spoczynku 2960 lotników zestrzelonych nad południowymi Niemcami i Austrią.

 

Tekst i opracowanie Piotr Jan Nasiołkowski
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Pana Piotra Nasiołkowskiego oraz zbiorów rodzinnych Zygmuntowiczów.


Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 1 godzinę temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 18 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 19 godzin temu