Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Sto lat już minęło... Piotr Jan Nasiołkowski

   Skoncentrowanymi będąc na obchodach siedemdziesiątej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego - nie zwróciliśmy uwagi, że sto lat temu z niewielkim okładem, sprzeczność imperialnych interesów ówczesnych mocarstw zgrupowanych w dwóch blokach militarnych zwanych Trójprzymierzem oraz Trójporozumieniem - sygnalizowała dobitnie, że nieuchronnie nadciągał czas Wielkiej Wojny, która skończyć się miała ostatecznym unicestwieniem starego europejskiego porządku, ustalonego przed stu laty na Kongresie Wiedeńskim.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy zanosiło się dopiero na wybuch Wielkiej Wojny, Jego Wysokość Car Wszechrosji zjechał był wczesnym latem 1914 roku osobiście swym angielskim automobilem do nadwiślańskiej mieściny Puławy, zwanej ówcześnie Nową Aleksandrią. I wtedy to właśnie czternastoletni wówczas chłopaczyna, który w przyszłości odległej miał zostać długowiecznym dziadkiem mojej krótkoterminowej eksmałżonki, był naocznym świadkiem eksplodującej nad Wisłą okrutnej, bo przecież monarszej wściekłości. Zwłaszcza, że została ona wywołana bezradnością wszechmocnego, brodatego i wąsatego imperatora. Zauważalnym skutkiem złego humoru monarchy było miotanie przezeń własną carską czapką po wyboistej, kocimi łbami brukowanej, nadwiślańskiej drodze.

    Przyczyną złego nastroju przybyłej z Petersburga Jego Wysokości była niemożność znalezienia mostu spinającego w Puławach dwa wiślane brzegi. Na budowę mostu, owszem, dawno już temu pieniądze z kasy państwowej wypłynęły. Most dawno także został już naniesiony na plany i mapy sztabowe, lecz, drobiazg, w rzeczywistości wcale go nie było... I teraz Imperator swoimi własnymi, wodnistymi i melancholijnymi oczami raczył właśnie fakt ten stwierdzić! Cholerni czynownicy! Zupełnie nie do pomyślenia… Tym razem cały żelazny most drogowy (w komplecie...) ukradli, i to jeszcze zanim zdołano go zbudować! Całkiem zwyczajnie. Jak to w Rosji..., choć przecież właściwie to jednak już w Kraju Przywiślańskim...Wzburzeniem niepohamowanym kierowany, pałając przy tym przemożną chęcią posiadania większego baczenia na mające stać się wkrótce teatrem wojennych działań zachodnie rubieże swojego przeogromnego imperium, Jego Najjaśniejsza Wysokość car Mikołaj II ukazem przez siebie natychmiast wydanym przeniósł swą stolicę z Wenecji Północy, czyli St. Petersburga, który dopiero co świeżutko Piotrogrodem został przezwany, do nadwiślańskiego Dęblina - dawno, dawno już temu na Iwanogorod przemianowanego. Tym oto sposobem maleńka, zapadła polska mieścina, zagubiona gdzieś tam nieopodal ujścia Wieprza do Wisły, dostąpiła historycznie niesamowitego, i to aż całe trzy dni trwającego, szczęścia bycia stolicą Imperium Wszechrosyjskiego! Tyle to akurat bowiem czasu potrzebowali różni tam dworscy doradcy i liczni generałowie w wyzłacanych mundurach na wybicie tego pomysłu niebywale niedorzecznego z Najjaśniejszej przecież, bo koronowanej carskiej głowy.

    Zapewne w tym samym też czasie zapadła ważna niebywale decyzja, że w miejsce ukradzionego żelaznego mostu trzeba będzie zbudować przez Wisłę prowizoryczną, drewnianą przeprawę. Prace budowlane prowadzono pod specjalnym nadzorem wojska. Bo przecież drewno również można było ukraść...
    Niebawem wybuch spodziewanej od dawna wojny stał się faktem. Przyczyną takiego obrotu spraw stało się zamiłowanie habsburskiej pary arcyksiążęcej do podróży bałkańskich. Tym to sposobem dzień 28 czerwca 1914 roku na zawsze już utrwalił się w historii europejskiej jako data udanego zamachu sarajewskiego. Kule rewolwerowe wystrzelone przez niejakiego Gawriłę Principa dosięgły zarówno następcę austriackiego tronu, arcyksięcia Ferdynanda, jak i jego śliczną małżonkę Zofię.
    Ich śmierć gwałtowna sprawiła, że w calusieńkiej Europie niemalże jednocześnie i na dotychczas niespotykaną skalę eksplodowała moda odwiecznie co jakiś czas powracająca, a mianowicie w garniturki niezwykle schludne, jednakiego koloru i fasonu zaczęto przebierać miliony mężów oraz kawalerów. Również kochanków, karciarzy, karczmarzy, kowali, poetów, nauczycieli, parobków i paniczów. Z całą pewnością także strażaków i kominiarzy. Wszystko zaś jedynie po to, by ramię w ramię obok siebie - i zarazem przeciwko sobie - stanęli rakarze i rajcowie, kasjerzy w kirasjerów zaczarowani, pederaści i całkiem zwyczajni pochlebcy. Lunatycy i luminarze a także garncarze i giserzy.




Fot.  Portret dwóch cesarzy — Wilhelma II i Franciszka Józefa

 
    We wszystkich miastach starej Europy ulicami maszerowały garnizonowe orkiestry dęte, które sprawiały, że wszyscy popadali w stan przemożnej potrzeby zabijania innych, choć przecież takich samych jak i oni. Wszyscy ci młodzi ludzie jak jeden mąż wierzyli, że to masowe utrupianie miało ich doprowadzić do udziału w chlubnych wielce zwycięstwach w przyszłych bitwach toczonych podczas tamtej Wielkiej Wojny. Nie dopuszczali do siebie myśli, że może ona skończyć się jedynie wielką życiową przegraną ich samych. Któż z nich byłby wówczas w stanie uwierzyć w taki właśnie scenariusz dziejowy.
    Zatem ci, co w zadymionych pubach beer pijać lubili z upodobaniem wielkim, rozpruwali potem bagnetami brzuchy Bawarczyków napełnione regionalnie ulubionym trunkiem, zwanym w ich ojczystym języku das Bier. Zaś Schnaps-Deutsche po trosze może i z pedanterii, a zapewne także i z wrodzonego zamiłowania do oszczędzania, co wszak jest właściwe ich narodowemu charakterowi, nim spust karabinowy nacisnęli, starannie celowali do postaci tych, co będąc oddaleni zaledwie odległością dzielącą od siebie dwie linie okopów, wodku cenili sobie najbardziej, ponad wszystkie inne trunki ją stawiając.
    Można zatem śmiało powiedzieć, że całe te cztery lata były okrutną epoką znaczoną niepodzielnym panowaniem tej zarazy zbiorowego obłędu, który znienacka - co jakiś czas bezwzględnie przemieniał akwizytorów i amantów w artylerzystów; dekarzy, dorożkarzy i dekadentów w dezerterów; gawędziarzy i gimnazjalistów w grenadierów; dozorców w dekowników; bednarzy oraz buntowników w bohaterów; kaznodziei i kanoników w kapelanów.

            No i oczywiście murarzy w maruderów.
    Wszystkich tych młodzieńców łączyła miłość niezmierna do wąsów swojego własnego cesarza, tysiąckrotnie potęgowana nienawiścią nieprzejednaną do wąsów i bokobrodów imperatora nacji, która modliła się wprawdzie do tego samego Boga, ale już w innym języku i obrządku. I naprawdę niewiele wtedy brakowało, by z tak beznadziejnie idiotycznych powodów, winogrodnicy rodem z Hesji, Nadrenii-Palatynatu oraz Burgundii; wszyscy ci producenci Beaujolais oraz wytrawnych produktów w rodzaju Médoc Château Saint Bonnet czy też Château aux Quatre Vents z regionu Bordeaux - byliby się co do nogi wzajemnie powybijali nad rzeką Sommą i pod francuskim miastem Verdun.

    A tym samym my, przyszłe pokolenia, z miłością i nienawiścią do cesarskich wąsów i bokobrodów zupełnie nieobeznane, a więc generacje absolutnie winą za wybuch tamtej wojny nieobarczone, zostalibyśmy skazani na dość ponurą rzeczywistość współczesnego delektowania się smakowitością trunków rycerskich o swojsko brzmiących nazwach Tur czy też Mózgotrzep… Znaczy się całej gamy produktów naszej rodzimej, bodzentyńskiej Wytwórni Win Owocowych.

    Dla porządku rzeczy odnotować należy, że lat temu kilka trunki te za ich przednią jakość uhonorowano patetycznym biało-czerwonym znakiem rynkowym: „Teraz Polska”. Całą uroczystość transmitowała telewizja… Były więc światła jupiterów i liczne grono jakże dostojnych zaściankowych VIP-ów jednokadencyjnych… Nie zabrakło też oczywiście duszpasterza energicnie machającego kropidłem… Ot, jeszcze jedna okazja do pielęgnowania cnót narodowych znaczonych Wartościami Chrześcijańskimi… Ostatecznie, jeśli niegdyś zdarzył się cud w Kanie Galilejskiej, to czemu niby miałby nie zdarzyć się współcześnie w takim Bodzentynie… Zwłaszcza, że ta mieścina posiada lokalizację wybitnie do cudów ją predysponującą. Bodzentyn leży wszak u samych stóp Świętego Krzyża…

    Wśród zbrojnych i umundurowanych tłumów przewalających się ówcześnie po calusieńkiej Europie - zapętał się też całkiem niezauważalnie niezauważalny zrazu kapralina. Zaciągając się do cesarskiej armii, podoficer ten wraz ze swoim cywilnym przyodziewkiem zostawił za sobą całą frustrację powodowaną całkowitym brakiem uznania dla jego, dość wątpliwego, talentu artystycznego, z jakim pacykował swoje dość pokraczne akwarelki. Wdzianie munduru armii cesarskiej było więc dla niego najwyraźniej jedyną szansą na pozostawienie za sobą przykrego wspomnienia o marności swej cywilnej egzystencji. W tym także koszmaru wegetacji na wiedeńskim bruku, co znaczone było czasami koniecznością nocowania w przytułkach dla bezdomnych.




Fot.   Okopy wypełnione zwłokami żołnierzy zabitych gazami bojowymi




Fot.   Zbieranie z pola bitwy zwłok poległych niemieckich żołnierzy

    I teraz oto właśnie, gdzieś tam nad Sommą, nawdychawszy się trującego gazu, co zabić go jednak jakimś cudem nie zdołał, niepozorny kapralina armii cesarskiej uległ nieodwracalnie fascynacji przemysłowymi metodami uśmiercania ludzi. Odbywając potem swą długotrwałą rekonwalescencję w wojskowym lazarecie w Passawalk, miał dużo czasu na rozmaite przemyślenia. Zapewne to one właśnie zainspirowały ówczesnego kaprala Adolfa Hitlera do zorganizowania w niedalekiej już przyszłości bezprzykładnego imperium śmierci, zrodzonego ze szczepu bakterii nienawiści wyhodowanej na oparach iperytu i fosgenu. Znaczy się bojowych gazów snujących się po bitewnych polach Wielkiej Wojny. Imperium przerażającego swym wzorcowym funkcjonowaniem bazującym na jakże społecznie pożądanych niemieckich cechach narodowych, kulturowo mozolnie wypracowywanych przez całe wieki. Szansy na realizację swych obłąkańczych planów przyszły wódz III Rzeszy upatrywał w panicznym strachu przed władzą wpajanym Niemcom od kilkudziesięciu już pokoleń. Wpajanie to rodziło nawyk ślepego posłuszeństwa, a zarazem było wytłumaczeniem dla wszechobecnego oportunizmu. Uzupełnienie tej kulturowej kompozycji stanowiła pedanteria - pozytywna i pożyteczna cecha zrodzona z poczucia odpowiedzialności za rzetelność swojego działania.

    Ale tymczasem; mając za nic swój żywot marny, poszedł był kapralina naprzeciw wyzwaniu swojego losu ramię w ramię z setkami tysięcy innych, lecz jednocześnie przecież takich samych jak i on młodzieńców. Wszyscy oni maszerowali, aby zabijać i okaleczać swoich rówieśników... Młodzieńców  o takich samych pragnieniach, ciągotkach i marzeniach, lecz akurat sztucznie i odgórnie od siebie odróżnionych fasonami oraz kolorami mundurów, w które wszyscy ci chłopcy zostali ubrani przez wzorcowo lojalnych cesarskich urzędników również przecież umundurowanych! Żaden z nich bynajmniej nie dopuszczał do siebie myśli, że oto bez żadnego wyjątku na nich wszystkich - entuzjastycznie dziś maszerujących ze śpiewem na ustach w nieznaną otchłań młodzieńczej przygody - akurat z wielkim utęsknieniem czekały parzące i dławiące, nisko snujące się po ziemi mgły gazów bojowych. Czekały gorące odłamki eksplodujących granatów i szrapneli, klingi szbel i ostrza bagnetów, a także groty lanc ułańskich. Czekały znienacka wybuchające miny, torpedy i bomby głębinowe. Czekał nieprzerwany terkot długich serii oddawanych z karabinów maszynowych po obu stronach frontu, a także nużące podróże odbywane pociągami pancernymi. Czekały dopiero co wymyślone czołgi - bezwzględnie miażdżące swymi gąsienicami absolutnie wszystko, co na swej drodze spotkać im było dane... Czekały wszy, bunkry żelbetonowe, zasieki z drutów kolczastych, błotniste transzeje z grubsza tu i ówdzie faszyną umocnione. Oczekiwały na nich salwy plutonów egzekucyjnych, które były natychmiastowymi wykonawcami wyroków sądów polowych. A także ostrzały artyleryjskie, beznadziejne wielomiesięczne obrony, nieudane szturmy… I znów niekończące się tkwienie w błotnistych okopach… Czekały łzy radości dziewczyn, gdzieś tam dawno temu już pozostawionych, pozapominanych, lecz      i tak z nadzieją wytrwale czekających. Tęskniły za nimi lazarety oraz udane amputacje kończyn w nich przeprowadzane. Potem ich losem stawały się szczęśliwe powroty do domu, choć często na szczudłach drewnianych... Ich drogi znaczyć także miały przygodne brzemienności wojenne, przez nikogo wszak nieplanowane... Oczekiwały ich Krzyże Żelazne, a także i te drewniane, brzozowe.

    „Die Rose, die Rose, die Rose  war rot..
    Und bleich war die Liebe, so bleich - wie der Tod...” - śpiewano potem   o wojennym losie tych młodzieńców, spośród których, niejednego udziałem stał się inny zgoła od tego wymarzonego na początku wojny - powrót do domu... Medal z blachy, noga z drewna...
    Kolejny, choć niestety jeszcze nie ostatni raz, okazać się miało, że miarą cywilizacyjnego postępu ludzkości jest doskonalenie metod uśmiercania ludzi... Kulturowy rozwój gatunku zwanego homo sapiens wszedł oto w fazę swego rozwoju, którą nazwać by należało okresem kultu masowego zabijania swoich bliźnich. Na niespotykaną dotąd skalę zatriumfowała bowiem ta nowoczesna forma niewolnictwa, znaczona uzależnieniem od wiedzy decydującej o postępie technicznym. Wiedzy tego osobliwego rodzaju z rozumem i mądrością niewiele wszak posiadającej wspólnego.  
    Można więc śmiało powiedzieć, że za sprawą całego tego szaleństwa kończącego właśnie idylliczne trwanie la belle epoque niejeden wiejski kowal swego stracił czeladnika na Wojnie Światowej, która wówczas nie zdołała jeszcze dorobić się swojego numeru.
    W tym wojennym czasie - Jan Pacek, czyli mój dziadek, tak samo jak i miliony innych, jemu podobnych młodych ludzi; przez najbliższych lat kilka miał być potwornie zajęty za sprawą niebywale potwornego zajęcia wojowania. Z tego to właśnie powodu dla rodziny swojej własnej za grosz czasu mieć nie mógł. Moja babka Katarzyna nie bardzo wiedziała, z jakich to ważnych powodów jej mąż zmuszony był do wyrwania go z wiejskiej chałupy po to, by codziennie narażał swój własny żywot na spotkanie z kulą wystrzeloną przez kogoś, z kim prze miedzę nie graniczył i mu tej między nie podorywał.... Będąc bezgranicznie przepełniona obawami żywionymi przez każdą absolutnie małżonkę frontowego żołnierza, cierpliwie na dziadka jednak czekała i o jego powrót szczęśliwy do chałupy, codziennie modliła się żarliwie.
    Trzeba przyznać sprawiedliwie, że sztuka przelewania krwi za absolutnie mu obcego i nigdy zapewne na oczy niewidzianego cara-batiuszkę, udała się mojemu dziadkowi wprost znakomicie. Jak mówi rodzinny przekaz, po zakończeniu zmagań Wielkiej Wojny; dziadek powrócił do domu z płucem wprawdzie przestrzelonym, ale też jako tako podleczonym. Przyszedł boso i piechotą w ukradzionej jakiemuś księdzu - czarnej sutannie, skutecznie maskującej brak portek i butów, wyfasowanych przezeń na samym początku Wielkiej Wojny. Myślę więc, iż ta wojenna dziadkowa sutanna wszystkich ostatecznie przekonała o tym, że najwyraźniej, żarliwe modły mojej babki wysłuchane zostały w Niebiosach aż do samego, jakże  bolesnego końca. Miliony, takich jak on, użyźniło swoimi ciałami pola bitewne całej Europy -  a dziadek jednak wrócił... W perspektywie miał wszak jeszcze spełnić swój obowiązek prokreacyjny mierzony czwórką dzieci, w tym tego najmłodszego - czyli mojej matki...
    Od mojego dziadka, zaciągniętego do rosyjskiej armii - zdecydowanie mniej wojennego szczęścia miał as niemieckiego lotnictwa dekorowany najwyższymi odznaczeniami przez samego cesarza Wilhelma II. Mam na myśli, poległego w ostatnim roku Wielkiej Wojny zwanego Czerwonym Baronem Manfreda von Richthofena.

    Jednakże nim Czerwony Baron zginął w dniu 21 kwietnia 1918 roku: zdążył już wcześniej wsławić się zestrzeleniem aż osiemdziesięciu alianckich samolotów. Swoje pierwsze na czerwonym trójpłatowym Fokkerze i zarazem sześćdziesiąte zwycięstwo powietrzne - Manfred von Richthofen odniósł pierwszego września 1917 roku, a więc akurat tego samego dnia, gdy urodził się mój ojciec Edward Nasiołkowski.



Fot. 4. „ Czerwony Baron” czyli Manfred von Richthofen

 
    Najnowsze badania przeprowadzone przy użyciu technik komputerowych dowiodły niepodważalnie, że jaskrawoczerwonego trójpłatowego Fokkera z czarnymi krzyżami na skrzydłach nie zestrzelił bynajmniej goniący go po francuskim niebie kanadyjski kapitan Arthur Roy Brown. W rzeczywistości dokonał tego jeden z trzech australijskich piechurów, którzy do czerwonego samolotu strzelali z ziemi z karabinów maszynowych „Vickers” o powszechnym i typowym wówczas kalibrze 7,7 mm. A więc kalibrze identycznym jak karabiny z samolotu kapitana Browna.

    Trafiony śmiertelnie jedną tylko kulą Manfred von Richthofen ostatkiem sił zdołał wylądować na całkiem przypadkowym polu. Czerwony Baron żył na ziemi jeszcze gdzieś tak około minuty. Kiedy wyzionął ducha, stwierdzono, że rana wlotowa pocisku karabinowego znajdowała się w jego prawym boku. Obracając się w jego ciele, kula uszkodziła cały szereg ważnych organów wewnętrznych. Jej wylot znajdował się w górnej i zarazem lewej, bocznej części klatki piersiowej pilota.

    Całe to wojenne wydarzenie uznano wówczas za powietrzne zwycięstwo kanadyjskiego kapitana Arthura Roya Browna. Szeregowy Snowy Evans, zmarły w roku 1925 australijski weteran tamtej wojny, nigdy się nie dowiedział, że tamtego kwietniowego przedpołudnia to właśnie on zestrzelił legendarnego Czerwonego Barona. Wymontowany z kabiny zestrzelonego trójpłatowego czerwonego Fokkera i oglądany dziś przez zwiedzających w kanadyjskim muzeum fotel, nic zatem nie posiada wspólnego z powietrznym zwycięstwem kanadyjskiego pilota. Dziury w oparciu tego lotniczego fotela, powszechnie uważane za przestrzeliny powstałe podczas walki powietrznej, żadnymi przestrzelinami bynajmniej nie są. To jedynie pozostałość po nitach o średnicy znacznie mniejszej niźli ta, jaką posiadały pociski kalibru 7,7 mm, którymi strzelał zarówno karabin zamontowany w samolocie kanadyjskiego kapitana Browna, jak również i karabin australijskiego szeregowego Evansa.

    Uznać zatem należy, że pochodzący ze Świdnicy, choć urodzony w Borku, stanowiącym dziś dzielnicę Wrocławia, Manfred Freiherr von Richthofen odznaczony Krzyżem Żelaznym oraz niezwykle rzadko przyznawanym - ustanowionym przez pruskiego króla Fryderyka Wielkiego - Krzyżem Pour le Mérite, wprawdzie zginął, lecz w powietrznej walce nie został nigdy pokonany. Żył niespełna 26 lat. Jego najbliższe urodziny przypaść miały niebawem, gdyż w dniu 2 maja 1918 roku…

    Akurat tego samego dnia, gdy do ostatniego swojego lotu bojowego wystartował „Czerwony Baron”, swój pierwszy lot bojowy odbył inny członek arystokratycznego rodu von Richthofen. Był nim Wolfram Freiherr von Richthofen. W przyszłości miał wydać rozkaz zbombardowania baskijskiego miasteczka Guernica, a także Wielunia i Frampola.



Fot.  Wolfram Freiherr von Richthofen

 
    Przyznać trzeba, że zwycięzcy alianci zachowali się niebywale rycersko. Trzeci Dywizjon Australijskich Sił Powietrznych urządził poległemu wrogowi pogrzeb ze wszelkimi honorami należnymi wojennemu bohaterowi. Czerwonego Barona pochowano na cmentarzu w Bertlanges pod Amiens akurat tego samego dnia, gdy w Kowali Duszocinie - w krytej słomianą strzechą chłopskiej chacie - umierał na tyfus szerzej nieznany rysownik, Jakub Nasiołkowski, zaprzyjaźniony niegdyś z zamieszkującym w w orońskim dworze - Józefem Brandtem.



Fot. Jedyne ocalałe rysunki autorstwa Jakuba Nasiołkowskiego.

           Portret brata mojej babki Jana Fronka oraz jego żony Karoliny

    Mój pradziad Mikołaj Nasiołkowski przeżył zarówno powstanie, jak i upadek Cesarstwa Niemieckiego. Mój pradziad zmarł 12 września 1931 roku. Odszedł nie przypuszczając nawet, że następna wojna jest przeznaczeniem trzech spośród czterech jego męskich wnuków urodzonych w czasie trwania tamtej, Wielkiej Wojny.

    W roku, w którym Mikołaj Nasiołkowski skończył 60 lat, abdykował Mikołaj II Romanow, a kilka miesięcy później doszło do dość operetkowego piotrogrodzkiego puczu, przez dziesięciolecia całe okazjonalnie nazywanego Wielką Rewolucją Październikową. Rok potem, obawiając się takiego samego losu jaki stał się udziałem carskiej rodziny - uciekł do Holandii przed rewolucją niemiecki cesarz Wilhelm II, niegdyś portretowany przez samego Wojciecha Kossaka. Najwyraźniej wiedział, że w dalekim Jekaterynburgu, położonym na cośkolwiek znanej mojemu pradziadowi Mikołajowi Syberii,  w nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku,  w piwnicy domu należącego niegdyś do miejscowego kupca Jepatiewa,  z rozkazu Jakuba Swierdłowa dokonano barbarzyńskiego mordu na carskiej rodzinie. Bezpośrednimi sprawcami tej zbrodni nie byli bynajmniej Rosjanie, lecz dowodzeni przez Jankiela Jurowskiego specjalnie podobierani bolszewicy z cudzoziemskim rodowodem, rekrutujący się przeważnie spośród żołnierzy armii austriackiej, wziętych przez Rosjan do niewoli podczas działań wojennych. Aż trudno uwierzyć, ale niepodważalnym faktem jest, że jednym z członków tego międzynarodowego komanda siepaczy był nie kto inny, jak tylko sam Imre Nagy, późniejszy premier Węgier i zarazem bohater pamiętnych budapeszteńskich wydarzeń z jesieni 1956 roku.

    Jak powszechnie wiadomo, zwycięscy zwolennicy Janoša Kadara, z namaszczenia swoich kremlowskich protektorów sprawującego władzę na Węgrzech od momentu stłumienia antystalinowskiej rewolucji 1956 roku, oskarżyli premiera Imre Nagya i kilku jego towarzyszy o zdradę. Trzech czołowych przywódców węgierskiej niezgody na przymusową przyjaźń ze Związkiem Radzieckim skazano na karę śmierci.
    Imre Nagy, Miklós Gimes i Pál Maléter zostali powieszeni o świcie w dniu 16 czerwca 1958 roku. A więc dziewiętnaście miesięcy po stłumieniu przez Armię Radziecką robotniczego zrywu wyrażającego dążenie do uniezależnienia się Węgier od Związku Radzieckiego. Następnie zwłoki trzech skazańców owinięto w nasączony smołą papier, i - twarzą do dołu - zagrzebano cichcem na więziennym dziedzińcu.
    Tym to sposobem bolszewicka rewolucja pożarła swoje kolejne dzieci.

    W latach, jakie nadeszły po mordzie dokonanym na członkach rodziny carskiej, a więc w czasach istnienia ZSRR (które na szczęście nasze całe – przeszły już do historii) - Jekaterynburg przemianowano na Swierdłowsk. W ten oto sposób, bolszewicy uczcili zbrodnię, i jej - jakże zasłużonego dla radzieckiej władzy - kierowniczego sprawcę.
    Niepodważalnym jest bowiem pogląd, że według wszelkich zasad prawa karnego, kierowniczym sprawcą tamtego piwnicznego mordu dokonanego na rodzinie Mikołaja II Romanowa, był nie kto inny, jak Jakub Swierdłow. Nie można nie zauważyć, że mord dokonany na ostatnim koronowanym władcy rosyjskim oraz członkach jego rodziny nie był niczym innym, jak tylko przysłowiową kropką nad „i”, w makabryczny sposób podsumowującą braki w umiejętności sprawowania władzy przez wielce nieudolnego Mikołaja II.  

    Otóż należy zauważyć, że Mikołaj II ewidentnie zlekceważył znaczenie rewolucyjnego wrzenia w 1905 roku, będącego wszak wynikiem rosyjskiej klęski w wojnie z Japonią. W przededniu wybuchu I Wojny Światowej Imperium Rosyjskie przeżywało nie byle jaki boom koniunktury, znaczony aż 16% stopą wzrostu gospodarczego w skali rocznej. Ten to właśnie trend ekonomiczny został zniweczony przystąpieniem przez Rosję do wojny w roku 1914. Zauważyć przy tym należy, że przyczyny tego fatalnego w swych skutkach kroku posiadały charakter czysto ambicjonalny politycznie. Wynikały one bowiem z obawy o utratę przez Rosję jej wpływów na Bałkanach. Trzeba powiedzieć - wpływów dość iluzorycznych.




Fot. Ostatni rosyjski car Mikołaj II

 
    Na skutek wojennego zubożenia społeczeństwa rosyjskiego odebrano Rosjanom dopiero co rozbudzone nadzieje na coraz to wyższą stopę życiową. Stan społecznej frustracji pogłębiały jeszcze kolejne klęski ponoszone na froncie przez armię rosyjską. W ten to sposób - zamiast mnożenia się rzeszy poddanych zadowolonych z rządów cara Mikołaja II - mnożyły się miliony niezadowolonych. Tych, coraz bardziej zubożałych i głodujących za linią frontu. Oraz tych głodujących i codziennie umierających na frontach wojennych. Jest więc oczywiste, że najbardziej sfrustrowanymi z powodu wojny Rosjanami byli ci, którzy nosili mundury wojskowe i mieli w swych rękach karabiny. Miliony sztuk karabinów...

    Z drugiej strony rosyjski władca nie sprawował wszak swej władzy z wyboru na kolejne kadencje. Rosjanie coraz bardziej niezadowoleni z carskich rządów, znaczonych uwikłaniem w wieloletnią wojnę, nie posiadali przecież możliwości wybrania sobie demokratycznie innego cara. Nie byli wszak obywatelami, a jedynie poddanymi. Ale z powodu trwającej właśnie wojny, byli poddanymi uzbrojonymi. Tym samym posiadali możliwość zbrojnego wystąpienia przeciwko władzy i obalenia dotychczasowego władcy. Zbrojny bunt carskich poddanych jawił się być jedyną możliwą w ówczesnej Rosji formą wyrażenia społecznej woli. Rosyjskie klęski w kolejnej wojnie (powiedzieć trzeba, że dla poddanych Mikołaja II klęski znacznie bardziej dotkliwe niźli te poniesione w wojnie japońskiej) musiały więc zrodzić kolejną rewolucję. Niepodważalnym faktem jest, że to właśnie brak rozumienia tego mechanizmu przez Mikołaja II w połączeniu z jego miernymi dość umiejętnościami prowadzenia polityki zagranicznej doprowadziły do eksplozji. Efektem carskiej obawy o utratę rosyjskich wpływów na Bałkanach stała się ostatecznie utrata przez Mikołaja II najpierw władzy, a niebawem także i życia. Zatem masakrę carskiej rodziny w piwnicy domu kupca Jepatiewa postrzegać należy także w jej aspekcie czysto wiktymologicznym.

    Całkiem niedawno, gdyż w schyłkowym już okresie epoki niebywale długowiecznego Leonida Breżniewa; na polecenie ówczesnego lokalnego sekretarza Komunistycznej Partii ZSRR dom kupca Jepatiewa  w Swierdłowsku zwanym niegdyś Jekatierynburgiem - tak na wszelki wypadek; został zburzony. Gdyby ktoś tego nie wiedział, to przypominam, że ów partyjny aparatczyk, który nakazał zburzenie domu, w którym wymordowano carską rodzinę - nazywał się Borys Jelcyn. Tak, tak, ten sam nieżyjący już Borys Jelcyn, który kilka lat później, jako niekomunistyczny prezydent takiej niby-demokratycznej Rosji, był jednym spośród głównych organizatorów i uczestników uroczystego pogrzebu przez całe dziesięciolecia cichcem przez różnych zapaleńców poszukiwanych i prawie cudem wreszcie odnalezionych szczątków członków carskiej rodziny Romanowów.

    Nieco wcześniej, gdyż w czerwcu 1989 roku, z udziałem setek tysięcy mieszkańców Budapesztu odbył się powtórny pogrzeb Imre Nagya oraz Pála Malétera i Miklósa Gimesa. Węgrzy sprawili im pogrzeb należny bohaterom narodowym.

    Analogii pomiędzy losami oraz pochówkami członków rodziny Mikołaja II Romanowa oraz należącego przecież do grona zabójców carskiej rodziny Imre Nagya i jego dwóch towarzyszy - przeoczyć nie sposób.
    Myślę, że najlepszym podsumowaniem dla bezsensu wszelkich wojen, na których zazwyczaj giną tysiącami, a bywa, że i milionami - zwykli, anonimowi żołnierze, aczkolwiek zdarza się czasem, że wojny także i koronowanych głów nie oszczędzają - będzie ten wiersz ku przestrodze; „Do prostego człowieka” adresowany i przekonywujący, że  najlepiej jest jednak nie brać do ręki karabinu:


Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić „historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę - bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab - kwiatami
Obrzucać zacznie „żołnierzyków”.
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej, czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z pannami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj, broniąc swej krwawicy:
„Bujać - to my, panowie szlachta!”.




 


Cmentarz ewangelicki w Radomiu Groby poległych w I wojnie światowej za ojczyznę żołnierzy niemieckich. Trzy polskie, zgermanizowane nazwiska...



Cmentarz legionistów w Jastkowie




Cmentarz poległych w bitwie pod Verdun żołnierzy francuskich



Cmentarz w Lotaryngii nad jeziorem Madine, gdzie spoczywają żołnierze amerykańscy polegli we Francji podczas I wojny światowej



Jak głosi napis na krzyżu  - miejsce spoczynku poległego na polu chwały żołnierza znanego jedynie Bogu...



Kompleks pomnikowo-muzealny Verdun



Lotaryngia nad jeziorem Madine wzniesione mauzoleum żołnierzy amerykańskich poległych we Francji podczas I wojny światowej



Urządzony po I wojnie światowej w Wielkiej Brytanii cmentarz amerykańskich żołnierzy poległych w obydwu wojnach światowych



Wejście do muzeum bitwy pod Verdun


Wejście na cmentarz francuski pod Verdun

Piotr Jan Nasiołkowski

Ilustrujące tekst fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Ostatnie komentarze

  • miki powiedział(a) Więcej
    666 napisał:
    Oho już się odezwał nadworny koniuszy przeslawny historyk w wielce skromnej osobie i szpanuje wiedzą .
    A Ty... 3 godzin temu
  • beks powiedział(a) Więcej
    wj, szkoda ,że ortografia się wszędzie nie wp...rza, może byś wtedy pisał poprawnie. 3 godzin temu
  • Admari powiedział(a) Więcej
    Brawo P.Piotrze , BRAVO !!! 5 godzin temu