Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Gorycz podniebnego zwycięstwa - Piotr Jan Nasiołkowski

Lato i jesień 1942 roku to czas, kiedy ważyły się losy Bitwy o Atlantyk. Z tej też przyczyny, także w dniu 16 września 1942 roku, Wellingtony 304. Dywizjonu Bombowego wystartowały ze swej nadmorskiej bazy w walijskim Dale, by patrolując wody Zatoki Biskajskiej utrudniać wychodzącym z francuskich portów wilczym stadom U-bootom Kriegsmarine dotarcie do wyznaczonych im rejonów operacyjnych na Atlantyku, dokąd zdążały z zadaniem zatopienia każdego frachtowca płynącego z amerykańskim zaopatrzeniem dla Wysp Brytyjskich.




Dwusilnikowy brytyjski bombowiec Wellington


Członkowie załóg 304. dywizjonu na płycie lotniska w Dale



Powracający z atlantyckiego rejsu u-boot wchodzi do portowego bunkra w Breście


Wilcze stado U- bootów... na Atlantyku


Aliancki frachtowiec widziany przez peryskop U-boota


Istota służby patrolowej w Coastal Command. Wellington 304 dywizjonu bombowego RAF nad wodami Zatoki Biskajskiej.


    Punktualnie o godzinie 9.30 od pasa startowego oderwała się maszyna zwana przez żołnierzy dywizjonu „Elą”, a to z racji oznakowania jej literą „E”. Za wolantem tego Wellingtona zasiadał porucznik Stanisław Targowski. Kiedy czas patrolowania wód Zatoki Biskajskiej miał się już ku końcowi, o godzinie 16.12 Wellington porucznika Targowskiego natrafił na formację złożoną aż z sześciu Ju-88. Natychmiast po dostrzeżeniu wrogich samolotów pilot bombowca zniżył lot do około 150 metrów nad powierzchnią wody i wyrzucił do morza cały ładunek bomb, pozbywając się w ten sposób obciążenia. Starając się chronić przed atakiem od dołu, samolot zszedł jeszcze niżej. Wtedy trzy wrogie myśliwce przypuściły swój pierwszy atak, podchodząc pojedynczo od lewej przedniej strony lecącego tuż nad lustrem wody Wellingtona. Robiąc stałe uniki przed atakującymi go trzema Ju-88, maszyna leciała już wtedy na wysokości od 4,5 do co najwyżej 15 m. Chwilami niemalże ciągnąc skrzydłami po wodzie. W tym samym czasie, radiotelegrafista, plutonowy Zygmunt Piechowiak, nadał otwartym tekstem przez radio, wiadomość o swojej pozycji oraz ataku wrogich samolotów. Zaraz potem, przeszedł do obsługiwania dwóch bocznych karabinów maszynowych. W pewnym momencie pilot Wellingtona ustawił maszynę czołowo na kursie atakującego Ju-88. W ten sposób skutecznie utrudnił zadanie wrogowi zmniejszając dlań powierzchnię celu i zarazem skracając czas możności przeprowadzenia ataku umożliwił jednocześnie swojemu przedniemu strzelcowi, kapralowi Władysławowi Młynarskiemu, oddanie do napastnika dwóch krótkich serii z bardzo bliskiej odległości. Ostrzelany Junkers przeszedł tuż obok Wellingtona. Wtedy to długą serię ze swoich kaemów oddal do niego tylny strzelec kapral Franciszek Kubacik. Tymczasem polski bombowiec został zaatakowany od przodu przez drugiego Junkersa. Pilot wrogiego myśliwca trafiony celnym ogniem kaemów przedniego strzelca stracił panowanie nad maszyną i omal nie staranował atakowanego przez siebie Wellingtona. Maszyna Coastal Command zdołała uniknąć zderzenia tylko na skutek gwałtownego manewru wykonanego przez pierwszego pilota, porucznika Stanisława Targowskiego, wykazującego się podczas trwania całego starcia nie tylko zimną krwią i niebywale wysokimi umiejętnościami pilotażu. Lecący tuż nad lustrem wody Wellington gwałtownie obniżył swój lot jeszcze bardziej i ocierając się niemalże o grzbiety morskich fal, przeszedł tuż tuż - pod Junkersem - przecinającym jego kurs. Znów natychmiastowo zareagował tylny strzelec, kapral Franciszek Kubacik otwierając ogień do wrogiej maszyny. Efektem oddanej przez niego celnej serii z kaemów było gwałtowne zatrzymanie pracy śmigła lewego silnika Junkersa. W ten sposób, niemiecki samolot został przymuszony do wodowania. Dla załogi Wellingtona nie oznaczało to jeszcze wcale końca opresji ani chociażby chwili wytchnienia. Ich samolot był już bowiem w tym momencie atakowany przez trzeciego myśliwca. Przedni strzelec, kapral Władysław Młynarski, podpuszczając atakującego Junkersa na bardzo bliską odległość, skomentował jego atak słowami: „Gdzie się pchasz? Co, nie widzisz polskich szachownic?” - po czym nacisnął spust, oddając do napastnika dwie krótkie serie. I zaraz jego słowom zawtórowały karabiny maszynowe, zamontowane w tylnej wieżyczce kaprala Franciszka Kubacika. Wnętrze samolotu coraz bardziej wypełniał dokuczliwy, gryzący w oczy dym, zbierający się po seriach pocisków wystrzelonych z pokładowych karabinów maszynowych. Jednocześnie maszyna zmieniła kurs, kierując się w kierunku swojej pierwotnej pozycji, odległej od bazy o około 140 mil, czyli jakieś 260 km.


    Tymczasem do ataku z przedniej, prawej strony Wellingtona, przystąpiły  dwa następne Junkersy, trzymające się dotychczas w nieco dalszej odległości. Po celnej serii, oddanej do pierwszego z nich z karabinów maszynowych zamontowanych w wieżyczce przedniego strzelca, kaprala Władysława Młynarskiego dały się zauważyć jakieś kawałki poszycia blach, odskakujące od kadłuba wrogiego myśliwca, który ciągnąc za sobą smugę dymu, niemal natychmiast wpadł w dodatkową opresję jaką było dostanie się pod ogień prowadzony z karabinów maszynowych tylnej wieżyczki kaprala Franciszka Kubacika. Wtedy pilot drugiego Junkersa, widząc bezsens powtarzania manewru swojego poprzednika, wykonał gwałtowny skręt w prawo, i zaatakował Wellingtona prostopadle od jego prawej strony. Reagując na ten manewr, porucznik Stanisław Targowski poderwał wówczas maszynę znad lustra wody ku górze i wykonał gwałtowny zwrot w kierunku nieprzyjacielskiego samolotu. W tym samym momencie pocisk z pokładowego działka Junkersa trafił w zbiornik paliwa Wellingtona i - prawie jednocześnie - jego brezentowe poszycie przebiła cała seria pocisków z karabinu maszynowego. Po wybuchu pocisku z działka, po wnętrzu samolotu zaczął się rozchodzić gesty dym. Na całe szczęście nikt spośród członków załogi atakowanej „Eli” - nie odniósł żadnych obrażeń. W tym momencie, kapitan Władysław Minakowski polecił pokładowemu radiotelegrafiście, plutonowemu Zygmuntowi Piechowiakowi i drugiemu pilotowi, kapralowi Zygmuntowi Kowalewiczowi donoszenie amunicji strzelcom pokładowym z obydwu wieżyczek. Na horyzoncie pokazały się wreszcie chmury, dające Wellingtonowi szansę na ukrycie się przed kolejnymi atakami wrogich myśliwców, które tymczasem, nie rezygnując z walki, ponowiły swój atak. Tym razem Junkersy próbowały szczęścia od tylnej, lewej strony Wellingtona. Zamknięty w tylnej wieżyczce strzelec pokładowy, kapral Franciszek Kubacik, z bardzo bliskiej odległości oddał do obydwóch napastników po kilka krótkich serii.


Hauptmann Heinz Horst.Hissbach wraz z załogą Ju-88 z K.G. 40.


Hauptmann Heinz Horst Hissbach w kabinie Ju-88c z K.G. 40


Hauptmann Heinz - Horst Hissbach

    Ten atak wrogiej maszyny okazał się być już ostatnim. Znajdujące się przed Wellingtonem nieprzyjacielskie Junkersy pomimo posiadania dogodnej pozycji do ataku nie podjęły bowiem kolejnej już próby zestrzelenia naszego samolotu. Dostrzegłszy warstwę chmur zalegających nieopodal na wysokości około 450 metrów nad powierzchnią morza porucznik Stanisław Targowski, włączając ich pełne obroty, wycisnął z silników tylko można i po chwili bombowiec Coastal Command, stracił kontakt wzrokowy z nieprzyjacielem. Radiotelegrafista nadał zaszyfrowaną depeszę informującą bazę o tym, że z uwagi na wyciek paliwa i oleju - maszyna nie jest w stanie dotrzeć do macierzystego lotniska. Kiedy o godzinie 17.50, czyli po ośmiu godzinach i dwudziestu minutach lotu; Wellington wylądował wreszcie na angielskiej ziemi, okazało się, że jego dodatkowy zbiornik oleju był zupełnie pusty, a zasób benzyny akurat na ukończeniu. Przeprowadzone niezwłocznie po lądowaniu, pobieżne oględziny Wellingtona „E” pozwoliły naliczyć aż czterdzieści trafień pocisków wystrzelonych z nieprzyjacielskich karabinów maszynowych, oraz jedno trafienie z działka pokładowego. Zważywszy, że pocisk ten przedziurawił akurat zbiornik paliwa w prawym skrzydle - mniemać należy, że właśnie to uszkodzenie było najgroźniejsze dla samolotu i jego załogi. Zwłaszcza, że przy okazji tego trafienia; płat nośny prawego skrzydła, stracił około dwóch metrów kwadratowych swej powierzchni i dodatkowo uszkodzona została sama kratownica skrzydła. Aż dziw bierze, że podczas tamtego starcia nad wodami Zatoki Biskajskiej, z pięcioma naraz, Junkersami - 88; nikt spośród członków załogi pokiereszowanego ogniem Wellingtona „E”- nie odniósł absolutnie żadnych obrażeń.


Mechanik Zwoliński naprawia tylną wieżyczkę strzelecką Wellingtona


Mechanik Wacław Serwiński z Welingtonem 304. Dywizjonu Bombowego

  
 Bilans tamtego zwycięskiego starcia, zamyka się dla załogi „Eli” jednym zestrzelonym nieprzyjacielskim Ju-88 drugim uszkodzonym na pewno i jeszcze jednym uszkodzonym prawdopodobnie. Wynika to z tego, że w ostatnim ataku przeprowadzonym przez Junkersy, brały udział już tylko dwie nieprzyjacielskie maszyny. Ta powietrzna potyczka zakończyła się korzystnie dla załogi polskiego bombowca za przyczyną wykazania się przez wszystkich jej członków wielkim opanowaniem i hartem ducha , co każdemu z nich pozwoliło na harmonijne i spokojne wykonywanie swoich zadań.

    Wszystkie te czynniki złożyły się na to, że tamtego dnia załoga „Eli”, stoczyła najsłynniejszą walkę powietrzną, spośród tych wszystkich, jakie załogom Wellingtonów 304. Dywizjonu Bombowego przyszło prowadzić z niemieckimi myśliwcami.



Porucznik Edward Zarudzki jako drugi z prawej - Pierwszy z lewej sierżant Brunon Wierciński


Porucznik Edward Zarudzki

    Przeprowadzone już wyżej porównanie parametrów technicznych Junkersa-88 oraz Wellingtona, jednoznacznie przekonuje o tym, że właściwie zakrawało na cud, by pojedynczy Wellington, pozbawiony jakiejkolwiek osłony myśliwskiej był w stanie skutecznie stawić czoła chociażby jednemu tylko atakującemu go Ju-88. A w tym przypadku; zupełnie nieoczekiwanie, pojedynczy Wellington zdołał sobie poradzić, aż z całą piątką, jednocześnie atakujących go Junkersów-88, posiadających przecież miażdżącą w każdym calu przewagę nad ażurowo skonstruowaną maszyną Coastal Command. Ale cudu żadnego tu dopatrywać się nie należy... Niemcom najwyraźniej chodziło o coś zupełnie innego niż zestrzelenie maszyny.


Generał Stanisław Ujejski dekoruje Krzyżem Walecznych porucznika Edwarda Zarudzkiego



Kopenhaga 2006 r. Profesor Edward Zarudzki - były pilot 304 dywizjonu

    Podsumowaniem tej walki była - zorganizowana w dniu 2 października 1942 roku - uroczystość dekoracji uczestników tamtego powietrznego starcia Krzyżami Srebrnymi Orderu Virtutti Militari oraz Krzyżami Walecznych. Tego dnia, Inspektor Polskich Sił Powietrznych, generał Stanisław Ujejski, osobiście udekorował Krzyżami Srebrnymi Orderu Virtutti Militari siedzącego za wolantem „Eli”- porucznika pilota Stanisława Targowskiego, oraz przedniego strzelca - kaprala Władysława Młynarskiego.

    Jak zostało to wcześniej wspomniane,; podczas tamtego starcia „Eli” ze zgrają Junkersów, funkcję jej drugiego pilota pełnił - kapral Zygmunt Kowalewicz. Jego udział w tamtej walce, zaowocował odznaczeniem go Krzyżem Walecznych.
    Krzyże Walecznych, po raz pierwszy i drugi otrzymali również dowódca „Eli” - kapitan obserwator Władysław Minakowski, strzelec radiotelegrafista plutonowy Zygmunt Piechowiak, oraz - niewielki wzrostem, lecz hartem ducha olbrzymi, tylny strzelec - kapral Franciszek Kubacik, który podczas walki nad wodami Zatoki Biskajskiej - obracając swoją wieżyczką na wszelkie możliwe sposoby - nie oszczędzał amunicji wysyłając w kierunku wrogich myśliwców kolejne serie. Skuteczny ogień jego karabinów maszynowych pozwolił ostatecznie na odparcie kolejnych ataków wymierzonych w „Elę”.

    W tym miejscu odnotować muszę, że wcześniej trzykrotnie zdarzyło się tak, iż kapral Franciszek Kubacik wchodził w skład tej samej załogi, co i mój wuj - kapral Zygmunt Sasal.


Kapral Zygmunt Sasal


Kapral Franciszek Kubacik


    Odnotować w tym miejscu należy, że awansowany do stopnia majora Władysław Minakowski należał do tych, którzy po zakończeniu wojny i demobilizacji powrócili do kraju.. Nastąpiło to w czerwcu 1947 roku. Początkowo zamierzał hodować kurczęta, lecz koledzy namówili go, by wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. Jego wysokie kwalifikacje sprawiły, że w maju 1948 roku został dowódcą Samodzielnej Eskadry Aerofotogrametrycznej. Niebawem otrzymał też awans do stopnia podpułkownika. Jednakże w dniu 5 maja 1951 roku został aresztowany. Podpułkownikowi Władysławowi Minakowskiemu zarzucono udział w kierowniczej grupie konspiracyjnej zorganizowanej jakoby w szeregach Wojsk Lotniczych przez pułkownika Bernarda Adameckiego już w lipcu 1946 roku. Nadzór nad prowadzonym śledztwem sprawował pułkownik Antoni Skulbaszewski, w czym pomagał mu pułkownik Władysław Kochan oraz importowany do Ludowego Wojska Polskiego z Ukrainy - podpułkownik Naum Lewandowski. Dla osiągnięcia swoich uprzednio już wytyczonych celów, prowadzący tamto śledztwo nie wahali się nawet posłużyć prowokatorem - Bolesławem Okońskim, który odsiadywał karę dożywotniego więzienia, na co    w drodze łaski, zamieniono karę śmierci, wymierzoną mu w 1947 roku za współpracę  hitlerowskimi władzami okupacyjnymi. Do pracy agenturalnej w Zarządzie Informacji Wojsk Lotniczych, zwerbował Bolesława Okońskiego podpułkownik Mitrofan Sołopienko, obiecując mu zwolnienie z więzienia w nagrodę za dobrą współpracę.  Jeszcze jeden Polak z sowieckiego rozkazu!

    Po długotrwałym śledztwie, w trakcie którego stosowano, typowe dla tamtego okresu, niedozwolone metody wymuszające na oficerach przyznanie się do niepopełnionych przestępstw w dniu 8 maja 1952 roku, odbyła się utajniona „rozprawa sądowa”. Składowi orzekającemu Najwyższego Sądu Wojskowego przewodniczył pułkownik Piotr Parzeniecki.

    Autorem aktu oskarżenia, zatwierdzonego następnie przez podpułkownika Mariana Frenkiela w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej,był prokurator Wojsk Lotniczych, podpułkownik Iwan Amons. Najwyraźniej, ten polski oficer słabo musiał władać językiem polskim, skoro w redagowaniu tegoż aktu oskarżenia, wydatnej pomocy udzielił mu kapitan Stanisław Banaszek.

    Na ławie oskarżonych zasiedli:; pułkownik Bernard Adamecki, pułkownik August Menczak, pułkownik Józef Jungraw, podpułkownik Władysław Minakowski, podpułkownik Stanisław Ziach, podpułkownik Aleksander Majewski, podpułkownik Szczepan Ścibior oraz podpułkownik Stanisław Michowski. W trakcie tej niby to „rozprawy sądowej”, która odbyła się w dniu 8 maja 1952 roku oskarżonym odmówiono prawa do korzystania z pomocy obrońców. Po czym, sześciu z nich w tym podpułkownika Władysława Minakowskiego skazano na karę śmierci. Dwóm pozostałym oskarżonym podpułkownikom:; Aleksandrowi Majewskiemu i Stanisławowi Ziachowi - wymierzono kary dożywotniego więzienia. Całość przebiegu tej ponurej farsy sądowej śledziło trzech generałów przysłuchujących się wszystkiemu przez specjalny głośnik, specjalnie do tego celu zamontowany w małym pokoiku, przylegającym do sali, w której toczyła się rozprawa. Byli to; generał broni Turkiel, czyli sam dowódca Wojsk Lotniczych,  generał brygady Marian Naszkowski, tj. szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego oraz jego zastępca generał brygady Mieczysław Mecenas.  




Pukownik Wadysaw Minakowski
Podpułkownik Władysław Minakowski - jeszcze jako major

    Na podkreślenie zasługuje to, że spośród ośmiu oskarżonych, jedynie podpułkownik Władysław Minakowski nie uległ przestępczym metodom śledztwa i na żadnym etapie postępowania, nie przyznał się do fikcyjnych oskarżeń o popełnienie licznych przestępstw. Ostatni akt sądowego mordu rozpoczął się w dniu 7 sierpnia 1952 roku, o godzinie 20.30. Wtedy to, w kazamatach mokotowskiego więzienia; ówczesny chorąży, a późniejszy pułkownik LWP - Aleksander Dreja, wypełniając ostatni akt sądowego mordu, strzałem z pistoletu, oddanym w tył głowy skazańca, pozbawił życia pierwszego spośród szóstki oficerów, co do których Bolesław Bierut, z woli swoich kremlowskich mocodawców osadzony wówczas na urzędzie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej - nie skorzystał z prawa łaski, zaś Zgromadzenie Sędziów Sądu Najwyższego - już wcześniej - odrzuciło wniosek skazanych i ich rodzin o rewizję nadzwyczajną tego zbrodniczego wyroku.   

    Być może, tym pierwszym oficerem zamordowanym, tamtego wieczora przez chorążego Aleksandra Dreję, był właśnie urodzony w Warszawie, w dniu 13 maja 1902 roku - podpułkownik Władysław Minakowski, którego prawie przed dziesięciu laty, w dniu 16 września 1942 roku nad Zatoką Biskajską nie zdołały zestrzelić niemieckie Junkersy - 88, które w ocenie pilotów RAF-u były najtrudniejszymi do zestrzelenia niemieckimi samolotami do czasu wejścia do służby samolotów z silnikami odrzutowymi.


Ciapek - maskotka dyw. 304


Porucznik inż. Stanisław Targowski w rozmowie z Wacławem Serwińskim - 16.09.1942 r.

    Podpułkownik Władysław Minakowski w powojennej Polsce nie miał żadnych szans na przeżycie, gdyż całą swoją dotychczasową życiową postawą, dowiódł dobitnie, że w każdej chwili gotów był podnieść głowę w obronie swoich zasad wpisanych w jego poczucie wolności. Stanowił zatem śmiertelne zagrożenie dla reżimu totalitarnego, dlatego właśnie uruchomiono całą machinę sądowego mordu. Nazwiska jej najważniejszych decydentów zostały wymienione powyżej.  
            Tuż obok nazwisk ich ofiar...

    W dniu 17 września 1942 roku, czyli dobę po tamtej, zwycięskiej potyczce, stoczonej nad Zatoką Biskajską przez załogę porucznika Stanisława Targowskiego z przynależnymi do Kampfgeschwader 40 sześcioma Junkersami - 88; pięć Wellingtonów Mk IC z 304. Dywizjonu Bombowego wystartowało z zadaniem zaatakowania portu w Bordeaux. W Dzienniku Operacyjnym dywizjonu, zostało odnotowane, że o godzinie 16.09 jako drugi w kolejności, wzbił się w powietrze oznakowany taktycznym numerem 1413 samolot, który  unosił na swym pokładzie strzelca, kaprala Zygmunta Sasala. Do komory bombowej Wellingtona załadowano pięć, dwieściepięćdziesięciokilogramowych bomb, które o godzinie 21.12 zrzucono z wysokości 3000 metrów na  wyznaczony do zaatakowania cel. Był nim doskonale widoczny, północny basen portowy w Bordeaux. Dotyczący tj misji bojowej, lakoniczny zapis w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego, stwierdza, że tylny strzelec zaobserwował ze swej wieżyczki celne trafienie jednej bomby, która dosięgła atakowanego obiektu portowego. Nalot musiał być dla Niemców całkowitym zaskoczeniem. Zdaje się o tym przekonywać odnotowane w dzienniku operacyjnym  dywizjonu absolutne milczenie niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Po wykonaniu zadania maszyna wuja Zygmunta o godzinie 1.37 bezpiecznie wylądowała na lotnisku w Talbenny. Sześć minut później na tym samym lotnisku, wylądował inny samolot, również biorący udział w tamtym zadaniu. Za sterami tej maszyny siedział porucznik pilot Edward Zarudzki, w którego pamięci na zawsze już utrwalił się, zacięty wyraz trójkątnej twarzy kaprala Zygmunta Sasala ozdobionej bystrymi i pełnymi determinacji oczami. Kiedy we wrześniu 2006 roku odwiedziłem profesora Edwarda Zarudzkiego w Kopenhadze, ten sędziwy weteran 304. Dywizjonu Bombowego wspominając mojego poległego wuja, kaprala Zygmunta Sasala, zaciągając z lwowska, powiedział mi jakże miło, dziś jeszcze dźwięczące mi w uszach słowa; „Pana wuj takim był strzelcem, że każdy dowódca  marzył, by mieć go w swojej załodze”.


Autor weteranem 304. Dywizjonu Bombowego prof. Edwardem Zarudzkim

    Dwa inne Wellingtony 304. Dywizjonu Bombowego wracające tamtej nocy po wykonaniu ataku na port w Bordeaux, wylądowały na niespecjalnie lubianym przez pilotów trawiastym i grząskim polowym lotnisku w St. Eval.   
    Po stoczeniu 16 września 1942 roku przez załogę Wellingtona „E”, tamtej, wydawałoby się - na pierwszy rzut oka - zwycięskiej potyczki z całą chmarą dwusilnikowych Junkersów-88; wśród kadry oficerskiej oraz załóg 304. Dywizjonu Bombowego, niepodzielnie zapanował nastrój niczym nie zmąconej euforii. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy, że w tym samym czasie, kiedy to, wśród błyskających fleszy fotografów prasowych dekorowano właśnie naszych bohaterów najwyższymi odznaczeniami wojskowymi - na stanowiącym bazę Kapfgeschwader 40 lotnisku Kerlin Bastard, nieopodal Lorient; niemieccy oficerowie pracowicie analizowali tamtą sytuację i wyciągali wnioski ze wszystkich informacji oraz spostrzeżeń, poczynionych zapewne przez załogę tej szóstej maszyny Ju-88, trzymającej się podczas powietrznego starcia na uboczu, i nie biorącej aktywnego udziału w walce.

    Jak to bowiem wszak zauważono; podczas, gdy piątka Junkersów-88, atakowała naszego samotnego Wellingtona; szósty niemiecki myśliwiec ograniczał się jedynie do obserwowania walk i koordynowania poczynań samolotów walczących z samotną maszyną Coastal Command.
    Jest symptomatyczne, że w pewnym momencie pomimo posiadania dogodnej pozycji do zaatakowania Wellingtona, dwie maszyny spośród biorących udział w tamtym starciu Junkersów-88 do ataku jednak nie przystąpiły. Wytłumaczyć to można w jeden tylko sposób, a mianowicie tym, że nadrzędnym zadaniem samolotów nieprzyjacielskich nie było wówczas bynajmniej zestrzelenie „Eli”, lecz raczej rozpoznanie taktyki bojowej przeciwnika poprzez przymuszenie go do wykazania się w obliczu nieprzyjaciela wszystkimi swoimi możliwościami. Więc w żadnym razie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie temu celowi służyła tamta dość dziwaczna w swym przebiegu, aczkolwiek niebywale słynna walka powietrzna, jaką w dniu 16 września 1942 roku z sześcioma naraz Ju-88 stoczył przynależny do 304. Dywizjonu Bombowego samotny Wellington „Ela”, pilotowany przez porucznika Stanisława Targowskiego. Ot, taka sobie zaaranżowana przez Luftwaffe i połączona z ostrym strzelaniem zabawa w kotka i myszkę. Bo czyż inaczej określić można tamto starcie naszej maszyny z całą naraz piątką Ju-88, górujących nad Wellingtonem zarówno uzbrojeniem, jak i prędkością oraz zwrotnością?

    Wygląda na to, że końcowym efektem tamtego starcia było opracowanie przez Niemców skutecznej taktyki atakowania pojedynczego Wellingtona przez formacje złożone z czterech do ośmiu Junkersów-88, co wszak z góry zdawało się przesądzać o ostatecznym wyniku powietrznej walki. Wygląda więc na to, że maszyna porucznika Stanisława Targowskiego „Ela” pełniła dla Niemców w tej grze rolę królika doświadczalnego. Do wyciągnięcia takiego właśnie wniosku skłania uważna analiza całego przebiegu tamtej powietrznej walki.


Załoga porucznika  Targowskiego wraz z mechanikami 304.dywizjonu bombowego





Cudotwórcy. Mechanicy 304 dywizjonu-od lewej Brunon Wierciński i Wacław Serwiński

    Nie ujmując absolutnie niczego uczestniczącym w tamtej walce członkom załogi „Eli”, którzy w pokiereszowanym Wellingtonie zdołali szczęśliwie powrócić na brytyjską ziemię, nie sposób jednak nie zauważyć, że utonąwszy w próżności i zupełnie bezkrytycznej euforii, nie tylko nasi, ale i brytyjscy wyżsi oficerowie całkowicie zawiedli. Zupełnie jakoś zapomnieli o tym, że Wellington jest jednak maszyną o charakterze wyraźnie defensywnym, w żaden sposób nie mogącym równać się swoimi parametrami technicznymi z Junkersem-88. Nie pomyślawszy zupełnie o tym, że starciu temu przyświecało coś innego niźli zestrzelenie przez Niemców jeszcze jednej maszyny Coastal Command, oficerowie ci wykazali się zupełnym brakiem kompetencji wojskowych. Wynikało to zapewne po trosze również i z lekceważącego stosunku wyższych oficerów do lotów patrolowych nad Zatoką Biskajską. Oficerowie ci, zadekowani na stanowiskach w Inspektoracie Sił Powietrznych w Londynie, loty operacyjne nad akwenem biskajskim lekceważąco nazywali lataniem sportowym. Wynikać to musiało z absolutnego braku wyobraźni siedzących za biurkami oficerów postrzegających służbę patrolową nad Zatoka Biskajską jako „loty sportowe”. Zarazem było źródłem nie byle jakiego rozgoryczenia tych wszystkich, którzy podczas tych „lotów sportowych” - kładli na szalę swoje młode życie.


Piotr Jan Nasiołkowski




Ilustrujące artykuł fotografie pochodzą z archiwum prywatnego Piotra Jana Nasiołkowskiego oraz ze zbiorów od wielu lat współpracującego z autorem – pana komandora dr Mariusza Konarskiego a także zbiory pana Sławomira Kotuli z Krakowa.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Ostatnie komentarze

  • aa powiedział(a) Więcej
    w skarzysku są potrzebne zmiany na lepsze bo dziś to miasto stoi w miejscu . 2 godzin temu
  • Kern powiedział(a) Więcej
    Dlaczego Pan Piętak jest w dwóch zarządach? Mało mu? 19 godzin temu
  • Sylwek powiedział(a) Więcej
    Mecenasie z tego co widzę i czytam to wnioskuje że niewiele nauczył się słuchając dr .Jana Przybyła jest pan w... 20 godzin temu