Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Wrześniowe zbrodnie wojenne - Piotr Jan Nasiołkowski

W świetle historycznych faktów, nie może ulegać wątpliwości, że pierwszym akordem zbrodniczej wojny rozpętanej przez władców III Rzeszy przeciwko reszcie świata była wojenna zbrodnia. Bo jakże inaczej postrzegać można nalot na przygraniczne polskie miasteczko dokonany przez Luftwaffe jeszcze przed świtem pierwszego wrześniowego dnia 1939 roku, kiedy to - już o godzinie 4.00 - niemieckie samoloty zbombardowały przygraniczny Wieluń?

Pierwsze niemieckie bomby spadły na miejscowy szpital p.w. Wszystkich Świętych. W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd, barbarzyńską doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec.
W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd, barbarzyńską doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec. Cel został więc wybrany niezwykle starannie. Niemieckie samoloty z niskiego pułapu zrzucające bomby na wieluński szpital zostały nań naprowadzone przez niemieckiego szpiega o nazwisku Stuhle. Był on ponoć uczniem miejscowego gimnazjum. Specjalnie miał w tym celu przybyć do Wielunia z Łodzi.

          Zaatakowanie znienacka oznakowanego czerwonymi krzyżami budynku szpitala, miało niewątpliwie na celu zniszczenie zaplecza medycznego, jakże przecież nieodzownego dla potrzeb każdej walczącej armii. W efekcie tamtego nalotu pod gruzami szpitala zginęło trzydzieści dwie osoby w tym dwudziestu sześciu jego pacjentów. Ofiar byłoby zapewne jeszcze więcej, gdyby nie to, że poprzedniego dnia pospiesznie wypisano ze szpitala większość lżej chorych. W przewidywaniu wybuchu wojny - szpital najwyraźniej szykował wolne łóżka dla rannych żołnierzy. Tamten nalot przeprowadzony przez Luftwaffe z całkowitego zaskoczenia obrócił to przygraniczne miasto w gruzy i pociągnął za sobą około 1200 śmiertelnych ofiar spośród jego cywilnych mieszkańców oraz okolicznych chłopów, którzy tamtego poranka przyjechali na targ do Wielunia.

           Odnotować należy, że jednostka Luftwaffe Kampfgeschwader 76. Immelmann, której bombowce Ju-87 zaatakowały barbarzyńsko 15-tysięczny Wieluń, wchodziła w skład IV floty powietrznej Luftwaffe dowodzonej przez generała majora Wolframa Freiherra von Richthofena. Tego samego, który w kwietniu roku 1937 wsławił się wydaniem - dowodzonemu przez siebie Legionowi Condor - rozkazu starcia z powierzchni ziemi baskijskiego miasteczka Guernica!



Fot. 1. Widok zbombardowanego Wielunia




Fot. 2.  Zniszczenia w Wieluniu


          
            Fot. 3. Oddziały Wehrmachtu wkraczają do Wielunia zniszczonego  bombami Luftwaffe


            Fot. 4. Powietrzny zbrodniarz wojenny - generał major Wolfram Freiherr von Richthofen




            Fot. 5. Stuka, bombowce  Ju - 87.Symbol wrześniowego Blitzkrirgu w Polsce.


  Fot. 6. Cywilne ofiary ataków Luftwaffe


Natomiast o godzinie 5.00, zatem w tym czasie, gdy od niecałych piętnastu minut pancernik „Schleswig - Holstein” w najlepsze ze wszystkich swoich dział ostrzeliwał Westerplatte; atak dziesięciu Stukasów doszczętnie zniszczył bombami centrum Działoszyna. Przeprowadzony po pół godzinie, następny nalot, powiększył rozmiary zniszczeń i wzniecił liczne pożary. Trzeci atak z powietrza wykonany kwadrans po godzinie dziewiątej. Tym razem  formacja złożona już z trzydziestu Stukasów, dokonała dzieła doszczętnego niemal zniszczenia całego tego przygranicznego miasteczka, które znajdowało się już także w zasięgu działania wrogiej artylerii również ostrzeliwującej zadymiony i płonący Działoszyn. Trzykrotny atak niemieckich bombowców oraz ostrzał artyleryjski - pociągnęły za sobą śmierć około 100 cywilów, w tym 70 mieszkańców Działoszyna, w przeważającej spośród miejscowej biedoty żydowskiej.

Fot. 7. Stary Żyd przed spalonym domem w zbombardowanym polskim miasteczku - być może w Zwoleniu albo Działoszynie…

Pomiędzy drugim i trzecim nalotem Luftwaffe na Działoszyn, dokonanym przez maszyny należące do K.G. 76 Stukageschwader i K.G 77. - dokładnie zaś mówiąc o godz. 7.00; w kierunku niemieckich pozycji wyruszyło jedenaście polskich tankietek wchodzących w skład 41. kompanii czołgów rozpoznawczych TK. Tą pancerną formacją dowodził kapitan Tadeusz Witanowski. Uzbrojeniem tankietek był jedynie wielkokalibrowy karabin maszynowy. Powróciwszy po godzinie ze swojego pierwszego rajdu bojowego, nasze tankietki przedefilowały przed pozycjami drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Na pierwszym pojeździe zatknięto kij, na którym pancerniacy fantazyjnie zawiesili swoje wojenne trofeum - niemiecki skórzany płaszcz oficerski oraz hełm. Jest wielce prawdopodobne, że były to części umundurowania i ekwipunku w tym samym czasie poległego w Zimnej Wodzie od salwy polskiej artylerii - podpułkownika Hoehne, dowódcy niemieckiego 73. pułku piechoty, którą to stratę skrupulatnie odnotował w swej książce generał Otto von Knobelsdorff.

    Zbombardowanie Wielunia i Działoszyna nie było bynajmniej jedynym zbrodniczym rozkazem wydanym we wrześniu 1939 roku przez generała majora Luftwaffe - Wolframa Freiherra von Richthofena.
    Otóż w dniu 13 września 1939 roku samoloty przynależne tej samej formacji niemieckiej Luftwaffe eksperymentowały na żywym organizmie podzamojskiego Frampola taktykę skutecznego niszczenia miejskiej aglomeracji. Do tego zbrodniczego celu wybrano maleńki, zabudowany drewnianymi domami  Frampol z tej jedynie przyczyny, iż miasteczko posiadało wyjątkowo przejrzysty układ, regularnie zabudowanych ulic. Urbanistycznie, Frampol był powieleniem niemieckiego wzorca miast, przed wiekami na prawie magdeburskim lokalizowanych - także i na ziemiach polskich. Zatem centralnie usytuowany miejski ratusz stanowił idealny punkt orientacyjny dla pilotów. Zauważyć przy tym należy, że architektura górującej nad Frampolem wieży tamtejszego kościoła parafialnego - jako żywo - przypomina kościelne wieże typowe dla Austrii, bądź też południowych Niemiec, co niewątpliwie musi posiadać swoje historyczne przyczyny. Zwłaszcza, że niemieckie słowo „fromm” znaczy tyle, co religijny lub pobożny. Końcówka „…pol” - to najwyraźniej skrótowe podkreślenie polskiego akcentu tej roztoczańskiej pobożności.  W czasach zaborów, brzmiącą z niemiecka nazwę miasteczka pisaną urzędowo po rosyjsku - odczytywano fonetycznie jako Frampol. A to za przyczyną nie akcentowanej w języku wschodniego zaborcy pierwszej samogłoski „o”, czytanej jako „a”. Tym to sposobem Frommpol stał się Frampolem, gubiąc - przy tej okazji - w swej nazwie jedną spośród dwóch spółgłosek „m”.

Zapewne nikomu spośród osiemnastowiecznych założycieli miasteczka nie przyszłoby do głowy, że we wrześniu 1939 roku ta, licząca 3000 mieszkańców aglomeracja, zostanie przez dowództwo Luftwaffe wybrana dla przeprowadzenia testowego nalotu, mającego na celu wypróbowanie niszczycielskiej skuteczności nowatorskich, zapalających bomb lotniczych. Analityk działań Luftwaffe, Harry Hohenwald podaje, że wybór na Frampol padł również dlatego, iż miasteczko położone jest w kotlinie, a nadto - całkowicie pozbawione było obrony przeciwlotniczej. Zatem operujące z niewielką prędkością bombowce - w żadnym razie - nie były narażone na ogień artylerii przeciwlotniczej. Generał major Wolfram Freiherr von Richthofen rozkazał, by ten zbrodniczy nalot rozpoczął się punktualnie o godzinie 15.30. Także i w tym przypadku nalot samolotów Luftwaffe został poprzedzony działaniami niemieckich dywersantów. Tamtego dnia do Frampola zajechała limuzyna wioząca grupę księży nie wzbudzających niczyjego podejrzenia. Albowiem duchowni w Polsce nigdy wcześniej nie wzbudzali niczyjego podejrzenia. Zresztą nie wzbudzają do tej pory - choć przecież często wzbudzać powinni. Przebrani za księży dywersanci oznakowali cel nalotu wykładając na rogach frampolskiego rynku, doskonale widoczne z góry, ogromne białe krzyże z prześcieradeł.

Fot.  8. Schwytany przez żołnierzy Wehrmachtu młody mężczyzna

Fot. 9. Wrzesień 1939 r. Samoloty Luftwaffe bombardują linię kolejową - gdzieś w Polsce...
 

Przez czas kilkugodzinnego bombardowania spadło na Frampol 700 ton bomb. W przeważającej części były to bomby zapalające nowej generacji produkowane na bazie tlenku żelaza i aluminium. Uciekających przed zagładą mieszkańców Frampola bezlitośnie ścigały serie z pokładowych karabinów maszynowych niemieckich samolotów. Przeprowadzony przez Luftwaffe test okazał się być niebywale udanym.  W efekcie tamtego nalotu miasteczko zostało zniszczone doszczętnie. Zginęła też prawie połowa jego mieszkańców oraz bliżej nieokreślona liczba uciekinierów, którzy tamtego dnia znaleźli się we Frampolu całkiem przypadkowo. W żargonie pilotów Luftwaffe pojawiło się nowe słowo; czasownik „frampolieren”, co oznaczało przeprowadzenie totalnej zagłady małego miasteczka. Los Frampola stał się także udziałem leżącego nieopodal Biłgoraja, zbombardowanego przez Luftwaffe dwukrotnie, w dniach 8 oraz 14 września 1939 roku. Choć w tym przypadku polska obrona przeciwlotnicza zdołała przynajmniej zestrzelić jeden spośród bombowców, drugi zaś został przy tej okazji poważnie uszkodzony.



Fot. 10. Zbombardowany Frampol

Fot. 11. Zestrzelony przez polską obronę przeciwlotniczą nurkujący  bombowiec Ju-87 zwany Stuka.

Podkreślić należy, że w przypadku obydwu tych miasteczek przeprowadzone przez Luftwaffe naloty nie posiadały żadnego uzasadnienia militarnego. Żadnych obiektów militarnych, żadnego przemysłu, żadnych zgrupowań jednostek wojskowych.
W tym miejscu powiedzieć trzeba o odnotowanym we wrześniu 1939 roku absolutnie wyjątkowym zachowaniu pułkownika Heinricha Seywalda - dowódcy Kampfgeschwader 77. Otóż oficer ten, najwyraźniej nie chciał być jednym z bezwzględnych robotów bezrefleksyjnie siejących śmierć polskich cywilów i zniszczenie miast. Więc zamiast - zgodnie z wydanym mu rozkazem - zbombardować w dniu 13 września warszawskie śródmieście; pułkownik wybrał do zaatakowania przez swoje samoloty zgoła inny, stricte militarny cel. Za tę samowolę został ukarany jeszcze tego samego wieczora. Pozbawiono go dowództwa K.G. 77, choć ta podlegająca jego rozkazom formacja nie straciła do tamtego dnia wojny ani jednego samolotu.

*        *        *
    W przededniu wojny Szef Sztabu Królewskich Sił Zbrojnych Wielkiej Brytanii, generał sir Edmund Ironside zapowiedział, że w przypadku zbombardowania przez Niemców w Polsce celów innych niż militarne - brytyjskie bombowce zwrócą się natychmiast przeciwko niemieckim celom cywilnym. Jak powszechnie wiadomo, zniszczenie przez Luftwaffe Wielunia, Frampola oraz Działoszyna nie doczekało się jednak żadnego odwetu ze strony samolotów RAF-u.
        
*        *        *
Przekroczywszy granicę Polski, pierwszego dnia wojny, o godzinie 8.30 pododdziały niemieckiej 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty dotarły do Parzymiechów i usiłowały - niejako z marszu - zająć tę przygraniczną wieś. Wtedy to działający na własną rękę pojedynczy polski żołnierz ustawił na wieży miejscowego kościoła karabin maszynowy i otworzył z niego morderczy ogień do luźnej tyraliery uformowanej z żołnierzy Wehrmachtu nonszalancko podchodzących do wsi. Po dokonaniu masakry niemieckiego oddziału polski żołnierz skwapliwie skorzystał z wywołanego przez siebie zamieszania i uszedł pościgowi. Niezwłocznie po tym ukrył się wśród nie zebranej jeszcze z pola kukurydzy - i z tego swojego nowego stanowiska - powtórnie otworzył do Niemców z broni maszynowej niebywale skuteczny ogień. W odwecie za te jego zuchwałe wyczyny - żołnierze Wehrmachtu rozstrzelali na polu za wsią 75 jej mieszkańców, a wśród nich wiele kobiet i dzieci.
Nadto, niemieccy żołnierze podpalili budynek plebanii w Parzymiechach, a następnie zawlekli do wsi Grabarze miejscowego proboszcza, a także wikarego i organistę, przywiązując uprzednio swe ofiary do koni. Na miejscu odbyła się farsa procesu przed niemieckim sądem wojskowym, który całą trójkę skazał na śmierć przez rozstrzelanie. Pretekstem było znalezienie na kościelnej wieży urządzonego przez tamtejszego proboszcza amatorskiego obserwatorium astronomicznego. Niemcy uznali to za instalację mającą służyć do obserwowania ruchów ich wojsk. Ten zbrodniczy wyrok został wykonany w dniu następnym. Ofiary rozstrzelano pod cmentarnym murem w Jaworznie.

Taki to był los wojenny wybitnego astronoma, poligloty i podróżnika 74-letniego księdza kanonika Bonawentury Metlera, a także organisty Ignacego Sobczaka oraz księdza wikariusza Józefa Daneckiego, który do parafii w Parzymiechach został przydzielony w dniu 25 sierpnia 1939 roku, czyli zaledwie kilka dni przed wybuchem wojny i zarazem własną męczeńską śmiercią. Żołnierze Wehrmachtu spalili również wieś Zimna Woda i rozstrzelali 38 jej mieszkańców, w tym także kilkoro dzieci, które nie ukończyły jeszcze dziesiątego roku życia. Mikołajowi Nicponiowi, który usiłował Niemcom przeszkodzić w podpaleniu swojego domu - niemieccy żołnierze obcięli ręce, zaś jego ciężarnej żonie – Annie, rozbestwieni mordem żołdacy, rozpruli bagnetem brzuch, wyjmując nienarodzone dziecko. Nie zapominajmy; Gott mit uns - mieli oni wszyscy napisane na klamrach swoich wojskowych pasów…

Pomiędzy ofiarami tamtej egzekucji znalazła się także Antonina Kęsik wraz z dwunastoletnią córką Zdzisławą, oraz trzymanym na rękach - jednodniowym niemowlęciem nieustalonej płci. To urodzone ostatniego dnia pokoju dziecko nie miało jeszcze imienia, a na świat przyszło jedynie po to, by stać się jedną z pierwszych ofiar rozpętanej właśnie wojny…

Odnosząc się do wydarzeń pierwszych dni wrześniowej wojny - kronikarz 73. pułku piechoty Wehrmachtu otwarcie przyznał, że zbrodnia wojenna popełniona przez żołnierzy niemieckich w Zimnej Wodzie była odwetem za śmierć poległego w walce podpułkownika Hohene.  


Fot.12.  Płonąca wieś Zimna Woda



Fot.13.  Rozstrzelani mieszkańcy przygranicznej wsi

Tamtego dnia, bilans zbrodniczych działań Wehrmachtu wymierzonych w cywilną ludność zamyka się zamordowaniem na przygranicznym terenie - łącznie 156 osób spośród mieszkańców położonych nad Wartą, tamtejszych wsi. Jak się wydaje, w pełni dopuszczalne jest sformułowanie poglądu, że opisane  działania żołnierzy regularnej armii niemieckiej był czynami początkującymi pasmo zbrodni wojennych, wymierzonych przeciwko ludności cywilnej, a popełnionych w czasie wojny, bynajmniej nie tylko przez upolitycznione nazistowską ideologią partyjne formacje SS, lecz także przez Wehrmacht - stanowiący wszak militarną siłę działającą w imieniu ówczesnego państwa niemieckiego.

Odnotować także w tym miejscu należy, że w dniu 2 września 1939 roku, a więc niezwłocznie po zajęciu leżącego już za nurtem Warty, pobliskiego Działoszyna, dwaj oficerowie niemieckiej 18. Dywizji Piechoty zamordowali proboszcza tamtejszej parafii, księdza Ignacego Chartlińskiego. Ta zbrodnia została popełniona na oczach kościelnego, Teodora Kubickiego, który z ukrycia obserwował, jak dwaj Niemcy w oficerskich mundurach Wehrmachtu weszli do świątyni w towarzystwie miejscowego kolaboranta, który wskazał im osobę proboszcza. Następnie ta trójka wyprowadziła duchownego na pobliski cmentarz, gdzie ksiądz został zamordowany kilkoma strzałami z pistoletu. Ten zbrodniczy czyn był niewątpliwie mściwym następstwem treści toastów wzniesionych przed kilkoma dniami przez księdza Chartlińskiego na przyjęciu wydanym przezeń na cześć polskich oficerów.

Zamordowany przez niemieckich wojskowych proboszcz działoszyńskiej parafii był Honorowym Kanonikiem Kapituły Kolegiackiej w Kaliszu oraz radcą Kurii Diecezjalnej  w Częstochowie.

*        *        *

W dostępnych mi niemieckich źródłach, na wzmiankę o tej pierwszej wojennej zbrodni popełnionej na polskiej ziemi przez żołnierzy Wehrmachtu natknąłem się jedynie we wspomnianej już kronice 73. pułku piechoty oraz w poświęconej zbrodniom Wehrmachtu w Polsce książce Jochena Böhlera. Natrafiłem także na próbę usprawiedliwienia tej zbrodni. Podjął się tego późniejszy dowódca niemieckiej 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty - przemianowanej w międzyczasie na 19. Dolnosaksońską Dywizję Pancerną - generał w stanie spoczynku Otto von Knobelsdorff w swojej książce, wydanej w roku 1958, zatytułowanej „Historia Dolnosaksońskiej 19. Dywizji Pancernej”.

Rzec trzeba, że robi to tak mimochodem, i jakby między wierszami. Otóż w przedstawionej przez niego wersji wydarzeń w dniu 1 września 1939 roku w miejscowościach Zimna Woda i Parzymiechy do niemieckich żołnierzy strzelali jedynie polscy cywile, w tym także kobiety. Przeważnie zdradliwie i od tyłu. Cywile mieli jakoby strzelać z okien swych domów i zza węgła. W Zimnej Wodzie, miał w takich to właśnie okolicznościach polec dowódca niemieckiego 73. pułku piechoty podpułkownik Hoehne. Ale tak naprawdę, to  - co przyznaje kronikarz pułku - śmierć tego niemieckiego oficera była następstwem polskiego ostrzału artyleryjskiego poprzedzającego niespodziewany atak przeprowadzony przez tankietki należące do 41. kompanii czołgów TK, dowodzonej przez kapitana Tadeusza Witanowskiego.

Podważając wersję niemieckiego generała o udziale w walkach cywilnych mieszkańców przygranicznych miejscowości, jakimi były wówczas Zimna Woda i Parzymiechy, zauważyć wypada, że pan generał jako wytrawny wojskowy doskonale musi wiedzieć, iż przecież żadna armia świata nie będzie w strefie przyfrontowej tolerowała obecności uzbrojonej ludności cywilnej, której zachowanie jest wszak zupełnie nieprzewidywalne - chociażby z powodu braku jednolitości dowodzenia takimi siłami. Polska armia miała ponadto dodatkowy powód do niedopuszczenia obecności zbrojnej ludności cywilnej w przewidywanej strefie walk. Otóż powszechnie wiadomo, że polski obszar przygraniczny licznie zamieszkiwała niemiecka mniejszość przez całe lata indoktrynowana ideologią nazistowską. Istniało więc całkiem realne niebezpieczeństwo, że polska broń mogłaby znaleźć się w rękach miejscowych wrogów polskiej państwowości. Zatem, jeżeli ktoś wpadłby na pomysł zbrojenia w tych okolicznościach ludności cywilnej, najwyraźniej musiałby być niespełna rozumu. Zwłaszcza że armia polska, oględnie mówiąc, nie była armią najlepiej wyekwipowaną.  Należałoby zatem wprost zapytać niemieckiego generała, jaki militarny sens miałoby - jego zdaniem - zbrojenie zamieszkującej przyfrontową strefę niewyszkolonej i nieprzewidywalnej ludności cywilnej, skoro broni brakowało dla żołnierzy wyszkolonych do walki i podlegających rozkazom swych dowódców. Pan generał oczywiście doskonale wie, że tego rodzaju działania byłyby zupełnie bez sensu. Ale ja nie wiem, jak tam było u pana generała z jego wyobraźnią. Mnie osobiście bowiem dość trudno przychodzi wyobrażenie sobie wspomnianej już wcześniej położnicy Antoniny Kęsik z niemowlęciem na ręku, która jednocześnie zza węgła celuje z radomskiego mausera wz. 29 do maszerującej przez wieś kolumny Wehrmachtu... A do tego jeszcze to jej jednodniowe dziecię… niechybnie granaty obronne rzucające z okna wprost pod nogi niebywale pokojowo nastawionych niemieckich żołnierzy…

Na marginesie pozwalam sobie zauważyć, że w podobny sposób - jak we wrześniu nad Wartą - żołnierze niemieccy zachowywali się wobec belgijskiej ludności cywilnej - już podczas I Wojny Światowej. I także w podobny sposób usprawiedliwiali swoje zbrodnicze działania. Nie można zatem wykluczyć, że zarówno w tych, jak i tamtych wyczynach wojennych mogli brać udział personalnie ci sami nosiciele niemieckich mundurów.

Najwyraźniej pan generał Knobelsdorff, tworząc wersję o rzekomym udziale w przygranicznych walkach mieszkańców Zimnej Wody oraz Parzymiechów, kierował się chęcią usprawiedliwienia zbrodni wojennych popełnionych przez Wehrmacht na ludności cywilnej już pierwszego dnia wojny. Jakby komuś nie było jeszcze dość wytworów chorobliwej fantazji nieodwracalnie zainfekowanego nazizmem emerytowanego generała Wehrmachtu o hrabiowskim rodowodzie, to w dalszym ciągu jego kroniki dywizyjnej może przeczytać, jak to niby w okolicy Henrykowa ze wszystkich stron wyszli z lasu polscy żołnierze z białymi flagami i podniesionymi w górę rękami. A kiedy zbliżyli się już do niemieckich linii na odległość około                         80 metrów, to otworzyli znienacka do żołnierzy Wehrmachtu morderczy ogień z broni ręcznej i karabinów maszynowych...

Pan generał pisze, że podstępni Polacy zadali w ten sposób rycerskim Niemcom niebywale dotkliwe straty, zamykające się liczbą 73 poległych. Część spośród zabitych wówczas niemieckich żołnierzy miała zostać jakoby wymordowana przez polskich żołnierzy w sposób niebywale bestialski. Pan generał dodaje przy tym, że zostało dowiedzione, iż nasi żołnierze dopuścić się mieli tej wojennej zbrodni na wyraźny rozkaz polskich oficerów.

Spróbujmy zatem nieco zastanowić się nad słowami napisanymi przez pana generała.

Jeżeli polscy żołnierze rzeczywiście wyszli ze wszystkich stron, to wyciągnąć z tego można i należy jedyny wniosek, że niemiecka jednostka znalazła się w okrążeniu przez tych, którzy następnie pozorowali, że się poddają otoczonym właśnie przez siebie Niemcom! Nie bardzo też mogę sobie wyobrazić, w jaki to niby sposób mogło ujść uwadze otoczonych Niemców, że polscy żołnierze trzymający ręce podniesione do góry byli zarazem uzbrojeni  w karabiny maszynowe... Pan generał przezornie nie podaje także, kto i w jaki sposób przeprowadził postępowanie dowodowe na okoliczność dokonania przez polskich żołnierzy mordu na niemieckich żołnierzach. I do tego jeszcze mordu dokonanego rzekomo na wyraźny rozkaz polskich oficerów. Zupełnie też nie jest wiadomo, na czym miało polegać to domniemane bestialstwo polskich żołnierzy...

Nijak też nie mogę zrozumieć powodu, dla którego to polscy żołnierze nie skorzystali do końca ze swego podstępu, i posiadając ku temu tę niepowtarzalną sposobność, nie podeszli do niemieckich linii na odległość dużo mniejszą niż 80 metrów... Powiedzmy, że tak na osiem metrów... Coś mi się tak wydaje, że fantazjujący już powojennie na ten iście zbrodniczy sposób, niemiecki pan generał stara się tym samym usprawiedliwić incydentalną klęskę jednostki Wehrmachtu, zaistniałą na gruncie nieudolności jej dowódcy, który pozwolił się okrążyć jednostkom naszej armii, znajdującej się przecież (bądź, co bądź) - w odwrocie...

Zmarły w dniu 24 lipca 2014 roku, Pan Józef Głowacki, wówczas żołnierz 84. Pułku Strzelców Poleskich, tamtego września dotarł ze swoją jednostką do Modlina. Po kapitulacji twierdzy, jak wszyscy jej obrońcy, dostał się do niewoli. Był jeńcem obozu w Iławie. We wrześniu 2009 roku, sędziwy Pan Głowacki opowiadał mi o podejmowanych przez Niemców nieudanych próbach znalezienia wśród polskich jeńców takich, którzy byliby gotowi świadczyć przeciwko swojemu dowódcy - majorowi Tadeuszowi Kierstowi w sfingowanym przez zwycięzców procesie, gdzie temu świetnemu oficerowi zarzucono przestępcze traktowanie rannych niemieckich żołnierzy i jeńców, wziętych do niewoli w dniu 13 września 1939 roku podczas wypadu 84. Pułku Strzelców Poleskich na Leszno. W związku z tą sprawą niemiecka prokuratura wojskowa aresztowała w sumie 35 polskich oficerów, przebywających w niemieckich obozach jenieckich. Warto odnotować, że ten prawie przez dwa lata toczący się przed niemieckim sądem proces zakończył się ostatecznie wydaniem w dniu  21 czerwca 1941 roku orzeczenia uniewinniającego majora Tadeusza Kiersta i pozostałych oficerów od postawionego mu zarzutu. Jak się wydaje, decydujący wpływ na treść tamtego wyroku sądowego miały zeznania szeregowych niemieckich żołnierzy - rannych w tamtym boju, a następnie opatrzonych przez polskie służby sanitarne i w takim stanie pozostawionych na miejscu potyczki.

Fot. 14. Autor w towarzystwie sędziwego weterana wrześniowej wojny  majora Józefa Głowackiego

Ostatecznie okazało się, że ten sfingowany proces był skutkiem wściekłości niemieckiej kadry oficerskiej, która usiłowała znaleźć jakiś sposób na wytłumaczenie wysokich strat własnych, wynikających z niedostatków ich umiejętności dowódczych, co z kolei pozwoliło siłom polskim na skuteczne zaatakowanie całkowicie zaskoczonej jednostki Wehrmachtu. Wściekłość Niemców musiała być tym większa, że w trakcie tamtej potyczki poległ niemiecki pułkownik Flick.

Przyznać muszę, że właściwie to zupełnie mnie nie dziwią tego rodzaju insynuacje generała Ottona von Knobelsdorffa, gdyż sama już tylko stylistyka i słownictwo jego książki (pomimo faktu, że została ona wydana aż trzynaście lat po zakończeniu wojny) przekonują jednoznacznie o tym, iż pan generał jeszcze długo po zakończeniu swej militarnej kariery nie przestał wierzyć w to, że żołnierze dowodzonej przez niego dywizji, biorąc udział w agresji na Polskę, dobrze służyli swej ojczyźnie i całemu narodowi niemieckiemu.

Moim zaś zdaniem, żołnierze Wehrmachtu służyli wtedy bynajmniej nie swej ojczyźnie, lecz jedynie realizacji celów prowadzonej przez nazistów polityki, która ostatecznie sprowadziła przecież na naród niemiecki wystarczająco dużo cierpień, jednoznacznie uzasadniających twierdzenie, że jakakolwiek służba polityce Hitlera była czymś absolutnie sprzecznym z interesem zarówno niemieckiego państwa, jak i niemieckiego narodu. Czyżby bowiem niemieccy żołnierze musieli ginąć pod Henrykowem, gdyby rozkazami wydanymi im przez niemieckich generałów nie zostali wcześniej przymuszeni do przekroczenia polskiej granicy? A niby po co im takie rozkazy wydano? Czyżby dobrzy Niemcy mieli nad Widawką, pod Henrykowem lub też Modlinem coś, co źli Polacy we wrześniu 1939 roku za wszelką cenę chcieli im odebrać?

Myślę, że na tak postawione pytania pan generał Otto von Knobelsdorff nie potrafiłby udzielić przekonującej odpowiedzi. Jak z powyższego jednoznacznie wynika, wersja wydarzeń przedstawiona przez pana Ottona von Knobelsdorffa, hitlerowskiego generała w stanie spoczynku, jest do tego stopnia wewnętrznie sprzeczna, że aż absurdalna. Dlatego też do jej zanegowania zupełnie nie jest wymagane przedstawianie jakiejkolwiek odmiennej wersji tamtych wydarzeń. No, i nic w tym szczególnie dziwnego, że pan generał przedstawia takie nie wytrzymujące krytyki wersje wydarzeń, skoro w jego generalskim monoklu jeszcze trzynaście lat po zakończeniu wojny nadal kręciła się łza wzruszenia, ilekroć tylko zbierało mu się na wspomnienia o odbytej w Warszawie paradzie zwycięstwa, podczas której jego jednostka niebywale uskrzydlona odniesionym właśnie zwycięstwem, defilowała przed Führerem wśród huraganowych okrzyków: „Heil Hitler!”.

Nie uważam za szczególnie odkrywcze mojego twierdzenia, że wspomnienia tego generała Wehrmachtu o austriackim rodowodzie nie są niczym innym, jak tylko świadectwem stanu jego kalekiej umysłowości, bez wątpienia implikowanej sentymentem do nazizmu jako ideologii stworzonej wszak przez jego rodaka - Adolfa Hitlera. Ale jakby na to wszystko nie patrzeć, w żaden sposób nie można odmówić słuszności poglądowi, że wyznawanie jakichkolwiek totalitarnych ideologii zupełnie nie sprzyja myślowemu krytycyzmowi i kronikarskiej rzetelności. Co więcej, jest dość powszechnie wiadome, że Niemcy budujący po zakończeniu wojny swoje demokratyczne państwo po zachodniej stronie Łaby mieli nie lada problem z przezwyciężaniem dość powszechnie występujących w tamtejszym społeczeństwie postaw, uzewnętrznionych w wojennych wspomnieniach pana generała Ottona von Knobelsdorffa. Fakt ten dobitnie nam uświadamia, że zwycięstwo aliantów nad III Rzeszą było jedynie sukcesem militarnym, stanowiącym dopiero podstawę do wdrożenia wieloletniego procesu wielopłaszczyznowego oddziaływania społecznego, które pozwoliłoby odnieść zwycięstwo o charakterze stricte ideologicznym.

Ponad wszelką wątpliwość żaden obywatel ani niewolnik starożytnego Rzymu nie miał możliwości przeczytania takich dzieł jak „Mein Kampf”, czy też „Kapitał”. A jednak mimo to właśnie starożytni Rzymianie sformułowali ze wszech miar słuszny pogląd, że nade wszystko obawiać się należy mędrca czerpiącego swą mądrość z jednej tylko księgi. Jest oczywiste, że swego czasu naród niemiecki najwyraźniej zlekceważył znaczenie filozoficznej wymowy tej jakże ważnej maksymy. A niewykluczone, że też zupełnie zapomniał o jej istnieniu.

Z całkiem prostej przyczyny - bo w tamtym czasie, tak było mu wygodniej...

Kontynuując temat zbrodniczych nalotów na polskie miasteczka - odnotować należy, że zanim rankiem 8 września Niemcy zajęli Mszczonów,  w dniach poprzedzających ich wkroczenie do miasteczka zostało ono dwukrotnie zaatakowane przez samoloty Luftwaffe. Przyczyną powietrznych ataków było wykrycie przez Niemców miejsca postoju sztabu Armii „Łódź” i jej dowódcy generała Juliusza Rómmla. Generał i jego sztab zajmowali kwatery w budynkach zlokalizowanych przy ulicy Warszawskiej. W dniu 6 września około godziny 15.00 rozpoczął się pierwszy nalot na miasteczko. Następny atak Luftwaffe powtórzyła już godzinę później. Odpór niemieckim samolotom próbowało dawać jedyne nasze działko przeciwlotnicze.

Na Mszczonów spadło wtedy ponad 70 bomb burzących oraz kilkanaście zapalających. Bomby lotnicze zniszczyły 30 budynków. W efekcie tego ataku samolotów Luftwaffe na miasto zginęło 19 mieszkańców Mszczonowa oraz sześciu żołnierzy, w tym oficer sztabowy porucznik Stefan Niesiołowski. Generał Juliusz Rómmel został wówczas ranny w rękę. Kiedy tylko samoloty nieprzyjacielskie odleciały, sztab Armii „Łódź” opuścił miasto, zdążając do Julianowa. Przez ulice Mszczonowa ciągnęły nieprzerwanie potoki cofających się wojskowych taborów oraz cywilnych uciekinierów.

W dniu 7 września miasteczko zostało ponownie zaatakowane przez wrogie samoloty. Ten nalot trwał pełne dwie i pół godziny. Tym razem już żadne polskie działko nie strzelało do samolotów Luftwaffe, więc niemieccy lotnicy, czując pełną bezkarność, schodzili na niskie pułapy. Ich pokładowe karabiny maszynowe otwierały morderczy ogień do wojskowych kolumn i cywilnych uciekinierów. W trakcie tego nalotu zginęło 9 osób cywilnych oraz dwóch żołnierzy.      

Rankiem następnego dnia do Mszczonowa, poważnie już zniszczonego kilkakrotnymi nalotami Luftwaffe, wjechały niemieckie czołgi. Po wkroczeniu do miasta oddziałów Wehrmachtu niemieccy żołnierze zastrzelili pod plebanią wikarego księdza Władysława Gołędowskiego, którego zastali w sytuacji, gdy akurat opatrywał swojego parafianina - rannego podczas wcześniejszego nalotu Luftwaffe na Mszczonów.

        

Fot. 15. Ksiądz wikariusz Władysław Gołędowski

Zapewne za sprawą informacji uzyskanych od przedstawicieli mniejszości niemieckiej Niemcy posiadali dokładne rozeznanie odnośnie osób cieszących się szczególną charyzmą w oczach miejscowej społeczności. Dlatego też właśnie na kwatery dla wyższych swoich oficerów wybrali plebanię oraz domy burmistrza Aleksandra Tańskiego i doktora Stanisława Zarachowicza. Zaznaczono przy tym, że doktor, burmistrz oraz proboszcz ksiądz Józef Wierzejski ręczyć mieli swoimi głowami za bezpieczeństwo zakwaterowanych u nich oficerów.

Krótko po zajęciu miasteczka esesmani i żandarmi przywiedli od strony Grójca grupkę mężczyzn złożoną z dziesięciu wziętych do niewoli polskich żołnierzy oraz jednego cywila. Wszystkich ich natychmiast publicznie rozstrzelali na miejskiej targowicy, zlokalizowanej przy ulicy Grójeckiej. Ofiary tej wojennej zbrodni zostały przez mieszkańców miasteczka pochowane na nowym cmentarzu w Mszczonowie.

Spośród rozstrzelanych wtedy jedenastu mężczyzn - siedmiu nie posiadało przy sobie żadnych dokumentów, a więc byli to nieznani polscy żołnierze. Wszyscy w wieku około trzydziestu lat. Czwórkę pozostałych rozstrzelanych żołnierzy udało się jednak zidentyfikować. Byli to: Józef Piestrzeniewicz z Łodzi, Jan Kaczmarek z Wielunia (liczący sobie 29 lat), zamordowany w wieku 39 lat Jan Pietroń z Ostrzeszowa w powiecie Kępno, 23-letni Zdzisław Jankowski z Żyrardowa oraz 27-letni kanonier Michał Czepil. Ten, jako ostatni spośród wymienionych - polskich żołnierzy był Ukraińcem. Pochodził z miejscowości Sielce położonej w powiecie Sokal.  

W nocy z 9 na 10 września w zajętym przez Niemców Mszczonowie wybuchła znienacka gwałtowna strzelanina. Wszczął ją pijany żołnierz Wehrmachtu, który zastrzelił innego Niemca. Winę za ten incydent Niemcy zrzucili na miejscową ludność, i jeszcze tej samej nocy rozstrzelano 25 mieszkańców Mszczonowa. Niejako przy okazji, niemieccy żołnierze podpalili kilka domów.

W niedzielę, 10 września, do miasteczka przybyły niemieckie jednostki tyłowe XVI Korpusu Pancernego. Czołgi różnego typu, ciężarówki oraz ciągniki artyleryjskie zapełniły centralnie w mieście położone dwa place, tj. Nowy Rynek i Plac Piłsudskiego, a także dochodzącą do tego placu ulicę Rawską. Całą resztę pojazdów, która nie zdołała zmieścić się wśród zabudowań Mszczonowa, rozlokowano na polu rozciągającym się tuż za murem starego cmentarza. Tego samego dnia oddział niemieckich żołnierzy rozpoczął w Mszczonowie akcję podpalania żydowskich kamienic. Niemcy zastrzelili wtedy miejscowego piekarza Joska Wojnrajcha oraz dwóch jego synów, a następnie podpalili ich dom. Potem ze zgliszcz tego domostwa wydobyto częściowo zwęglone ciała dziesięciu osób. W przeważającej części kobiet i dzieci...

Fot. 16. Płonący dom piekarza Joska Wojnrajcha
 
Najbliższej nocy zaskakującym atakiem - Mszczonów został ponownie zdobyty przez polskich żołnierzy z 31. Pułku Strzelców Kaniowskich dowodzonego przez podpułkownika Wincentego Wnuka. Po zadaniu Niemcom dotkliwych strat, polskie zgrupowanie wycofało się z miasteczka około godziny 9.00 rano, w dniu 11 września 1939 roku. Po opuszczeniu Mszczonowa przez naszych żołnierzy, w godzinach popołudniowych do miasteczka po raz drugi wkroczyły niemieckie formacje. Były to: I Brygada Pancerna należąca do 1. Dywizji Pancernej, VII Dywizjon Rozpoznawczy stanowiący część  4. Dywizji Pancernej i wspomniany już 12. pułk piechoty, wchodzący w skład 31. Dywizji Piechoty.

Oczom niemieckich żołnierzy wkraczających do miasteczka ukazały się obrazy ilustrujące rozmiar sromotnej klęski poniesionej przez Wehrmacht ostatniej nocy na ulicach i placach Mszczonowa, które zapełnione były licznymi wrakami wypalonych oraz zniszczonych w walce najprzeróżniejszych niemieckich pojazdów. Na ulicach i podwórkach, wszędzie leżały zwłoki niemieckich żołnierzy. Często niekompletnie ubranych. Obrazu zadanej Wehrmachtowi klęski dopełniało ciało niemieckiego pancerniaka, bezwładnie zwisające z wieżyczki czołgu unieruchomionego przy wjeździe na Plac Piłsudskiego. Ciało drugiego niemieckiego żołnierza zastygło na tylnej części czołgowej wieżyczki. W Mszczonowie Niemcy natrafili też na wielu rannych swoich żołnierzy, przeważnie poparzonych.

Rozwścieczeni swoją militarną porażką poniesioną w starciu z regularnym polskim wojskiem - niemieccy żołnierze zapędzili do kościoła i zamknęli w jego wnętrzu wszystkich chrześcijańskich mieszkańców Mszczonowa. Miejscowych Żydów wypędzono natomiast na szosę. Następnie Niemcy wyciągnęli z plebanii proboszcza mszczonowskiej parafii - księdza Józefa Wierzejskiego. Zatrzymali też burmistrza Mszczonowa - Aleksandra Tańskiego oraz doktora Stanisława Zarachowicza.
 
Tym trzem mieszkańcom miasta żołnierze Wehrmachtu zarzucili udzielanie pomocy polskiemu wojsku, a następnie rozstrzelali ich pod kościelnym murem. Bezpośrednio po egzekucji wypuszczono na zewnątrz zamkniętych dotychczas w kościele ludzi i wszystkich przepędzono wzdłuż muru obok zwłok dopiero co zamordowanej trójki powszechnie znanych i cenionych mieszkańców Mszczonowa. Wśród świadków przymuszonych do oglądania efektów tej zbrodni wojennej była także żona doktora Zarachowicza. W całkiem niedawnych jeszcze czasach, gdy absolutnie nikt nie wyobrażał sobie możliwości zajęcia spokojnego miasteczka przez niemieckie wojska, żona zamordowanego właśnie doktora zasiadała wieczorami do stolika, by zagrać partyjkę brydża z mężem, burmistrzem i proboszczem… A teraz oni wszyscy trzej leżeli martwi pod kościelnym murem...

Fot. 17. Ksiądz proboszcz Józef Wierzejski

Fot. 18. Burmistrz Mszczonowa Aleksander Tański

Fot. 19. Lekarz z Mszczonowa – dr Stanisław Zarachowicz

Następnie żołnierze niemieccy podpalili miasteczko, a raczej podpalili to, co z niego zostało po wcześniejszych atakach bombowców Luftwaffe. W pożarze, który strawił wówczas plebanię, spłonęły stare księgi parafialne pochodzące jeszcze z XVI i XVII wieku. Wszystko w imię hasła; Gott mit uns!  

Jednym słowem w Mszczonowie powtórzył się scenariusz wydarzeń, jakie - już pierwszego dnia wojny - rozegrały się w przygranicznych Parzymiechach.

Fot. 20. Unicestwiony Mszczonów z lotu ptaka

W prowadzonym przez siebie dzienniku pułkownik Helmuth Grosscurth, oficer Sztabu Generalnego Wehrmachtu, pod datą 8 września 1939 roku odnotowuje, że admirał Wilhelm Canaris, szef Abwehry, oraz generał Carl-Heinrich von Stülpnagel zostali powiadomieni o treści sporządzonego sprawozdania z wykonywania przez formacje Wehrmachtu zarządzenia wydanego przez Obergruppenführera Reinharda Heydricha, szefa SIPO i SD. Reinhard Heydrich zalecał, aby pojmanych ludzi natychmiast wieszać lub rozstrzeliwać bez jakiegokolwiek procesu. Zarazem w tej wydanej przez siebie instrukcji nakazywał, aby ofiarami zalecanych przez niego zbrodniczych działań niemieckiej armii padali przede wszystkim przedstawiciele polskiej inteligencji  i kleru oraz Żydzi.

Dziennik pułkownika Helmutha Grosscourtha zawiera informację o codziennym dokonywaniu przez Wehrmacht na zajętych przez niego polskich terenach około 200 zabójstw, których ofiarami padała polska ludność cywilna.
Zatem w kontekście powyższego wszystko to, co już w pierwszych dniach wojny wydarzyło się w miejscowościach Zimna Woda, Parzymiechy, Działoszyn i Mszczonów, nie było bynajmniej niczym przypadkowym, lecz skutkiem odgórnie zaplanowanej i od pierwszych dni wojny wdrażanej polityki eksterminacji ludności cywilnej podbijanego kraju.

Odnotować także  należy, że podczas walk o Modlin, przy okazji wypadu poza mury twierdzy, podchorąży Janusz Grodzicki natknął się na kompletnie poszatkowane kulami dwa samochody - ambulanse Polskiego Czerwonego Krzyża. Ot, nie pierwszy to już odnotowany przeze mnie przypadek stosowania przez siły niemieckie całkiem nowych zasad i sposobów prowadzenia na wskroś nowoczesnej wojny... Wedle nowoczesności - na hitlerowski sposób rozumianej….
Nie można także pominąć milczeniem zbrodni wojennych dokonanych przez żołnierzy niemieckich w dniach 28 i 29 września 1939 roku, w momencie kapitulacji Twierdzy Modlin i przejmowania jej przez Wehrmacht.

Otóż, już po złożeniu broni przez polskich żołnierzy wszystkich obrońców odcinka „Zakroczym” - Niemcy zebrali na polu wzdłuż drogi prowadzącej do Kroczewa. Po jednej stronie drogi ustawili szeregowych, po drugiej zaś oficerów. W kilku punktach doszło wtedy do rozstrzeliwania już rozbrojonych naszych żołnierzy. W Zakroczymiu rozstrzelano pod ścianą całą drużynę oraz porucznika z 4. pułku piechoty. Ponieważ dowodzący tą drużyną porucznik egzekucję przeżył, niemiecki oficer oddał do niego jeszcze kilka strzałów z pistoletu. Pomimo to, ciężko ranny porucznik żył nadal, a nawet był jeszcze w stanie mówić. Żołnierze polscy zanieśli więc porucznika do pobliskiego domu. Zawiadomiony o tym wydarzeniu dowódca 2. pułku piechoty Legionów - pułkownik Ludwik Czyżewski wszedł najpierw do domu, gdzie leżał ranny porucznik, by naocznie przekonać się o prawdziwości tego wszystkiego, co przekazali mu jego żołnierze. Następnie pułkownik usiłował nakłonić spotkanego na drodze starszego już wiekiem majora Wehrmachtu, który z pewnością musiał być weteranem poprzedniej wojny światowej - by wszedł do domu i także przekonał się o skutkach barbarzyńskich wyczynów swoich żołnierzy. Miał nadzieję, że major nakaże wszczęcie dochodzenia w tej, jakże bulwersującej sprawie wojennej zbrodni. Niemiecki major odmówił jednak wejścia do domu, kwitując ten zbrodniczy czyn swoich żołnierzy stwierdzeniem, że przecież takie rzeczy zdarzają się w bitewnym rozgorączkowaniu. Najwyraźniej dla tego oficera Wehrmachtu oficerska rycerskość była już czymś zupełnie obcym...   
     
W momencie gdy dowódca III batalionu 2. pułku piechoty Legionów, kapitan Tadeusz Wojciech Dorant oraz chorąży Stanisław Drechno wraz z kilkoma żołnierzami pozostającymi pod ich rozkazami - już po złożeniu broni - wychodzili ze schronu, zostali wszyscy żywcem spaleni przez obsługę niemieckiego miotacza płomieni. Dowiedziawszy się o tym, pułkownik Ludwik Czyżewski również w tej sprawie usiłował indagować niemieckich oficerów. Oni jednak ostentacyjnie odmówili naocznego przekonania się o popełnieniu tej bestialskiej zbrodni przez podległych im żołnierzy. Zezwolili jedynie na pochówek na zakroczymskim cmentarzu pomordowanych wówczas naszych żołnierzy.


Fot. 21.  Zwęglone ciała  polskich żołnierzy. Modlin, 28 września 1939 roku

             W grudniu 2008 roku znalazłem w internecie wystawione na sprzedaż reprodukcje fotografii odnoszących się do działań Pierwszego Batalionu Saperów z Królewca (Königsberg). Szczególnie interesujące były przedstawiające płonące polskie pozycje cztery fotografie. Zaopatrzono je podpisem „Flammenwerfer übungsmäßig eingesetzt am 28.09.39 vor Medlin”.  Zamieszczona na odwrocie fotografii data koresponduje ewidentnie z dniem kapitulacji Modlina. Więc najwyraźniej przekręcono jedynie nieco nazwę twierdzy. Opis tych reprodukcji fotograficznych pozwalał na jednoznaczną identyfikację jednostki Wehrmachtu, której żołnierze żywcem spalili poddających się polskich obrońców Modlina. A potem znalazłem i zakupiłem zamieszczoną powyżej jeszcze jedną fotografię obrazującą grozę i okrucieństwo tamtej sytuacji. Szczególnym przerażeniem napawa fakt, że tej wojennej zbrodni dopuszczono się w ramach ćwiczebnego zastosowania miotaczy płomieni! Tak bowiem wprost tłumaczyć należy zacytowany powyżej niemieckojęzyczny opis fotografii wystawionych na sprzedaż u schyłku 2008 roku. A któż niby mógł wydać rozkaz, nakazujący tego rodzaju ćwiczebne wypróbowanie miotaczy płomieni? Oczywiście, wydali go ci sami oficerowie Wehrmachtu, którzy potem odmówili oglądania skutków zbrodniczego działania podległych im żołnierzy...

Niebawem po kapitulacji Zakroczymia, Niemcy zajęli także miejscowy klasztor, konfiskując wszelkie dokumenty, a więc również i dokumentację szpitalną odnoszącą się do pomocy medycznej udzielanej przez zakonników obrońcom Twierdzy Modlin. Następnie zaś, mszcząc się za udzielanie schronienia cywilom oraz pomocy medycznej obrońcom twierdzy, okupanci aresztowali wszystkich mnichów z tamtejszego klasztoru. Ich przeora, ojca Cyryla, Niemcy wywieźli do obozu jenieckiego w Działdowie, gdzie też został on niebawem zamordowany.

Niemożliwy do zakwestionowania w świetle zebranych relacji oraz dokumentacji fotograficznej; udział żołnierzy niemieckich w rozstrzeliwaniu cywilnych mieszkańców nadgranicznych wsi Zimna Woda oraz Parzymiechy, jak też cywilnych mieszkańców Mszczonowa oraz wziętych do niewoli jego okolicy jak też w Modlinie polskich żołnierzy, oceniać należy przez pryzmat zasad prawa międzynarodowego, którym w warunkach prowadzenia wojny bezwzględnie podlegają wszak żołnierze wszystkich armii świata pomimo zobligowania ich do posłuchu wydawanym im rozkazom. Na podkreślenie w tym miejscu zasługuje to, że także w szeregach Wehrmachtu obowiązywała zasada prawa żołnierza do zgłoszenia swojemu bezpośredniemu przełożonemu każdego przypadku niezgodności wydanego rozkazu z sumieniem jego wykonawcy.

Jeżeli w takim przypadku - rozkaz zostałby powtórzony, nie było innej rady; bezwzględnie musiał być on wykonany. Jednakże rozkazodawca musiał liczyć się z tym, że w takiej sytuacji żołnierz był zobligowany do poinformowania o takim fakcie swojego wyższego dowódcy, a więc tym samym zwierzchnika rozkazodawcy, który był władny wyciągnąć wobec niego wszelkie konsekwencje służbowe.
Powstaje więc dość retoryczne pytanie - cóż może być bardziej sprzecznego z sumieniem żołnierza niż rozstrzeliwanie nie biorących udziału w działaniach wojennych cywilów, w tym także kobiet z niemowlętami na ręku, czy też rozbrojonych uprzednio jeńców wojennych...

Jeśli zatem we wrześniu 1939 roku żołnierze niemieccy bez szemrania wykonywali tego rodzaju zbrodnicze rozkazy, oznaczać to może jedynie, że w szeregach Wehrmachtu powszechnie nie uważano takich rozkazów za coś sprzecznego z żołnierskim sumieniem, o czym przecież jednoznacznie przekonuje treść wypowiedzi pochodzących z ust zdobywców Twierdzy Modlin, przytaczanych przez pułkownika Ludwika Czyżewskiego. Niemieccy żołnierze otwarcie mówili, że należy rozstrzelać wszystkich polskich jeńców. Ostatecznym skutkiem takiego stanu rzeczy było to, że oficerowie wydający podległym im żołnierzom rozkazy ewidentnie naruszające międzynarodowe konwencje zostali już uprzednio utwierdzeni w przekonaniu o swej bezkarności. Najwyraźniej doskonale wiedzieli o tym, że podczas tej wojny zupełnie nie muszą liczyć się z tym, iż którykolwiek z ich zwierzchników powiadomiony o treści wydanych i wykonanych rozkazów sprzecznych ze zwyczajami i zasadami prawa wojennego będzie z tego powodu wyciągał w stosunku do winnych jakiekolwiek konsekwencje.

Ot, i cały fenomen mechanizmu rozumowania i funkcjonowania dwudziestowiecznego zjawiska, które nazwałbym po prostu homo hitlericus!

Powiedzieć też trzeba, że mało znanym, a wręcz zupełnie przemilczanym w historiografii jest fakt wyselekcjonowania spośród wziętych przez Wehrmacht do niewoli we wrześniu 1939 roku około 50 tysięcy Żydów w polskich mundurach i wymordowanie ich w ramach planowej zagłady, co oczywiście nastąpić musiało na skutek odgórnych rozkazów, wydanych z jawnym pogwałceniem uregulowań Regulaminu praw i zwyczajów wojennych stanowiącego załącznik do parafowanej przez cesarskie jeszcze Niemcy -  IV Konwencji Haskiej z dnia 18 października 1907 roku. Nie pierwsze to, i nie jedyne - naruszenie przez siły zbrojne III Rzeszy wojennego prawa międzynarodowego - już we wrześniu 1939 roku - jak to wynika z treści niniejszego opracowania nie roszczącego sobie, bynajmniej, pretensji do uznania go za opracowanie kompleksowe, wyczerpujące tematykę zbrodni wojennych popełnionych przez Wehrmacht we wrześniu 1939 roku. Z racji ograniczenia się - w zasadzie - do relacjonowania niektórych tylko zdarzeń z obszaru działania Armii „Łódź”; nie zostało w tym miejscu wszak opisane chociażby, rozstrzelanie w dniu 9 września 1939 roku pod Ciepielowem przez żołnierzy Wehrmachtu ponad 300 jeńców, polskich żołnierzy z 74. pułku piechoty, której to zbrodni rozkazodawcą był dowódca 15. pułku piechoty Wehrmachtu - pułkownik Walter Wessel. Z tej samej przyczyny - poprzestając jedynie na publikacji fotografii - nie zajmowałem się także mordami dokonanymi przez  okupantów na ludności cywilnej w Bydgoszczy w dniu 10 września 1939 roku, co przeszło do historii pod nazwą „Krwawej niedzieli”.

Fot. 22. Rozstrzeliwania cywilnych mieszkańców Bydgoszczy

Fot. 23. Wrześniowy terror w okolicach Bydgoszczy








Problematyka wrześniowych zbrodni wojennych oraz mechanizmów ich popełnienia na jeńcach wojennych oraz ludności cywilnej przez żołnierzy i oficerów regularnej armii niemieckiej doczekała się kompleksowego opracowania w będącej odważnym wyjściem naprzeciw historycznej prawdzie - świetnej książce niemieckiego historyka Jochena Böhlera, zatytułowanej „Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce”. Wszystkim zainteresowanym problematyką zbrodniczych działań Wehrmachtu we wrześniu 1939 roku - polecam lekturę tej niebywale wartościowej pozycji…

  Piotr Jan Nasiołkowski


Ilustrujące niniejszy tekst fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora a także ze zbiorów Mszczonowskiej Izby Pamięci udostępnione przez współpracującego od wielu lat z autorem - Pana Piotra Dymeckiego z Mszczonowa.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Wyglada na to że jest już PO-obiedzie. 10 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Ten Budka to prawdziwy Napoleon ha.ha
    11 godzin temu
  • Born in Skarland powiedział(a) Więcej
    "Drogie" Ekojołopy !! Dzięki EURO 2012 które zabrało kasę do Gdańska ( Pan premier TUSK musiał dojechać do... 16 godzin temu