Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

W kleszczach najeźdźców - Piotr Jan Nasiołkowski

Jakże można nie ulec magicznemu urokowi starej, pożółkłej fotografii… Nawet jeśli podarta… Zwłaszcza takiego zdjęcia, na którym latem 1930 roku, radomski fotograf Ludwik Müller, posiadający swoje atelier przy ulicy Kilińskiego 15 - uwiecznił grupę chłopaków z Jastrzębia i jego okolicznych wsi...

Na tym poskładanym przeze mnie z trzech części, pieczołowicie odrestaurowanym, pożółkłym zdjęciu - grupka nastoletnich chłopców w munduropodobnych przyodziewkach, dzierży w rękach dumnie karabiny Mosin, pamiętające swą służbę jeszcze w carskiej armii. Po odzyskaniu niepodległości przez Rzeczypospolitą – rosyjskie karabiny Mosin kaliber 7,62 mm, zarówno te pozostałe po zaborczej armii, jak i te - zdobyte podczas wojny  z Rosją Sowiecką w latach 1919-1920 – przerabiano w lwowskiej fabryce, skracając nieco lufy i zmieniając kaliber tak, by można było z nich strzelać standardową w Wojsku Polskim mauserowską amunicją kalibru 7,92 mm. A zostało tego ruskiego oręża w Polsce… coś około 200 000 sztuk. Więc lwowska fabryka zbrojeniowa roboty miała, co niemiara!  



Spośród gromadki wiejskich chłopaków pozujących dumnie do zdjęcia ze ściskanymi w rękach karabinami, za lat dziewięć - niejeden zapewne wdział wojskowy mundur i karabin wziąć do ręki musiał… W każdym bądź razie - rozpoznałem wśród nich trzech przyszłych wrześniowych żołnierzy, co zarazem wnukami byli mojego pradziada Mikołaja Nasiołkowskiego. Z prawej strony klęczy z karabinem, ten najstarszy, urodzony 1 listopada 1915 roku, przyszły bombardier Stefan Nasiołkowski, syn Józefa i Ludwiki z domu Fronk, który jesienią 1937 roku miał rozpocząć odbywanie zasadniczej służby wojskowej w stacjonującym w Brześciu nad Bugiem - 30. Poleskim Pułku Artylerii Lekkiej.
Drugi, to urodzony 25 lutego 1916 roku, szeregowy Zygmunt Sasal, syn Karola i Karoliny z domu Nasiołkowskiej, powołany w październiku 1938 roku do odbycia zasadniczej służby wojskowej w 1. Pułku Lotniczym w Warszawie.


Fot.  Bombardier Stefan Nasiołkowski

Fot. We wrześniu 1939 r -  szeregowy Zygmunt Sasal

Ten trzeci najmłodszy, to urodzony 10 lutego 1917 roku, szeregowy Jan Boruch, syn Józefa i Michaliny z domu Nasiołkowskiej, żołnierz stacjonującego w Puławach 2.Pułku Saperów Kaniowskich, który przysięgę wojskową złożył w dniu 8 sierpnia 1939 roku, a więc niespełna na trzy tygodnie przed wybuchem wojny.
W grupce młodocianych strzelców – rozpoznałem również tego, co ostatnim szeregu stoi – jako drugi od lewej… To mój ojciec. Miał wówczas trzynaście lat. Znaczy się, także i czwarty wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego brał udział w tym przedsięwzięciu patriotycznego wychowywania nowego pokolenia kandydatów na wojennych bohaterów.
Jakże często — martwych bohaterów!


Fot. Szeregowy Jan Boruch z matką Michaliną


Wujka Janka Borucha powołano do wojska w dniu 10 lipca 1939 roku. Swoją służbę wojskową rozpoczął w II Batalionie Saperów - jednostce posiadającej swój pokojowy garnizon w nadwiślańskich Puławach. Dwanaście dni po złożeniu przez szeregowego Borucha wojskowej przysięgi, dokładnie zaś mówiąc, w dniu 20 sierpnia 1939 roku, jego saperski II batalion pospiesznie przeorganizowano w 2. Pułk Saperów Kaniowskich.
Zapewne nikt w puławskich koszarach nie orientował się w tym, że akurat poprzedniego dnia, czyli 19 sierpnia 1939 roku, jednostki Wehrmachtu opuściły swoje koszary, przemieszczając się w kierunku naszej granicy. Rzec zatem można, że w dniu przeformowywania saperskiego batalionu wujka Janka w pułk - niemieckie siły zbrojne zajmowały już nad polską granicą pozycje wyjściowe do ataku na nasz kraj.
Zatem, ewidentnie trwała już ostatnia faza agonii pokoju…


Fot.  Przysięga przyszłych wrześniowych żołnierzy

Fot.  Przybycie niemieckiego pociągu wojskowego do Kluczborka

Fot.  Wojsko polskie maszeruje w rejonie przygranicznym

Fot.  Namioty obozowiska Wehrmachtu przy granicy z Polską


*        *        *
                
Na tę wojnę, wyczuwalnie już w powietrzu wiszącą, dwaj spośród wnuków mojego pradziada Mikołaja, czyli artylerzysta Stefan Nasiołkowski oraz lotnik Zygmunt Sasal; odjechali pociągiem, który - już na zawsze - zabrał obydwu tych żołnierzy z peronu szydłowieckiej stacji kolejowej, usytuowanej jakieś dwa kilometry od ich domów rodzinnych. Ten pierwszy, po raz ostatni odwiedził rodzinną wieś w marcu.., zaś drugi wpadł na kilka dni do domu latem, by pomóc braciom w żniwach - tych ostatnich, przedwojennych…
*        *        *
Ostatni dzień pokoju oraz pierwszy dzień wojny przeszły w Puławach całkiem spokojnie. W koszarach 2. Pułku Saperów Kaniowskich, gdzie swoją służbę odbywał szeregowy Jan Boruch - ciągle jeszcze trwała mobilizacja pierwszego rzutu. Natomiast drugiego dnia wojny - nadleciały wrogie samoloty usiłujące zniszczyć most drogowy na Wiśle, posiadający w tamtym czasie nie byle jakie znaczenie militarne. Pomimo kilku celnych trafień bombami lotniczymi nieprzyjacielowi nie udawało się jednak osiągnąć celu. Zrzucone bomby przebijały wprawdzie nawierzchnię drogową mostu, lecz nie czyniąc przy tym większych szkód, eksplodowały dopiero w wiślanej wodzie pod mostem. Ataki lotnicze pociągały jednak za sobą liczne ofiary cywilne spośród rzesz cywilnych uciekinierów usiłujących przedostać się na wschodnią stronę Wisły przez most, atakowany z powietrza. W pierwszym tygodniu wojny wrogie samoloty (przy okazji wielokrotnie podejmowanych przez Luftwaffe prób zniszczenia mostu drogowego) nie oszczędzały także centrum Puław, które ucierpiało w takim samym stopniu, jak teren przylegający do Wisły w rejonie atakowanego mostu.


Fot. Zbombardowany zabytkowy kościół w Puławach

Fot. Zburzone domy w Puławach. Efekt nalotów Luftwaffe

Fot. Domy w Puławach zniszczone bombami Luftwaffe

Fot. Wysadzony przez polskich saperów puławski most na Wiśle

Funkcjonowanie puławskiego podośrodka Dowództwa Obrony Przeciwlotniczej bazującego na sieci radiowej i telefonicznej określić należy jako niebywale sprawne. Przekazywane tutaj informacje o zbliżaniu się wrogich samolotów powodowały natychmiast ogłaszanie alarmów przeciwlotniczych dla ludności cywilnej. Sprawnie też przeprowadzano bilans strat i zniszczeń spowodowanych przez naloty nieprzyjacielskich samolotów, do których wielokrotnie otwierały ogień karabiny maszynowe należące do obrony przeciwlotniczej pułkowych koszar, chociaż same koszary nigdy nie były celem powietrznych ataków. Ostrzał atakujących miasto niemieckich maszyn przez tę baterię przeciwlotniczej obrony złożonej jedynie z broni maszynowej - nie okazał się jednak skuteczny i nie pociągnął za sobą żadnych strat dla Luftwaffe.
     
Natomiast ataki nieprzyjacielskiego lotnictwa, pociągające za sobą zniszczenie węzłów kolejowych i szlaków komunikacyjnych, w sposób natychmiastowy odbiły się negatywnie na sprawności, ciągle jeszcze przeprowadzanej w tym czasie, mobilizacji 2. Pułku Saperów Kaniowskich. Natychmiast bowiem pojawiły się trudności w dochowaniu punktualności stawiennictwa do jednostki oficerów i żołnierzy przybywających z terenów położonych na zachód od Wisły.

Po zakończeniu mobilizacji 2. Pułk Saperów Kaniowskich liczył w sumie około 1200 żołnierzy i oficerów, z czego 950 zgrupowano w samych Puławach. W trakcie przeprowadzania mobilizacji stwierdzono istnienie znacznych trudności aprowizacyjnych wynikających z braków zaopatrzeniowych. Skutkiem finalnym tego stanu rzeczy była niemożność umundurowania zmobilizowanych właśnie 550 szeregowych żołnierzy rezerwy. Jednostka nie dysponowała bowiem wystarczającą ilością obuwia, nakryć głowy, płaszczy oraz pasów głównych. Nie odnotowano natomiast żadnych braków w uzbrojeniu oraz wyposażeniu w sprzęt i materiały saperskie, które dodatkowo jeszcze posiadały bardzo dobrą jakość.  Niewątpliwie, jeśli autor relacji podkreśla bardzo dobrą jakość naszych materiałów saperskich, ma na myśli doskonały polski trotyl o białej barwie, którego technologii produkcji - do chwili obecnej - nie udało się odtworzyć.

W dniu 6 września 1939 roku do stacjonującego w Puławach 2. Pułku Saperów Kaniowskich przybył Dowódca Saperów Ministerstwa Spraw Wojskowych - generał Tadeusz Kossakowski. W obliczu zbliżania się sił nieprzyjaciela do linii Wisły generał wydał pisemny rozkaz natychmiastowej ewakuacji pułku za linię wyznaczoną biegiem rzeki Bug. Dokładnie zaś do majątku Piszcza, położonego na obszarze ówczesnego powiatu włodawskiego.

Niezwłocznie więc w nocy z 6 na 7 września wysłano pierwszy rzut ewakuacyjny, w którego skład wchodziło około 150 kobiet i dzieci będących członkami rodzin kadry zawodowej pułku. W godzinach popołudniowych 7 września samochody powróciły do Puław, by dostarczyć w miejsce nowego postoju jednostki resztę jej sprzętu wojskowego oraz pozostałego majątku. Wykonując to zadanie, pojazdy te aż do dnia 12 września stale kursowały pomiędzy dotychczasowym a nowym miejscem postoju jednostki. Licząca około 1500 żołnierzy i oficerów pułkowa kolumna marszowa opuściła Puławy  w nocy z 7 na 8 września 1939 roku. Gdzieś w tych kolumnach, pokonujących pieszo, wiodącą przez Lublin trasę z Puław do majątku Piszcza, maszerował  jeden z trzech wnuków mojego pradziada Mikołaja Nasiołkowskiego - szeregowy Jan Boruch.

W tym miejscu odnotować muszę, że zdarzyło się niegdyś tak, iż w latach 1982–1985 wielokrotnie pokonywałem tę liczącą około 150 kilometrów trasę Puławy - Lublin - Włodawa, podróżując autobusami PKS z przyczyn zawodowych. Z łatwością mogę więc sobie wyobrazić skalę wysiłku wuja Janka Borucha i innych żołnierzy jego jednostki, którzy we wrześniu 1939 roku musieli tę samą odległość pokonać pieszo… I to jeszcze w warunkach stałego zagrożenia ze strony samolotów Luftwaffe. Dość powiedzieć, że pododdziały pułku przekształconego już w międzyczasie w Ośrodek Zapasowy Saperów Nr 2 potrzebowały na przebycie tej trasy aż pięciu dni.




Fot.  Zajęte przez Wehrmacht starostwo w Puławach

W godzinach rannych, 12 września - żołnierze przybyłej z Puław jednostki saperskiej znaleźli się wreszcie w miejscu swego przeznaczenia, które z kwatermistrzowskiego punktu widzenia jawiło się być dla całego zgrupowania niebywale korzystne. Tym nowym miejscem postoju jednostki stał się majątek Piszcza wraz z przylegającą doń wsią o tej samej nazwie. Komendę Garnizonu Puławy, opuszczonego już przez pułk, w dniu 8 września 1939 roku objął kapitan Gawina. Tego samego dnia - zgodnie z planem mobilizacyjnym o godzinie 13.00 - wyszedł w majątku Piszcza ostatni rozkaz 2. Pułku Saperów Kaniowskich, gdyż na czas trwania wojny, został on tamtego dnia przekształcony w Ośrodek Zapasowy Saperów Nr 2. Konsekwencją więc tego było to, że następnego dnia, czyli 9 września 1939 roku, w majątku Piszcza wyszedł pierwszy rozkaz Ośrodka Zapasowego Saperów Nr 2.

*        *        *

            Tymczasem przebywający nieopodal Twierdzy Brzeskiej, czyli pokojowego garnizonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, opuszczonego wszak przezeń już w ostatnich dniach marca, generał Tadeusz Kossakowski - dowódca całego pionu wojsk saperskich z ramienia Ministra Spraw Wojskowych, będąc w pełni świadom niepomyślnego rozwoju militarnej sytuacji, przewidywał możliwość rychłego wywiązania się walk na linii rzeki Bug. W związku z powyższym, w dniu 11 września wydał wykonany niezwłocznie rozkaz natychmiastowej ewakuacji rodzin wojskowych do miejscowości Derażne.  

           W dniu 13 września, generał Tadeusz Kossakowski otrzymał od Ministra Spraw Wojskowych spodziewany rozkaz zorganizowania obrony na linii rzeki Bug. Do obrony odcinka odległego o około 120 kilometrów w kierunku południowym od Brześcia wyznaczono właśnie siły Ośrodka Zapasowego Saperów Nr 2. Żołnierze tej formacji opuścili akurat majątek Piszcza i właśnie byli w trakcie pokonywania marszem odległości dzielącej ich dotychczasowe miejsce postoju od kresowego miasta Kowel. Kiedy kolumna dotarła do miejscowości Maciejowice, położonej już całkiem niedaleko od Kowla, jej dowódcy został doręczony wymieniony wyżej rozkaz.

           Następnego dnia, a więc 14 września, Minister Spraw Wojskowych wydał rozkaz odwołujący organizację obrony na linii Bugu. W tej sytuacji generał Tadeusz Kossakowski rozkazał formacjom Ośrodka Zapasowego Saperów Nr 2 natychmiastowy wymarsz w rejon Kowla, dokąd jednostka ta przybyła nocą z 14 na 15 września 1939 roku. Rankiem 15 września, dokładnie zaś o godzinie 7.30, major Cwalino-Godzięba z Komendy Garnizonu Kowel otrzymał telefonogram zawierający rozkaz generała Tadeusza Kossakowskiego, nadany przez majora Bałtusisa ze stacjonującego w Równem Dowództwa Saperów Ministerstwa Spraw Wojskowych. W rozkazie tym polecono, aby  z Ośrodka Zapasowego Saperów Nr 2 niezwłocznie wydzielić wyekwipowany i uzbrojony batalion piechoty, po czym formację tę oddać do dyspozycji pułkownika dyplomowanego Leona Koca, będącego dowódcą obrony Kowla. Rozkaz ten został wykonany w godzinach popołudniowych 15 września 1939 roku. Dowództwo batalionu, który składał się wtedy z trzech kompanii piechoty posiadających pełną obsadę i wyposażonych w broń maszynową, objął kapitan Stanisław Ciepliński.

           W skład kadry oficerskiej sformowanego batalionu weszli między innymi następujący oficerowie służby stałej: porucznik Józef Tomczak, podporucznik Stanisław Certowicz, podporucznik Antoni Wiesław Wybraniec oraz podporucznik Jerzy Siegenfeld. Reszta oficerów rekrutowała się spośród zmobilizowanych oficerów rezerwy.

Na mocy tego samego rozkazu generała Tadeusza Kossakowskiego pozostałą część oficerów i żołnierzy Ośrodka Zapasowego Saperów Nr 2, skierowano do położonych w Sarnach - koszar 27. Dywizji Piechoty. W ten oto sposób; prawnuk kowala Jana Nasiołkowskiego, szeregowy Jan Boruch, pochodzący ze wsi Kolonia Kuźnia – syn Michaliny urodzonej we wsi Kowala Duszocina - został obrońcą kresowego miasta Kowla! Zapewne wszyscy nasi zgrupowani w Kowlu żołnierze, nie wyłączając ich dowódcy, pułkownika Leona Koca, byli wówczas święcie przekonani o tym, że przyjdzie im bronić miasta przed Niemcami. Jak powszechnie wiadomo, sprawy potoczyły się jednak zupełnie inaczej. O detalach swojego udziału w tamtych wydarzeniach, które po wkroczeniu Armii Czerwonej rozgrywały się wtedy wokół Kowla, oraz o drogach swojego powrotu do domu - wuj Janek Boruch jakoś nikomu nie chciał po wojnie opowiadać.

Zapewne dlatego unikał tego tematu, że ze zrozumiałych względów – w tamtym czasie, nie chciał przyznać się do brania udziału w walkach, jakie nasze wojsko we wrześniu 1939 roku toczyło z Armią Czerwoną.
          Dziś jest wiadomo, że na wieść o wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich już następnego dnia, a więc 18 września 1939 roku, wykonując polecenie generała brygady Mieczysława Smorawińskiego, pułkownik Leon Koc zdemobilizował wszystkich nieuzbrojonych żołnierzy pochodzących z obszarów leżących na wschód od Bugu. Natomiast z podległych jego komendzie uzbrojonych żołnierzy sformował grupę „Kowel”. Na jej czele natychmiast wymaszerował w kierunku południowym do Jeziorzan, by stamtąd udać się do wsi Werba, położonej około 12 kilometrów na północ od Włodzimierza Wołyńskiego. Zamiarem pułkownika Leona Koca było wyprowadzenie dowodzonego przez się ugrupowania na Węgry. Jednakże wykonanie tego zadania stało się niemożliwe z uwagi na szybkie postępy jednostek Armii Czerwonej, która dotarła już w rejon Włodzimierza Wołyńskiego. Właśnie w okolicy tej miejscowości żołnierze grupy „Kowel” stoczyli swą pierwszą potyczkę z oddziałami Armii Czerwonej, a następnie podzieliwszy się na dwie grupy - pomaszerowali dwoma trasami na zachód w kierunku Zamościa. Sforsowawszy Bug w okolicach Uściługa, Horodła i Korytnicy, zgrupowanie pułkownika Leona Koca wieczorem, 24 września dotarło do wsi Grabowiec-Góra. Zaś następnego już dnia, znaczy się w poniedziałek, 25 września rano do Grabowca dotarły pierwsze oddziały Armii Czerwonej. Miejscowi Żydzi powitali Sowietów chlebem i solą informując ich zarazem o miejscu kwaterowania jednostki naszej kawalerii w Grabowcu - Osadzie. Miejscowość natychmiast znalazła się pod ogniem czerwonoarmistów, co sprowokowało szarżę polskich kawalerzystów na pozycje bolszewickie. Niedogodność pofałdowanego i bagnistego terenu sprawiła, że ten atak załamał się w ogniu sowieckich karabinów maszynowych. W tej szarży poległo wówczas wielu ułanów. Natomiast wziętych do niewoli i rannych, którzy pozostali na polu bitwy - Sowieci wymordowali bagnetami. Ofiarą sowieckiego barbarzyństwa padł wtedy również personel oraz ranni pacjenci, ewakuowanego z Chełma - szpitala polowego nr 2.

              Odnotować należy także, iż w położonej około 25 kilometrów na zachód od Hrubieszowa miejscowości Uchanie, komunistyczna bojówka złożona z tamtejszych Żydów rozbroiła i uwięziła w piwnicach kilkudziesięciu polskich żołnierzy. Powziąwszy wiadomość o tym - pułkownik Koc zarządził przeszukanie piwnic. Uwolnionych żołnierzy nakazał wcielić w szeregi ugrupowania „Kowel”, zaś ustalonych komunistycznych dywersantów potraktowano w sposób zgodny z wojennym prawem, czyli niezwłocznie rozstrzelano.
              Na kanwie tych wojennych zdarzeń nasuwa się, w tym miejscu, pewna dygresja. Otóż, trzeba wprost powiedzieć, że we wrześniu 1939 roku, siły sowieckiego agresora znalazły wsparcie ze strony wrogo do Państwa Polskiego nastawionych Ukraińców, a także bojówek komunistycznych, których trzon stanowili zamieszkali w tym rejonie Żydzi. Zarazem podczas Wojny Obronnej 1939 roku, w szeregach Wojska Polskiego służyli wszak liczni Ukraińcy i Żydzi - polscy obywatele. Niejeden odniósł rany. Wielu też poległo. Zostało wszak odnotowane, iż jednym spośród rannych polskich żołnierzy przyjętych do szpitala w Janowie Lubelskim w dniu 30 września był pochodzący z Warszawy Izaak Bieler - syn Arona, zaś wśród żołnierzy hospitalizowanych w pierwszych dniach października w  Szczebrzeszynie znalazło się nazwisko mieszkańca Konina, Ajzyka Weinguta - syna Abrama. W tym samym czasie inni Żydzi, naciągnąwszy na rękawy czerwone opaski rozbrajali polskich żołnierzy, a więc w zdradziecki sposób wystąpili przeciwko siłom zbrojnym Państwa Polskiego znajdującego się w stanie wojny z III Rzeszą - państwem istniejącym na gruncie ideologii, której integralną częścią był wszak antysemityzm o nieznanym dotychczas stopniu skrajności! Zatem stwierdzić trzeba, że wszyscy ci Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach - ni mniej ni więcej - tylko działali na rzecz państwa-agresora, gdzie już od lat obowiązywały antysemickie Ustawy Norymberskie! Jawili się zatem być sojusznikami tych, którzy w dniu 9 listopada 1938 roku urządzili w swoim kraju odgórnie inspirowany, bezprzykładnie haniebny pogrom Żydów. Do historii przeszedł on jako Noc Kryształowa.

          Uchodząc przed jednostkami Armii Czerwonej po walkach z nimi stoczonych w dniu 25 września; wieczorem tamtego dnia, zgrupowanie pułkownika Leona Koca zatrzymało się we wsi Pilaszkowice, leżącej około 8 kilometrów na północ od Żółkiewki. Stamtąd, w dniu 27 września, żołnierze zgrupowania wyruszyli w kierunku Żółkiewki, gdzie połączyli się z kilkoma innymi podobnymi im grupami. Należały do nich grupy pułkownika Władysława Filipkowskiego, batalion saperów dowodzony przez majora Wacława Plewakę, zgrupowanie piechoty pod dowództwem podpułkownika Czesława Czajkowskiego oraz kawalerzyści podlegli komendzie rotmistrza Franciszka Flataua. Dowództwo nad całością tego zgrupowania objął pułkownik dyplomowany Tadeusz Zieleniewski, przedwojenny szef Wojskowego Instytutu Geograficznego.

           Od południa 28 września, a więc tamtego dnia, gdy kapitulowała już Warszawa; żołnierze podpułkownika Aleksandra Kiszkowskiego przez dziewięć godzin - nieopodal Janowa Lubelskiego - toczyli pod Momotami Górnymi zacięty bój z 27. Dywizją Piechoty Wehrmachtu.


Fot. Moment kapitulacji polskiego ugrupowania w rejonie wsi Kiszki koło Janowa Lubelskiego

Fot.  Już po walce... Radomski mauser z bagnetem wsparty o przydrożne drzewo...


Fot. Wrak wojskowej ciężarówki spalonej podczas walk pod Janowem Lubelskim


Fot. Zwycięzcy i zwyciężeni pod wsią Kiszki koło Janowa Lubelskiego


Fot. Pobojowisko w rejonie wsi Kiszki koło Janowa Lubelskiego


Fot. Opuszczone pozycje polskich żołnierzy wziętych do niewoli

             Nie zdoławszy jednak przełamać oporu niemieckiej formacji, w dniu 2 października żołnierze nasi poddali się ostatecznie Armii Czerwonej w rejonie wsi Domostawa. Wykorzystując nadarzającą się okazję, że początkowo jeńcy nie byli zbyt starannie pilnowani, szczęśliwie wielu z nich udało się zbiec z niewoli sowieckiej. Najwyraźniej, jednym ze zbiegłych jeńców musiał być wuj Janek Boruch, do końca życia uparcie odmawiający relacjonowania swoich wrześniowych przygód wojennych. Większość jeńców została jednak przez Sowietów popędzona na wschód. Spośród polskich oficerów, którzy nieopodal Janowa Lubelskiego zostało wówczas wziętych do sowieckiej niewoli - wielu zostało  bestialsko zamordowanych. Dość powiedzieć, że tragiczny wojenny los wspomnianego wcześniej, powiązanego z rodziną Piłsudskich, rotmistrza Franciszka Flatau’a dopełnił się w roku 1940  w Charkowie, zaś generał Mieczysław Smorawiński został zamordowany w  Katyniu, co dziś jest już powszechnie wiadome.  

             Jednym z żołnierzy podległych komendzie pułkownika Leona Koca był - noszący przezornie w plecaku cywilne ubranie - pochodzący ze Skarżyska-Kamiennej strzelec wyborowy, starszy szeregowy Czesław Sadza. Podobnie jak wujek Janek - były snajper Sadza, w pokojowym czasie, niewiele mówił na temat swojego udziału w wrześniowej wojnie obronnej. Właściwie jego wypowiedzi na ten temat ograniczały się wyłącznie do tego, o co - w myśl IV Konwencji Haskiej - dopuszczalne było pytać przesłuchiwanego jeńca wojennego.

           Mając na względzie, że zmierzali w jednym kierunku; niewykluczone wcale, że uchodząc z pola wrześniowej klęski - starszy szeregowy Czesław Sadza przekradał się z okolic Janowa Lubelskiego do Skarżyska wspólnie z szeregowym Janem Boruchem, który jako jedyny spośród trzech żołnierzy-wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego - zdołał z tamtej jesiennej wojny powrócić pod rodzinną strzechę…
        

Piotr Jan Nasiołkowski




Ilustrujące tekst fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

 

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Do Hanna. Masz zamiar brać udział w tym biegu? Może przez te kilka godzin pozostań w domu lub wybierz się do... 1 dzień temu
  • 666 powiedział(a) Więcej
    A ten mądry pająk to rasowy krzyzak czy z tych co sraja na gzymsy.? 1 dzień temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Och jaki wysyp internetowych bohaterów no no no szkoda że anonimowo no cóż na tyle odwagi starcza.Boicie się... 1 dzień temu