Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Wśród przyczyn wrześniowej klęski... Część II - Piotr Jan Nasiołkowski

W końcu skończył się czas pokoju, czyli jakby to powiedział Clausewitz - czas zawieszenia broni pomiędzy dwoma wojnami - tym razem światowymi,… Nastał - jakże brzemienny w skutki dla świata - tamten świt 1 września 1939 roku…

Analizując przebieg działań militarnych we wrześniu 1939 roku, nie może ujść uwadze, że przez pierwsze pięć dni tamtej wojny, na północny zachód od Armii „Łódź”, toczącej właśnie z dość dużym powodzeniem niebywale zacięte walki obronne nad Widawką, stała sobie spokojnie przez nikogo nie atakowana  i naprzeciw siebie nie posiadająca żadnych sił niemieckich - nasza Armia „Poznań”, dowodzona przez najwybitniejszego spośród ówczesnych polskich dowódców - generała dywizji Tadeusza Kutrzebę. Zobrazowana na wrześniowych mapach sytuacja frontowa nasuwa myśl, że dowódca tego zgrupowania posiadał możliwość dokonania wyboru pomiędzy dwoma możliwymi do przeprowadzenia manewrami zaczepnymi. Pierwszy z nich byłby niewątpliwie bardziej ryzykowny, ale zarazem też i bardziej efektowny. A kto wie, czy także i nie bardziej efektywny. Otóż, gdyby dowodzona przez generała Władysława Bortnowskiego polska Armia „Pomorze”, walcząca z naporem dowodzonej przez generała Günthera von Kluge IV Armii „Pommern”, cofnęła się na południe i w ten sposób osłoniła prawą flankę Armii „Poznań”, wchodząc jednocześnie w obszar dzielący od siebie zgrupowania naszych dwóch armii „Modlin” oraz „Łódź”, wówczas Armia „Poznań”, przed którą nie stały żadne ugrupowania niemieckie, uzyskałaby nieoczekiwanie możliwość przekroczenia granicy III Rzeszy i marszu wprost w kierunku Berlina odległego wszak od polskich pozycji zaledwie o jakieś 200 kilometrów. Trzeba powiedzieć, że generał Tadeusz Kutrzeba wykonał nawet namiastkę tego manewru. Mało znany jest ten wrześniowy epizod, jakim było wyparcie w rejonie Babimostu niemieckiej straży granicznej i wkroczenie polskich żołnierzy Armii „Poznań” na osiem kilometrów w głąb terytorium wroga. Oczywiście w wypadku podjęcia i kontynuowania przez Armię „Poznań” marszu w głąb niemieckiego terytorium musiałaby na północy rozpocząć za nią pościg IV Armia „Pommern” generała Günthera von Klugego, zawracając jednocześnie z kierunku swego dotychczasowego, planowanego kierunku uderzenia. Jednocześnie taki manewr zaczepny Armii „Poznań” wymusiłby - na walczącej dotychczas z Armią „Łódź” VIII Armii „Niederschlesien”, dowodzonej przez generała Johannesa von Blaskowitza - wykonanie analogicznego manewru na południowej flance frontu polsko-niemieckiego. A to wprost oznaczałoby odciążenie Armii „Łódź”, dając zarazem temu zgrupowaniu szansę na wykonanie manewru zaczepnego, polegającego na zaatakowaniu prawej flanki VIII Armii generała Johannesa von Blaskowitza - już w momencie podjęcia przez nią pościgu za dowodzoną przez generała Kutrzebę Armią „Poznań”, w spektakularny sposób przesuwającą się w kierunku Odry, a zatem także w kierunku stolicy III Rzeszy. Efektem militarnym takiego rozwoju sytuacji byłoby niewątpliwie posianie nie byle jakiego zamętu w realizacji militarnych planów skrupulatnie uprzednio opracowanych przez niemieckich sztabowców. Tego rodzaju polskie działanie zaczepne wymuszałoby na Niemcach konieczność improwizowania. Zatem wymuszałby sposób działania mentalnie zupełnie im obcy. Tym samym, taki polski manewr był niewątpliwie szansą na uniemożliwienie Niemcom konsekwentnej realizacji uprzednio opracowanego planu.

    A jak powszechnie i to nie od dziś wiadomo, właśnie  w stosowaniu metody planowego działania; nasi zachodni sąsiedzi są wszak niedoścignieni. I to właśnie ten sposób działania zapewniał Niemcom odnoszenie sukcesów - i to bynajmniej nie tylko na polach bitewnych.

    Podjęcie tego rodzaju operacji zaczepnej miałoby oczywiście również swoje słabe punkty. Jednym z nich byłyby trudności aprowizacyjne naszego zgrupowania, drugim zaś raczej nieuniknione niebezpieczeństwo zamknięcia Armii „Poznań” w kotle na obcym terytorium i tym samym odcięcie jej od głównych sił polskich. Najwybitniejszy niewątpliwie przedstawiciel niemieckiego korpusu generalskiego, feldmarszałek Erich von Manstein w swej książce „Verlorene Siege”, zauważa wręcz pewność skazania w tej sytuacji militarnej Armii „Poznań” na zagładę, lecz jednocześnie stawia niebywale ważkie pytanie: „Cóż lepszego mogła uczynić Polska w tamtej sytuacji, by uniknąć swej całkowitej klęski?”. Oceniając zarazem wysoko i zaiste po rycersku waleczność naszej armii, niemiecki feldmarszałek realistycznie podkreśla, że w obliczu miażdżącej przewagi Wehrmachtu, polska armia mogła walczyć jedynie o to, by zyskać na czasie, by tym sposobem umożliwić sojusznikom Polski przygotowanie i rozpoczęcie ofensywy przeciwko Niemcom.  

    Co więcej; niemiecki feldmarszałek Erich von Manstein podaje, że wykonania przez Armię „Poznań” takiego manewru domagali się od Polski jej brytyjscy sojusznicy. Powołuje się w tej materii na informacje uzyskane przez Abwehrę od niemieckiego agenta umiejscowionego w ówczesnych polskich kręgach rządowych. Myślę, że rządy dwóch demokratycznych wszak, ówczesnych mocarstw europejskich pilnie potrzebowały polskiej zaczepnej akcji wykonanej przez Armię „Poznań” do przekonania własnych społeczeństw o militarnej i politycznej konieczności natychmiastowego podjęcia ofensywy przeciwko III Rzeszy. Niewątpliwie, niesamowitą moc przekonywania opinii publicznej zachodnich mocarstw - musiałyby mieć prasowe nagłówki francuskich i angielskich gazet; „Polacy maszerują na Berlin!” albo „Nasz polski sojusznik zmierza do Berlina!”. Myślę, że tego właśnie czynnika, tego wytłumaczenia dla opinii publicznej i zarazem presji tejże własnej opinii publicznej zabrakło w tamtym czasie premierom Francji i Wielkiej Brytanii. Najwyraźniej, tej intencji naszych sojuszników nie potrafili odczuć i zrozumieć ówcześni polscy decydenci, którym najwyraźniej wszak obcym był demokratyczny sposób postrzegania politycznych realiów. Albowiem to przecież marszałek Edward Śmigły-Rydz był sztandarową postacią sprawujących wówczas w Polsce władzę piłsudczyków, którzy - ze swej natury niejako - odmawiali racji i słuszności poglądom innym, niźli swoje własne. Brak rozumienia przez władzę zasad funkcjonowania systemu demokratycznego i roli odgrywanej w ramach takiego systemu przez wolną prasę oraz opozycję, to wszak cecha systemu totalitarnego, ale także sanacyjnej rzeczywistości II Rzeczypospolitej. Jest bowiem oczywiste, zwłaszcza w kontekście powyższej argumentacji, że propagandowy efekt takiego, bardziej niż wielce przecież ryzykownego marszu Armii „Poznań” generała Tadeusza Kutrzeby w kierunku Berlina, niewątpliwie spowodować by musiał - na płaszczyźnie politycznej - niedopuszczenie do podjęcia w dniu 12 września przez premierów Anglii i Francji decyzji o pozostawieniu Polski jej własnemu losowi. Decyzji niebywale przecież fatalnej w swych skutkach. I to bynajmniej nie tylko dla Polski i Polaków, a także innych narodów Europy - i nie tylko Europy. Myślę, że dziś nie trzeba już chyba nikogo o tym przekonywać.

    Być może, przy takim obrocie spraw nie znalibyśmy dziś pojęcia „dziwna wojna”, odnoszącego się do jesienno-zimowych działań na ówczesnym froncie zachodnim. Nie można wykluczyć również i tego, że stworzona w ten sposób sytuacja militarna oraz polityczna mogłaby pociągnąć za sobą również i ten skutek, iż Armia Czerwona nie odważyłaby się zapewne w dniu 17 września przekroczyć naszej wschodniej granicy, zwłaszcza że w myśl sojuszniczych zobowiązań Francuzi mieli Polsce udzielić pomocy najpóźniej po 15 dniach od momentu rozpoczęcia wojny. Jeśli zważy się, że Francja wypowiedziała III Rzeszy wojnę w dniu 3 września, przyjąć należy, iż na zachodnim froncie, słabiutko wszak przez Niemców obsadzonym, coś powinno drgnąć najpóźniej    w dniu 18 września. Myślę więc, że w ówczesnych warunkach warto było jednak zaryzykować zagładę Armii „Poznań”, której większa część i tak przecież została zmuszona do złożenia broni, tyle że w dniu 19 września - nad Bzurą, co już przecież nie miało żadnego wpływu na poprawę militarnego ani politycznego położenia Polski.

    Drugim, tym mniej spektakularnym, ale także militarnie niebywale pożądanym wykorzystaniem stojącej bezczynnie Armii „Poznań” byłoby niewątpliwie wydanie rozkazu natarcia od północy na lewą flankę VIII Armii generała Johannesa von Blaskowitza, atakującej właśnie pozycje obronne Armii „Łódź” nad Widawką. Jest wiadome, że podjęcie tego rodzaju działań sugerował marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi, sam dowódca Armii „Poznań” — generał Tadeusz Kutrzeba. Bez skutku.

    A przecież, w zaistniałej wówczas sytuacji militarnej, ze wszech miar zasadne było właśnie wydanie rozkazu podjęcia któregokolwiek spośród tych działań zaczepnych. Ale zamiast tego, w dniu 5 września zarządzono odwrót 30. Poleskiej Dywizji Piechoty, czyli tej akurat formacji, która właśnie odparła atak nieprzyjaciela na swoje pozycje. Przy tej niejako okazji Naczelny Wódz wydał także rozkaz odwrotu Armii „Poznań”, która wtedy jeszcze nawet nie posmakowała walki, a przecież mogła wcześniej, w trakcie walk toczonych przez Armię „Łódź” nad Widawką, efektywnie współdziałać z tą armią dowodzoną przez generała Juliusza Rómmla. Pytanie o efekt militarny, a także ten polityczny niewykonanych wtedy przez Armię „Poznań” działań zaczepnych pozostaje oczywiście otwarte. W każdym bądź razie z całą pewnością gorzej by nie było, bo przecież być już gorzej nie mogło!

    Chyba nie przesadzę, jeżeli zaryzykuję sformułowanie poglądu, że bierna postawa Naczelnego Wodza w dniach 4 i 5 września doprowadziła w końcu do konieczności wydania rozkazów o wycofaniu dwóch Armii „Łódź” i „Poznań” z zajmowanych przez nie dotychczasowych pozycji. Tym oto sposobem marszałek Edward Śmigły-Rydz niewątpliwie zaprzepaścił jedyną, a zarazem niepowtarzalną szansę na wykreowanie nieco innego przebiegu wrześniowej wojny obronnej 1939 roku. Ale do jakiego stopnia innego przebiegu? Któż to dzisiaj wiedzieć może...

    Ale „innego” w tym przypadku oznaczać może tylko jedno - zdecydowanie bardziej dla Polski korzystnego. Nikogo wszak nie trzeba przekonywać o tym, że przecież tamtej jesieni nie mogło naszego narodu dotknąć nic gorszego, niźli to, co się nam wtedy przydarzyło...

    Jedno jest pewne - podjęcie któregokolwiek z tych dwóch możliwych w tamtych warunkach wariantów działań byłoby bardziej sensownym wykorzystaniem szczupłego potencjału naszej armii. Na przeszkodzie temu stanął najwyraźniej brak koncepcji prowadzenia wojny obronnej przez Naczelnego Wodza, który potrafił jedynie wydawać rozkazy odwrotu. A to oznaczało wprost, że marnowano - i tak marny - potencjał militarny naszej armii. Jestem absolutnie przekonany o tym, że Kutuzow czy też Aleksander Wielki zrobiliby w tamtej sytuacji coś absolutnie innego, niż dowodzonym przez siebie armiom nakazał uczynić marszałek Edward Śmigły-Rydz, który najwyraźniej nie wykazał się znajomością maksymy, iż fortuna sprzyja jedynie odważnym. Sprzyja oczywiście także tym wszystkim, którzy posiedli odwagę myślenia. Więc niepodważalna jest teza, że jednej z przyczyn wrześniowej klęski należy upatrywać także w cechach osobowości ówczesnego Naczelnego Wodza naszej armii.

    Zauważyć należy, że tego rodzaju działania zaczepne mogące przecież dać wówczas niewyobrażalne wprost pożytki, zarówno natury militarnej, jak również i politycznej, armia polska mogła podjąć najpóźniej w dniu 5 września 1939 roku. Decyzje podjęte przez polskie dowództwo właśnie tamtego dnia przesądziły o nieuchronności polskiej klęski we wrześniu 1939 roku. Zauważyć należy, że odwrót znad Widawki o cały tydzień wyprzedzał datę 12 września, a więc ten feralny dzień, kiedy to wychodzący w Monachium tygodnik Völkischer Beobachter, partyjny organ prasowy NSDAP będący własnością Adolfa Hitlera, podał do publicznej wiadomości informację o zawarciu w dniu 23 sierpnia 1939 roku sojuszu ze Stalinem. Mowa tu oczywiście o podpisanym w Moskwie sławetnym pakcie Ribbentrop-Mołotow. Charakter tego przymierza jednoznacznie obrazowała dołączona do tej publikacji mapa projektowanego podziału ziem polskich pomiędzy III Rzeszę i ZSRR. Ernst Freiherr von Weizsäcker, podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych III Rzeszy, bez żadnych niedomówień ocenił znaczenie sojuszu zawartego przez Hitlera ze Stalinem. Jego zdaniem, bez podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow; rozpętanie przez Niemcy wojny - nie byłoby możliwe!

    Nie może ujść także uwadze, że podpisanie Paktu Ribbentrop-Mołotow było zarazem aktem złamania przez ZSRR umowy międzynarodowej, jaką wszak był podpisany w dniu 25 lipca 1932 roku w Moskwie przez Rzeczypospolitą Polską i ZSRR pakt o nieagresji, zmodyfikowany w dniu 5 maja 1934 roku w ten sposób, że jego moc obowiązującą określono czasowo do dnia 31 grudnia 1945 roku z jednoczesną, nieograniczoną ilościowo możliwością jego automatycznego przedłużenia okresu obowiązywania - w przypadku braku wypowiedzenia  umowy przez którąkolwiek ze stron.

    Z całą pewnością - nie było dziełem przypadku, że mapę projektowanego podziału Polski opublikowano akurat w tym samym dniu, kiedy to premierzy Francji i Wielkiej Brytanii spotkali się na konferencji w Abbeville. Wszak było oczywiste, że wywiady alianckie posiadały w Niemczech swoich agentów, których zadaniem - rzecz jasna - było także czytanie niemieckich gazet. A że Niemcy też mieli swoich agentów po alianckiej stronie, więc Hitler oczywiście wiedział o tym planowanym spotkaniu premierów w Abbeville. Zadbał zatem o to, by wiadomość o jednoznacznym charakterze sojuszu zawartego przezeń ze Stalinem dotarła jeszcze tego samego dnia do premierów Neville’a Chamberlaina i Edouarda Daladiera za pośrednictwem umiejscowionych na terytorium III Rzeszy agentów alianckiego wywiadu, i - poprzez to - miała wpływ na treść i charakter decyzji podejmowanych przez szefów rządów Wielkiej Brytanii oraz Francji.   
 
    Niewątpliwie efektem tego właśnie działania było podjęcie przez naszych sojuszników decyzji o pozostawieniu samotnie walczącej Polski jej własnemu losowi. A przecież z całą pewnością - przed tym spotkaniem żaden z obydwu premierów nie wiedział z jakimi ostatecznymi ustaleniami wyjadą wieczorem z Abbeville.
    Niewykluczone zatem wcale, że podjętą na tej konferencji decyzję nieudzielania Polsce pomocy militarnej postrzegać należy jako finalny skutek obawy aliantów przed uwikłaniem się w wojnę przeciwko koalicji dwóch rodzajów totalitaryzmu personifikowanych przez Adolfa Hitlera oraz jego ówczesnego sojusznika - Józefa Stalina. Zwłaszcza, że w tamtym momencie nasi sojusznicy, to tak naprawdę, zupełnie nie byli przygotowani do prowadzenia jakiejkolwiek wojny, co w szczególnie jaskrawy sposób miało się ujawnić za dziewięć miesięcy, kiedy to siły zbrojne III Rzeszy rozpoczęły działania ofensywne; najpierw przeciwko Danii i Norwegii, a miesiąc później przeciw Francji, Belgii, Holandii i Luksemburgowi.  
Warte zauważenia jest, że czołowym rzecznikiem sojuszniczej niechęci do podejmowania działań zaczepnych przeciwko III Rzeszy był głównodowodzący francuskimi siłami zbrojnymi - generał Maurice Gamelin, który szybkie niemieckie postępy militarne w Polsce postrzegał jako czynnik zwalniający zachodnich sojuszników od wypełnienia ich zobowiązań wobec naszego kraju.

    Uznać zatem także należy, że do zapadnięcia w Abbeville tej jakże fatalnej w skutkach decyzji aliantów - przyczyniła się także w jakimś stopniu - pasywna postawa naszych sił zbrojnych. Postawa, będąca wszak skutkiem tego, że Naczelny Wódz marszałek Edward Śmigły-Rydz nie posiadał żadnej absolutnie długofalowej koncepcji prowadzenia wojny obronnej, która właśnie się toczyła. Nie można też nie dostrzec i tego, że działania naszej armii posiadały charakter jednej wielkiej improwizacji sprowadzającej się do wycofywania sił w kierunku Warszawy i gdzieś dalej, na mityczne dość - tzw. Przedmoście Rumuńskie.

    Reasumując; tę fatalną w skutkach decyzję podjętą przez naszych sojuszników w Abbeville postrzegać należy jako działanie stymulowane przez dwa naraz czynniki.
Tym pierwszym z nich, był niewątpliwie wspomniany wyżej, fakt nieprzypadkowego poinformowania opinii publicznej w dniu 12 września 1939 roku o sojuszu zawartym przez III Rzeszę z ZSRR już 23 sierpnia tegoż roku. Czytelnym celem tego pociągnięcia politycznego Adolfa Hitlera było wywołanie u premierów Francji i Wielkiej Brytanii obawy uwikłania się w wojnę z dwoma naraz państwami totalitarnymi.

Drugim czynnikiem zaś była niewątpliwie ocena nie ocena przez sojuszniczych polityków braku sensowności podejmowania tego rodzaju ryzykownych działań w obronie Polski - niepewnego sojusznika, który na dobrą sprawę już poniósł klęskę, będącą także skutkiem odmowy militarnego współdziałania z aliantami, czego czytelnym uzewnętrznieniem było niewykonanie przez Armię „Poznań” oczekiwanego przez Brytyjczyków manewru zaczepnego.

Zauważyć jednak przy tym i podkreślić należy, że nasi sojusznicy, odmawiając wówczas udzielenia Polsce militarnej pomocy, nie uchylali się jednak od dalszego prowadzenia wojny z III Rzeszą. Nikt przecież po upadku Polski, nawet nie próbował wysunąć propozycji zawarcia pokoju z Adolfem Hitlerem. Przyznać zatem należy, że prasowa publikacja w monachijskim numerze "Völkischer Beobachter" z dnia 12 września 1939 roku - spełniła swoje zadanie. Kanclerz III Rzeszy, kolejny już raz, wymanewrował zachodnich mężów stanu.
    Niezależnie od powyższych rozważań, trzeba jednak z całą mocą podkreślić, że - jakby nie patrzeć - we wrześniu 1939 roku nasi sojusznicy, nie podejmując militarnych działań zaczepnych przeciwko Niemcom, nie wypełnili swoich zobowiązań wynikających z treści podpisanego w dniu 6 kwietnia 1939 roku porozumienia polsko-brytyjskiego o gwarancjach wzajemnej pomocy wojskowej w przypadku agresji niemieckiej, do którego to porozumienia polsko-brytyjskiego tydzień potem przystąpiła także Francja. Nie zostały zatem wypełnione przez naszych zachodnich sojuszników zobowiązania zaciągnięte przez nich wobec naszego kraju z mocy zawartych umów międzynarodowych, które przecież w żaden sposób nie uzależniały rozpoczęcia ofensywy na Zachodzie od takich, czy też innych posunięć taktycznych polskich sił zbrojnych.

    Niepodważalny jest pogląd, że podjęta w Abbeville fatalna decyzja polityczno - militarna zaowocowała zaprzepaszczeniem olbrzymiej szansy na  skuteczne poskromienie Hitlera już jesienią 1939 roku, co oczywiście pozytywnie przełożyłoby się na losy dziesiątków milionów ludzi. Tych, którzy zginęli i tych, co ocaleli z obciążeniem wojennych przeżyć.

    Tak właśnie - w swojej późniejszej wypowiedzi - oceniał ówczesną rzeczywistość niemiecki generał Siegfried Westphal, który wprost stwierdził, że gdyby Francuzi podjęli jednak swoimi głównymi siłami ofensywę już w pierwszej połowie września - pomimo braku wojennej gotowości do działania - ich wojska osiągnęłyby linię Renu w przeciągu 15 dni, czego wielce prawdopodobnym skutkiem byłoby załamanie się reżimu hitlerowskiego. W przypadku podjęcia przez Francuzów działań ofensywnych taki obrót spraw był możliwy, a nawet nieunikniony, a to z tej przyczyny, iż zachodnia granica Niemiec była - w tamtym momencie - obsadzona militarnie w sposób zasługujący na określenie go jako jedynie symboliczny.

W uzupełnieniu oceny ówczesnej sytuacji - inny niemiecki generał - Walther von Brauchitsch, udzielając brytyjskiej prasie wywiadu w kwietniu 1940 roku, w szyderczy wręcz sposób, podziękował angielskim generałom za to, że swą biernością umożliwili mu odniesienie zwycięstwa w Polsce oraz spokojne przerzucenie wojska na Zachód.
    Miesiąc zaledwie minął od tej rozmowy niemieckiego generała z brytyjskimi dziennikarzami, gdy na Zachodzie ruszyła niemiecka ofensywa. Dalszy bieg wypadków w pełni uzasadnia pogląd, że we wrześniu 1939 roku -nasi ówcześni sojusznicy mieli nie tylko powinność, ale także możność zapobieżenia temu majowemu najazdowi Niemiec na Francję, Holandię, Belgię oraz Luksemburg. Tym samym, mogli oczywiście zapobiec także wcześniejszej agresji Niemiec na Danię i Norwegię, co oznaczałoby praktycznie uniknięcie wszelkich skutków niemieckiej agresji - jakże fatalnych - zarówno dla nas, dla naszych ówczesnych sojuszników, jak też i całej reszty Europy. Bez wątpienia; zdołano by temu wszystkiemu zapobiec, gdyby we wrześniu 1939 roku - Brytyjczycy i Francuzi spełnili swoje sojusznicze zobowiązania wobec osamotnionej Polski, zaatakowanej przez siły zbrojne trzech ościennych krajów. Wyniesione z I wojny światowej doświadczenia sprawiły bowiem, że Niemcy panicznie bali się prowadzenia wojny na dwa fronty.

    Stwierdzić pozostaje jeszcze, że jednym z niezamierzonych zupełnie, niewyobrażalnych wówczas, ale wręcz paradoksalnych skutków wrześniowej konferencji w Abbeville, było umożliwienie Niemcom zbudowanie - w późniejszym czasie - właśnie nieopodal tego francuskiego miasteczka wyrzutni latających bomb V - 1, którymi hitlerowcy terroryzowali mieszkańców Londynu…

A kiedy od czasu tamtej fatalnej dla Polski konferencji w Abbeville minęło lat pięć; we wrześniu 1944 roku, do tego położonego nad Sommą, zniszczonego wojną francuskiego miasteczka, wkroczyli właśnie polscy żołnierze 1. Dywizji Pancernej dowodzonej przez generała Stanisława Maczka wyzwalając je spod niemieckiej okupacji...
Ot, jeszcze jeden szyderczy chichot Historii....

 Piotr Jan Nasiołkowski





1. Marszałek Edward Śmigły -Rydz

 


2. Pułkownik Józef Beck w 1926 roku

 


3. Marszałek Edward Śmigły-Rydz wśród generałów. Wiosna 1939 r.


4.  Przedwojenny polski plakat propagandowy


5. Przekraczanie polskiej granicy 1września 1939 r.


6. Wehrmacht przekracza granicę z Polską w dniu 1 września 1939 r.


7. Feldmarschall Erich von Lewinski gennant Manstein


8. Gniazdo niemieckiego karabinu maszynowego


9. Polscy kawalerzyści


10. Po szarży polskiej kawalerii...


11. Obsługiwany przez polskich jeńców punkt zborny zdobytych przez Niemców koni kawaleryjskich


12.  Świeża zbiorowa mogiła polskich żołnierzy


13. Zmasakrowana kolumna Armii Poznań pod Sierkowem


14. Lotnisko w Brzegu. Bomba dla Warszawy z napisem Panie Beck dobrze przeżute to już w połowie przetrawione. 10.09.1939 r.


15. Ostrzał Westerplatte


16. Adolf Hitler na Westerplatte po kapitulacji.



17. Załoga Westerplatte idzie do niewoli


18.  Niemieccy żołnierze na zdobytych polskich pozycjach na Wydmie Podżar


19. Cmentarz wojenny we wsi Szubienice


20. Cmentarz wojenny w Klukach widok ogólny groby żołnierzy 30 Poleskiej Dywizji Piechoty


21.  Bezradność cywilnych uciekinierów


22. Cywilni uciekinierzy


23. Jeszcze nie wiedzą, że są już skazani na zagładę... Żydowscy mieszkańcy miasteczka Błaszki nad Wartą.


24. Zestrzelony bombowiec Karaś


25. Zniszczony na ziemi przestarzały polski samolot myśliwski


26. Spotkanie sojuszników w Lublinie. Oficerowie sowieccy i niemieccy.


27. Widok znad Bzury


28. Pobojowisko nad Bzurą


29. Krajobraz po bitwie nad Bzurą


30. Pomnik szewca Jana Kilińskiego. We wrześniu 1939 roku miejsce składania broni przez kapitulujących obrońców Warszawy.



31. Polscy żołnierze jako jeńcy


32. Niemieckie czołgi defilujące przed Adolfem Hitlerem


33. Defilada przed Hitlerem w Alejach Ujazdowskich


34. Przemarsz przed Hitlerem


35. Defilada zwycięstwa w Warszawie


36. Kawaleria niemiecka defiluje w Warszawie przed Adolfem Hitlerem



Ilustrujące tekst fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Wyglada na to że jest już PO-obiedzie. 10 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Ten Budka to prawdziwy Napoleon ha.ha
    11 godzin temu
  • Born in Skarland powiedział(a) Więcej
    "Drogie" Ekojołopy !! Dzięki EURO 2012 które zabrało kasę do Gdańska ( Pan premier TUSK musiał dojechać do... 16 godzin temu