Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Ubecka prowokacja - Piotr Jan Nasiołkowski

    Jakieś trzy tygodnie po tym, jak James Wood - amerykański sierżant o żydowskim rodowodzie - wykonał egzekucję na skazanych w Norymberdze hitlerowskich bonzach, dokładniej zaś mówiąc, w dniu 9 listopada 1946 roku; wszechmocni funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach aresztowali Władysława i Aleksandra Sasalów. Czyli obydwóch młodszych braci kaprala Zygmunta Sasala poległego przed czterema już laty, podczas patrolowania powietrznej przestrzeni nad niespokojną niebywale Zatoką Biskajską.











   

Fot.1. Aleksander Sasal

   

Fot.2. Władysław Sasal

    Z mocy wyroku wydanego trzynastego stycznia 1947 roku przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Kielcach w rozpoznanej przez niego w trybie doraźnym sprawie oznaczonej numerem 924/46 - dwaj wnukowie Mikołaja Nasiołkowskiego; Władysław i Aleksander Sasalowie, przez długie lata mieli pozostawać za murem więziennym. Surowość kar wymierzonych tym orzeczeniem jednoznacznie przekonuje o tym, że powojenni konspiratorzy, Władysław i Aleksander Sasalowie, stanowić musieli dla nowej władzy zagrożenie nie byle jakie. Czas pewien po aresztowaniu braci Sasalów - UB aresztowało także byłego więźnia obozów koncentracyjnych, wujka Janka Borucha, co przed kilkoma miesiącami, dokładnie zaś mówiąc 24 czerwca 1946 roku,  powrócił do rodzinnego domu z Niemiec. Uwięziono go w znajomej mu celi. Tej samej, z której w samej już końcówce lipca 1944 roku, hitlerowcy wyekspediowali go do KL Auschwitz. Owładnięci psychozą szpiegomanii oraz zaostrzającej się walki klasowej - ubowcy zarzucili byłemu więźniowi hitlerowskich obozów koncentracyjnych, że do własnego kraju powrócił jedynie po to, by szpiegować na rzecz swoich amerykańskich wyzwolicieli. Na całe szczęście ta cała tragifarsa ponownego uwięzienia wujka Janka trwała jeden miesiąc. 
Aż i zaledwie tylko...

   

Fot.3. Amerykański dowód osobisty Jana Borucha – byłego więźnia politycznego niemieckich obozów koncentracyjnych

   

Fot. 4. Okupacyjna siedziba gestapo i powojenna UB. w Radomiu

    Tak to więc nasz rodzinny poczet dotkniętych wojennym losem czterech wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego otwierają trzej polscy żołnierze - pierworodni synowie zarówno mojego dziadka Józefa, jak i jego obydwóch sióstr, Karoliny Sasal oraz Michaliny Boruch.
    Zaginiony artylerzysta - bombardier Stefan Nasiołkowski, poległy żołnierz lotnictwa - kapral strzelec pokładowy Zygmunt Sasal oraz saper - szeregowy Jan Boruch.

    Ten ostatni, jako jedyny spośród trzech wnuków Mikołaja, co wrześniowymi byli żołnierzami, zdołał - po znaczonej klęską kampanii - powrócić do domu. Potem wstąpił do podziemnej armii, by w samym końcu wojny zostać więźniem obozów koncentracyjnych. Tym czwartym, pochłoniętym przez wojenną zawieruchę, wnukiem Mikołaja Nasiołkowskiego był Bronisław Boruch, zmarły w dniu 11 lutego 1945 roku, a więc dwa tygodnie po wyzwoleniu obozu, w szpitalu Międzynarodowego Czerwonego Krzyża utworzonego na terenie KL Auschwitz-Birkenau.

   

Fot. 5. Miejsce spoczynku Bronisława Borucha jednego spośród pochowanych tutaj 222 byłych więźniów, zmarłych już po wyzwoleniu KL Auschwitz-Birkenau

    Zatem, dziś już wiemy, co też moglibyśmy dziś odpowiedzieć Marlenie Dietrich na wyśpiewane przez nią, pełne zadumy pytania: „Gdzie są kwiaty z tamtych lat… Tamci chłopcy… Tamci żołnierze... Tamte chwaty... ”. Wśród nich również cała szóstka nieodrodnych wnuków mojego pradziada Mikołaja, który za nic nie chciał skorzystać z dziejowej okazji bycia prawomyślnym poddanym swego imiennika - rosyjskiego cara Mikołaja II. Zaś karygodny brak lojalności wobec panującego monarchy stanowił zaczyn dla konieczności podjęcia przez mojego pradziada ucieczki znad dalekiego Bajkału. Na dobrą sprawę rzec można, że idąc do Polski, wyśnionej przez siebie na syberyjskiej zsyłce; mój pradziad Mikołaj Nasiołkowski, pokonując góry, rzeki lodem skute, tajgę zaśnieżoną i morza zamarznięte - całą nieomal Ziemię dookoła przemierzył wówczas na piechotę... Taka to bowiem już była ta przeznaczona mu życiowa droga wyboista...
 
   W powojennym czasie, w wiejskiej chałupinie dziadkowej siostry Karoliny znacznie się rozluźniło. Najstarszy syn zginął, gdzieś tam w świecie nieznanym… Dwaj młodsi siedzieli w więzieniu. Olek z wyrokiem siedmioletnim. Władek zaś aż piętnastoletnim. Wygląda mi na to, że obaj trafili za więzienne mury, ponieważ nie mogli wybaczyć swojemu niesprawiedliwemu losowi tego, iż pozbawił ich możliwości przeżycia podniecających przygód, sprowadzających się do ostrego wojennego strzelania. A tu po lasach i różnych zakamarkach poniewierało się co niemiara amunicji pasującej do powojennie porzuconego i strzelającego na rozmaite sposoby żelastwa. Jak tu nie ulec takowej pokusie? Więc zapewne - tej to pokusie ulegli dwaj młodsi bracia kaprala Zygmunta Sasala, którzy jakoś nie mogli pogodzić się z losem okrutnym, co sprzed nosa sprzątnął im okazję do przywdziania mundurów wojennych i do zaokrąglania statystyk bitewnych strat. Zapewne też niemożebnie musiał ich frustrować codzienny widok wiszącego na ścianie portretu starszego brata, który na sposób jakże niebanalny przedwcześnie dokonał swojego żywota, gdzieś tam w świecie dalekim - za górami i morzami. A jeszcze do tego wszystkiego do ich matki dotarła z dalekiej Anglii przesyłka z pozostałymi po starszym bracie drobiazgami.
    Krzyż Walecznych... Krzyż Virtuti Militari... Anglojęzyczna książeczka wojskowa… Legitymacje uprawniające poległego brata do noszenia nadanych mu odznaczeń… Święty obrazek… I malutka fotografia nieznanej dziewczyny…

  

Fot.6. Kapral Zygmunt Sasal

   

Fot.7. Książeczka wojskowa RAF-u kaprala Zygmunta Sasala

   

Fot. 8. Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari nadany kapralowi Zygmuntowi Sasalowi

   

Fot. 9. Legitymacja kaprala Zygmunta Sasala uprawniająca go do noszenia trzykrotnie nadanego mu Krzyża Walecznych

   

Fot.10.  Pamiątki pozostałe po kapralu Zygmuncie Sasalu

  

Fot.11. Fotografia nieznanej Angielki, bliskiej sercu poległego kaprala Zygmunta Sasala

    Wiadomo wszak nie od dzisiaj, że każde dążenie do wejścia w posiadanie broni podyktowane jest chęcią użycia tejże broni w walce. Ale żeby walczyć - to trzeba mieć z kim walczyć. Czyli do walki nieodzownym jest przeciwnik. Naturalnym zaś przeciwnikiem wnuków mojego pradziada Mikołaja jawiła się być wykreowana przez przybyłą ze Wschodu armię - nowa władza i wszyscy ci, który ją sprawowali lub też się z nią identyfikowali. Stosunek braci Sasalów do nowej rzeczywistości nie był dla ich otoczenia żadną tajemnicą. Toteż z tej to zapewne przyczyny, wiosną 1946 roku zostali oni obydwaj zwerbowani przez swojego stryjecznego brata Bolesława do organizowanej przez B.D. grupy konspiracyjnej mającej jakoby stanowić ogniwo organizacji „Wolność i Niezawisłość”. B.D. posiadający - pomimo swego młodego wieku - pewne doświadczenie konspiracyjne, zorganizował tę komórkę, działając jakoby na rozkaz swojego dowódcy, noszącego pseudonim „Szum”.

   

Fot.12. Zdjęcie Bolesława Sasala zrobione po odzyskaniu wolności

    W czasie okupacji, bezpośrednio po ukończeniu szkoły podstawowej – B.D. podjął pracę w skarżyskiej Fabryce Amunicji. W czerwcu 1944 roku kapitan „Wir” zwerbował go do Armii Krajowej. Przydzielił mu wówczas zadanie dostarczania amunicji z fabryki, w której był zatrudniony. Odbiorcą wynoszonej z „Hasagu” amunicji była łączniczka Wiktoria Borowiecka, która używała męskiego pseudonimu „Wiktor”. We wrześniu 1944 roku B.D. został jednak niespodziewanie wywieziony na roboty do Niemiec. Jak się wydaje, było to związane z przeprowadzoną przez okupantów akcją ewakuacyjną przemysłu zbrojeniowego. Po trzech miesiącach udało mu się jednak uciec i powrócić do Skarżyska, nim jeszcze znad Wisły ruszyła sowiecka ofensywa styczniowa. Wkrótce po wyparciu Niemców z Kielecczyzny przez Armię Czerwoną B.D. rozpoczął naukę w Gimnazjum Mechanicznym, działającym przy skarżyskiej Fabryce Amunicji. W marcu 1946 roku wstąpił (według własnego twierdzenia) do dowodzonego przez „Szuma” zgrupowania WiN-u i otrzymał od swego dowódcy zadanie zorganizowania sekcji bojowej. Nikt jakoś nie kojarzył wówczas, że podporucznik „Szum”, czyli Mieczysław Szymański, członek plutonu operacyjnego podobwodu AK „Morwa” - poległ w dniu 28 marca 1944 roku i od tamtego czasu spoczywał na leśnym cmentarzu partyzanckim - nieopodal wsi Skarżysko Książęce. Wniosek z tego oczywisty, że werbując braci Sasalów do organizowanej przez siebie sekcji bojowej WiN-u, B.D. - nie mógł działać na polecenie podporucznika „Szuma”, gdyż ten - w tamtym czasie - już nie żył. Nadto, na ubecko - agenturalną działalność B.D. zdaje się wskazywać także i wskazany przez niego samego czas wstąpienia do WiN-u oraz zorganizowanie grupy bojowej, w skład której weszli trzej, blisko spokrewnieni ze sobą Sasalowie.

  

Fot. 13. Cmentarz partyzancki w lesie nieopodal Skarżyska Książęcego

   

Fot.14. Tablica nagrobkowa ppor. Mieczysława Szymańskiego „Szuma” spoczywającego na partyzanckim cmentarzu.
    

      Otóż właśnie wiosna 1946 roku jest tym momentem, w którym doszło do pierwszego kontaktu B.D. z funkcjonariuszami UB, jakoby przy okazji zdawania pistoletu, który najprawdopodobniej został u niego jednak znaleziony podczas rewizji, przeprowadzonej przez funkcjonariuszy UB. Dość powiedzieć, że funkcjonariuszem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach, któremu B.D. miał wówczas dobrowolnie zdać pistolet, był Henryk Rybak. Ten sam, który brał potem osobisty udział w aresztowaniu braci Władysława i Aleksandra Sasalów.

    Wszystko zdaje się zatem wskazywać na to, że ceną, jaką zapłacił wtedy B.D. za swoją bezkarność w zakresie nielegalnego posiadania broni, było podjęcie przez niego współpracy z UB. Logiczne jest, że treścią tego rodzaju diabelskiego paktu musiało być określenie przez funkcjonariuszy UB znalezienia broni u B.D. jako jej dobrowolnego zdania. Jakby na to wszystko nie patrzeć; istniała wówczas dość duża szansa na stosunkowo łatwe skłonienie B.D. do współpracy z UB, zwłaszcza, że był on jeszcze człowiekiem młodym, o nieukształtowanym zapewne charakterze. A przy tym wszystkim - posiadał idealne wprost predyspozycje, jakimi tylko mógł dysponować kandydat na ubeckiego agenta. Uwiarygodniała go przecież okupacyjna przeszłość konspiracyjna. Niepodważalny także jest fakt, że B.D. nigdy i za nic nie został pociągnięty do odpowiedzialności, w tym także - za tamto nielegalne posiadanie broni, co było wówczas czynem zagrożonym nawet karą śmierci. Wszystko to więc zdaje się wskazywać na swoistą transakcję - coś za coś! Sądzić zatem należy, że współpraca B.D. z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach początek swój miała od wiosny 1946 roku. Od tamtego incydentu wiążącego się z faktem nielegalnego posiadania przezeń broni.

    Niebawem po tamtym swoim kontakcie z funkcjonariuszami UB -  posługujący się pseudonimami „Roman” oraz „Dziki” - B.D., wykonując jakoby polecenie swojego zwierzchnika, przystąpił do organizowania sekcji bojowej WiN-u. W skład tej grupy weszło w sumie pięć osób. Trzy spośród nich zostały potem zdekonspirowane i skazane na długoletnie kary więzienia, natomiast pozostałe dwie zostały zastrzelone w dość niejasnych, dwuznacznych okolicznościach. Organizując tę grupę zbrojną, podający się za starszego sierżanta B. D. zwerbował wtedy znanego mu osobiście Bolesława Sasala, który od tamtej pory zaczął posługiwać się pseudonimami organizacyjnymi „Pestek” i „Komar”. Ten zaś, jak to już było wspomniane, wciągnął do organizacji swoich stryjecznych braci, Aleksandra i Władysława, czyli obydwóch synów wdowy po miejscowym kamieniarzu - Karoliny Sasal z domu Nasiołkowskiej, zamieszkałej w Gąsawach Rządowych. Członkami grupy byli także Maksymilian Sasal oraz Józef Sadza. Według ubeckiej dokumentacji - obaj oni zginęli w dniu 5 sierpnia 1946 roku, zastrzeleni ponoć przez innego członka grupy. Tłem zajścia była jakoby sprzeczka, do której dojść miało podczas podziału łupów. Symptomatyczne jest, że w treści ubeckiej notatki nie wskazano jednak personalnie sprawcy tego podwójnego zabójstwa, pomimo to, iż dysponowano dokładną wiedzą i znano skład osobowy grupy B.D.. Okoliczności te zdają się przekonywać, że sprawcą śmierci tych dwóch osób mógł być wyłącznie ten członek grupy, który był zarazem zwerbowanym do jej rozpracowania konfidentem UB. Bo niby któż inny mógłby przekazać do UB motywy działania sprawcy ich gwałtownej śmierci? Przecież oni sami nie byli już w stanie poskarżyć się UB na swojego zabójcę. Jest więc oczywiste, że ta posiadana przez UB dość lakoniczna informacja nie mogła pochodzić od nikogo innego, jak tylko od sprawcy tamtego podwójnego zabójstwa. Zwłaszcza, że autor notatki - pomimo wykazania się wiedzą odnośnie motywów tego podwójnego zabójstwa - nie wskazał jednak imiennie sprawcy tego czynu. Zatem z powyższego wręcz wynika, że sprawcą tym mógł być niewątpliwie jedynie ubecki konfident i zarazem autor notatki. Wiele zdaje się więc wskazywać na to, że Maksymiliana Sasala i Józefa Sadzę - w obecności B.D. - zastrzelił w starym młynie osobiście A.Ł. - inny agent UB. Metodą działania UB było bowiem umieszczanie w rozpoznawanej grupie - dwóch agentów. Żaden z nich nie był świadom faktu istnienia w swoim najbliższym otoczeniu - tego drugiego, kontrolującego go - współpracownika z UB. Analiza treści dostarczanych przez agentów informacji - pod kątem ich prawdziwości - wzajemnie się weryfikowała.

    Z zachowanej dokumentacji wynika, że celem rozpracowania działalności tej właśnie grupy, jakoby WiN-u; Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach zwerbował do współpracy ze sobą dwóch tajnych współpracowników. Nadano im kryptonimy „Swój” oraz „Dzik”. Z całą pewnością - „Swój” nie wiedział nic o „Dziku”. A także i odwrotnie - „Dzik” nie miał pojęcia o istnieniu „Swojego”.

    Niepodważalnym jest również fakt, że spośród wszystkich członków obydwu grup, które tworzyli Adam Krupa i B.D. - jedynie ci dwaj; A.Ł. i B.D. nigdy nie zostali za nic ukarani, chociaż pozostałym członkom grup, za tego samego rodzaju czyny, wymierzono kary długoletniego więzienia. Dość powiedzieć, że pomimo dokonania przez A.Ł. i B.D. z użyciem broni palnej, wspólnego napadu rabunkowego na kasę biletową stacji kolejowej w Szydłowcu, co zostało ujawnione przez UB - żadnego z nich nigdy z tego powodu nie aresztowano ani tym bardziej nie skazano. Okoliczność ta nie powinna zatem pozostawiać nawet cienia wątpliwości odnośnie roli, jaką w tamtym czasie - B.D. i A.Ł. odgrywali w całej tej sprawie, co zapewniało im bezkarność.

    Pan Bolesław Sasal opowiadał mi, że pewnego razu członkowie grupy – w tym B.D. oraz A.Ł. - przygotowywali akcję, której celem miało być rozbicie posterunku Milicji Obywatelskiej w Jastrzębiu, co jednak nie doszło do skutku, gdyż Bolesław Sasal zorientował się, iż grupa pakuje się w przygotowaną nań zasadzkę.  W chwilę po odwołaniu zamierzonych działań, wspomniany już A.Ł., ot tak, niby żartem, wymierzył w kierunku Bolesława Sasala lufę swojego pistoletu. A.Ł. odłożył jednak broń na skutek zdecydowanej reakcji B.D., polegającej na skierowaniu lufy swojej broni w kierunku A.Ł. Powstaje zatem pytanie; w jakim to niby celu tak sobie wtedy ten A.Ł. żartował? I dlaczego na ten - niby żart - tak ostro zareagował B.D., który bezceremonialnie biorąc A.Ł. na muszkę, zdołał go wtedy - tym sposobem - przymusić do odłożenia broni?

    Wygląda więc najwyraźniej na to, że B.D. doskonale orientował się w tym, iż tamtego dnia A.Ł. usiłował dokonać czynu identycznego, jak to wcześniejsze, dotychczas niewyjaśnione, podwójne zabójstwo popełnione w opuszczonym, starym młynie na Maksymilianie Sasalu i Józefie Sadzy. Jest zresztą dość wątpliwe, czy ubecka informacja odnosząca się do okoliczności tamtego zabójstwa zasługuje na to, by uznać ją za w pełni wiarygodną. Jakby jednak nie patrzeć - zabójstwo tych dwóch osób miało miejsce na terenie Skarżyska-Kamiennej, w nieistniejącym już dzisiaj opuszczonym budynku starego młyna stanowiącego własność rodziny Rawów. Obecnie w tym miejscu, tj. na skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Bankowej oraz Tysiąclecia, znalazł swą lokalizację budynek banku. Śmierć byłego więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych Maksymiliana Sasala, ani też Józefa Sadzy - nie została jednak odnotowana w księdze zgonów skarżyskiego USC. Dlaczego?

    Zastanawiające jest również i to, że właśnie wiosną 1946 roku - Adam Krupa, członek grupy B.D., również założył własną grupę zbrojną, w skład której wchodził m.in. także A.Ł.. Grupa ta nie istniała specjalnie długo, gdyż aresztowania jej członków nastąpiły już w dniu 5 maja 1946 roku. Jej dowódcę, Adama Krupę skazano na dożywocie, złagodzone następnie na mocy amnestii z dnia 22 lutego 1947 roku do piętnastu lat więzienia. Wygląda więc na to, że współpraca B.D. z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach, skutkująca aresztowaniem wszystkich członków grupy założonej przez Adama Krupę - od samego początku jawiła się być dla UB niebywale owocna.  

    Zauważyć w tym miejscu należy, że ani wtedy, ani nigdy potem nie został aresztowany - inny członek tej grupy, tzn. wspomniany już wcześniej - A.Ł.  Umożliwiało mu to więc dalsze działania w ramach założonej przez B.D. grupy konspiracyjnej, w której skład wchodziło dwóch braci Sasalów, co wnukami byli Mikołaja Nasiołkowskiego.

    Założenie przez B.D. nowej grupy postrzegać niewątpliwie należy jako działanie w ramach nowego zadania przydzielonego mu przez mocodawców  z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach - już po rozbiciu komórki Adama Krupy. Tym razem Urzędowi Bezpieczeństwa chodziło o zidentyfikowanie i wyselekcjonowanie takich osób, które były źle ustosunkowane do nowej rzeczywistości, a następnie zorganizowanie ich w nową grupę. Jedynie po to, by mogło to służyć jako pretekst do wyeliminowania tych ludzi ze społeczeństwa.

    Podejmowanie tego rodzaju prowokacyjnych działań przez policję polityczną nie jest niczym nowym, jeśli się zważy, że już na samym początku okupacji metody tego rodzaju stosowali także hitlerowcy. Otóż przypomnieć w tym miejscu należy, że w ramach tzw. Akcji AB agenci gestapo posuwali się do zakładania polskich organizacji podziemnych jedynie po to, by dla realizacji swoich celów wyselekcjonować prewencyjnie tych, którzy z powodu swojego patriotycznego nastawienia stanowili potencjalne zagrożenie dla polityki i zamierzeń III Rzeszy na obszarze Generalnej Guberni.

    Ostatecznie zawsze chodziło o ludzi. Przecież wiadomo, że ludzie niechętni reżimowi i tak kiedyś zorganizują się dla realizacji swoich wspólnych celów. Po co więc szukać potem po omacku takiej podziemnej organizacji? Po co łamać sobie głowę nad znalezieniem sposobów jej rozpracowania? Założeniem tego rodzaju działania było, że najlepiej jest samemu taką organizację założyć. Wszystko jedynie po to, by móc kontrolować jej działanie, a następnie sprawnie taką grupę zlikwidować. Kiedy już niebezpieczni dla ustroju ludzie znajdą się w więzieniu lub też zawisną na szubienicy, stanowić to będzie wystarczającą gwarancję, że nie zdołają się oni już nigdy zorganizować do działania na szkodę powojennej władzy. Władzy kolaborującej z przymusowym sojusznikiem zza ekstremalnie na zachód przesuniętej, wschodniej granicy, satelitarnie i wasalnie na Kremlu odgórnie zaplanowanej formy polskiej państwowości.

    Stwierdzić zatem należy, że nasze rodzime UB dysponowało gotowymi wzorcami skutecznego działania, wypróbowanymi przez hitlerowców w całkiem jeszcze nieodległej przeszłości. Nowa władza uczyła się więc stosunkowo szybko. W międzyczasie - jako tako - zdołała również posiąść umiejętność posługiwania się konfidentami oraz innymi metodami, dobrze sprawdzonymi i wypróbowanymi dawno przecież już temu w „bratnim” ZSRR. Nie trzeba dodawać, że były to oczywiście metody tożsame z tymi, z których stosowaniem przez ostatnich kilka wojennych lat gestapo zdołało nawet nieco oswoić ludność okupowanych krajów.

    Całe założenie takiego działania opierało się zatem na przekonaniu, że im szybciej zneutralizuje się potencjalnie niebezpieczne osoby, tym lepiej przecież dla rządzących. Było wszak dla UB oczywiste, że takich właśnie, potencjalnie niebezpiecznych - lepiej pozbyć się wcześniej, zanim jeszcze sami się nie zorganizują, i to w sposób absolutnie przez nikogo niekontrolowany. Jest całkiem logiczne, że dla tego rodzaju działań UB, wielce pomocne było zaufanie, jakim jeszcze z czasów hitlerowskiej okupacji cieszyli się w pewnych kręgach wojennej konspiracji; nowo pozyskany agent UB, niegdysiejszy młodociany żołnierz AK – B.D., czy też A.Ł. - były partyzant zgrupowania „Szarego”. Teraz właśnie w ramach zadania zleconego mu przez mocodawców z UB sam założył komórkę konspiracyjną. Aby uwiarygodnić się w oczach werbowanych przez siebie nowych członków organizacji, B.D. powoływał się zatem na postać mitycznego zleceniodawcy o pseudonimie - „Szum”. Niewątpliwie było to obliczone na to, że - w tamtym czasie, w Skarżysku i jego okolicach - wielu zapewne słyszało o podporuczniku „Szumie” - Mieczysławie Szymańskim, pod którego okupacyjny pseudonim podszywał się teraz Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach.

    Najwyraźniej wychodzi na to, że tamto zbrodnicze i zarazem perfidne działanie było ubecką,`prowokacyjną akcją wymierzoną w rodzinę Sasalów, o wojennych losach której - B.D. zapewne opowiedział swoim ubeckim mocodawcom. Zaś źródłem posiadanej przez niego wiedzy o tych ludziach - najwyraźniej była jego dawna i zażyła znajomość z Bolesławem Sasalem. I właśnie ta znajomość, być może niezupełnie wolna od jakichś sentymentów, przy jednoczesnym braku świadomości, że A.Ł. jest także konfidentem UB - zdaje się być motywem wzięcia A.Ł. na muszkę  wówczas, gdy ten celował z pistoletu do Bolesława Sasala.

    W kontekście późniejszego, uporczywego pytania podczas przesłuchań o skoczków spadochronowych, wydaje się być niebywale prawdopodobnym, iż celem prowokacyjnego utworzenia przez UB grupy konspiracyjnej złożonej ze spokrewnionych ze sobą Sasalów, było stworzenie swoistej lepki, na którą mieli się złapać dwaj inni Sasalowie. Stryjeczni bracia; strzelec pokładowy w 304. dywizjonie bombowym RAF, kapral Zygmunt Sasal, poległy 1 listopada 1942 roku oraz kapral Stefan Sasal, który jakoś nie zdołał polec wśród czerwonych maków kwitnących na zboczach Monte Cassino. Kiedy - już po zakończeniu wojny - formacje II Korpusu miały zostać przetransportowane do Wielkiej Brytanii - kapral Stefan Sasal zwyczajnie zdezerterował czego powodem była jego żarliwa miłość do Włoszki, z którą potem się ożenił i wspólnie wyemigrowali do Argentyny, gdzie żyli długo i szczęśliwie... Antyzachodnia histeria moskiewskich kolaborantów zakładała bowiem, że trzonem antykomunistycznego podziemia są zwerbowani przez zachodnie wywiady zdemobilizowani żołnierze Polskich Sił Zbrojnych, walczący onegdaj na frontach zachodnich. Wzbierająca atmosfera stalinowskiego terroru, najwyraźniej nakazywała ubeckim służbom wierzyć w to, że obydwaj ci Sasalowie wrócili z Zachodu powietrzną drogą do kraju, jako agenci imperialistycznego wywiadu. Tymczasem czas mijał, meldunki spływające od „Dzika” i „Swojego” nie potwierdzały istnienia jakiegokolwiek kontaktu z imperialistycznymi agentami, więc nadając akcji kryptonim B - 1 wszczęto sprawę likwidacji założonej przez B.D. grupy skompletowanej ze spokrewnionych ze sobą Sasalów.

   

Fot. 15. Kapral Stefan Sasal – zdjęcie po zakończeniu bitwy o Monte Cassino

   

Fot.16. Stefan Sasal ze swą włoską małżonką

  

Fot. 17. Stefan Sasal - weteran bitwy o Monte Cassino

   

Fot.18. Miejsce spoczynku Stefana Sasala w Argentynie
 
   Bezpośrednią inspiracją do wszczęcia tej akcji w dniu 7 listopada 1946 roku stała się uzyskana od ubeckiego kolaboranta, oznaczonego kryptonimem „Dzik”, informacja o tym, że tego właśnie dnia Bolesław Sasal będzie jechał do Bystrzycy Kłodzkiej pociągiem wyjeżdżającym ze Skarżyska-Kamiennej o godzinie 21.00. Z relacji Pana Bolesława Sasala, jest mi wiadomo, że tamtego wieczora odprowadzał go na dworzec w Skarżysku, nie kto inny jak A.Ł. Zatem wygląda na to, że to jemu przyporządkowany był ubecki kryptonim „Dzik”.

    Jest mi wiadomo, że zarówno w Bystrzycy Kłodzkiej, jak i nadgranicznym Wałbrzychu działały komórki WiN-u, zajmujące się przerzucaniem ludzi przez granicę. W Wałbrzychu zaś od niedawna mieszkał mój stryj Kazik, pochodzący z Gąsaw i rodzinnie związany z Władysławem i Aleksandrem Sasalami, gdyż tak samo jako oni - stryj Kazik był wnukiem Mikołaja Nasiołkowskiego. Do tego wszystkiego był przecież jeszcze kolejarzem. Często bywali u niego jacyś ludzie, którzy nawet po kilka dni nie wychodzili z domu. Stryj opowiadał kiedyś, że nie tylko zaopatrywał ich w żywność, ale nawet wynosił po nich nieczystości. Stryjowi goście ewidentnie więc obawiali się dekonspiracji. Prawdopodobnie chodziło o nielegalne przekraczanie granicy. Nie można zatem wykluczyć, że z przyczyn konspiracyjnych zupełnie nie mający o tym pojęcia Bolesław Sasal jechał na spotkanie właśnie ze stryjem Kazikiem. Nigdy się tego już nie dowiemy, gdyż jak wiadomo, spotkanie nie doszło do skutku. Być może właśnie dlatego stryj Kazik uniknął aresztowania.

    Nim zmierzający w kierunku Dolnego Śląska pociąg zdołał dotrzeć do Kielc - Bolesław Sasal został konspiracyjnie aresztowany przez dwóch funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach. Jednym z tych funkcjonariuszy był Ludwik Sadza, rodem ze wsi Kierz Niedźwiedzi, położonej nieopodal Gąsaw - zarówno Plebańskich, w których mieszkał mój dziadek, jak i tych Rządowych, gdzie mieszkała przedwcześnie owdowiała jego siostra Karolina, wraz  z dwoma synami.

    Nie jest zatem sprawą przypadku, że aresztowanie Bolesława Sasala nastąpiło na skutek tego, iż o tamtej, planowanej przezeń podróży na Dolny Śląsk wiedziały jedynie dwie osoby; tj. B.D. oraz A.Ł.. Także i tym razem, przy okazji likwidacji drugiej już grupy WiN-u, jakoś nie aresztowano jej członka - A.Ł.. Zupełnie oczywistą jest więc odpowiedź na pytanie, dlaczego to A.Ł. nigdy nie został aresztowany za swoją działalność konspiracyjną. I to w dwóch grupach podziemia naraz! Przedstawione powyżej fakty, oraz wymowny fakt niebywale aktywnej, późniejszej działalności A.Ł. w szeregach PZPR pozwalają na jednoznaczne dokonanie jego identyfikacji jako tajnego współpracownika PUBP w Kielcach, zakamuflowanego pod kryptonimem „Dzik”.
    To właśnie ten agent był wówczas zaangażowany w ubecką akcję rozpracowania i likwidacji skarżyskich grup zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, dowodzonych przez Adama Krupę i B.D., obydwu złożonych przez tego ostatniego, który był agentem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach, zakamuflowanym pod kryptonimem „Swój”.

    Po dokonaniu tego pierwszego aresztowania zarządzono natychmiast rewizję, w której wyniku w domu Bolesława Sasala znaleziono nielegalnie przez niego posiadany pistolet Vis o kolejnym numerze identyfikacyjnym 15567. Analiza akt sprawy przekonuje, że Bolesław Sasal po aresztowaniu niezwykle był rozmowny już w trakcie pierwszego przesłuchania. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że przyczyną takiego obrotu sprawy były niebywale brutalne metody przesłuchania skorelowane z ujawnieniem przez funkcjonariuszy UB całej posiadanej już przez nich wiedzy o działaniach całej grupy, w skład której wchodziło trzech Sasalów. Dodać należy; wiedzy uprzednio już uzyskanej przez nich od innych swoich agentów.
    Następnego dnia po aresztowaniu Bolesława Sasala - funkcjonariusze UB aresztowali także B.D., który szedł akurat do szkoły. Podczas przeprowadzonej w jego domu rewizji znaleziono niemiecki pistolet maszynowy MP o numerze 9117 wraz z trzema magazynkami napełnionymi w sumie siedemdziesięcioma sztukami amunicji oraz pistolet TT o numerze 1774 wraz z kaburą i dwoma magazynkami. Ten sam, który w dniu 3 września 1946 roku został przez B.D. - nieopodal stacji kolejowej Szydłowiec - zabrany milicjantowi Janowi Derdakowi. Wieczorową porą, 9 listopada 1947 roku siedmioosobowa grupa operacyjna PUBP w Kielcach dotarła do Gąsaw Rządowych, gdzie złożyła niezapowiedzianą wizytę we wdowim gospodarstwie Karoliny Sasal, starszej spośród dwóch sióstr mojego dziadka Józefa.

    Spośród siedmiu osób biorących udział w aresztowaniu braci Władysława i Aleksandra Sasalów udało mi się imiennie zidentyfikować kilku funkcjonariuszy PUBP w Kielcach. Byli to: starszy sierżant Henryk Rybak, Mieczysław Wrona, Zbigniew Niewiadomski oraz sławny ze swego pryncypialnie bolszewickiego okrucieństwa Ludwik Sadza rodem z Kierza Niedźwiedziego. Tamtego wieczora w stodole Karoliny Sasal ubowcy znaleźli ukryte w słomie dwie sztuki broni palnej. Czyli, jak to zostało pieczołowicie zaprotokołowane - pistolet Vis oraz poniemiecki karabin Mauser o numerze 6347 z nabojem w lufie i jeszcze pięcioma sztukami amunicji do niego. Przy pomocy tegoż to właśnie karabinu, w styczniu 1945 roku, spanikowany zbliżaniem się Armii Czerwonej Kałmuk usiłował pozbawić życia mojego dziadka, co jednak mu się nie udało na skutek tego, że został rozbrojony przez mojego ojca.  Ale Władysław Sasal przesłuchującym go ubekom nie powiedział prawdy o tym, że karabin dostał od mojego ojca. Najwyraźniej wygląda więc na to, że dzięki stworzeniu przez wuja Władka nieprawdziwej, aczkolwiek bardzo prawdopodobnej wersji o znalezieniu przezeń Mausera w opuszczonych okopach - funkcjonariusze UB nie aresztowali mojego ojca.

    Obydwu zaaresztowanych braci Sasalów skuto natychmiast kajdankami i popędzono piechotą do stacji kolejowej Szydłowiec wzdłuż tych samych torów kolejowych, po których zmierzając do Krakowa, toczył się niegdyś wagon wiozący na miejsce wiecznego spoczynku doczesne szczątki Marszałka Piłsudskiego. Potem zaś tą samą trasą przejechały jeszcze dwa inne pociągi, którymi podróżowali wnukowie Mikołaja Nasiołkowskiego. Tym pierwszym był pociąg, którym w marcu 1939 roku - wraz z żołnierzami, armatami i końmi 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej - jechał na wojnę mój stryj Stefan Nasiołkowski. Zaś ten drugi, w lipcu 1944 roku wiózł braci Bronisława i Jana Boruchów z Radomia do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.

    Pędzonym aresztantom ubecy nie szczędzili kopniaków i okładania kolbami karabinów. Więc też nic dziwnego, że pokonując wówczas ten dwukilometrowy odcinek drogi znaczonej cierpieniem, urodzony w roku tzw. Cudu nad Wisłą Aleksander Sasal, który był najmłodszym spośród trzech synów starszej córki mojego pradziadka Mikołaja - dwukrotnie tracił przytomność. Wówczas jego starszy brat, Władysław, brał najmłodszego, nieprzytomnego syna Karoliny na plecy i dźwigał go w kierunku stacji szydłowieckiej. Wiedział bowiem aż nadto dobrze, że funkcjonariusz Ludwik Sadza - z całą pewnością nie żartuje. Było absolutnie pewne, że w każdej chwili gotów był spełnić swoje wielokrotnie powtarzane groźby zastrzelenia obu braci na miejscu. Ma się rozumieć - w czasie próby ucieczki... Po drodze ubowcy niby mimochodem poinformowali aresztantów, że jeżeli przynależeli do NSZ, to z całą pewnością czeka ich kara śmierci. Lecz jeżeli należeli do WiN-u, to jeszcze trochę pożyją... Myślę, że tego rodzaju wypowiedzi ubeckich funkcjonariuszy najwyraźniej posiadały charakter prowokacji, ukierunkowanej na skłonienie aresztantów do potwierdzenia przez nich samych swojej przynależności do WiN-u .

    Zarówno funkcjonariusz UB, Ludwik Sadza, jak i okładany przez niego kolbą karabinu Aleksander Sasal byli rówieśnikami. Obaj urodzili się bowiem w tym samym - 1920 roku. Ta droga, przebyta wówczas z Gąsaw do szydłowieckiej stacji kolejowej, jednoznacznie przekonuje o tym, jak bardzo porozchodziły się powojenne drogi przedstawicieli tragicznego pokolenia Kolumbów z tamtego dwudziestego rocznika…

    Podczas przesłuchań, wypełniających oczekiwanie na rozprawę przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Kielcach, funkcjonariusze UB z iście maniackim uporem dopytywali się wszystkich trzech aresztantów o skoczków spadochronowych. Oczywiście tych z Zachodu, przetransportowanych do kraju imperialistycznymi samolotami. Podtekst i kontekst tych pytań był więc oczywisty.

    W rozpracowaniu i likwidacji grupy WiN-u, założonej i dowodzonej przez współpracownika UB B.D., niezmiernie zasłużyli się następujący funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach: Henryk Rybak, Stanisław Sroczyński, Stefan Pasek, Mieczysław Wrona, Zbigniew Niewiadomski, Jan Sieradzki, Marian Pawlikowski, Ludwik Sadza oraz nieustalonego imienia - K. Materek. Pomimo aresztowania członków grupy B.D. oraz zarekwirowania kilku sztuk broni szefowie PUBP w Kielcach, major Tataj i porucznik Kwasek (ich imiona nigdzie nie zostały wymienione), nie byli specjalnie zadowoleni z wyników pracy swoich podwładnych. Zostało bowiem przez nich samych udokumentowane, że zarzucali oni obydwóm oficerom śledczym, iż nie wyróżnili się specjalnie swoją pracą w toku przesłuchań zatrzymanych. Najwyraźniej w trakcie stosowania powszechnie znanych metod śledczych - odbili oni wtedy za mało nerek oraz zerwali zbyt mało paznokci. Zapewne też wiele do życzenia pozostawiać musiało opanowanie przez nich wielce skomplikowanej umiejętności wbijania szpilek za paznokcie aresztantów...

    Oczywiście okolicznością fatalnie obciążającą Władysława i Aleksandra Sasalów był ich starszy brat Zygmunt, który poległ w czasie wojny jako żołnierz służący w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, czyli w miejscu ideologicznie wielce niewłaściwym. W jego śmierć wojenną powojenny trybunał ludowy nijak uwierzyć nie chciał, czy też może nawet i nie potrafił. Na użytek procesu wymyślono więc sobie, że pieniądze z Anglii otrzymywane przez jego matkę i w istocie rzeczy będące rentą wojenną są przesyłkami pochodzącymi od najstarszego brata, przemienionego powojennie we wrogiego agenta pozostającego na służbie anglo-amerykańskiego imperializmu. Jak zaś wszem i wobec wiadomo - każdy agent potrzebuje jakiegoś kamuflażu. W tym przypadku takim kamuflażem miała być celowo stworzona legenda o wojennej śmierci wuja Zygmunta.

          Pomimo udziału w sprawie niebywale zacnych i znakomitych kieleckich adwokatów, Józefa Okińczyca i Zenona Wiatra (posiadającego świetne pepeerowskie rekomendacje), sam proces określić należy jako tragifarsę, trwającą nie wiadomo dlaczego - aż całe dwa dni. Wydawać by się mogło, że przewodniczący składu sędziowskiego był, jak to wówczas mówiono, popem, czyli w skrócie - z odgórnego rozkazu „pełniącym obowiązki Polaka”. Zwłaszcza, że polszczyzna zarówno samego wyroku, jak też i jego uzasadnienia - zatrącała wyraźnie wschodnimi naleciałościami. Okoliczność ta dopuszcza sformułowanie poglądu, że ich autor nie do końca jeszcze posiadł umiejętność płynnego posługiwania się tym urzędowym językiem, w którym sporządzane były ferowane przezeń wyroki.

    Otóż nic bardziej błędnego. Urodzony w roku 1911, towarzysz major Stanisław Baraniuk był absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Jego prawnicze wykształcenie umożliwiło mu przed wybuchem wojny pracę na eksponowanym, urzędniczym stanowisku w Izbie Skarbowej w Stanisławowie. Jako zmobilizowany oficer rezerwy Stanisław Baraniuk brał udział w Wojnie Obronnej 1939 roku. Zatem ta część jego życiorysu jednoznacznie przekonuje o tym, że z całą pewnością towarzysz major Stanisław Baraniuk nie należał do kasty nieuków, społecznie awansowanych przez władzę ludową. Do tego jeszcze wiadomo, że pochodził on ze wschodnich Kresów II Rzeczypospolitej. A to oznacza, że towarzysz major Stanisław Baraniuk nie był bynajmniej osobnikiem importowanym z bezkresnych przestrzeni Związku Sowieckiego. Stan wiedzy na temat osoby majora Stanisława Baraniuka i jego serwilistycznej natury topionej w hektolitrach wypitej wódki, skonfrontowany z przepełnioną rusycyzmami formą literacką wyroku i jego uzasadnienia, rodzi nieodparte podejrzenie, że to nie towarzysz major Stanisław Baraniuk był ich autorem. Gdyż przedwojenny absolwent uniwersytetu – nie mógł po prostu posługiwać się tak fatalną polszczyzną. Zapewne był jedynie figurantem siedzącym na sali sądowej i podpisującym wyroki zapadające gdzie indziej i przez kogoś innego ferowane. Major Baraniuk jedynie to wszystko podpisywał, firmując te wyroki swoją osobą. A jest to o tyle prawdopodobne, że major Stanisław Baraniuk nie posiadał osobowości na tyle silnej, aby być zdolnym do nieulegania jakimkolwiek naciskom. Najlepiej tę stronę jego charakteru obrazuje postawa wobec sowieckiego oficera, oddelegowanego odgórnie do służby w Wojsku Polskim, a mianowicie Stefana Piekarskiego, który pochodził ze Zgierza i dlatego też nosił na wskroś polskie imię i nazwisko. Przez pewien czas, towarzysz majora Stanisław Baraniuk był zastępcą towarzysza pułkownika Stefana Piekarskiego pełniącego funkcję szefa IV Wojskowego Sądu Okręgowego. Otóż ilekroć towarzysz major Stanisław Baraniuk usłyszał w słuchawce telefonicznej śpiewny głos swojego apodyktycznego szefa, natychmiast zrywał się na baczność, w gorączkowym pośpiechu zapinając przy tym guziki i poprawiając swój mundur.

    Prowadząc rozprawę przeciwko trzem oskarżonym Sasalom, przewodniczący składu orzekającego, towarzysz major Stanisław Baraniuk (nawet z gęby jaskrawo czerwony...), swoim stałym zwyczajem procesowym nie dopuszczając do głosu żadnego spośród oskarżonych, wzorowo wykonywał zadania, powierzone mu przez UB oraz swoją ukochaną partię robotniczą, która wyniosła go na to stanowisko tak eksponowane i jakże zarazem odpowiedzialne.

  

Fot.19. Pierwsza strona wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach


    Prawidłowość wykonywania wydanych przez UB orzeczniczych rozkazów dodatkowo jeszcze zabezpieczona została przy pomocy odpowiedniego doboru dwóch ławników. Funkcje te pełnili dwaj żołnierze, wprawdzie niespecjalnie rozgarnięci, lecz na tyle z wojskową dyscypliną obeznani, że już wcześniej zdołali sobie zasłużyć na awansowanie ich do stopnia kaprala. Wymieniając z nazwiska, byli to: Eugeniusz Pasek i Stanisław Michalski.

    Tak starannie dobrany skład sądu w pełni gwarantował, że żaden z ławników nie mógł wpaść na niedorzeczny pomysł sprzeciwienia się w czymkolwiek przewodniczącemu składu orzekającego - towarzyszowi majorowi Stanisławowi Baraniukowi. Ponadto jeden z ławników nosił nazwisko identyczne jak prowadzący śledztwo funkcjonariusz UB. Nie można wykluczyć, że obydwaj byli rodzonymi braćmi. Taka okoliczność stanowić by mogła ostateczną gwarancję ferowania przez tamten sąd wyroków o pożądanej treści.

    Oskarżyciel publiczny, a był nim wojskowy prokurator w stopniu porucznika, Andrzej Wiłkoszyński, domagał się wymierzenia wszystkim oskarżonym najwyższego wymiaru kary. Znaczy się kary śmierci. Ale z jakichś nieznanych zupełnie przyczyn wymiar orzeczonych kar tym razem nie był zgodny  z prokuratorskim żądaniem. Współoskarżonego w tym procesie, ciągle jeszcze żyjącego Bolesława Sasala, stryjecznego brata wnuków mojego pradziada Mikołaja, wyrokiem wydanym w trybie doraźnym w dniu 13 stycznia 1947 roku - Wojskowy Sąd Rejonowy w Kielcach skazał wówczas na dożywocie. Surowość wyroku w stosunku do obydwóch wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego określały natomiast lata, które mieli spędzić za murami więzienia. Władysław, ten starszy spośród dwóch żyjących synów Karolowej, został skazany na piętnaście lat więzienia, zaś młodszy Aleksander „tylko” na siedem...
 
   W tym miejscu, niejako na marginesie, trzeba jeszcze odnotować, że major Stanisław Baraniuk, przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach, sądzącego wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego, był tym samym sędzią, który na krótko przed sprawą Sasalów podpisał dziewięć naraz wyroków śmierci  w równie haniebnym procesie mającym być finałem niemniej haniebnego, znanego w całym świecie, choć do końca jeszcze niewyjaśnionego pogromu, jaki w dniu 4 lipca 1946 roku katoliccy i na wskroś aryjscy mieszkańcy Kielc urządzili żydowskim mieszkańcom domu przy ulicy Planty.

    Jak zostało to już wielokrotnie powiedziane; organizator dwóch komórek zbrojnych WiN i zarazem dowódca jednej z nich; starszy sierżant B.D., posługujący się - w tamtym czasie - pseudonimami „Roman” lub „Dziki”, nigdy przez ludową władzę nie został za nic osądzony. Wprawdzie w dniu 24 listopada 1946 roku został zatrzymany przez kielecką UB, ale zdołał uciec z aresztu, popisując się przy tej okazji iście akrobatycznym skokiem przez parkan. W tym niebywale efektownym skoku na wolność wydatnie pomogła mu pryzma porąbanego drewna, wysoko dość ułożona, i to akurat… pod samym płotem więziennego dziedzińca. Najwyraźniej musiała istnieć jakaś ku temu przyczyna, że jednak akurat w tym miejscu ktoś poukładał to drewno. Zapewne ułożono je tam celowo i to chyba jedynie dlatego, że przystawiona do płotu drabina nasuwałaby myśl o tym, że cała ta sprawa udanej ucieczki z ubeckiego więzienia wyglądałaby na szytą zbyt grubymi nićmi. Oczywiście nie zanosi się też i na to, żeby kiedykolwiek udało nam się poznać przyczyny, dla których nikt jakoś nie strzelał wtedy do brawurowo skaczącego przez płot i uciekającego z aresztu więźnia...

    Jest też, co najmniej zastanawiające, że B.D. nigdy jakoś nie został ponownie aresztowany. Nigdy więc też za swoją działalność - nie został skazany na jakąkolwiek karę. Nieco to dziwne, jeśli się zważy, że już w dniu 14 kwietnia 1947 roku ujawnił się przed komisją Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu. W sporządzonym wówczas protokole ujawnienia podał, że „...celem działania jego bandy było robienie sabotażu i wzbudzanie postrachu wśród członków PPR...”.

    Tak więc jego brawurową ucieczkę z aresztu PUBP w Kielcach zdecydowanie postrzegać należy jako działanie pozorne, mające na celu jedynie zręczny kamuflaż współpracy B.D. z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach. W ten oto sposób zakamuflowano całe prawdziwe uzasadnienie dla jego bezkarności za takiego rodzaju działania, których surowa ręka sprawiedliwości ludowej z całą pewnością nie puściłaby mu płazem. Oczywiście pod warunkiem, że byłyby one rzeczywiste. Zatem wzajemne powiązanie powyżej opisanych okoliczności oraz uważna analiza ich wymowy, jednoznacznie wskazują na fakt prowokatorskiej współpracy B.D. z kieleckim UB. A więc reasumując, tym drugim konfidentem UB, którego działanie pozwoliło na sprawne przeprowadzenie aresztowania trzech członków rodziny Sasalów, obok A.Ł. był właśnie B.D. W poglądzie tym utwierdziły mnie także rozmowy, jakie odbyłem z dwoma weteranami stalinowskich więzień.

    A tymczasem sytuacja życiowa starszej siostry mojego dziadka wyglądała tak fatalnie, jak tylko sobie można to było wyobrazić. Siedmiohektarowa gospodarka -  i żadnego chłopa w chałupie... Jeno portret na ścianie z podobiznami dwóch starszych synów. Tego, który zginął na wojnie, i tego, który siedział w więzieniu... Nic zatem dziwnego, że Karolinę dopadły w końcu jakieś dziwne stany lękowe. W końcu doszło nawet do tego, że obawiała się spać w swoim własnym domu. Bywało więc, że nocowała w stogach siana, ustawionych na okolicznych polach.

    Lektura zawartości akt sprawy Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach przekonuje o tym, że Karolina Sasal już w roku 1947 znała dokładną datę śmierci swojego najstarszego syna. Ale też ani na moment nie zarzuciła myśli o podejmowaniu starań ukierunkowanych na uwolnienie obydwóch swoich młodszych synów. Przez wszystkie lata ich pobytu w więzieniu starsza siostra mojego dziadka co jakiś czas jeździła do radomskich adwokatów. Efektem każdej takiej wyprawy było złożenie kolejnej prośby o ułaskawienie. Każda z tych próśb niezmiennie kwitowana była jednak adnotacją: „Pozostawić bez rozpoznania” lub: „Odmówić uwzględnienia”…

    Sądzę, że autorzy tych redagowanych - co jakiś czas - w imieniu Karoliny pism posiadali dokładne rozeznanie odnośnie braku jakichkolwiek widoków na skuteczność tego rodzaju działań. Na domiar wszystkiego złego jeden z tych skrybów, dowiedziawszy się o odznaczeniach nadanych poległemu Zygmuntowi Sasalowi za jego zasługi wojenne, bez najmniejszych skrupułów wyłudził od zrozpaczonej matki trzykrotnie nadany jej synowi Krzyż Walecznych. Sam będąc adwokatem, tego rodzaju postępowanie innego adwokata oceniam jednoznacznie. Przypuszczam też, że chyba nie muszę nikomu tłumaczyć końcowych wyników tej mojej oceny.

    Nie można wykluczyć, że posługując się odznaczeniami wuja Zygmunta, ktoś sobie potem dorobił bohaterską przeszłość wojenną. Zapewne pan mecenas wstąpił do ZBoWiD-u. Być może wszem i wobec imponował pobrzękiwaniem nie swoich orderów. Prawdopodobne też, że nawet dodatki do emerytury pobierał... Ciekawi mnie, co też ktoś taki miałby mi do powiedzenia, gdybym go spotkał - ustaliwszy uprzednio jego tożsamość?

    Po wojnie, do Gąsaw Rządowych - aż z Wielkiej Brytanii przysłano Karolinie pozostałe w depozycie rzeczy po jej poległym synu, spośród których zachowały się: oznaczony numerem 8282 Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari, książeczka wojskowa RAF-u oraz legitymacja zaopatrzona numerem 4168, uprawniająca wuja Zygmunta do noszenia Krzyża Walecznych z podwójnym okuciem. Pozostała także pospiesznie zrobiona w automacie maleńka fotografia przedstawiająca uśmiechniętą dziewczynę. Jej ubiór oraz broszka o wyraźnie lotniczej stylistyce zdają się wskazywać, że dziewczyna należała do formacji Kobiecej Służby Pomocniczej RAF. Pomimo podejmowania kilku prób nie udało mi się ustalić jej tożsamości. Ale najwyraźniej ta dziewczyna musiała być dla wuja Zygmunta kimś niezwykle bliskim. Z całą pewnością to ona była pierwszą osobą, która tamtego niedzielnego wieczora, w dniu 1 listopada 1942 roku opłakiwała brak wiadomości o powrocie znad Zatoki Biskajswkiej przynależnego 304. dywizjonowi bombowemu - Vickersa Wellingtona nr 1716, oznakowanego literą „L”...

    Niebawem na mocy amnestii z dnia 22 lutego 1947 roku, na długo jeszcze przed śmiercią Józefa Stalina, całej trójce skazanych tamtym wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach złagodzono wymierzone kary. I tak Bolesławowi Sasalowi z dożywocia do piętnastu lat, Władysławowi Sasalowi z piętnastu do dziesięciu lat, zaś Aleksandrowi - z siedmiu lat do dwóch i pół roku.

    Jako pierwszy opuścił mury więzienne w Sztumie Aleksander Sasal, ten najmłodszy spośród synów Karoliny z domu Nasiołkowskiej. Zwolniono go mianowicie w dniu 9 maja 1949 roku.

    Władysław Sasal, starszy spośród synów Karoliny, jawiący się dla władzy ludowej bandytą z rzędu tych najgroźniejszych, nadal pozostawał za kratkami, gdzie w końcu dane mu było przeżyć także zgon towarzysza Soso. Wuj Władek musiał na swe uwolnienie oczekiwać znacznie dłużej... Nic dziwnego - lektura opinii, sporządzanych, co jakiś czas na jego temat przez władze więzienne, przekonuje o tym, że wuj nijak nie potrafił zdobyć się na okazywanie chociażby cienia skruchy, czy też uległości. Rzec można, że kolano nie ugięło mu się ani na chwilę… Nie ukrywam, że niebywale mi zaimponowało, iż wuj Władek, nawet w więziennych warunkach - taki był twardy i nieprzejednany...

    Pomimo takiego ewidentnego braku uległości ze strony wuja decyzją z dnia 22 lutego 1955 roku, Rada Państwa w końcu skorzystała wobec niego z prawa łaski. I oto trzynaście dni później, w dniu 7 marca 1955 roku, Władysława Sasala zwolniono wreszcie z więzienia w Świdnicy... Przypadające za pięć dni swoje trzydzieste ósme urodziny wuj Władek mógł więc wreszcie obchodzić jako wolny człowiek. Choć szczęśliwie - nie udało się go do końca zresocjalizować na socjalistycznie pojmowany sposób! Opowiadano mi bowiem, że po wyjściu z więzienia wuj Władek nadal prowadził swoją uporczywą walkę z realnym socjalizmem. Tym razem metodami gospodarczymi. Niechybnie byłby chory, gdyby choć kilku kamieni nie włożył do worków z płodami rolnymi, oddawanymi w ramach obowiązkowych dostaw dla państwa, które przez tyle lat go więziło. Summa summarum - rzec można, że skazanym na lata długoletniego więzienia wnukom Mikołaja Nasiołkowskiego tzw. „władza ludowa” okazała swą niebywale wielkoduszną łaskawość. No, bo przecież dużo wcześniej i bez zbytnich ceregieli, już w dniu 9 listopada 1946 roku, obydwu ich mógł przy torach kolejowych własnoręcznie zastrzelić Ludwik Sadza, sławetny funkcjonariusz UB - rodem z Kierza Niedźwiedziego... Tej samej wsi, z której pochodził Antoni Bodo - najmłodszy zięć mojego pradziada, Mikołaja Nasiołkowskiego…

    Obydwaj agenci Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach - B.D. i A.Ł. przez długie lata mieszkali w Skarżysku-Kamiennej i to jeszcze obydwaj - przy tej samej ulicy.  U schyłku swego życia B.D. przeprowadził się do Radomia, gdzie w roku 2002 zmarł śmiercią całkiem naturalną. Jestem przekonany, że wszyscy jego mocodawcy doskonale wiedzieli, iż w roku 1946 musiał koniecznie uciec z aresztu UB, gdyż w przeciwnym razie towarzysz major, Stanisław Baraniuk, z całą pewnością zostałby paradoksalną procesową sytuacją przymuszony do podpisania jeszcze jednego wyroku skazującego – być może nawet na karę śmierci... O ironio; wyroku, który skazywałby przecież wielce zasłużonego agenta swoich własnych służb! Do tego przecież nie można było dopuścić. I dlatego też nie dopuszczono - organizując B.D. pozorowaną ucieczkę z aresztu.

    Jeśli zaś chodzi o A.Ł… Wstąpił do PZPR i na ciepłej posadce pracował sobie spokojnie w skarżyskich Zakładach Metalowych, gdzie tak naprawdę to wcale nie produkowano rowerów, krosien i mikserów, ale przeróżnego kalibru amunicję . Oczywiście na potrzeby wszystkich armii Układu Warszawskiego. A także na eksport do Korei, Wietnamu oraz do kilku jeszcze innych krajów, prowadzących akurat wojny ze swoimi sąsiadami. Za wszelkie zasługi oddane przezeń władzy ludowej uhonorowano go mieszkaniem w bloku z wielkiej płyty i zapewne też jakimś orderem, który profitował stosownym dodatkiem do emerytury. Takim to sposobem sprawiedliwości stało się zadość. Tyle tylko, że była to sprawiedliwość z dość przewrotnym w swej nazwie przymiotnikiem „ludowa”!

    Kiedy zmarł A.Ł. na długo przed tym jak swą działalność rozpoczął pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej. Wyprawiono mu huczny pogrzeb kombatancki, pompatycznie eksponujący jego okupacyjną przynależność do Armii Krajowej…

    Pan Bolesław Sasal do dzisiaj jeszcze nie potrafi wyciągnąć właściwych wniosków odnośnie roli, jaką - w tamtym czasie - odegrał B.D., przez nikogo nie niepokojony, zmarły w roku 2002. Jest mi natomiast wiadomo, że odnośnie przestępczych czynów popełnionych przez Ludwika Sadzę - pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej prowadził wprawdzie śledztwo, lecz zostało ono umorzone z uwagi na to, że ten sprawca licznych zbrodni popełnionych na szkodę narodu polskiego, dożywszy sędziwego wieku, zmarł sobie spokojnie w dniu 21 grudnia 2001 roku, i - tym samym - ostatecznie uszedł wymiarowi ziemskiej sprawiedliwości.
    Nazwiska wszystkich trzech panów znalazłem na opublikowanej w internecie tzw. liście Wildszteina. Więc chyba nikt nie powinien mieć już żadnych wątpliwości odnośnie charakteru roli, jaką nieprzypadkowo odegrali oni w życiu wielu, wielu ludzi... W tym także dwóch moich krewnych... Nie można też wykluczyć, że jeden z nich odegrał również jakąś rolę i w moim własnym życiu, w którym przyszło mi się potknąć o niejedną kłodę, rzuconą mi pod nogi…
    Czas spędzony w stalinowskich więzieniach znacznie nadszarpnął zdrowie braci Sasalów. Młodszy z nich, Aleksander, po przejściu na rentę ze względów zdrowotnych nie był nawet w stanie prowadzić niewielkiego gospodarstwa rolnego, stanowiącego część schedy po matce. Zdał je więc za rentę, lecz zmarł niebawem,  w dniu 3 listopada 1979 roku.

    Jego starszy brat, Władysław Sasal, nabawił się w więzieniu astmy. Zmarł nagle na własnym podwórku w dniu 6 czerwca 1984 roku. Obydwaj bracia Sasalowie odeszli z tego świata w przekonaniu, że ich aresztowanie przez UB oznaczało zakończenie działalności kolejnej konspiracyjnej komórki organizacji WiN. Jak jednak wynika z powyżej wskazanych powodów - nic bardziej błędnego. Wszystko bowiem wskazuje na to, że tak naprawdę to UB aresztowało wytypowanych przez siebie, potencjalnie niebezpiecznych dla nowego ustroju ludzi, celowo zorganizowanych przez prowokatorów w konspiracyjną grupę antykomunistycznego podziemia.

    Ciągle jeszcze żyje natomiast Pan Bolesław Sasal, skazany w tamtym procesie na dożywocie. Powiedzieć trzeba, że miał w życiu trochę szczęścia. Niebawem po wyjściu z więzienia wygrał w totolotka dość znaczną sumę pieniędzy, co pozwoliło mu na zbudowanie dość okazałego domu. Sędziwy staruszek mieszka dziś w Skarżysku-Kamiennej przy ulicy, której nazwa honoruje dokonania i zasługi Armii Krajowej.

    W dniu 29 września 2003 roku postanowieniem Sądu Okręgowego w Kielcach wydanym w sprawie Sygn. akt. III Ko 38/03/UN stwierdzona została wreszcie nieważność wyroku z dnia 13 stycznia 1947 roku, wydanego przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Kielcach w sprawie Nr 924/46, na mocy którego to orzeczenia pozbawiono onegdaj wolności dwóch synów Karoliny Sasal z domu Nasiołkowskiej. Ubolewam nad tym, ale jak już wcześniej wspomniałem; żadnemu z nich nie było dane dożyć tej chwili swojej rehabilitacji. W części odnoszącej się do Bolesława Sasala, ich stryjecznego brata, skazanego wówczas na dożywotnie więzienie, nieważność tegoż wyroku została stwierdzona już przed kilku laty.

    Fot.20. Postanowienie Sądu Okręgowego w Kielcach stwierdzające nieważność wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach skazującego Władysława i Aleksandra Sasalów

    Dokonanie tych wszystkich, omówionych powyżej ustaleń, było możliwe jedynie na podstawie analizy uzyskanego od wuja ustnego przekazu o tamtych zdarzeniach i zestawieniu ich z odnoszącą się do wrogów ustroju, opatrzoną klauzulą tajności, dokumentacją tzw. charakterystyki nr 318. W dniu 17 grudnia 1979 roku dokumentacja ta została jeszcze pieczołowicie uaktualniona przez Wydział „C” Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Kielcach, czyli ówczesną Służbę Bezpieczeństwa. Personalnie wykonawcą tego zadania był inspektor A. Cybulski. Odnotował on skrupulatnie, że na skutek rozbicia przez UB grup B.D. i Adama Krupy zapadły wyroki skazujące Zdzisława Korzeniowskiego, Adama Krupę i Bolesława Sasala na kary po piętnaście lat więzienia, zaś Władysława Sasala na dziesięć lat, a jego młodszego brata Aleksandra na dwa i pół roku. Takiej właśnie treści nabrały ostatecznie wyroki Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach po zastosowaniu dekretu o amnestii z dnia 22 lutego 1947 roku. Wynika z tego wprost, że w pierwszej, nie złagodzonej ich wersji, z mocy tychże wyroków Zdzisław Korzeniowski, Adam Krupa i Bolesław Sasal zostali skazani na dożywotnie więzienie, zaś Władysław Sasal na piętnaście lat. Aleksander, najmłodszy syn Karoliny Sasal, potraktowany został przez ludową sprawiedliwość najłagodniej, gdyż skazano go „jedynie” na siedem lat więzienia.

    Jest symptomatyczne, że jeszcze trzydzieści lat po wykonaniu kary orzeczonej w styczniu 1947 roku wobec Aleksandra Sasala - wciąż jeszcze przez Milicję Obywatelską prowadzone były tego rodzaju rejestry. I to pomimo istnienia ustawowej instytucji zatarcia skazania oraz regulujących ją obowiązujących przepisów prawa, uchwalonego - a jakże - przez Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.  

    Zastanawiające jest również, że prowadzone przez Służbę Bezpieczeństwa w charakterystyce nr 318 te tajne ustalenia odnośnie osób nie odnotowują żadnych danych o aresztowaniu A.Ł., również prowadzącego wszak wrogą i przestępczą działalność zarówno w grupie B.D., jak i Adama Krupy. Co więcej; A. Ł. nie założono nawet osobnej karty, jaką posiadali przecież wszyscy wrogowie ustroju, skutecznie rozpracowywani przez funkcjonariuszy osławionego UB a potem SB. Z drugiej strony symptomatyczne jest, że karta taka została założona również dla Bogusława Wirskiego, choć żadnych absolutnie danych personalnych pozwalających na zidentyfikowanie jego osoby nie udało mi się ustalić...

        Powszechnie wiadomo, że nic wszak nie dzieje się bez przyczyny...

    Summa summarum; wymowa tamtych wydarzeń ewidentnie obciąża odpowiedzialnością za ich skutki zarówno B.D. - jak i A.Ł.. Ponad wszelką wątpliwość; to właśnie ci dwaj ponoszą winę - zarówno za śmierć Józefa Sadzy, jak też i Maksymiliana Sasala. Obciąża ich również aresztowanie i przejścia wieloletniej katorgi więziennej - zarówno Bolesława Sasala, jak też dwóch jego stryjecznych braci - Władysława i Aleksandra Sasalów, co wnukami byli mojego pradziada Mikołaja Nasiołkowskiego.

    Bezdyskusyjnie; to również właśnie oni personalnie odpowiedzialni są za więzienną katorgę wcześniej już aresztowanych członków grupy dowodzonej przez Adama Krupę. Chociaż żaden z tej ubeckiej trójcy już nie żyje - ich życiowe dokonania na zawsze obciążają naszą pamięć o nich… Gdyż nakazują pamiętać o wszystkich, którzy w tamtych koszmarnych czasach żyjąc – zdołali im sprostać oraz o tych, którzy im sprostać nie zdołali dlatego właśnie, że świadomie zanegowali etyczny nakaz przestrzegania uniwersalnych zasad przyzwoitości...
                O tym właśnie - nie wolno nam nigdy zapomnieć…


       Piotr Jan Nasiołkowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Ilustrujące artykuł fotografie pochodzą ze zbiorów rodziny Sasalów oraz archiwum autora.



 

Ostatnie komentarze

  • Franciszek powiedział(a) Więcej
    cyt.: "Zapewne kolejni prezydenci i członkowie Rad Miasta o jego istnieniu mieli takie samo pojęcie jak... 3 godzin temu
  • Piotr Jan Nasiołkowski powiedział(a) Więcej
    Generał Charles de Gaulle postawił niegdyś pytanie; Jak chcecie rządzić krajem, gdzie dwieście czterdzieści... 4 godzin temu
  • Ryszard, Bolesław powiedział(a) Więcej
    Kto zapomina o przeszłości nie jest godzien nawet mówić o przyszłości.


    Chylę czoła przed... 5 godzin temu