Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Gdzie są chłopcy z tamtych lat..? - Piotr Jan Nasiołkowski

Zima przełomu lat 1943/44 niebywale była mroźną i śnieżną. Zarazem oznaczała dla Michaliny, co owdowiałą już była siostrą mojego dziadka porę wyprawienia podwójnego wesela. Albowiem w dniu 20 lutego 1944 roku wychodziła za mąż jej starsza córka - Marianna, a także żenił się ten starszy z jej dwóch synów - Janek. Konie zaprzężone do sań wiozących do parafialnego kościoła w Jastrzębiu młode pary i weselnych gości z największym trudem przebijały się przez zaspy.
   Mąż Michaliny, od dzieciństwa na nogę utykający Józef Boruch, nie żył już  w tamtym czasie, gdyż zmarł w dniu 6 lutego 1943 roku, a więc na rok przed tamtym podwójnym weselem swoich dzieci.
    W trakcie przyjęcia weselnego swojego rodzeństwa – Bronek, młodszy brat Marianny oraz Janka, odkrył nieoczekiwanie w stodole dwóch Żydów, którzy tamtej mroźnej nocy - całkiem przypadkowo - schronili się w tym miejscu przed zabójczym zimnem. Zgłodniali i przerażeni Żydzi poprosili go o przyniesienie ziemniaków ugotowanych w łupinach, obiecując wujowi w zamian za to marynarkę. Wuj Bronek posłał więc do stodoły swoją siostrę Mariannę, która akurat od tamtego dnia zaczęła nosić nazwisko Zawadzka. To właśnie ona ukradkiem zaniosła wtedy do stodoły pełen fartuch ziemniaków, akurat dopiero co - dla świń ugotowanych. Całą tę sytuację jakimś cudem wypatrzył jednak Jan Czerwiak, który zaszedł do stodoły zaraz po tym, jak tylko wyszła z niej panna młoda. Spłoszeni przez niego Żydzi, brodząc przez zaspy, w śmiertelnym przerażeniu uciekli w mrok nocy, szczelnie przylegający do bieli śniegu leżącego na okolicznych polach i łąkach...
    Jedynym śladem ich bytności w stodole Boruchów była pozostawiona marynarka. Nie było żadnego sposobu oddania jej właścicielowi. Więc nosił ją potem wujek Bronek. Pasowała na niego jak ulał. W kieszonce wuj znalazł jeszcze mały pierścionek z monogramem. Dał go swojej młodszej siostrze, Zosi...


Fot. 1. Jan Boruch jako żołnierz z matką Michaliną

    Kierując się chęcią czynnego uczestniczenia w walce z okupantem, wujek Janek przystąpił do zbrojnej grupy konspiracyjnej. Był przekonany o tym, że wstąpił do Batalionów Chłopskich. Członkami konspiracyjnej organizacji byli dobrze mu znani miejscowi, tj. Julian Kopidura, Jan Czerwiak, Józef Janas i Stanisław Michałkiewicz. Pewnej nocy wszyscy oni, a wraz z nimi także wujek Janek, poszli przeprowadzić akcję zbrojną, która okazała się wszak nie być żadną akcją bojową, lecz pospolitym napadem rabunkowym na dom młynarza z Wierzbicy. Wspólnie popełnione przestępstwo stworzyło solidarność milczenia jego sprawców.
    Jakimś sposobem dowiedziała się jednak o wszystkim żona wujka Janka. Natychmiast opowiedziała o tym swojej teściowej. Udział jej syna w tamtym bandyckim wyczynie rozwścieczył Michalinę nie na żarty, i to do tego stopnia, że kiedy - krótko po tym zdarzeniu - wujek Janek zachorował na tyfus, odmówiła nawet zawiezienia go do lekarza. Ale w końcu, matczyne serce jednak zmiękło. Otuliła wuja pierzynami. Na saniach powiozła go po ratunek do niedalekiego Szydłowca. Zrozumiałe, że zanim wyzdrowiał, musiało to trwać jakiś czas. Zapewne to wtedy Michalina z własnej inicjatywy nawiązała odpowiednie kontakty z komórką Armii Krajowej w Krogulczy, rodzinnej wsi jej nieżyjącego już małżonka. Skutkiem podjętych przez nią działań było to, że wiosną 1944 roku wujek Janek stał się żołnierzem Armii Krajowej. Tym samym porzucił swoich dotychczasowych kompanów, którzy zorientowawszy się w nowej sytuacji, musieli poczuć się nie byle jak zagrożeni.
    W dniu dnia 7 lipca 1944 roku zapewne nikt spośród mieszkańców wsi Kolonia Kuźnia nie wiedział jeszcze tego, że oto w dalekiej włoskiej ziemi już prawie przed dwoma miesiącami polscy żołnierze zdobyli umocnione przez Niemców ruiny klasztoru Monte Cassino. W tamtym czasie nikt na polskiej ziemi jeszcze nie nucił pieśni o czerwonych makach…  
    Tamtego lipcowego poranka, równo ze świtaniem wszystkich domowników  w obejściu Michaliny Boruch obudziło gwałtowne dobijanie się do drzwi i okien.  I paraliżujący strachem wrzask: „Aufmachen! - otwierać! Hände hoch! - ręce do góry!”.
    Do izby wpadli gestapowcy z bronią gotową do strzału. A kiedy już wszyscy domownicy podnieśli ręce do góry, pod ramieniem siedzącego na łóżku wujka Bronka - Niemcy zauważyli opatrunek założony za przyczyną wrzodu, jaki wybudował mu się pod pachą. Natychmiast zrodziło to w nich podejrzenia, że powodem zdrowotnej niedyspozycji młodszego syna Michaliny była źle gojąca się rana postrzałowa. Więc zażądali wydania przechowywanej broni.
    Doskonale władającemu językiem polskim Niemcowi Michalina tłumaczyła, że to nie żaden tam postrzał, ale zwykły wrzód. I że nikt tu nie ma żadnej broni.
    Trzymający w ręku, pocztą przesłany do radomskiego gestapo - anonimowy donos; Niemiec natarczywie dopytywał się o Jana Borucha, gdyż w tamtej, pierwszej fazie przeprowadzanej przez siebie akcji - gestapo zatrzymało młodszego z braci Boruchów, Bronisława, oraz Antoniego Kozakiewicza i Stefana Zawadzkiego, który był mężem Marii Zawadzkiej - najstarszej córki Michaliny. Stefan Zawadzki i Antoni Kozakiewicz byli mieszkańcami Radomia. Całkiem przypadkowo zostali wówczas na noc w obejściu Michaliny. Obaj spali na sianie w stodole. Nic nie pomogło okazywanie się dokumentami. Gestapowcy podejrzewali, że obaj przybysze  z Radomia mogą być partyzantami. I to pomimo faktu, że Antoni Kozakiewicz nie był już człowiekiem pierwszej młodości. Oprócz złożonego przez chorobę Bronka;  w domu Michaliny spały wówczas jeszcze trzy kobiety. Jego matka, Michalina Boruch, oraz dwie siostry - starsza, ciężarna już wówczas, Marianna Zawadzka, oraz młodsza Zosia - jeszcze niezamężna.
    Po ustaleniu miejsca zamieszkania Jana Borucha - zaraz potem przyprowadzono go do obejścia Michaliny. Wraz z nim zatrzymano też Józefa Janasa mieszkającego w tym samym domu. Chwilę potem na podwórzu Michaliny pojawiła się rozpaczająca Bronka Boruchowa - ciężarna żona wujka Janka. Obie wraz  z Marianną Zawadzką zaczęły prosić Niemca, by nie zabierał ich mężów.
 Oczywiście; bezskutecznie...
    Wykonując znaczący ruch trzymanym w ręku pistoletem, gestapowiec nakazał wszystkim mężczyznom położyć się na podwórku pod płotem. Twarzą do ziemi.  Z rękami splecionymi na karku. Usprawiedliwiając się niejako, ów doskonale mówiący po polsku Niemiec tłumaczył, że nikogo z zatrzymanych puścić nie może, bo wówczas sam zostałby rozstrzelany za niewykonanie rozkazu. Wszyscy odnieśli wrażenie, że tego Niemca najwyraźniej przepełniała odraza do autora trzymanego  w ręku anonimu. Najprawdopodobniej jego autorem był jeden z sąsiadów Michaliny Boruch. Najwyraźniej, wysłanie do radomskiego gestapo donosu na synów Michaliny podyktowane było obawą, że wujek Janek wskaże akowcom znanych mu osobiście sprawców przeprowadzanych w tej okolicy nocnych napadów rabunkowych. Jak powszechnie wiadomo, Armia Krajowa bezlitośnie zwalczała wiejskich rabusiów.
    Na kilka dni przed aresztowaniem Jana i Bronisława Boruchów - dwaj synowie sąsiadów Michaliny, tj. Stanisław Michałkiewicz i Jan Czerwiak pojechali wspólnie do pobliskiego Radomia. Tknięta jakby złym przeczuciem - Michalina zapytała matkę Czerwiaka o cel tej wspólnej wyprawy obydwu chłopaków do miasta. Ta ostatnia najwyraźniej zaskoczona pytaniem zupełnie nie wiedziała, jaką ma na nie znaleźć odpowiedź. Więc na poczekaniu wymyśliła, że chłopcy pojechali do kina. Przypadek jednak sprawił, że gdy wieczorem wracali do domu, spotkał ich wuj Bronek. Wiedziony zwykłą ciekawością wiejskiego chłopaka, który nigdy w kinie nie był, wuj Bronek zapytał ich wtedy, jak też tam było w tym kinie. Obaj byli wyraźnie zaskoczeni pytaniem i zmieszali się, zupełnie nie mając pojęcia, o co też wujkowi Bronkowi może chodzić. Wniosek z tego prosty, że będąc w Radomiu, kina to oni jednak nie odwiedzili. A więc twierdząc, że to chęć obejrzenia najnowszego filmu  z biodrzastą blondynką Maricą Röck w głównej roli była motywacją wyprawy jej syna do Radomia, matka Czerwiaka najwyraźniej kłamała. Jak powszechnie wiadomo, każde kłamstwo jest wynikiem chęci ukrycia prawdy.
        Lecz dopiero poniewczasie, pokojarzono ze sobą te wszystkie fakty...
    Z łatwością można więc sobie wyobrazić, o ukrycie jakiej to prawdy mogło chodzić w tym przypadku. Jest wielce prawdopodobne, że Stanisław Michałkiewicz i Jan Czerwiak pojechali wówczas do Radomia bynajmniej nie do kina, lecz po to, by wykonując czyjeś polecenie, wysłać adresowany do gestapo anonim, oskarżający Boruchów o udzielanie pomocy ukrywającym się Żydom. Obydwaj czytać nie umieli, więc może nawet sami nie wiedzieli, co to za list i do kogo wysyłają…
    Anonimowy donos informował radomskie gestapo o tym, jakoby bracia Boruchowie udzielali pomocy ukrywającym się Żydom. No cóż, także we wsi Kuźnia wśród rdzennych Polaków modlących się po katolicku, żarliwie i tłumnie pod krzyżem z przybitą do niego postacią Żyda - bez trudu można było znaleźć i takich, którzy denuncjowali okupantom tych spośród swoich współwyznawców, którzy gotowi byli pomagać Żydom w przetrwaniu czasu hitlerowskiej pogardy dla chrześcijańskiego nakazu miłości bliźniego.
          Mimo powszechnie znanych metod śledczych gestapo nie zdołano jednak niczego udowodnić żadnemu spośród obu ciotecznych braci mojego ojca. Więc zapewne tylko dlatego; nie spalono zabudowań Michaliny i na miejscu nie wymordowano całej rodziny Boruchów. Poprzestano na podejrzeniach. Wysłany do gestapo donos zawierał bowiem szczegółową informację pozostawionej tamtej, lutowej nocy w obejściu Boruchów przez poszukujących przed mrozem schronienia w stodole Żydów marynarce, noszonej potem przez wuja Bronka. A także o pierścionku znalezionym w kieszeni tej marynarki... Zatem jest oczywiste,  że informację tę gestapowcy mogli posiadać jedynie od kogoś, kto pozostawał  w szczególnie bliskim kontakcie z rodziną Michaliny.
    To pomówienie braci Boruchów li tylko i jedynie o przechowywanie Żydów - ten posiadało skutek, że prowadzone przez gestapo śledztwo zupełnie nie było ukierunkowane na rozpracowywanie struktur żadnej spośród konspiracyjnych organizacji.
    Chodziło jedynie o ustalenie, gdzie są ci ciągle jeszcze tu i ówdzie ukrywający się Żydzi... Zapewne z tego powodu skrupulatnym zazwyczaj gestapowcom nie przyszło do głowy dokonać przeszukania zabudowań. I dlatego nie znaleźli przykrytego słomą ukrytego w stodole motocykla, którym kilka dni wcześniej dwóch żandarmów wjechało w zasadzkę zastawioną nań przez żołnierzy miejscowej komórki AK. Ciała żandarmów zakopano gdzieś w lesie. Zaś zdobytą wtedy na nich broń oraz motocykl skrupulatnie ukryto. Właśnie w stodole Michaliny, odbudowanej po wrześniowym pożarze. W tej udanej akcji podziemia brał także udział Jan Boruch, czyli jeden spośród kilku wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego.
    Tamtego dnia, czyli 7 lipca 1944 roku, oprócz Jana i Bronisława Boruchów gestapowcy aresztowali jeszcze i zabrali ze sobą do Radomia Józefa Janasa, Antoniego Kozakiewicza i Stefana Zawadzkiego. Po drodze zaś złapali jeszcze trzech chłopów wiozących do Radomia cielęcinę pochodzącą rzecz jasna z zakazanego przez okupanta uboju. Prawdopodobnie dwaj spośród nich to byli Jan Jaśkiewicz i Władysław Jaśkiewicz pochodzący z podradomskich Kończyc.
    Jak wynika z treści zachowanej w radomskim archiwum więziennej dokumentacji, jeszcze tego samego dnia - o godzinie 18.00, obydwaj bracia Boruchowie zostali osadzeni w radomskim więzieniu.


Fot. 2. Siedziba radomskiego gestapo. Widok współczesny

     Za kilka dni na przesłuchanie do radomskiego gestapo została wezwana ich matka, Michalina.
    Tam w nadziei, że w ten sposób pomoże swoim chłopakom, tłumaczyła gestapowcom, iż nikt Żydów nie przechowywał i że do stodoły weszli oni bez niczyjej wiedzy, a spłoszeni - od razu uciekli. Zatem postawiono wujom zarzut braku lojalności wobec niemieckiej władzy. Pomimo bowiem upływu aż tylu miesięcy - nikt spośród rodziny Boruchów nie poinformował przecież o tej zaszłości radomskiego gestapo. Przesłuchujący Michalinę gestapowiec wskazał jej jednak adres niemieckiego adwokata. Więc tamtego dnia, zanim Michalina wróciła  z przesłuchania do domu, udała się najpierw pod wskazany jej adres, czego skutkiem było zaangażowanie przez nią niemieckiego prawnika do obrony jej synów aresztowanych przez gestapo!
    Dr Karl Villinger prowadził swoją praktykę adwokacką w Radomiu, przy ulicy zwanej wówczas Reichsstrasse 17. Taką to bowiem nazwę nadali okupanci radomskiej ulicy, przed wojną noszącej imię Stefana Żeromskiego, który nie otrzymał Literackiej Nagrody Nobla jedynie dlatego, że zostało to mściwie zablokowane przez niemieckie lobby. Chodziło o polityczną wymowę „Wiatru od morza”. Władze okupacyjne nie omieszkały oczywiście zmienić także nazwy ulicy noszącej nazwisko francuskiego marszałka Ferdynanda Focha, wsławionego zwycięstwami odniesionymi nad armią cesarza Wilhelma II podczas poprzedniej wojny światowej.
    Nazwisko tego niemieckiego adwokata, praktykującego w Radomiu w latach hitlerowskiej okupacji, jest owszem, znane historiografii czasu istnienia III Rzeszy. Ale rzekłbym, że raczej za sprawą innego Villingera. Nie wiem, czy z radomskim adwokatem dr. Karlem Villingerem łączyły go jakiekolwiek więzy pokrewieństwa. Całkiem jednak możliwe, że łączyły…


Fot. 3. Pismo niemieckiego adwokata Dr. Karla Villingera zgłaszającego się do obrony aresztowanych braci Boruchów

*        *        *

    Otóż życiorys niemieckiego profesora Wernera Villingera zamyka się latami 1887–1961. Dziedziną naukową, której poświęcił się ten naukowiec, była psychiatria. W dniu 1 maja 1937 roku profesor Werner Villinger wstąpił do NSDAP. Sprawująca władzę w Niemczech partia hitlerowska oczywiście wspierała swoich członków. Jak to zwykle bywa z rządzącymi partiami. Zwłaszcza w systemach sprawowania władzy zwanych dyktaturą monopartyjną. Więc w dniu 1 stycznia 1940 roku profesor Werner Villinger objął kierownictwo katedry psychiatrii na uniwersytecie w Breslau, którego w tamtym czasie nikt jeszcze nie nazywał Wrocławiem. Jako pułkownik SS decydował o o tym, kto powinien zostać zamordowany w ramach akcji eutanazji. Poddawał też chorych psychicznie eksperymentom medycznym polegającym na zakażaniu żółtaczką. Po wojnie, w roku 1961 postawiono w związku z tym profesorowi Villingerowi zarzuty i skierowano do sądu akt oskarżenia. Do procesu jednak nie doszło, gdyż w dniu  8 sierpnia 1961 roku Werner Villinger, co profesorem był wprawdzie lecz i zarazem zbrodniarzem wojennym - popełnił samobójstwo skacząc - nieopodal Insbrucku.- w przepaść z alpejskiego szczytu,.
    Zbrodnicze działania profesora Villingera wpisują się w urzeczywistnienie jednego z powszechnie znanych celów wewnętrznej polityki III Rzeszy, którym  było fizyczne wyeliminowanie z niemieckiego społeczeństwa wszystkich osób dotkniętych różnymi wrodzonymi upośledzeniami oraz chorobami psychicznymi. Wszystkich ich określano mianem życia bezwartościowego. Właśnie dlatego w czasie dwunastu lat trwania III Rzeszy, która w założeniu jej twórców miała trwać tysiąc lat, w ramach tzw. „Aktion T4” wymordowano w Niemczech około 275 tysięcy ludzi uznanych przez lekarzy, których władze hitlerowskiego państwa  wyposażyły  w odpowiednie ku temu kompetencje, za dotkniętych różnymi chorobami psychicznymi, upośledzonych fizycznie lub umysłowo. Wymordowano więc właśnie takich, jak umysłowo upośledzona siostra matki Adolfa Hitlera — garbata Johanna Pölzl, zwana w rodzinie Hitlerów ciocią Hanni. Rzec trzeba, że Hanni Pölzl, ciocia Adolfa Hitlera, szczęście miała nie byle jakie... Zmarła bowiem na cukrzycę w marcu 1911 roku...  A więc na długo przed tym, jak jej siostrzeniec stworzył zbrodniczy aparat państwowy, który musiałby ją unicestwić!
    Jako lojalny członek rządzącej partii NSDAP profesor Werner Villinger był oczywiście czynnie zaangażowany w realizację tego zbrodniczego programu, któremu odważnie i otwarcie przeciwstawił się inny Niemiec, ówczesny biskup Münster - Clemens August Graf von Galen, zwany „Lwem z Münster: W swojej płomiennej homilii, wygłoszonej w Katedrze w Münster w dniu 3 sierpnia 1941 roku, hitlerowski program eutanazji nazwał wprost masowym morderstwem. Wskazywał, że jest to działanie przestępcze w rozumieniu obowiązującego w Niemczech prawa karnego. Wcześniej, bo już w roku 1934, biskup Münster, Clemens August Graf von Galen, rozprawił się w formie polemiki z tezami głównego ideologa narodowego socjalizmu - Alfreda Rosenberga, który sformułował je w swoim programowym dziele nazistowskiej pseudofilozofii, czyli w „Micie XX wieku”. Biskup von Galen otwarcie nazywał ideologię nazistowską nowym pogaństwem. Źródłem jego cywilnej odwagi była bez wątpienia charyzma, która stanowiła zarazem przyczynę bezsilności wszechmocnego gestapo. Ma się rozumieć, biskup von Galen był w pełni świadom tego istniejącego wielce niewygodnego dla reżimu nazistowskiego stanu rzeczy. Sam siebie postrzegał jako człowieka odpornego na pochlebstwa i obojętnego wobec strachu. Książę Kościoła, Clemens August Graf von Galen, wniósł także olbrzymi wkład pracy w wydanie przez Piusa XI w dniu 14 marca 1937 roku potępiającej nazizm niemieckojęzycznej encykliki „Mit brennender Sorge”. Swej nieprzejednanej postawie wobec hitleryzmu biskup Clemens August Graf von Galen, wyniesiony do godności kardynalskiej już po wojnie, zawdzięcza swój doprawdy niezwykły jak na duchownego przydomek. Nazwano go bowiem „Lwem z Münster”. Ostatecznym skutkiem nacechowanej poczuciem przyzwoitości postawy życiowej tego wielkiego księcia Kościoła była jego beatyfikacja. Uroczystość ta odbyła się w dniu  9 października 2005 roku. Kardynał Clemens August Graf von Galen przeżył lat sześćdziesiąt osiem. Zmarł w dniu 22 marca 1946 roku w Münster. Znaczy, zaledwie osiem dni po swoim ingresie. Został pochowany w jednej z naw wiekowej katedry  w Münster, tam gdzie wcześniej wygłaszał swoje odważne homilie.


Fot. 4.  Miejsce pochówku kardynała Klemensa Augusta Grafa von Galena.

         „Lew z Münster” z całą pewnością należał do tej grupy Niemców, którzy zdołali jednak sprostać wyzwaniom tamtego okrutnego czasu, w którym przyszło im żyć. Był więc przedstawicielem mniejszości, starającej się ratować honor Niemców  i Niemiec. Bez względu na istniejące zagrożenia… Nie bacząc na ogrom podejmowanego ryzyka…
*              *            *
            Następnego już dnia po swoim aresztowaniu wrócił do domu Józef Janas, sąsiad i zarazem mąż siostry żony Jana Borucha. Pomiędzy szwagrami, Józefem Janasem i Janem Boruchem, istniał ostry konflikt, którego podłożem była scheda po rodzicach ich żon. Myślę więc sobie, że aresztowanie Józefa Janasa przez gestapo mogło posiadać wszelkie cechy działania pozornego, ukierunkowanego na ochronę przed dekonspiracją informatora, który przyczynił się do aresztowania obydwóch braci Boruchów. Niebawem zwolniono też Antoniego Kozakiewicza i Stefana Zawadzkiego. Jakiś czas potem; Niemcy zastrzelili Jana Czerwiaka, wsiowego bandziorka, którego całkiem jeszcze niedawno jego własna matka w oczach swoich sąsiadów usiłowała, jakże wszak nieudolnie, przerobić na zapalonego kinomana.
          Niepowiadomienie okupacyjnych władz o incydencie z szukającymi przed mrozem w stodole Żydami było dla gestapo jednak powodem w zupełności wystarczającym, by obydwu synów Michaliny Boruch z domu Nasiołkowskiej dołączyć do grupy innych 49 osób wywożonych z Radomia bydlęcym wagonem  z odrutowanymi oknami. Stacją docelową, do której zmierzał tamten pociąg wiozący z Radomia 51 osób - była rampa KL Auschwitz... Bracia Boruchowie wysiedli na niej z pociągu w dniu 31 lipca 1944 roku...


Fot. 5. Brama którymi pociagi wjeżdżały na teren obozu Auschwitz-Birkenau

          Lecz wcześniej; te wiozące 28 polskich więźniów politycznych i 23 więźniów sowieckich - odrutowane wagony musiały najpierw przetoczyć się wzdłuż dziadkowego pola, a potem przejechać nieopodal jego chałupy. Tak jak przejeżdżać tędy musiał każdy jeden pociąg. Rzec zatem śmiało można, że począwszy od marca 1939 roku, torami kolejowymi ciągnącymi się wzdłuż wsi Gąsawy Plebańskie podróżowała w obie strony wojna i wszystko to, co się z nią łączyło. Najpierw więc na zachód - polskie wojsko na front… Potem niemieckie na wschód… Za tymi transportami zmierzały pociągi wiozące zaopatrzenie dla Wehrmachtu w kierunku coraz bardziej oddalającego się frontu wschodniego… Ze wschodu natomiast, te same pociągi wiozły setki tysięcy sowieckich jeńców wojennych oraz rannych i zabitych niemieckich żołnierzy frontowych… Wieziono też do Rzeszy robotników przymusowych… Żydów do komór gazowych Treblinki… Także do KL Auschwitz wieziono wszelakiego rodzaju więźniów… z Polski i nie tylko... Jadącymi tędy do Niemiec pociągami transportowano na Zachód również wszelkie dobra, dopiero co zrabowane na Wschodzie, co wprost oznacza, że niemiecki okupant dopuszczał się rabunków nie tylko w naszym kraju...
       Tamtego, lipcowego dnia, wraz z miarowym turkotem kół pociągu, mozolnie pokonującego trasę Radom - Auschwitz, warszawskie zegary, tykając miarowo, odmierzały już resztkę czasu, jaki im pozostał do nieuchronnej konieczności wybicia godziny „W”, która była kryptonimem punktu czasowego, kiedy to wybuchnąć miało Powstanie Warszawskie... co wszak nastąpiło w dniu pierwszego sierpnia 1944 roku, punktualnie o godzinie 17.00...
    Jan i Bronisław Boruchowie ze wsi Kolonia Kuźnia stali się bowiem więźniami KL Auschwitz akurat w przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego i zarazem w przeddzień likwidacji tzw. obozu cygańskiego, co nie oznaczało niczego innego, jak tylko skrupulatnego wymordowania w komorach gazowych Birkenau, czyli Brzezinki - wszystkich Cyganów więzionych dotychczas w KL Auschwitz-Birkenau,

Fot.6.  Widok na rampę, gdzie wysiadali więźniowie przywożeni do KL. Auschwitz-Birkenau


    Akurat równo trzy lata przed wybuchem Powstania Warszawskiego, także pierwszego sierpnia 1941 roku, czyli, w tym właśnie obozie ojciec Maksymilian Kolbe, poświęcając swoje własne życie, ocalił tym sposobem życie innego współwięźnia. Zakonnik zgłosił się na ochotnika, by właśnie jego zamiast Franciszka Gajowniczka zamknięto w głodowym bunkrze. Kiedy po czternastu dniach esesmani otworzyli bunkier, trzech spośród zamkniętych w nim więźniów ciągle jeszcze żyło. Wśród nich także ojciec Maksymilian Kolbe. Wszystkich trzech dobito fenolem wstrzykniętym wprost do serca.


Fot. 8. Moja córka Magdalena zwiedzająca teren byłego obozu Auschwitz-Birkenau


    Mniej więcej w tym samym czasie, gdy toczyły się już miarowo koła pociągu zmierzającego z Radomia do Oświęcimia, Michalina odebrała z radomskiego gestapo postrzępione i pokrwawione resztki ubrań swoich synów.
    Gdy więźniowie przybyli już na docelowe miejsce, czyli rampę KL Auschwitz-Birkenau, tryby hitlerowskiej machiny oznakowały braci Boruchów kolejnymi, sąsiadującymi ze sobą numerami jako więźniów politycznych oraz Polaków. Młodszemu z braci, Bronisławowi, wytatuowano na przedramieniu liczbę 190 676, zaś starszemu Janowi wykłuto na zawsze - kolejny obozowy numer, czyli 190 677.


Fot.9 Jedno z pół obozowych KL Auschwitz-Birkenau

Fot 10. Pozostałosci po barakach KL Auschwitz-Birkenau

    Bracia Boruchowie nie wiedzieli zapewne, że w tamtym czasie członkiem obozowej orkiestry był akurat radomski adwokat, Zygmunt Glogier, przywieziony do KL Auschwitz w dniu 16 grudnia 1942 roku i oznaczony tutaj numerem 83824. Tym samym transportem przywieziono do obozu również żonę jego brata Stanisława, oznaczoną numerem 27210 oraz jej siostrę Wandę Patek, której nadano numer 27212. Do obozu trafił również brat mecenasa - Stanisław Glogier, któremu wytatuowano na przedramieniu numer 83823.
    W tamtym czasie, gdy mecenas Zygmunt Glogier wraz z resztą orkiestry obozowej witał również i ten przybyły z jego rodzinnego miasta transport, którym do obozu oświęcimskiego przywieziono braci Boruchów, Wanda Patek od dnia   8 kwietnia 1943 roku już nie żyła, natomiast żona Stanisława Glogiera straciła życie nieco później,  tj. w dniu 26 czerwca 1943 roku.
    Nie mogłem w tym miejscu nie wspomnieć o adwokacie Zygmuncie Glogierze i losach członków jego rodziny. Jako dziecku wielokrotnie było mi bowiem dane zetknąć się z tym małomównym mecenasem. Mimo milczkowatości mecenasa -  lubiłem wizyty w jego radomskim mieszkaniu, mieszczącym się w kamienicy przy ulicy Sienkiewicza 12. Lubiłem tam chodzić zapewne dlatego, że mecenas hodował papużki faliste, a na stole zawsze czekał na mnie talerzyk z bardzo przez wszystkie dzieci lubianymi „krówkami”. Nie pamiętam, by mecenas Zygmunt Glogier kiedykolwiek się uśmiechał. Choć podobno należał do ludzi tryskających humorem. Ale niewykluczone wcale, że to wspomnienie o dobrym humorze mecenasa Glogiera pochodzi z przedwojennego jeszcze czasu.

Fot. 11. Radomski mecenas Zygmunt Glogier jako więzień KL Auschwitz-Birkenau

    Lubiany przeze mnie bardzo, mecenas Zygmunt Glogier zmarł w Radomiu w wieku niespełna sześćdziesięciu trzech lat. Było to wiosennego dnia 25 kwietnia 1960 roku. Zapamiętałem dobrze tamten czas, który zarazem był czasem jego odejścia… Zapewne żegnało go wielu spośród tych, którzy doskonale pamiętali powitanie w Radomiu legionistów Komendanta Piłsudskiego w roku 1918... Powitanie uświetnione wieczorkiem, podczas którego śpiewała Stefania Wieniawa-Długoszewska, patriotyczne wiersze deklamowała panna Janina Jarzyńska, na skrzypcach zaś przepięknie grał syn twórcy i właściciela radomskiej szkoły muzycznej, pan Zygmunt Glogier - młodzieniec zaledwie wówczas dziewiętnastoletni…  

*        *        *

    Tak się też jakoś złożyło, że akurat tamtego dnia, gdy ciotecznym braciom mojego ojca w obozie oświęcimskim tatuowano numery obozowe, gdzieś nad Morzem Śródziemnym nieopodal wybrzeża francuskiego zaginął kolejny aliancki samolot. Za jego sterami siedział autor „Nocnego lotu” oraz znanej wszystkim dzieciom bajki o przygodach „Małego księcia”. Fragmenty jego maszyny, F-5 Lightning, odnaleziono dopiero w roku 2000, nieopodal wyspy Frioul. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że Antoine de Saint-Exupéry został zestrzelony przez niemieckiego pilota Roberta Heichelle’a siedzącego tamtego dnia za wolantem
Focke-Wulfa 190 A-8.
*        *        *

    O paradoksie! Wszystko wskazuje na to, że zaszeregowanie braci Boruchów, przeprowadzone przez nazistów w obozie koncentracyjnym ściśle według zbrodniczych kryteriów rasistowskich, zdaje się ostatecznie i jednoznacznie przesądzać o ich polskości. Polskości, zresztą nigdy wcześniej i przez nikogo nie kwestionowanej. I to pomimo faktu, że spokrewnieni ze mną bracia Boruchowie byli potomkami Żydów, osiadłych ongiś w okolicy Radomia. A do tego wszystkiego jeszcze, wielce jest prawdopodobne, że wśród przodków tych dwóch więźniów KL Auschwitz-Birkenau znaleźć można także Rosjan lub też i Cyganów przybyłych ze Wschodu. Ma się rozumieć, że niczym innym, jak tylko niekwestionowanym skutkiem tej bez reszty własnej identyfikacji z polskością, była również konspiracyjna przynależność Jana Borucha. Inaczej być przecież nie mogło.
    Akurat pięć dni po przypadkowym trafieniu i zniszczeniu przez alianckie bomby obozowych krematoriów oznaczonych numerami II i III, a więc w dniu 18 września 1944 roku, ten starszy z braci Boruchów, znaczy się wuj Janek, został przekazany do komanda zwanego 7-SS-Eisenbahnbaubrigade, gdzie pracował niewolniczo przy układaniu i naprawie torów kolejowych, co i rusz niszczonych przez alianckie samoloty. Więźniowie ci byli dla III Rzeszy na tyle ważni, że otrzymywali nawet lepsze wyżywienie. Prawdopodobnie jedynie dzięki temu Janowi Boruchowi udało się jakoś przetrwać straszną obozową rzeczywistość.
    Natomiast młodszy z braci, Bronisław Boruch najwyraźniej z przyczyn chorobowych, pozostał na miejscu.  Znaczy się w obozie oświęcimskim. I następnego dnia po przydzieleniu wujka Janka do esesmańskiej brygady kolejowej – jego młodszy brat trafił do obozowego szpitala dla więźniów KL Auschwitz II Birkenau. Lokalizację tego szpitala za obozowymi drutami określają parametry B II f, bl.18. Jest udokumentowane, że ponowny kontakt z obozowym szpitalem, wuj Bronek miał w dniu 5 października 1944 roku. Jest wielce prawdopodobne, że przy tych dwóch okazjach, oznakowany numerem obozowym 190 676 więzień Bronisław Boruch mógł zetknąć się z oznakowanym numerem 77 022 więźniem Stanisławem Sobieszczańskim, który prawie do samego końca istnienia KL Auschwitz-Birkenau, gdyż aż do dnia 15 stycznia 1945 roku, był lekarzem w tymże obozowym szpitalu.  W tym miejscu odnotować należy, że doktor Stanisław Sobieszczański był zarazem bliskim krewnym radiotelegrafisty kaprala Jana Rogali-Sobieszczańskiego, który poległ jako członek załogi zestrzelonej nad Zatoką Biskajską maszyny przynależnej 304. Dywizjonowi Bombowemu. Wraz z nim poległ cioteczny brat Bronisława Borucha, kapral Zygmunt Sasal zasiadający za dwoma sprzężonymi ze sobą karabinami maszynowymi w tylnej wieżyczce strzeleckiej dwusilnikowego Wellingtona...


    Fot. 12.  Doktor Stanisław Sobieszczański.

    Fot. 13. Kapral Jan Rogala-Sobieszczański.


    Zapewne z powodu stale pogarszającej się ogólnej sytuacji militarnej III Rzeszy więźniowie esesmańskiego komanda kolejowego, a wśród nich także wuj Janek, zostali ewakuowani w głąb Niemiec. Ostatecznie w dniu 7 marca 1945 roku więzień oznaczony numerem 190 677, czyli Jan Boruch, został przetransportowany do rodzinnego miasta Alberta Einsteina, czyli do Ulm leżącego w Bawarii, akurat mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Monachium a Stuttgartem.
    Już w samej końcówce działań wojennych, a dokładniej mówiąc, w dniu 7 kwietnia 1945 roku, kolejna fala nadlatujących alianckich samolotów wywołała nie byle jaką panikę bynajmniej nie tylko wśród więźniów pracujących przy naprawie torów kolejowych, ale także wśród pilnujących ich esesmanów. Wszyscy więc rozpierzchli się w panice, gorączkowo poszukując dla siebie jakiegokolwiek schronienia. Z okazji tej skorzystali niektórzy więźniowie. W tym również wujek Janek, któremu udało się ukryć w leśnej gęstwinie. Kiedy samoloty zrzuciły już wszystkie bomby i odleciały w kierunku swoich lotnisk, nie było już komu usuwać starych, ani też nowych zniszczeń. Uciekli bowiem zarówno więźniowie, jak też i pilnujący ich esesmani. Myślę, że to jedynie niewyobrażalnie śmiertelny strach mógł sprawić, iż krańcowo wycieńczony człowiek znalazł w sobie tyle siły, by wdrapać się na czubek drzewa. Jednego spośród setek tysięcy, jakie rosły w tym bawarskim lesie. Przywiązawszy się do świerka jakimś paskiem i sznurkiem - przesiedział wuj Janek w jego koronie trzy dni i trzy noce. Kiedy wreszcie zszedł na ziemię, natknął się w polu na jakichś ludzi. Instynktownie chciał się nawet przed nimi ukryć, ale go dostrzegli. Nie miał już siły uciekać. Napotkani ludzie nie okazali mu wrogości. Wprost przeciwnie dali mu coś niecoś do jedzenia oraz normalne ubranie pozwalające na pozbycie się obozowego pasiaka. Wuj Janek Boruch ukrywał się potem wśród tamtejszych pól i lasów jeszcze przez całe szesnaście dni. W ten oto sposób zdołał dotrwać do dnia 23 kwietnia 1945 roku, kiedy to zaskoczył go widok czarnoskórego żołnierza. Zbiegły więzień natychmiast pojął, że ten żołnierz na pewno nie mógł należeć do żadnej niemieckiej formacji. Wiodącą przez bawarski las drogą, którą całkiem jeszcze niedawno esesmani codziennie pędzili kolumny więźniów, przymuszanych do syzyfowej pracy przy naprawianiu arterii kolejowych, wuj Janek poprowadził teraz amerykańskich żołnierzy do bramy obozu, którego więźniem sam jeszcze był do niedawna.
           Amerykańskie władze okupacyjne, opierając się na potwierdzeniach dwóch współwięźniów z KL, tj. Stanisława Słomianego oznakowanego numerem 171 660 oraz więźnia Juliana Bożka, któremu przypisano obozowy numer 169 362, niezwłocznie wystawiły Janowi Boruchowi dwujęzyczną identity card nr 758. Zamieszczone w tej karcie dane odnoszące się do stanu cywilnego przekonują jednoznacznie o tym, że z jakichś - jemu tylko znanych - powodów wuj Janek najwyraźniej okłamał swoich zaoceanicznych oswobodzicieli. Podał im mianowicie, że jest kawalerem. Ale tak naprawdę, to w momencie aresztowania wuj Janek był już żonaty, zaś małżonka, imienniczka jego młodszego brata, spodziewała się wówczas dziecka. Syn Marian urodził się w czasie, gdy codziennym ubraniem jego ojca był obozowy pasiak. To dziecko zmarło jednak jako kilkumiesięczne niemowlę na długo przed szczęśliwym powrotem wuja Janka do domu.  


Fot. 14 i 15. Amerykański dowód osobisty wystawiony przez władze amerykańskie Janowi Boruchowi – byłemu więźniowi niemieckich obozów koncentracyjnych


    Powszechnie jest wiadomo, że przejścia obozowe rujnowały zdrowie więźniów. Automatycznie stawiało to Amerykanów przed koniecznością zapewnienia oswobadzanym przez siebie więźniom wszechstronnej opieki medycznej. Zrozumiałe zatem, że ówczesny kontakt z armią amerykańską oznaczał objęcie taką opieką również ocalałego wnuka Mikołaja Nasiołkowskiego. Dla wujka Janka oznaczało to wprost konieczność dalszego pozostania w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Wśród amerykańskich wyzwolicieli wujka Janka nie brakowało Żydów, a także potomków czarnych niewolników, przed stuleciami wywiezionych z Afryki za Atlantyk pod pokładami statków. Tak się złożyło, że swego wyzwolenia doczekał wujek Janek w mieście urodzenia najwybitniejszego mózgu XX wieku, zamkniętego wszak  w czaszce o kształcie uznawanym przez nazistów za zdecydowanie nieprawidłowy.
    Mam tu oczywiście na myśli czaszkę przynależną samemu Albertowi Einsteinowi!
    Zasłyszałem niegdyś powiedzenie, że prawdziwy filozof zawsze przedkłada treść nad formę. Z tego powiedzenia wynika więc wprost, że przedkładając formę  i kształt czaszek ponad ich zawartość; rasistowscy ideologowie nazizmu zdecydowanie na miano prawdziwych filozofów nie zasługują! No bo, tak nawiasem mówiąc, filozofem innym niż prawdziwym to zwyczajnie być się nie da. Filozofem bowiem albo się jest, albo się nim nie jest. Innej możliwości nie ma!
    Zastanawia, i to bynajmniej nie tylko mnie, jakimże to niby kultem  i umiłowaniem myśli byłby w stanie parać się posiadacz czaszki o kształtach wprawdzie regularnych, lecz o zawartości nijakiej. Znaczy się takiej czaszki wzorcowej, blond owłosieniem pokrytej... Z tej to jedynie przyczyny rasowo niebywale pożądanej. Czaszki - zazwyczaj ukoronowanej czarną, siodłatą czapką przyozdobioną emblematem z trupią czaszką właśnie...
    Zbiegły z niewolniczego komanda sformowanego z więźniów obozu koncentracyjnego, wuj Janek Boruch, zaszczuty i ukrywający się wśród bawarskich pól i lasów, zupełnie nie miał pojęcia o tym, że akurat w tym samym czasie, dokładnie zaś w dniu 12 kwietnia 1945 roku, zmarł amerykański prezydent Franklin D. Roosevelt, co wśród przywódców III Rzeszy wzbudziło, w takim samym stopniu złudne, co i naiwne nadzieje na odwrócenie się wojennej fortuny.
    Wuj Janek nie wiedział także i tego, że dwa dni później, czyli 14 kwietnia 1945 roku, nieopodal położonego w Hesji miasta Gelnhausen, celne salwy amerykańskiej artylerii przeciwlotniczej literalnie rozniosły w strzępy wrogi samolot, za którego sterami siedział sam dowódca Nachtjagdgeschwader 2, Hauptmann Heinz-Horst Hissbach. Dokładnie ten sam, który w dniu 1 listopada 1942 roku nad wodami Zatoki Biskajskiej zestrzelił Wellingtona przynależnego do 304. Dywizjonu Bombowego. Jak zostało to już wcześniej powiedziane, członkiem jego załogi był kapral Zygmunt Sasal, cioteczny brat wuja Janka Borucha, którego w ostatnich dniach lipca 1944 roku w KL Auschwitz oznakowano numerem 190 677.
    Pochodzący z położonego nad Łabą miasteczka Dessau - Hauptmann Heinz-Horst Hissbach, wykonując ten swój ostatni lot bojowy, poległ w trakcie przeprowadzania nocnego ataku z lotu koszącego na niskim pułapie, na prącą w głąb Niemiec - amerykańską kolumnę zmotoryzowaną. Przystępując do przeprowadzenia tak brawurowego ataku z powietrza, Hauptmann Heinz-Horst Hissbach musiał niewątpliwie działać pod wpływem nie byle jakich emocji, wzbudzonych u niego zapewne wieścią o tym, że właśnie poprzedniego dnia, czyli 13 kwietnia 1945 roku, alianckie bombowce obróciły w perzynę jego rodzinne Dessau, co było wszak jedynie wstępem do zajęcia tego miasta w dniu następnym przez amerykańską 3. Dywizję Pancerną. Niewykluczone, że skutkiem tamtego kwietniowego nalotu przeprowadzonego przez formacje alianckich bombowców było zniszczenie rodzinnej apteki Hissbachów w Dessau przy Ringstrasse 26. Być może, tamtego dnia zginął podczas alianckiego nalotu ktoś spośród bliskich Hauptmanna Luftwaffe, Heinza-Horsta Hisssbacha.


Fot.16. Hauptmann Heinz-Horst Hissbach za wolantem Ju-88c

Fot.17. Kapral Zygmunt Sasal


    Więc w kontekście powyższego; sposób przeprowadzenia przez Hauptmanna Heinza-Horsta Hissbacha ostatniego już w jego krótkim, bo zaledwie dwudziestodziewięcioletnim życiu, powietrznego ataku na zgrupowanie amerykańskiej formacji pancernej wypływał nie tyle z osobistej odwagi pilota, ale jawił się być raczej aktem jego samobójczej determinacji. Czas oraz okoliczności śmierci Hauptmanna Heinza-Horsta Hissbacha zdają się ostatecznie przekonywać o tym, że jeśli w głowie tego oficera o myślącej przecież, całkiem ludzkiej twarzy, toczyła się kiedykolwiek walka nazisty z człowiekiem, to ostatecznie zwyciężył w tej walce nazista, co też zostało przez władców ledwie już dychającej III Rzeszy natychmiast uhonorowane Krzyżem Rycerskim, nadanym Hauptmannowi Heinzowi-Horstowi Hissbachowi pośmiertnie w dniu 15 kwietnia 1945 roku.  
    Tego samego dnia, ranny podczas walk w Prusach Wschodnich Richard von Weizsäcker, także Hauptmann i zarazem późniejszy prezydent Republiki Federalnej Niemiec, obchodził - jak raz - swoje dwudzieste piąte urodziny.
    Odnotować jeszcze tylko należy, że członkami załogi tamtego Junkersa-88c, za którego wolantem wykonał wówczas swój ostatni lot bojowy Hauptmann Heinz-Horst Hissbach, było jeszcze dwóch wraz z nim poległych wtedy żołnierzy Luftwaffe, a mianowicie: radiooperator Obergefreiter Hubert Warzecha oraz mechanik pokładowy Gefreiter Max Mayer. Wykonując swoje ostatnie zadanie bojowe - nim ich Junkers 88c eksplodował w powietrzu trafiony pociskami amerykańskiej obrony przeciwlotniczej - zdołali zniszczyć osiem amerykańskich pojazdów!


Fot.18. Hauptmann Heinz-Horst Hissbach wraz z załogą i mechanikami na tle Ju-88c.


    Śmierć tej trzyosobowej załogi Junkersa 88c, zwiastowała nieuchronne nadejście czasów wymuszających zaprzestanie produkcji Junkersów, budowanych dotychczas w rodzinnym mieście Hauptmanna Heinza-Horsta Hissbacha. Z nadejściem pokoju mieszkańcy Dessau musieli przestawić się na dające im zarobek zatrudnienie w miejscowej fabryce drożdży.    
    Jestem zupełnie przekonany, że wiadomości o tym wszystkim nie dotarły wówczas do wujka Janka Borucha. A myślę też sobie, że gdyby nawet i dotarły, to  i tak niewiele by wówczas obeszły tego walczącego o swoje przeżycie zbiegłego więźnia obozu koncentracyjnego.
    Wracając zaś do postaci Hauptmanna  Heinza-Horsta Hissbacha pochodzącego z miasta Dessau, to  bilansem jego dwudziestodziewięcioletniego żywota było posiadanie na swoim koncie 34 zestrzelonych alianckich samolotów. Aż trzydzieści spośród tych maszyn padło jego łupem w porze nocnej, a jedynie cztery maszyny zestrzelił pomiędzy wschodem a zachodem słońca. Pozostawił także po sobie opłakującą go niewątpliwie wdowę - Ursulę z domu Hempel oraz czteroletnią córeczkę - Troste. Dziewczynkę urodzoną zapewne już po śmierci jej dziadka, aptekarza Arnolda Ericha Hissbacha, który dokonał swojego żywota w roku 1941, ale niewątpliwie jeszcze przed swoimi pięćdziesiątymi dziewiątymi urodzinami, które przypaść miały w dniu 4 października 1941 roku.
    „Trosten” - znaczy po niemiecku tyle, co pocieszać, ukoić. Więc myślę sobie, że imię nadane dziecku oficera Luftwaffe wskazywać zdaje się na to, że narodziny córeczki miały być dla jej ojca pocieszeniem po bolesnej stracie kogoś bliskiego. Prawdopodobnie chodziło o stratę jego ojca. A być może także i matki. Nie można bowiem wykluczyć, że oboje oni zginęli podczas nalotu brytyjskich bombowców. Lecz skoro zdarzenie to musiało mieć miejsce przed 4 października 1942 roku, to wynika z tego zarazem, że aptekarz Arnold Erich Hissbach zakończył swój żywot jeszcze przed pierwszym lotem bojowym stolarskiego czeladnika, kaprala Zygmunta Sasala, pospiesznie przekwalifikowanego w wojennym czasie na strzelca pokładowego w 304. Dywizjonie Bombowym RAF-u.
.       Tego samego dnia, kiedy zginął Hauptmann Heinz-Horst Hissbach, niemiecka artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła aliancką maszynę „Auster” Mk III, przynależną do 663. dywizjonu samolotów artylerii. W takich to okolicznościach zginął odznaczony uprzednio Krzyżem Walecznych i medalem za Monte Cassino, siedzący za wolantem tego samolotu obserwacyjnego artylerii - porucznik artylerii, pilot Sławomir Grodzicki, którego zadaniem było kierowanie ogniem polskiej artylerii. Ten poległy wówczas oficer urodził się w Odessie w dniu 17 marca 1913 roku. Był starszym bratem podporucznika Janusza Grodzickiego. Tego samego, który we wrześniu 1939 roku był oficerem ogniowym w drugim plutonie ósmej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, a więc w tej właśnie jednostce, której żołnierzem był mój zaginiony stryj - bombardier Stefan Nasiołkowski.
    Dwa dni po tym, gdy śmierć ponieśli Hauptmann Heinz-Horst Hissbach oraz porucznik Sławomir Grodzicki, czyli w poniedziałek 16 kwietnia 1945 roku, swoje osiemnaste urodziny fetował niejaki Josef Ratzinger. W tamtym czasie strzelał do alianckich samolotów z działa o kalibrze 88 mm. Sześćdziesiąt lat później, ówczesny ten młodzieniec został Jego Świątobliwością, papieżem Benedyktem XVI. No, cóż ludzie się zmieniają. Choć zapewne nie wszyscy…
    Tamten dzień, tj. 16 kwietnia 1945 roku, był zarazem dniem pięćdziesiątych szóstych urodzin Charlie Chaplina - słynnego prześmiewcy Führera III Rzeszy.   I bynajmniej nie tylko jego...
    Zarazem był to dzień, gdy Armia Czerwona sforsowała Odrę i tym samym rozpoczęła swą ostatnią w tamtej wojnie ofensywę. Ostatecznym skutkiem tej operacji militarnej był ostateczny krach mrzonek Adolfa Hitlera o ostatecznym zwycięstwie Niemiec w rozpętanej przez siebie najstraszniejszej z wojen... Więc świętując w dniu 20 kwietnia 1945 roku swoje pięćdziesiąte szóste urodziny, Führer III Rzeszy, dwanaście zaledwie lat istniejącej,  a więc tysiącletniej, jedynie z nazwy - obchodził urodziny już po raz ostatni... Na szczęście całe dla całej ludzkości...


Fot. 19. Książę Otto von Habsburg

    Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować dwa niebywale trafne spostrzeżenia sędziwego księcia Otto von Habsburga, co synem był Karola, ostatniego Cesarza Monarchii Austro-Węgierskiej. Arystokrata ten rzekł, że;  „Adolf Hitler urodził się na swoje własne  i całej reszty ludzkości nieszczęście!”. Natomiast napisany przez Adolfa Hitlera  „Mein Kampf” zrecenzował w wytwornym szyderstwem;”Juz sama tylko warstwa literacka tego „dzieła” nie jest w stanie wprawić w zachwyt żadnego miłośnika dobrej niemczyzny”.


                                                                                                                                  Piotr Jan Nasiołkowski
 

Koniec części pierwszej

Fotografie ilustrujące artykuł pochodzą z internetu oraz z archiwum własnego autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Do Hanna. Masz zamiar brać udział w tym biegu? Może przez te kilka godzin pozostań w domu lub wybierz się do... 1 dzień temu
  • 666 powiedział(a) Więcej
    A ten mądry pająk to rasowy krzyzak czy z tych co sraja na gzymsy.? 1 dzień temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Och jaki wysyp internetowych bohaterów no no no szkoda że anonimowo no cóż na tyle odwagi starcza.Boicie się... 1 dzień temu