Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Gdzie są chłopcy z tamtych lat... Piotr Jan Nasiołkowski - Część druga

    Szczęściem w nieszczęściu braci Boruchów byłoto, że nie została przez hitlerowców wykryta przynależność wujka Janka do Armii Krajowej... ani też jeszcze coś zupełnie innego nie zostało ujawnione. Otóż ojciec Jana i Bronisława Boruchów miał wprawdzie na imię Józef. Zaś z kolei jego ojcu, ożenionemu z Marianną Fronk   z domu Janczyk, nadano na chrzcie imię Antoni. Lecz zamieszkały onegdaj w Krogulczy, od dawna już nieżyjący pradziadek Jana i Bronisława Boruchów, nie nosił bynajmniej imienia odziedziczonego po którymkolwiek spośród chrześcijańskich świętych. Zapewne wtedy, gdy zmieniał konfesję, do noszonego przezeń żydowskiego imienia Baruch, dodano mu jeszcze jedno chrześcijańskie - Joachim. W ten oto sposób jego dotychczasowe żydowskie imię stało się całkiem polskim nazwiskiem.
    Nazwisko Boruch nie jest wszak niczym innym, jak tylko zniekształconą na skutek stosowania zasad rosyjskiej pisowni formą męskiego żydowskiego imienia Baruch. Takie to właśnie imię nosił przecież niderlandzki filozof Spinoza. Gdyby hitlerowcy odkryli tajemnicę tych rodowodowych zakamarków rodziny Boruchów, z całą pewnością musiałoby to mieć skutek jedyny. Jest oczywiste, że w takim przypadku, transportem skierowanym wprost do komór gazowych KL Auschwitz-Birkenau, pojechaliby wtedy wszyscy - bez wyjątku - Boruchowie ze wsi Kolonia Kuźnia.
*        *        *

    Akurat w czasie pomiędzy aresztowaniem i wywiezieniem braci Boruchów do KL Auschwitz-Birkwnau, pułkownik Claus Schenk Graf von Stauffenberg, starając się ratować resztki honoru i człowieczeństwa swoich ziomków, podłożył pod stołem konferencyjnym bombę, która eksplodując o godzinie dwunastej czterdzieści dwie, na skutek fatalnego zbiegu okoliczności nie zdołała jednak zabić ukochanego Führera z czarnym wąsikiem, co wszak był niekwestionowanym idolem ówczesnego pokolenia rodaków nie tylko Beate Uhse, a także Jana Sebastiana Bacha, Karola Marksa i Fryderyka Engelsa oraz Johanna Wolfganga Goethe'go.

Fot. 1. Pułkownik Klaus Schenk Graf von Stauffenberg

    O ironio, bezpośrednim skutkiem tego zamachu bombowego było zniszczenie wiszącego na ścianie portretu Adolfa Hitlera oraz ciężkie poranienie dziewięciu uczestników narady. Ciężko ranni zostali:
generał Walter Scherff — szef wydziału historii wojen;
dr Heinrich Berger — stenograf;
generał Rudolf Schmundt — szef wydziału adiutantury;
generał Adolf Heusinger — szef wydziału operacyjnego Sztabu Generalnego Wehrmachtu;
pułkownik Heinz Brandt — zastępca Adolfa Heusingera;
generał Günther Korten — szef Sztabu Generalnego Luftwaffe;
podpułkownik Heinrich Borgmann — adiutant Hitlera;
kontradmirał Karl-Jesco von Puttkamer — adiutant Hitlera z ramienia Kriegsmarine;
komandor Heinz Assman — przedstawiciel Kriegsmarine w Oberkommando der Wehrmacht.

Fot. 2 i 3.  20 lipca 1944. Widok bezpośrednio po wybuchu bomby podłożonej przez pułkownika Stauffenberga w Wilczym Szańcu
    
    Dla czterech spośród nich odniesione obrażenia okazały się śmiertelne. Jeszcze tego samego dnia zmarł stenograf - dr Heinrich Berger. Dwa dni później zmarli generał Günther Korten i pułkownik Heinz Brandt. Ostatnią śmiertelną ofiarą wybuchu bomby pułkownika von Stauffenberga był generał Rudolf Schmundt, zmarły w dniu 1 października 1944 roku.

    Dwie osoby, a mianowicie sam Adolf Hitler oraz generał Walter Buhle, odniosły jedynie lekkie obrażenia. Dokładniej zaś mówiąc, wybuch bomby jedynie poparzył, co nieco, Hitlera. Podmuch eksplozji obdarł go także ze spodni i wyrzucił przez okno na zewnątrz baraku.
    Zaraz potem, cudownie ocalony Führer III Rzeszy, patrząc z niedowierzaniem na bieliźniany efekt wybuchu bomby, która nie zdołała go jednak zabić, i kręcąc się w kółko - raz po raz - z zaiste maniackim uporem powtarzał te same słowa: „Wo ist meine Hose geblieben?”. W przekładzie na język polski znaczy to ni mniej, ni więcej, jak tylko: „Gdzie też podziały się moje spodnie?”.
*        *        *


  
Fot.4. Pismo radomskiego adwokata dr Karla Villingera z dnia   20 lipca 1944 r w sprawie braci Boruchów

    Akurat tego to właśnie czwartku, gdy pułkownik Claus Schenk von Stauffenberg usiłował zabić Adolfa Hitlera, niemiecki, aczkolwiek także radomski adwokat, dr Karl Villinger zredagował i wystosował pismo informujące administrację niemieckiego więzienia  w Radomiu o zaangażowaniu go jako obrońcy w sprawie dotyczącej braci Bronisława i Jana Boruchów. Pytał w tym swoim piśmie o sygnaturę akt sprawy oraz o to, jaki organ aresztował synów Michaliny. Zapewne nigdy już nie uda się nikomu ustalić, czy dr Karl Villinger redagował swoje pismo przed, czy też już po wybuchu bomby, podłożonej wtedy na terenie Wilczego Szańca przez okaleczonego na wojnie oficera. Lecz niewątpliwie w odpowiedzi na to swoje pismo uzyskał niebawem odpowiedź, że karną sprawę braci Jana i Bronisława Boruchów pod sygnaturą IV 4b - nr 568/44 prowadzi Kommandeur der Sicherheitspolizei und der SD für den Distrikt Radom.


    Zakładając nawet, że ten niemiecki adwokat rzeczywiście chciał nawet coś uczynić dla dwóch byłych polskich obywateli, jak to ich w więziennej ankiecie określano, to jednak nie wydaje mi się, żeby był w stanie wskórać cokolwiek więcej, niż uzyskać informację odnośnie sygnatury akt dotyczącej ich sprawy. Lecz być może się mylę. Nie można przecież wykluczyć, że dr Karl Villinger byłby jednak            w stanie doprowadzić do wykazania niewinności synów Michaliny, co musiałoby oczywiście spowodować ich zwolnienie przez gestapo. Ale ponoć natychmiast po zwolnieniu Józefa Janasa, Antoniego Kozakiewicza i Stefana Zawadzkiego - do radomskiego gestapo wpłynął drugi donos. Tym razem oskarżano z kolei braci Boruchów anonimowo o udzielanie gościny partyzantom. Komuś musiało najwyraźniej bardzo zależeć na tym, żeby synowie Michaliny nie wrócili do domu, podobnie jak tamci trzej wraz z nimi aresztowani, lecz już następnego dnia zwolnieni z gestapo.

    W tej nowej sytuacji zaangażowany przez Michalinę do obrony jej synów niemiecki adwokat musiał już być bezsilny. Jak to wynika z pieczęci przybitej na więziennej dokumentacji, w dniu 29 lipca 1944 roku braci Boruchów przekazano do tzw. Sonderabteilung. Znaczy się do wydziału specjalnego. Praktyka wykazała, że w ten sposób kamuflowano przeznaczenie więźniów do odtransportowania ich do obozu koncentracyjnego. Ale nie sposób wykluczyć, że może jednak był to właśnie skutek działań podjętych przez dr. Karla Villingera, dzięki czemu braci Boruchów wywieziono do KL Auschwitz, a nie wprost do podradomskiego Firleja, z którego okupanci uczynili miejsce masowych egzekucji.

    Jestem absolutnie przekonany o tym, że praktykującego w Radomiu niemieckiego adwokata, doktora Karla Villingera, znać osobiście musiał inny radomski mecenas, wspomniany już wcześniej; Zygmunt Gloger, grający na skrzypcach w obozowej orkiestrze, więzień KL Auschwitz-Birkenau oznakowany numerem 83824, który w swej powojennej samotności hodował zapamiętane przeze mnie papużki faliste...

*        *        *
    Aresztowanie synów Michaliny spowodowało, że w jej gospodarce zabrakło nagle jakiejkolwiek męskiej siły. A jak raz był to czas żniw. Więc mojemu dziadkowi nie pozostało nic innego, jak tylko zebrać swoich trzech synów i uprzątnąć z pola ich siostry dojrzewające tamtego ostatniego już wojennego lata zboże.
    Starając się spotęgować strach samotnej matki aresztowanych przez gestapo synów, czasami ktoś znienacka natarczywie pukał nocą do jej okna. Innym znów razem z zagajnika po drugiej stronie drogi dobiegał ją huk wystrzałów karabinowych. Ale Michalina dobrze wiedziała, komu trzeba się było poskarżyć. W tym to celu udała się w końcu do Krogulczy, rodzinnej wsi swojego zmarłego męża. Kilka dni później widziano, jak na szydłowieckim rynku w targową środę Stanisław Białas z Krogulczy udzielał Janowi Kopidurze ostrej reprymendy. I natychmiast potem jak ręką odjął skończyło się to nocne dokuczanie Michalinie.
    
*    *    *
    Nim jeszcze braci Boruchów wysłano do obozu oświęcimskiego; dwa dni po nieudanym zamachu na Hitlera, w zajętym już przez polskie wojsko generała Berlinga oraz armię sowiecką Lublinie porozklejano plakaty z treścią tzw. Manifestu Lipcowego, poprzedniego dnia pospiesznie wydrukowane w dalekiej Moskwie na zlecenie PKWN-u. Zaś półtora miesiąca wcześniej alianci z powodzeniem przeprowadzili operację opatrzoną kryptonimem „Overlord”, co oznaczało ich lądowanie na plażach Normandii, oznakowanych kryptonimami Utah i Omaha. Teraz ich żołnierze maszerowali właśnie przez słodką Francję entuzjastycznie witani wszędzie jako wyzwoliciele.

*    *    *
    Zapewne nie tylko ja jeden zadaję sobie pytanie, w jaki sposób udany zamach na Hitlera byłby w stanie wpłynąć na losy setek tysięcy takich osób, jak ci dwaj wnukowie Mikołaja Nasiołkowskiego dopiero co - właśnie uwięzieni. ..

    Tamten czas oznaczał dla jednych nadzieję, innych znów napawał śmiertelnym przerażeniem. Świadomość zbliżania się od Wschodu armii bolszewickiej powodowała panikę i ogólne zamieszanie. Spośród potomków Joachima Fronka, od pokoleń już przecież mieszkających w Młodocinie, swą rodzinną wieś opuszczali teraz pospiesznie wszyscy ci, którzy w momencie utworzenia Generalnej Guberni odczuli nieodpartą pokusę przynależności do uprzywilejowanej rasy nadludzi. Uzewnętrznieniem tego ich pragnienia było podpisanie tzw. volkslisty, powodujące natychmiastowe zarzucenie dotychczasowej pisowni swojego nazwiska w obydwóch spolonizowanych formach. Już nie żaden tam Fronk ani też Frąk tym bardziej. Teraz obowiązywała znowu dawna forma pisowni nazwiska - Fronck!

    A więc zupełnie tak samo, jak pisownia nazwiska mojego przodka Joachima, który w te okolice przybył przed laty bez mała stu pięćdziesięciu.
    Tak jak wszędzie na okupowanych terenach również i w tej okolicy istniała miejscowa komórka Armii Krajowej, której dowódcą był – wspomniany powyżej - Stanisław Białas, mieszkający we wsi Krogulcza, położonej pomiędzy Kolonią Kuźnią a Młodocinem. Jego ojciec, Piotr Białas - już na samym początku nocy okupacyjnej został przez okupantów rozstrzelany na Firleju . Zaś brat Stanisława cudem uszedł aresztowaniu. I już przez cały okupacyjny czas nie wyszedł z lasu. Przyczyną okupacyjnych prześladowań rodziny Białasów było zatrzymanie przez nich we wrześniu 1939 roku i odstawienie do posterunku policji w Orońsku mieszkańca sąsiedniego Młodocina szwędającego się bez wyraźnego celu po opłotkach Krogulczy. Chłopi podejrzewali znanego im miejscowego Niemca o próbę zatruwania wody pitnej w wiejskich studniach. Kilka dni po wkroczeniu Wehrmachtu - zatrzymany wówczas młodociński Niemiec Schwjonteck, bo tak zapisywane było teraz jego na wskroś po polsku brzmiące nazwisko - Świątek, poskarżył się na rodzinę Białasów w radomskim gestapo. W efekcie tego; Piotr - ojciec Stanisława Białasa, życiem przypłacił swój udział w tamtym wrześniowym incydencie.  
    Jak wcześniej już zostało wspomniane; pochodząca z tej właśnie okolicy moja babka, Ludwika Nasiołkowska z domu Frąk, należała do niebywale licznego grona potomków zmarłego w sędziwym wieku niemieckiego kolonisty, Joachima Fronka. Moja prababka Eleonora, czyli matka mojej babki Ludwiki, ze swego rodzinnego domu wyniosła przecież właśnie nazwisko Białas. Jest zatem wielce prawdopodobne, że dowódca miejscowej komórki Armii Krajowej z Krogulczy, w jakiś tam sposób mógł być nawet spokrewniony z moją babką Ludwiką. Wykluczyć więc nie sposób, że pomiędzy swoimi dalszymi krewnymi - moja babka Ludwika Nasiołkowska posiadała zarówno służalczych stronników, jak też i zagorzałych przeciwników władzy okupacyjnej.

    Odnotować jednak należy, że byli też i tacy potomkowie Joachima Fronka, którzy opierając się pokusie identyfikowania się z nacją okupantów, z iście maniackim uporem nadal podpisywali się swoim nazwiskiem w sposób niemożliwy do zapisania według niemieckojęzycznych reguł pisowni.
    Należeli do nich Stefan i Antoni Frąkowie, osadzeni w KL Auschwitz w dniu 30 kwietnia 1942 roku. Żadnemu z nich nie udało się powrócić do rodzinnej Krogulczy. Antoni zginął w Mauthausen w dniu 15 lipca 1942 roku, zaś przetransportowany do obozu Gross-Rosen, młodszy od niego o jedenaście lat Stefan - żył zaledwie półtora miesiąca dłużej, gdyż do dnia 28 sierpnia 1942 roku.

    W tamtych to ostatnich już dniach okupacji, znaczonych ucieczkami przed nadciągającą armią Stalina - wszelkiej maści kolaborantów, Michalinie Boruch doręczono dwa naraz listy, opatrzone stemplami ze swastyką trzymaną w szponach czarnego orła. Wysłać je jeszcze zdołano z przechodzącego właśnie do mroków historii miejsca, nazwanego przez nazistów KL Auschwitz.

    Tamtego styczniowego dnia 1945 roku wzdłuż szosy łączącej Radom ze Skarżyskiem nacierali Rosjanie. Skutkiem ostrzału artyleryjskiego były także poważne szkody w zabudowaniach Michaliny. Między innymi ponownie uległa zniszczeniu odbudowana stodoła, którą na samym początku wojny jednym celnym strzałem podpalił niemiecki żołnierz. Ze ścian pospadały święte obrazy, gdyż seria z sowieckiego karabinu maszynowego przebiła drewniane belki mieszkania. Tracąc swą siłę, kilka kul karabinowych rozsypało się po podłodze, na której płasko rozciągnięci leżeli już przerażeni domownicy.  Niebawem wpadł do izby uzbrojony  w pepeszę żołnierz z czerwoną gwiazdą na hełmie. Był najwyraźniej pijany, i to bynajmniej nie tylko samą nienawiścią do hitlerowców. W każdej jednej chałupie szukał Giermańca. Zdezorientowana sytuacją Michalina Boruch wygrzebała wtedy te dwa dopiero co jej doręczone i jeszcze nierozpieczętowane listy wysłane z obozu koncentracyjnego. Usiłowała tłumaczyć żołnierzowi, że w jej domu z całą pewnością żaden Niemiec nie mógłby liczyć na udzielenie mu schronienia. Niemcy uwięzili przecież w obozie koncentracyjnym obydwóch jej synów. Ale ten sowiecki żołnierz najwyraźniej zupełnie nie rozumiał, co też do niego mówiła ta kobieta. Ujrzawszy na kopertach znaczki z wizerunkiem Hitlera ostemplowane pieczątkami ze znienawidzonymi przez siebie symbolami, pijany Rosjanin wyciągnął bagnet i pokłuł nim koperty, po czym obie przesyłki wrzucił do ognia.
    Tym to sposobem treść tych listów na zawsze już pozostała nieznana. Kiedy dwa lata po zakończeniu działań wojennych powrócił do domu starszy z synów Michaliny, zostało ustalone, że to właśnie on był autorem jednego z tych dwóch listów pożartych przez ogień. Zatem drugi z nich mógł zostać napisany jedynie przez jego młodszego brata, Bronisława, który do domu powrócić już nie zdołał. Było więc jasne, że pijany sowiecki żołnierz wrzucił do ognia ostatni list, jaki wujek Bronek zdołał napisać i wysłać do matki z obozu oświęcimskiego...

                *        *        *

Fot. 5.  Dworzec kolejowy stacji Szydłowiec. Widok przedwojenny.

    Tuż przed nadejściem Rosjan; wiodącymi od strony Radomia torami kolejowymi przejechał w kierunku Skarżyska ostatni niemiecki pociąg. Ciągnął za sobą masywny hak łamiący podkłady kolejowe niczym zapałki. W ten oto sposób oznajmiano niejako wszem i wobec, że tymi torami nigdy już więcej nie przejedzie żaden niemiecki transport, czy to wiozący na front wojsko, czy też więźniów na zagładę do obozu śmierci. Niebawem też rozległ się ogłuszający huk potężnej eksplozji. To w ramach wykonywania rozkazu zostawiania za sobą spalonej ziemi-  niemieccy saperzy wysadzili w powietrze budynek szydłowieckiego dworca. Najwyraźniej jednak nie wszystkie ładunki odpaliły. Dlatego też część budynku ocalała. Ewakuacyjny pośpiech nie pozwolił już na dokonanie korekty niezbyt dokładnie wykonanego dzieła zniszczenia. Saperzy Wehrmachtu wycofywali się w kierunku Szydłowca. Uciekali ciężarówką. Akurat tą samą drogą, którą niegdyś w przeciwnym kierunku pędzono miejscowych Żydów do szydłowieckiej stacji, gdzie czekały już na nich puste wagony z oznaczoną stacją docelową; Treblinka.  Niszczycielskie komando nie zdołało jednak ujść zbyt daleko. Może zaledwie kilometr od dopiero co, wysadzonego przez nich budynku dworca - niemieckim żołnierzom wycofującym się w kierunku własnego ugrupowania, zajechał drogę czołg oznaczony czerwonymi gwiazdami. Bez mała automatycznie obrócił  w kierunku ich pojazdu wieżyczkę z działem, które natychmiast wypluło strumień ognia, jak zwykle towarzyszący pociskowi opuszczającemu lufę. To był bardzo celny strzał. Potem jeszcze tylko kilka serii z karabinów maszynowych. Ot, tak gwoli pewności, że żaden z niemieckich saperów nigdy więcej już nie ujrzy swojego ukochanego Vaterlandu. Ale z masakry tej zdołał ujść oficer, poprzedzający ciężarówkę na motocyklu. Niemiec pędził przez Gąsawy Rządowe drogą, ostrzeliwaną już z brzozowego zagajnika kryjącego sowieckie zgrupowanie.  W pewnym momencie motocykl się zatrzymał. Najwyraźniej został uszkodzony celnym ogniem z sowieckich karabinów. Oficer zsiadł z motocykla pospiesznie i porzuciwszy go biegł na przełaj przez pola, usiłując dostać się do zmotoryzowanego ugrupowania Wehrmachtu ukrytego w lasku za Bieszkowem. Ten jego bieg o życie został jednak przerwany celnym strzałem sowieckiego snajpera. W ten to sposób zabity Niemiec padł na polu chłopa z Gąsaw Rzadowych. Jego ciało leżało tam przez kilka następnych dni. W tym czasie dwaj miejscowi chłopi obdarli zwłoki z butów. Jednym był Józef Czubak, który zdjął martwemu Niemcowi prawego buta, zaś niejaki Barański zawładnął butem z lewej nogi. Więc też natychmiast pobili się między sobą o to, komu przypaść miały obydwa te skórzane oficerskie buty. Ktoś inny okaleczył zwłoki, obcinając Niemcowi kozikiem palec, zesztywniały na styczniowym mrozie. Inaczej nie dało się bowiem ściągnąć złotej obrączki…

    Po kilku dniach Franciszek Kowalczyk, także mieszkaniec Gąsaw Rządowych, postanowił pogrzebać poległego Niemca. Starając się stworzyć jakąś namiastkę trumny, naciągnął na głowę zwłok oficera papierowy worek i tak pochował go na polu, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ten Niemiec padł i potem przez kilka dni leżał… Upływ czasu skutecznie pozacierał ślady tego wojennego pochówku… Zdołałem jednak ustalić to miejsce....


Fot. 6 i 7. Aktualny widok dworca kolejowego stacji Szydłowiec

*        *        *
    Po swoim powrocie do domu przez wiele powojennych lat podejmował wuj Janek beznadziejny wysiłek utopienia koszmaru tamtego czasu w oceanie wypitych przez siebie wysokoprocentowych produktów monopolu państwowego, a także pokątnie pędzonego bimbru. Ale nie sądzę, że mu się to kiedykolwiek choć trochę udało. Nie wydaje mi się także, aby nieodwracalnie okaleczonej osobowości wujka Janka była w stanie pomóc choćby i cała armia najwybitniejszych psychologów. Wuj Janek Boruch należał wszak do innej armii. Tej armii ludzi, którym wprawdzie udało się powrócić z obozów koncentracyjnych, lecz którzy nigdy już nie zdołali powrócić do normalności. Byli bowiem ludźmi dotkniętymi nieznaną przed wojną dolegliwością, nazwaną przez powojenną naukę kacet-syndromem.
    U schyłku życia, wujka Janka dotkliwie pobili krewni Jana Czerwiaka, jednego z tych dwóch okupacyjnych „kinomanów”, co to niby w lipcu 1944 roku do Radomia jeździli zwabieni tam czarem kinematografu. Skutkiem tego pobicia był bezwład jednej ręki. Jakby nie było tego wszystkiego dosyć, to niebawem, w majestacie obowiązujących przepisów – tzw. władza ludowa pozbawiła wujka Janka własności zaniedbanego gospodarstwa, które jak raz wpadło w oko miejscowemu partyjnemu aparatczykowi. Skwapliwie więc skorzystał ze swoich możliwości oraz wpływów i nie przepuścił nadarzającej się okazji.

    Przeżywszy zaledwie sześćdziesiąt dziewięć lat, wyniszczony wojennymi przeżyciami, chorobami oraz wypitym przez siebie alkoholem zmarł wuj Janek ostatniego dnia tego samego roku i miesiąca, co zmarł i mój ojciec. Znaczy się jego rówieśnik i brat cioteczny zarazem.

Fot.8. Niewierzący w swoje oswobodzenie więźniowie KL Auschwitz-Birkenau

    Także wujek Bronek doczekał niewyobrażalnego dla więźniów obozu oświęcimskiego dnia 27 stycznia 1945 roku, kiedy to na teren KL Auschwitz - Birkenau wkroczyli sowieccy żołnierze. Ale pomimo to nie było mu dane powrócić do rodzinnego domu. Bronisław Boruch już jako człowiek wolny zmarł piętnaście dni później w szpitalu, błyskawicznie wówczas zorganizowanym przez PCK na terenie byłego już obozu. Najwyraźniej nie były mu już w stanie pomóc wysiłki wybitnego chirurga doktora Jana Grabczyńskiego, który w dniu 16 grudnia 1942 roku został przywieziony z Radomia do KL Auschwitz, gdzie nadano mu obozowy numer 83864. Doświadczywszy różnych obozowych okropności, doktor Jan Grabczyński w sierpniu 1944 roku zdołał ostatecznie szczęśliwie zbiec z obozu. Będąc zatem świadom tego wszystkiego, co działo się w tym upiornym miejscu, powrócił do oświęcimskiego obozu natychmiast po jego wyzwoleniu. Bez reszty zaangażował się w organizowanie szpitala PCK i niesienie pomocy chorym więźniom pozostawionym w obozie przez jego załogę.

Fot. 9. Doktor Jan Grabczyński

Fot. 10. Szpital zorganizowany na terenie byłego obozu KL Auschwitz – Birkenau

Fot.11. Krańcowo wycieńczeni byli więźniowie KL Auschwitz – Birkenau


    Dokładną datą śmierci wuja Bronisława Borucha był jedenasty dzień lutego 1945 roku.
    Tamtego to właśnie akurat dnia członkowie tzw. Wielkiej Trójki, czyli Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt pozowali do jakże słynnej pamiątkowej fotografii. Ostatni dzień życia Bronisława Borucha był zarazem ostatnim dniem historycznej Konferencji Jałtańskiej. Zatem śmiało rzec można, że wuj Bronek przeżył wprawdzie KL Auschwitz, ale Jałty przeżyć już nie zdołał…

    Treść układu jałtańskiego, zawartego przez zachodnich aliantów ze Stalinem, przekonuje jednoznacznie o tym, że Brytyjczycy czujący już posmak bliskiego zwycięstwa reanimowali dawny stan obowiązywania ich starej zasady, że wszyscy Czesi, no i oczywiście także wszyscy Polacy tego świata, nie są warci poświęcenia choćby jednego brytyjskiego żołnierza. W tym momencie wkład polskich żołnierzy  w powietrzną obronę Wielkiej Brytanii i w końcowym efekcie także w brytyjski udział w zwycięstwo aliantów nad III Rzeszą - nie miał już dla brytyjskiego premiera żadnego absolutnie znaczenia.  Wielka Brytania bowiem nie ma przyjaciół. Wielka Brytania ma bowiem jedynie swoje interesy... - jak to lapidarnie ujął Winston Churchill, uznawany za najwybitniejszego Brytyjczyka wszechczasów!

*        *        *
    Wieczorową porą trzeciego akurat dnia wolności więźniów KL Auschwitz-Birkenau, zatem zarazem w trzecim dniu wolności wuja Bronka Borucha - na wysokości Rozewia, na pełnym już morzu, ale od strony linii brzegowej, sowiecki okręt podwodny S-13 dowodzony przez kapitana Aleksandra Marinesko podkradł się ku mocno już sfatygowanemu motorowcowi „Wilhelm Gustloff”, wyładowanemu do granic możliwości uciekinierami z Prus Wschodnich. Odpalił w jego kierunku trzy torpedy. Wszystkie trzy trafiły w cel. Na pokładzie tonącego statku rozgrywały się dantejskie sceny. „Wilhelm Gustloff” poszedł na dno Bałtyku dość szybko, gdyż zaledwie w ciągu 62 minut. Osiadł na dnie, na głębokości 42 metrów. Tamtej nocy panował osiemnastostopniowy mróz. Do tego wszystkiego wiał jeszcze mroźny sztormowy wiatr. Ocenia się, że w lodowatej wodzie zginęło od siedmiu do dziewięciu tysięcy ludzi, przewożonych na pokładach „Wilhelma Gustloffa”. Najbardziej wiarygodne wydają się być jednak skrupulatne obliczenia ofiar, dokonane po wojnie przez jednego spośród 1252 ocalałych rozbitków, Heinza Schöna, który podaje, że na skutek zatopienia „Wilhelma Gustloffa” poniosło śmierć 5348 osób.   

Fot.12. „Wilhelm Gustloff”

    „Wilhelm Gustloff” nie był bynajmniej jedynym statkiem z uciekinierami zatopionym u schyłku wojny przez sowieckich podwodniaków. W tym samym mniej więcej czasie, co i „Wilhelm Gustloff”, ich ofiarą stały się jeszcze dwa inne transportowce; mianowicie „Goya” oraz „General Steuben”.

Fot.13. Mapa morska z zaznaczonymi miejscami zatopienia trzech niemieckich transportowców; „Wilhelm Gustloff”, „Goya” oraz „General Steuben”.

    Zatopienie tych trzech statków pociągnęło za sobą w sumie śmierć około dwudziestu tysięcy ludzi. W przeważającej mierze cywilów, dzieci, kobiet i rannych żołnierzy. Ale nikt im nie współczuł. Nikt ich nie żałował. To byli przecież Niemcy. Ci sami, którzy przed dwunastu laty, demokratycznie głosując, wyrzekli się wszak demokracji! A przy tej okazji, wybierając partię Adolfa Hitlera, wybrali zarazem wojnę, która jak to nie od dziś wiadomo, utwardza ludzkie serca.

    Zwłaszcza taka wojna, której początek zaznaczył się porannym atakiem lotniczym na zlokalizowany w śpiącym jeszcze, przygranicznym Wieluniu miejski szpital. Wojna rozpoczęta dokonaniem przez żołnierzy Wehrmachtu masakry cywilnych mieszkańców przygranicznych polskich wsi - Parzymiechów i Zimnej Wody.

    Z powodu takich to właśnie zaszłości stało się oczywiste, że w efekcie tamtej, w jakże okrutny sposób rozpoczętej przez Niemców wojny, w jej końcówce niemieccy cywile umierali w sposób nie mniej okrutny, jak wcześniej umierali mieszkańcy krajów najechanych i okupowanych przez III Rzeszę.
    Zwłaszcza, że we frontowych gazetkach Armii Czerwonej drukowane były niebywale poczytne artykuły autorstwa Ilji Erenburga, odmawiającego Niemcom prawa do człowieczeństwa. Owładnięty bez reszty fanatyczną nienawiścią do Niemców, Ilja Erenburg otwarcie nawoływał do zabijania każdego napotkanego Niemca, jak też do dokonywania gwałtów na niemieckich kobietach. Skutkiem tych propagandowych działań był los mieszkańców wschodniopruskiej wioski Nemmersdorf, zwanej dziś Majakowskoje. Otóż w dniu 21 październiku 1944 roku wioska ta, o godzinie 7 rano, została na krótko zajęta przez żołnierzy Armii Czerwonej, dokładnie zaś mówiąc – 2. batalion 25. Gwardyjskiej Brygady Pancernej. Przekraczając nurt Węgorapy, sowieccy żołnierze po raz pierwszy w tej wojnie, stanęli na niemieckiej ziemi. Po czterech godzinach intensywnych walk,  wschodniopruska wieś Nemmersdorf została odbita przez siły Wehrmachtu wzmocnione formacjami Volksturmu. Niemieccy żołnierze natknęli się na zwłoki trzynastu cywilnych mieszkańców wsi, rozstrzelanych przez czerwonoarmistów. Ludzie ci ukrywali się w zaimprowizowanym schronie. Sowieccy żołnierze wymordowali w sumie - od 19 do 30 mieszkańców Nemmersdorf w momencie, gdy czerwonoarmiści znaleźli się pod naporem nacierających formacji Wehrmachtu, co im uświadomiło konieczność opuszczenia zajętych pozycji.

Fot. 14. Ofiary masakry w Nemmersdorf

    Jak zostało to ustalone - tej zbrodni wojennej popełnionej przez sowieckich żołnierzy na mieszkańcach wschodniopruskiej wioski Nemmensdorf dopuścili się żołnierze elitarnej jednostki Armii Czerwonej. Zatem zbrodnia ta nie była bynajmniej dziełem żołnierzy jednej spośród 1049 kompanii karnych Armii Czerwonej.

    Na wieść o wymordowaniu cywilów przez sowieckich żołnierzy – po dwóch dniach pojawiła się w Nemmersdorf ekipa filmowa, wysłana tam przez Ministerstwo Propagandy Josepha Goebbelsa. Ale propagandziści nie mieli już co filmować, gdyż - w międzyczasie - zwłoki wymordowanych mieszkańców wsi zostały  pogrzebane. Więc aby wykonać zlecone zadanie; filmowcy Josepha Goebbelsa rozkopali świeżą mogiłę i sprofanowali zwłoki pomordowanych po to, by kronika filmowa Wochenschau mogła niemieckim widzom pokazać apokaliptyczne obrazy mieszkańców wioski, wymordowanych w niebywale bestialski sposób. Niebawem,  w całych Niemczech kina emitowały zdjęcia nagich zwłok kobiet poprzybijanych gwoździami do wrót stodół. Komentator kroniki filmowej informował, że wszystkie te, bestialsko zamordowane kobiety, zostały zgwałcone przed pozbawieniem ich życia. Wśród nich także 8 - 12 letnie dziewczynki oraz 84 - letnia staruszka... Operatorzy propagandowych kamer, pokazali niemieckim widzom niemowlęta ze zmiażdżonymi główkami... Krew oraz poniewierające się kawałki ludzkiego mózgu... A także zwłoki starców z brzuchami rozprutymi przez bagnety... W założeniu Josepha Goebbelsa zainicjowana przez niego i trwająca przez dwa tygodnie kampania prasowa wspierana towarzyszącymi jej emisjami spreparowanych w Nemmersdorf materiałów kroniki filmowej - miały wzmocnić determinację oporu w zmęczonym już wojną niemieckim społeczeństwie. W jakimś sensie zapewne i wzmocniły tę chęć stawiania oporu, lecz spowodowały zarazem powstanie psychozy strachu zwanej umownie „syndromem Nemmersdorf”, który spowodował, że jesienią i srogą zimą 1944/45; miliony Niemców zamieszkujących obszary nadbałtyckie - ruszyły na zachód, w panice uciekając przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wzniecające strach, propagandowe działania spowodowały też falę samobójstw niemieckich kobiet skaczących w rzeczne nurty z mostów, po uprzednim przywiązaniu do siebie własnych dzieci...

    Za sprawą propagandowych działań ministerstwa kierowanego przez Josepha Goebbelsa, nazwa wschodniopruskiej wsi Nemmersdorf na długie lata stała się symbolem nacechowanych szczególnym okrucieństwem zbrodni popełnionych podczas wojny przez żołnierzy Armii Czerwonej na niemieckich cywilach.

    Jednakże dobitnie powiedzieć trzeba, że odkłamanie - po latach - rozmiaru oraz zakresu wojennych wydarzeń, jakie w dniu 21 października 1944 roku rozegrały się w Nemmersdorf, nie zmienia bynajmniej ich oceny. Nie zmienia faktu, że rozstrzeliwując cywilnych mieszkańców wschodniopruskiej wsi - żołnierze Armii Czerwonej dopuścili się zbrodni wojennej, identycznej, jak - przykładowo - te; które w dniu 1 września 1939 roku, zostały popełnione przez żołnierzy Wehrmachtu nad Wartą, w przygranicznych polskich wsiach Parzymiechy, czy też Zimna Woda.

    Odkłamanie wydarzeń z Nemmersdorf - w żadnym wypadku - nie może służyć także jako instrument zanegowania istnej powodzi zabójstw, zgwałceń i rabunków jakich dopuszczali się żołnierze Armii Czerwonej na szkodę ludności cywilnej, i to bynajmniej - nie tylko na niemieckiej ludności cywilnej, co zostało udokumentowane i opisane m.in. w książce, której autorem jest Christian Graf von Krockow, zatytułowanej znamiennie; „Stunde der Frauen”.

    Stymulowany propagandowym kłamstwem goebbelsowskiego ministerstwa, zrodzony ze zbrodni wojennej, paraliżujący strach przed podzieleniem losu mieszkańców wschodniopruskiej wsi Nemmersdorf, wypędził z domów tamtej mroźnej, ostatniej już wojennej zimy setki tysięcy ludzi zapędzając dziesiątki tysięcy spośród nich na pokłady okrętów ewakuacyjnych, z których - jak to zostało wyżej wspomniane - trzy zostały potem zatopione na Bałtyku przez sowieckie okręty podwodne. Ocenia się dziś, że spośród cywilnych uciekinierów z samych tylko Prus Wschodnich -  aż 30 tysięcy ludzi straciło życie starając się to swoje życie uratować, uciekając przed Armią Czerwoną na zachód.

    W ten oto sposób; jedno zło - rodziło drugie zło. Z jednej zbrodni -  rodziła się ta następna. Bo czyż ze zła i zbrodni mogło zrodzić się cokolwiek innego?

*        *        *
          W dniu poprzedzającym śmierć wuja Bronka - jak raz - przypadały dwudzieste ósme urodziny jego starszego brata, Jana Borucha, ciągle jeszcze więzionego w Bawarii członka niewolniczego komanda 7-SS-Eisenbahnbaubrigade.

       Przyczyny zgonu Bronisława Borucha należy prawdopodobnie upatrywać w niekontrolowanym skorzystaniu przez niego z nagłej możliwości najedzenia się do syta. Wówczas niewielu jeszcze wiedziało, że obfitość pokarmu posiadała zabójcze wręcz działanie na wyniszczone głodem organizmy dopiero co oswobodzonych więźniów.

*        *       *

Dwa dni po śmierci wuja Bronka samoloty amerykańskie skutecznie zaatakowały słynny most na rzece Kwai, zaś nocą z 13 na 14 lutego 1945 roku, trzy fale alianckich bombowców zrównały z ziemią zabytkowe Drezno.

       W zupełnie nieprzygotowanej na atak z powietrza stolicy Saksonii, zwanej „Florencją nad Łabą”, przebywały wtedy setki tysięcy uchodźców ze Wschodu. Dlatego też nikt nie zdołał precyzyjnie policzyć ofiar tamtych trzech nalotów. Szacuje się, że tamtej nocy zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Policyjny raport mówi, że do 20 marca 1945 roku zdołano wydobyć spod gruzów 202 040 zwłok. Z tego zdołano zidentyfikować zaledwie ok. 30%.

*       *       *

         W dniu 28 lutego 1945 roku, czyli w piętnaście dni po zbombardowaniu Drezna, na terenie byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau uroczyście pogrzebano w zbiorowej mogile około 700 jego byłych więźniów. Zarówno tych zmarłych i zadręczonych w ostatnich dniach istnienia obozu, jak również i tych 222 - zmarłych w ciągu pierwszego miesiąca, jaki upłynął od momentu wyzwolenia obozu. Jedna spośród kilkuset prostych trumien, poniesionych wówczas ku zbiorowej otwartej mogile, wykopanej nieopodal obozowych baraków - zawierała w sobie umęczone ciało młodszego syna Michaliny, a tym samym wnuka Mikołaja Nasiołkowskiego... -  pochodzącego ze wsi Kolonia Kuźnia, położonej pomiędzy Orońskiem a Szydłowcem, przy samym trakcie łączącym Warszawę z Krakowem... Bronisław Boruch nie zdołał dożyć swoich dwudziestych piątych urodzin...

     Długo, długo jeszcze po wojnie wujka Bronka przechowywała pamięć coraz to bardziej siwiejących wiejskich kobiet... Zapamiętały go jako bardzo przystojnego chłopaka, o niebywale miłej powierzchowności.


Fot. 15 i 16. Pochówek ostatnich ofiar KL Auschwitz-Birkenau

Fot.17.  Miejsce spoczynku pochowanych w dniu 28 lutego 1945 roku ostatnich ofiar KL Auschwitz-Birkenau

         Wielokrotnie zdarzyło mi się oglądać film dokumentalny, nakręcony przez Rosjan tuż po ich wkroczeniu na teren obozu. Nie mogę zatem wykluczyć, że w grupie utrwalonych na taśmie filmowej apatycznych postaci odgrodzonych od kamery drutem kolczastym, widziałem także mojego krewniaka. Może to do niego właśnie należały te wielkie bezdenne oczy śmierci głodowej, zawstydzonej niespodziewanym przydybaniem jej na gorącym uczynku przez chłodne oko obiektywu? Jeśli nawet na taśmie celuloidowej został on wówczas rzeczywiście utrwalony, to z całą pewnością i tak nie było możliwe, aby siostra mojego dziadka, patrząc kolejno w te przepastne oczy, była w stanie rozpoznać swojego młodszego syna, stojącego w tym tłumie strzępów ludzkich. Oprócz tłumu wynędzniałych i zakutanych w łachmany upiornych postaci nie sposób zapomnieć też gromadki dzieci, które odwijały rękawy, by tym sposobem umożliwić oku kamery dostrzeżenie obozowych numerów, każdemu z nich wytatuowanych na przedramieniu natychmiast po przywiezieniu do obozu.

         Sądzę, że zupełnie nie ma potrzeby uzasadniania poglądu, iż te obrazy utrwalone wówczas na celuloidowej taśmie na zawsze już... dotyczą nas wszystkich.
    I to zupełnie niezależnie od czegokolwiek.

 
*        *        *

Jak zostało to odnotowane w księdze parafialnej w Jastrzębiu pod numerem 204/11944, przyjście na świat chłopca, zrodzonego w dniu 5 listopada 1944 roku w Kierzu Niedźwiedzim z dwudziestoczteroletniej Bronisławy Boruch, zgłosili świadkowie Stefan Zawadzki z Radomia i Józef Nasiołkowski z Gąsaw Plebańskich. Rodzicami chrzestnymi dziecka, ochrzczonego pod metrykalnie stwierdzoną nieobecność jego ojca Jana Borucha - byli Janina Tarabasz i Stefan Zawadzki.

Działo się to w czasie, gdy zarówno mieszkańcy Gąsaw, jak i Kolonii Kuźni oraz Kierza Niedźwiedziego słyszeli już dobiegający ich znad odległej o około 70 kilometrów Wisły pomruk artyleryjskich kanonad, zwiastujących nieuchronne zbliżanie się frontu.
    
    W dniu 23 lutego 1945 roku, a więc w tym samym akurat czasie, gdy umęczone, doczesne szczątki byłego więźnia KL Auschwitz-Birkenau, oznakowanego numerem 190 676, oczekiwały w Oświęcimiu na swój pochówek - w jego rodzinnej wsi, przez którą przed ponad miesiącem przewalił się front wschodni; zmarł zaledwie trzy i półmiesięczny bratanek wuja Bronka - Marian Boruch, a więc dziecko urodzone już w okresie, gdy jego ojciec i stryj nosili obozowe, pasiaste ubrania. Jego zgon został odnotowany w księdze jastrzębskiej parafii pod numerem 20/1945.  

*        *        *

    Lecz nim nadeszło to wszystko, co w końcu ze Wschodu i tak nieuchronnie nadejść miało, ciągle jeszcze jeden za drugim wlokły się ponuro okupacyjne dni. Przeplatane nocnymi wizytami partyzantów i jeszcze częstszymi tych, których leśne wojsko bezwzględnie ścigało za uprawianie jak najbardziej pospolitego bandytyzmu, pogłębiającego jeszcze bardziej strach i nędzę, które codziennie towarzyszyły wieśniakom w tym ich żałosnym wojennym wegetowaniu.

    Skutkiem jednego z takich nocnych najść było dotkliwe pobicie dziedzica przez synów chłopskich, którzy zamaskowani i z pistoletami w kieszeni - jak to się mawiało - nocą „po prośbie” chadzali. Tego właśnie dziedzica, który sam będąc synem chłopskim, barier zdołał życiowych pokonać przeróżnych kilka, by w końcu adwokatem zostać wybitnym. Jak widać, społeczne pochodzenie nie stanowiło dla niego żadnej absolutnie przeszkody, która byłaby w stanie uniemożliwić mu zdobycie wykształcenia i majątku. Ale żeby syn chłopski zdołał przejść taką życiową drogę, musiał być przez naturę wyposażony w osobowość nie byle jaką.
*        *        *
    Gdzieś tak w godzinach południowych, 16 stycznia 1945 roku, na terenie rzymskokatolickiej parafii Jastrząb pojawiła się kolumna niespecjalnie jakoś przypominająca formacje regularnego wojska. Składała się ona z brudnych, nieogolonych żołnierzy, w niczym jakoś zupełnie nieprzypominających zwycięskiej armii, wzbudzającej we wrogu paniczny lęk. Kosmate, niewielkie koniki. Na plecach często skośnookich żołnierzy parciane worki oraz karabiny na sznurkach. Przybysze w swym śpiewnym języku każdą napotkaną osobę natarczywie pytali, jak daleko to jeszcze do tego Berlina, który miał być przyobiecanym ostatnim przystankiem kończącym ich drogę wojenną...

    Opowiadano mi, że w jednej z tamtejszych wsi podekscytowany sołtys wrzeszczał z opłotków: „Wyzwoliciele! Towarzysze nasi idą!”. Inni wieśniacy, jakoś tego entuzjazmu zupełnie nie podzielający odwracali się tyłem, z przezorną ostrożnością pukając się znacząco i zarazem sceptycznie w czoło. Jeszcze inni zwycięzców witali z chłodną dość rezerwą. Wśród wyzwalanych wielu bowiem było takich, którzy brali udział w zwycięskiej wojnie zaledwie przed ćwierćwieczem prowadzonej właśnie przeciwko tej armii, co teraz koniecznie chciała uchodzić dla nas za zbawczą, bo przecież wyzwoleńczą. Na progach swych domostw stali też i tacy, którzy dobrze pamiętali całkiem niedawne i zupełnie nieoczekiwane spotkanie z tą samą przecież armią, której żołnierze wynurzyli się znienacka z porannej wrześniowej mgły...

    Teraz ze smutkiem bezradności patrzyli na jeszcze jedno obce wojsko, kolejny już raz maszerujące w poprzek naszego kraju. Nie do wszystkich jeszcze docierało, że tym razem ten przemarsz oznaczał także przymusowy import ideologii, która stanowiła bazę dla społeczno-ekonomicznego porządku charakteryzującego się sprawiedliwym podziałem... nędzy. Nędzy, która rozpoczynała się we właśnie już po tamtej stronie Wisły przeprowadzanej parcelacji majątków ziemskich. Okazjonalnie nazywano to reformą rolną.

    Dla Feliksa Rozwadowskiego, mieszkańca Gąsaw Plebańskich, pierwszy kontakt z wyzwolicielami spod hitlerowskiej okupacji oznaczał utratę wiecznego pióra. Zaraz potem sowiecki wyzwoliciel dotkliwie obił po plecach wyzwalanego przez się polskiego chłopa niemieckim granatem trzonkowym. Rzecz cała ostatecznie zakończyła się „wyzwoleniem” ze stajennego zamknięcia jedynego konia, jakiego zdołał przed uciekającymi Kałmukami ocalić pan Feliks. W świetle powyższego, spokojnie zatem można sformułować pogląd, że wyzwolenie spod niemieckiej okupacji nierozerwalnie łączyło się także z „wyzwalaniem” Polaków właśnie dopiero co wyzwolonych - od prawa rozporządzania swoją własnością!

    Pojąwszy w mig sowiecką naturę, mieszkańcy Gąsaw Plebańskich ukryli przed Rosjanami niemieckiego żołnierza zbiegłego z Wehrmachtu w samej już końcówce wojny. Ktoś jednak o tym fakcie doniósł gdzie trzeba, więc też do wsi niezwłocznie zajechał gazik z enkawudzistami. Dezerter stał wtedy akurat na środku wiejskiej drogi, rozmawiając z jednym spośród miejscowych gospodarzy. Doskonale władał językiem polskim. Pochodził z Gdańska, czyli był „Moltau Spucker”, jak to Niemcy pogardliwie nazywali gdańszczan. Łazik z czerwonymi gwiazdami podjechał bliżej i zatrzymał się akurat przy tej dwójce, bez reszty zajętej rozmową. Sowiecki oficer pytał ich o ukrywających się we wsi Niemców. Gdańszczanin na całe szczęście nie wpadł w panikę. Zaś zagadnięty chłop wyjaśnił Rosjanom, że nic nie wie o żadnych Niemcach. Zaprzeczył też, żeby cokolwiek słyszał o jakimkolwiek niemieckim dezerterze. Obiecał, że jak tylko o czymś takim usłyszy, to natychmiast zamelduje. Najwyraźniej usatysfakcjonowany taką postawą Rosjanin dał znak i łazik odjechał wiejska drogą. Gdańszczanin odetchnął z ulgą. Chłopi natychmiast zmienili mu lokum. Kiedy wojna wreszcie się skończyła, ten były żołnierz Wehrmachtu najzwyczajniej w świecie wsiadł do pociągu i powrócił w swoje rodzinne strony.


    Potem przez długie jeszcze lata pisywał serdeczne listy do mieszkających w Gąsawach swoich wybawców od dostania się w sowieckie ręce...

*        *        *

    Wreszcie skończył się tamten kilka lat trwający koszmar wojenny. Do Berlina zjechali na Konferencję Poczdamską przywódcy trzech mocarstw koalicji antyhitlerowskiej. Na dziedzińcu zrujnowanej kancelarii nieistniejącej już III Rzeszy-  sowieccy oficerowie zaprosili Winstona Churchilla, by wśród gruzów spoczął na fotelu całkiem jeszcze niedawno używanym przez Adolfa Hitlera.
    
    Ledwie jednak Konferencja Poczdamska się zakończyła, a już powojenne interesy polityczne zdołały poróżnić ostatecznie dotychczasowych sojuszników wojennych. Jeszcze nie został zakończony mający być rozliczeniem się ludzkości z nazizmem - Proces Norymberski; były już brytyjski premier Winston Churchill w dniu 5 marca 1946 roku, na amerykańskim uniwersytecie w Fulton wygłosił swoje słynne przemówienie. Mówił wtedy także i o tym, że od Szczecina na północy aż po Triest na południu -  Europa została przegrodzona w poprzek żelazną kurtyną. Zanim jeszcze zapadł wyrok w Procesie Norymberskim, nastał już więc długotrwały czas panowania ery, zwanej „Zimną Wojną”.

    Więc z przyczyn czysto ideologicznych amerykańskie władze okupacyjne niezbyt przychylnie zapatrywały się na chęć powrotu byłych jeńców oraz więźniów do ich rodzinnych stron, położonych za Żelazną Kurtyną, odgradzającą strefę sowieckich wpływów od wolnego świata. Więc w całych powojennych już Niemczech kłębiły się nieprzeliczone rzesze byłych więźniów obozów koncentracyjnych, jeńców wojennych oraz przymusowych robotników, przywiezionych do Rzeszy ze wszystkich krajów przez nią podbitych. Jednym słowem wszystkich tych, którym dane było właśnie w ojczyźnie Ludwika van Beethovena radować się upadkiem III Rzeszy. Jednym z nich był mój wuj Janek Boruch, który niespecjalnie kwapił się do powrotu do rodzinnej wsi. Poddany poobozowej rekonwalescencji usiłował korespondencyjnie nakłonić małżonkę, by przyjechała do niego do Niemiec. Ale ta zupełnie się jakoś do tego nie kwapiła. Najwyraźniej bała się jechać do ojczystego kraju tych, którzy tak całkiem jeszcze niedawno tylu okropności dopuścili się w jej własnym kraju. W końcu wuj stracił cierpliwość, przerwał swoją długotrwałą poobozową rekonwalescencję i spod roztoczonej nad nim troskliwej amerykańskiej opieki zwiał z Bawarii do Polski na piechotę... Podobnie jak niegdyś jego dziad, Mikołaj Nasiołkowski, który z Syberii uciekł wprawdzie nad Wisłę, ale za to przez Amerykę! W rogu dowodu osobistego wystawionego wujowi Jankowi przez władze amerykańskie widnieje odręczny zapis: „Dziedzice, 24.6.46”. Tym samym przyjąć więc należy, że jest to data przekroczenia przez wujka Janka Borucha granicy polskiej na przejściu w Dziedzicach. Jednym słowem, jest to data jego powrotu do kraju.

    A w kraju, na powracającego doń byłego więźnia hitlerowskich kacetów czekał radosny widok rozentuzjazmowanych tłumów maszerujących dziarsko w cieniu nieprzebranej gęstwiny czerwonych sztandarów. A poza tym czekały nań niebywale intensywne przeżycia spowodowane zderzeniem z naszą nową, ale wszak zawsze to rodzimą rzeczywistością...

    Na początek dowiedział się o śmierci swojego pierworodnego syna. A był to przecież czas liczenia istnień pożartych przez okrutne lata wojennej zawieruchy. Na kikucie ściany szydłowieckiego budynku stacyjnego, wysadzonego przez Niemców tuż przed ich odwrotem, ktoś napisał teraz wielkimi literami: „Gruzy Berlina zapłatą za gruzy Szydłowca!”. Budynku szydłowieckiego dworca do dziś nie zdołano odbudować i tym samym przywrócić do poprzedniego przedwojennego stanu. Więc niby swoisty pomnik zniszczenia wojennego; stoi przy torach kolejowych, może trzecia, a może zaledwie czwarta część przedwojennego budynku.

    Dokonując bilansu wojennego, odnotować należy, że spośród uwięzionych w samej końcówce okupacji dwóch wnuków mojego pradziada Mikołaja tylko jednemu z nich, tj. Jankowi Boruchowi, udało się po dwóch prawie latach powrócić z wojennej niewolniczej poniewierki, która początek swój miała w budynku radomskiego gestapo. Obydwaj bracia przeszli przez to miejsce, które na zawsze samą już tylko swoją nazwą będzie w świecie budziło grozę nie byle jaką - KL Auschwitz. Do rodzinnego domu nie zdołał jednak powrócić drugi, ten młodszy spośród synów Michaliny Boruch z domu Nasiołkowskiej.

    Bronisław Boruch w KL Auschwitz dożył wprawdzie dnia, w którym do obozu wkroczyła Armia Czerwona, lecz i tak nie dane mu było obchodzić swoich dwudziestych piątych urodzin. Miały one - o ironio - przypaść w maju, akurat na dwa dni przed podpisaniem aktu bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy.
    Z upływem czasu, coraz bardziej słabła nadzieja na powrót do domu najstarszego Mikołajowego wnuka, czyli mojego stryja Stefana Nasiołkowskiego. Było już wiadome, że z tej wojny nie powróci zestrzelony nad Zatoką Biskajską jego brat cioteczny Zygmunt Sasal, czyli najstarszy syn siostry mojego dziadka – Karoliny.

*        *        *

    Nocą z 14 na 15 października 1946 roku, czyli kilka miesięcy po powrocie wuja Janka Borucha do kraju, James Wood, amerykański sierżant żydowskiego pochodzenia, wykonując wyrok wydany przez Trybunał Norymberski, na szubienicy ustawionej  w sali gimnastycznej - kolejno powiesił wszystkich skazanych na śmierć hitlerowskich bonzów. Jedynie Reichsmarschall Hermann Göring - Wielki Łowczy III Rzeszy, głównodowodzący niegdyś całą potężną Luftwaffe - uszedł stryczkowi w ostatniej chwili. Na kilka godzin przed egzekucją zdołał popełnić samobójstwo, zażywając truciznę, jakimś sposobem przemyconą do jego celi.

    Pozostali skazańcy do samego końca okazywali butę. Niektórzy z nich w obliczu swej nieuniknionej śmierci wznosili nawet nazistowskie okrzyki. Było dla nich jasne, że oto właśnie umierali za sprawę, w którą bezgranicznie wierzyli i dlatego też poświęcili jej całe swoje życie. W żadnym wypadku nie zamierzali sprzeniewierzyć się samym sobie i nie przyznali, że służyli złej do cna sprawie aż po kres swoich żywotów, kończących się właśnie na stryczku norymberskiej szubienicy.

    Skruchę okazał jedynie były mieszkaniec królewskiego Wawelu - Generalny Gubernator, dr Hans Frank. Prosząc o wybaczenie, przyznał, że zrozumiał bezmiar wyrządzonego przez siebie zła. Przyczyną tej jego postawy była ponoć świadomość, że pierwszym etapem jego zbrodniczej drogi życiowej była zdrada. By stać się paladynem Adolfa Hitlera, Hans Frank musiał bowiem najpierw zdradzić naród żydowski, z którego się przecież wywodził! Ot, cena zbrodni, a także i kary za nią poniesionej…

    Odnotować należy, że Hans Frank był człowiekiem dziwnym do tego stopnia, iż oczekując w celi śmierci na wykonanie wyroku, bardziej ponoć bał się swojej żony niż amerykańskiego kata!

*        *        *

    Nasz rodzinny poczet sześciu wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego i zarazem potomków - jakże już dawno temu przybyłych w okolice Radomia Niemców, Rosjan, Żydów, a może nawet i Cyganów, otwierają trzej polscy żołnierze, pierworodni synowie, zarówno mojego dziadka Józefa, jak i jego dwóch sióstr; Karoliny Sasal oraz Michaliny Boruch.

    Bombardier Stefan Nasiołkowski, kapral strzelec Zygmunt Sasal oraz saper Jan Boruch.... Ten ostatni, po klęsce wrześniowej stał się żołnierzem armii podziemnej, zaś w samym końcu wojny - wraz z młodszym bratem -  uwięziony został w obozie koncentracyjnym. No i oczywiście nie można zapomnieć o Bronisławie Boruchu zmarłym w KL Auschwitz w dwa tygodnie po wyzwoleniu obozu.

Fot. 18. Jan Boruch

Fot. 19. Bronisław Boruch

Fot. 20.  Krzyż Oświęcimski Jana Borucha

    Teraz już wiemy, co też moglibyśmy odpowiedzieć Marlenie Dietrich na wyśpiewane przez nią pełne zadumy pytania: „Gdzie są kwiaty z tamtych lat… Tamci chłopcy… Tamci żołnierze... Tamte chwaty... ”. Wśród nich; gdzież ta cała szóstka nieodrodnych wnuków mojego pradziada Mikołaja, który za nic nie chciał skorzystać z dziejowej okazji bycia prawomyślnym poddanym swego imiennika - rosyjskiego cara Mikołaja II. Zaś karygodny brak lojalności wobec rosyjskiego monarchy władającego tą częścią polskiej ziemi, stanowił zaczyn dla konieczności podjęcia przez mojego pradziada ucieczki znad dalekiego Bajkału. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że idąc do Polski wyśnionej przez siebie na syberyjskiej zsyłce; mój pradziad Mikołaj Nasiołkowski, pokonując góry, rzeki lodem skute, tajgę zaśnieżoną i morza zamarznięte, całą nieomal Ziemię dookoła - przemierzył wówczas na piechotę... Taką to bowiem już była ta, przeznaczona mu życiowa droga wyboista...  Zakończona jego zgonem, w dniu 12 września 1931 roku...

Na polskiej ziemi jednakoż ...
                                 

Piotr Jan Nasiołkowski

Ilustrujące artykuł fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autora oraz z internetu. Wszelkie prawa zastrzeżone

Ostatnie komentarze

  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Wyglada na to że jest już PO-obiedzie. 10 godzin temu
  • Anonimowy powiedział(a) Więcej
    Ten Budka to prawdziwy Napoleon ha.ha
    11 godzin temu
  • Born in Skarland powiedział(a) Więcej
    "Drogie" Ekojołopy !! Dzięki EURO 2012 które zabrało kasę do Gdańska ( Pan premier TUSK musiał dojechać do... 16 godzin temu