Ryszard Bilski: — W czasach Układu Warszawskiego pierwszą osobą po dowódcy jednostki był oficer polityczny, a teraz jest nią kapelan. Kapelan, ksiądz Marek Strzelecki: — Mało tego, politruk był często ważniejszy od dowódcy. A kapelan to był i jest taki dziwny twór... — Dlaczego dziwny? — Ponieważ musi być takim przedziwnym pomostem między tym co jest bardzo męskie, bardzo mocne, co często znajduje się na pograniczu być albo nie być”, a tym co jest duchowe, tym co współczesnemu człowiekowi kojarzy się jako wysublimowane, łagodne, spokojne. Pomostem przybliżającym miłość i ciepło Chrystusa do męskiego, mocnego świata ludzi twardych, w mundurach.
Do ludzi z bronią, którzy muszą nieraz działać bezwzględnie żeby zwyciężyć wroga.
— Jak ksiądz trafia do tego twardego człowieka z bronią?
— To nie proste. I nie zwyczajne. Trzeba tych ludzi najpierw dobrze poznać i zrozumieć.
— Piąte przykazanie: nie zabijaj, a więc dylemat dla żołnierza.
— Nasz język nie jest w stanie oddać w pełni tego co przekazano nam w języku hebrajskim w starym testamencie, czy w greckim. Ubogość naszego przekazu, skróty myślowe w tłumaczeniu spowodowały zubożenie chrystusowych nauk. Żołnierz staje oko w oko z nieprzyjacielem, z wrogiem, z agresorem. Nie zabijaj w rzemiośle żołnierskim znaczy mieć szacunek dla przeciwnika. Chrystus wyraźnie mówił, aby nie znęcać się nad swoim nieprzyjacielem. Nie zabijaj znaczy
— nie bądź ty agresorem, lecz możesz, a nawet masz obowiązek prowadzić wojnę obronną. Gdy ktoś napadnie na twój dom, na twoją rodzinę, na twoją ojczyznę musisz mu stawić czoła.
— W Kosowie jesteście w szczególnie trudnej sytuacji, wśród dwóch wrogich sobie narodów, Serbów i Albańczyków. Trzeba zapomnieć o sympatiach i antypatiach. W tym też rola kapelana.
— Niewątpliwe. Tym bardziej, że katolików jest tu niewielu. Wśród Serbów prawie się ich nie dostrzega, zaś wśród kosowskich Albańczyków stanowią niespełna trzy procent. Obie strony wnikliwie obserwują jakimi jesteśmy katolikami, co sobą prezentujemy, jakie wartości są dla nas najważniejsze. Sądzę, że nasi żołnierze są dobrymi świadkami Chrystusa i swojej wiary, a wyraża się to przede wszystkim w ich codziennej postawie, w tym, jak pełnią swoją służbę, w jednakowym traktowaniu Serbów i Albańczyków.
Przeorać serca i umysły
— Przez ręce żołnierzy dociera do tysięcy Serbów i Albańczyków pomoc zagraniczna, w tym Caritas Polska — kontynuuje kapelan. Ten, który daje musi jednak bardzo uważać, aby dawać tym, którzy rzeczywiście tej pomocy potrzebują, aby dając jednemu nie zabierać nadziei drugiemu. Dlatego wspieramy te działania, które służą obu społecznością. Chcemy, tu w Kosowie, pozostawić po sobie trwały ślad, być może będzie to ośrodek zdrowia, usytuowany na granicy dwóch wiosek: albańskiej i serbskiej. Żeby łączył... Naszym podstawowym zadaniem jest zachowanie pokoju na tych terenach, zagwarantowanie bezpieczeństwa wszystkim mieszkańcom, przekonanie zwaśnionych sąsiadów, by nie zabijali się, by nie podpalali domów jeden drugiemu. Musimy ich przygotować do życia w wieloetnicznym społeczeństwie.
— W tym ciągle — grożącym wybuchem — kotle bałkańskim...
— Gdzie wciąż żywa jest na przykład wendeta. Trzeba przeorać serca i umysły tych ludzi. Nie zmienimy, jednym cięciem — jak to robi chirurg usuwając wrzód — przyzwyczajeń, nie wyrzucimy z pamięci cierpień i ran. Na to trzeba lat. Niektórym pewnie nie starczy już życia, które im pozostało.
— Właśnie, czy po tylu wzajemnie wyrządzonych sobie krzywdach będzie możliwy wspólny żywot Albańczyków i Serbów pod jednym, kosowskim dachem? Wspomnę chociażby wielkie exodusy obu narodów...
— Nic tak nie przemawia do ludzkiej wyobraźni jak przykład. Przez stulecia pokolenia Polaków były świadkami i ofiarami naporu niemieckiego. Po drugiej wojnie światowej wydawało się, że już nigdy nie dojdzie do pojednania. To był długi i trudny proces. Obie strony broniły się przed pojednaniem, ale zarazem bardzo go pragnęły. Byliśmy cierpliwi w naszej polskiej sprawie, bądźmy i cierpliwi w Kosowie. Muszą się wymienić co najmniej dwa pokolenia Serbów i Albańczyków...
— A w Serbii musi zwyciężyć demokracja.
— Tak, bo — powracając do polsko-niemieckich analogii — do pojednania doszło wówczas, gdy Polska weszła na drogę demokracji. Niemcy Zachodnie uczyniły to wcześniej. Przypomnę, jak trudno było nam, Polakom, skażonym komunistyczną ideologią, zaakceptować list polskich biskupów do biskupów niemieckich, w którym wybaczali i prosili o wybaczenie. To musiało dojrzewać... Myśmy potem przejęli inicjatywę. Bezsprzeczne są zasługi Solidarności" w zburzeniu muru berlińskiego. Niemcy są nam za to wdzięczni. A tu w Kosowie? Nasi żołnierze pełnią służbę na styku z żołnierzami niemieckimi. Współpracujemy ze sobą. Dowódca KFOR, generał Reinhardt podczas wizyty w polskim batalionie podkreślał, że w Kosowie trzeba wykorzystać doświadczenie Niemców i Polaków. Musimy doprowadzić do tego, by zwaśnione narody: albański i serbski zapragnęły żyć w pokoju, by przyjaźń i miłość pokonały nienawiść, by nie kierować się w ocenie drugiego człowieka jego pochodzeniem, narodowością, religią.
— Czy podobnego zdania są dziś duchowni kościołów: serbskiego i albańskiego?
— Niestety, bólem bólów jest to, że nie tylko ludzie, ale i nawet duchowni nie chcą tu jeszcze ze sobą rozmawiać. Dzieli ich bariera, betonowa ściana. Oni widzą tylko swoją krzywdę i zło popełnione przez innych. Nie czują wielkiego obowiązku, jaki na nich, duchownych nałożył Bóg. To oni pierwsi powinni nawiązać dialog, wybaczać i prosić o wybaczenie. Ich odpowiedzialność jest większa od odpowiedzialności polityków. Każdy człowiek spotkany na mojej drodze — przypominam im — nie może być traktowany jak powietrze, lub przedmiot i wróg. Drugi człowiek jest dla mnie zadaniem. Tak mówił polski Kościół przygotowując Polaków do pojednania z Niemcami. Ja odpowiadam za los drugiego! Ja będę przez Boga rozliczany z tego, co uczyniłem, aby mój bliźni nie błądził, aby nie zabijał! — Gdy rozpoczynaliście służbę w Kosowie było gorące lato. Ginęliście w kurzu. Teraz toniecie w błocie.
— Najgorsze już za nami. Żołnierze przeprowadzają się z namiotów do kontenerów. Jest coraz lepiej. Ale pewnie wcześniej byłoby już tak, gdyby wszyscy i wszędzie, na każdym szczeblu wojskowej drabiny, widzieli w drugim człowieku zadanie dla siebie. Ciągle uczymy się na błędach. W wojskach NATO przed jednostką operacyjną jadą logistycy. Nasi żołnierze rano przyjechali, w południe wytyczali drogi, wieczorem rozkładali namioty, a w nocy szli na służbę...
Strach przed Albańczykami
Donja Bitinja. W tej mieszanej, kiedyś serbsko-albańskiej wsi, dziś żyją tylko Serbowie. Jutro mają tu przyjechać Albańczycy, obejrzeć swoje domy, zburzone i spalone przez serbską policję i wojsko. Na odwiedziny zgodziły się trzy dni temu serbskie władze gminy trpce. Dzięki temu porozumieniu bez przeszkód przejechał wczoraj serbski konwój do Belgradu.
— Może przyjadą, ale żywi stąd nie wyjadą, chyba, że po moim trupie, a czetnik nie rzuca słów na wiatr — mówi jeden z mieszkańców, Miša Milošević. Zaprasza do swojego domu, na kawę. Dziś Świętego Teodora, patrona tutejszej cerkwi. Zebrała się cała rodzina Miloševicia, z tej i z innych wsi w gminie trpce, do których można bezpiecznie podróżować. W gościnnym pokoju tłoczno gwarno. Ciepło. Przedwiośnie płata figle, jednego dnia grzeje słońce, następnego sypie śniegiem. Palą się lampy naftowe, ale gospodarz kombinuje coś przy akumulatorze. Za chwilę rozbłyskuje samochodowy reflektor zawieszony u sufitu. Mówi Serbskie Radio Brezovica: Jutro mają przyjechać do Bitinji Albańczycy, aby obejrzeć swoje domy. A kiedy KFOR umożliwi przyjazd Serbom? W wielkim niebezpieczeństwie znaleźli się mieszkańcy Sušic po zlikwidowaniu tam polskiego posterunku”. Babcia Mišy na wiadomość o odwiedzinach Albańczyków rozpłakała się... Boi się, że teraz oni — w odwecie — spalą ich domy.
Druga niedziela Wielkiego Postu, 19 marca 2000 roku. Droga wyjazdowa z Gotovušy. KFOR rozmieścił tu dodatkowy posterunek. Sprawdzają dokumenty, wszystkim, także Serbom. Ekstremiści, zwolennicy Miloševicia i ešelja, nie przejdą do Bitinji, by — jak zapowiadali — rozprawić się z Albańczykami.
Popovce. Czysto serbska wieś pomiędzy Donją Bitinją, w której kiedyś mieszkali także Albańczycy, a Gornją Bitinją, gdzie żyli sami Albańczycy i jedna serbska rodzina, która jest tam do dziś.
Ludzie gromadzą się wokół sklepu. Przy drodze leżą drewniaki paliki do budowy barykady. Przy sklepiku coraz więcej ludzi. Są dość wojowniczo nastawieni. Rozchodzi się plotka, że Ukraińcy, którzy pełnią służbę na posterunku w Drajkovcach, biorą od Albańczyków łapówki i wpuszczają nie tylko tych, którzy tu nigdy nie mieszkali, ale pozwalają im przewieźć broń.
Napięcie rośnie.
Polacy, którzy razem z Amerykanami ustawili jeszcze jedno sito — tuż przed wjazdem do wsi — dementują tę wiadomość.
— Jest wyssaną z palca, podobnie ja ta — przekazywana nadal przez Albańczyków — że Serbowie zabili albańskiego tłumacza — mówi porucznik Roman Korzeniewicz. Do porucznika podchodzi młody Serb o imieniu Vlada. Przypomina, że kiedyś patrol polski wiózł jego bardzo chorego ojca do szpitala. Niestety, niewydolność nerek była tak poważna, że ojciec zmarł.
Nastroje falują, jak flagi na silnym dziś, wiosennym wietrze.
— Przepuścimy ich, ale pod warunkiem, że nie będą się zachowywać prowokująco — mówią przed sklepem. Serbowie przypominają, że we wsi Gornja Bitinja było 25 albańskich domów, a w 20 ukrywali się terroryści z UČK (Armia Wyzwolenia Kosowa).
— Za górami albańskie Jezerce, tam też była wielka baza UČK — mówi Vlada.
— Nie wiem co to się porobiło, byliśmy sąsiadami, a teraz jeden przeciw drugiemu. To nienormalne. Córka mieszkała bliżej Uroševaca, Albańczycy ją wygonili, jest teraz u mnie. Oni już szykują się do powrotów, a kiedy my? Kiedy córka będzie mogła pojechać do swego domu? — pyta Besko. Po obu stronach gościńca we wsi Donja Bitinja stoją Serbowie. Powiewają jugosłowiańskie flagi. Napięcie rośnie z każdej minuty na minutę... Jadą. Liczę... Pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden samochodów osobowych z Albańczykami. Na czele polski honker. Samochody albańskie są poprzegradzane pojazdami KFOR. Widzę też amerykańskie transportery opancerzone.
— Srbia, Srbia — krzyczą Serbowie, ale po chwili milkną. Albańczycy oglądają zgliszcza i ruiny swoich domów. Niektórzy wynoszą jakieś rzeczy, pamiątki, które ocalały. Chodzą wydeptanymi ścieżkami, jeden za drugim, obawiają się min. — 27 września 1998 roku policja zabiła tu przed domem mojego kuzyna — mówi Haki Bakiju, 68 lat.
— Serbowie rozkradli nasz majątek, wejdźmy do któregokolwiek serbskiego domu, to znajdziemy moje rzeczy — mówi Tahiri Fahri z Donji Bitinji. Poznał mnie przywódca Albańczyków w tym rejonie, Hiseni. Jest zadowolony. — Serbowie po raz pierwszy dotrzymali słowa. Przepuścili nas. To pierwszy krok do normalizacji. Duża w tym zasługa polskich żołnierzy, dziękuję wam — mówi Hiseni.
— A może to także pierwszy krok do pojednania? — pytam.
— Dobrze by było — pada odpowiedź.
Po godzinie Albańczycy wracają. Żegnają ich obojętne spojrzenia Serbów. Jeden z nich nawet przyjaźnie pokiwał swojemu staremu sąsiadowi, którego rozpoznał w albańskiej taksówce. Spotykam Mišę. Nie jest już tak wojowniczo nastawiony, jak wczoraj. Może zrozumiał, że zemsta i odwet nie mają sensu. — Wpuściliśmy ich, ale teraz oni muszą wpuścić naszych uchodźców. Mam nadzieję, że nam w tym też pomożecie — mówi na pożegnanie.
Czego nam zazdroszczą Amerykanie
Codzienna, wieczorna owocowa herbatka u dowódcy, pułkownika Romana Polko. Pachnie jak w sklepie zielarskim... Miętą, różą, goździkami... Dziś 20 marca, poniedziałek, 2000 r. wśród zaproszonych jest także kapitan Tomasz Rutkowski, oficer operacyjny batalionu. Tajemniczy, niedostępny, podobno jeszcze nigdy nie udzielił wywiadu żadnemu dziennikarzowi.
— Jeśli pan coś wydobędzie z niego, to i ja chętnie posłucham. On nawet mnie nie powie słowa więcej, niż musi. Kiedyś Tomek wyrzucił mnie, swojego dowódcę, razem z ekipą telewizji, która chciała zrobić fotografie jego dnia pracy”. Zyskał przez to tylko mój szacunek — mówi podpułkownik Polko. Majora Rutkowskiego kupiłem” znajomością jego ukochanego Krakowa. Rozgadał się jak nigdy. A potem zaskoczyłem go pytaniem: — Krakowa to my się nie mamy czego wstydzić, ale jak my tu, w Kosowie, zdajemy natowski egzamin?
— Ten batalion w pełni dorósł do NATO, jest normalnym oddziałem natowskim”. Osiemnastka” (18 batalion desantowo-szturmowy z Bielska-Białej) nie ma powodów do niepotrzebnej skromności wobec NATO, a w szczególności wobec Amerykanów. Nawet ich specyficzne procedury nie są dla nas żadną przeszkodą.
— Co to za specyfika?
— Amerykanie dla każdego przedsięwzięcia mają określone — bardzo szczegółowo — swoistego rodzaju kroczki”. Są one precyzowane dla każdego ogniwa... Zadanie — określone, na przykład, w
dowództwie brygady — schodzi w dół, aż do drużyny, gdzie jej dowódca też ma obowiązek opracowania swojej procedury operacyjnej. Przewiduje w niej co go może spotkać podczas wykonywania zadania... Snajper... Pole minowe... Sam planuje i rysuje, co będzie robił w każdej z możliwych sytuacji, by nie dać się zaskoczyć i pokonać przez nieprzyjaciela. To samo potrafi dowódca drużyny w polskim batalionie. Od nas uczą się tego Ukraińcy — mamy w polskiej jednostce kompanię ukraińską — i Litwini — mamy też pluton litewski... Amerykanie, Polacy, Ukraińcy, Litwini, Francuzi, Brytyjczycy, to jedno wojsko... Rozumieją się, współdziałają, wspólnie chodzą na patrole.
— A co my moglibyśmy zaoferować Amerykanom?
— Naszą wszechstronność. Uniwersalność. Ich armia składa się bowiem z samych wąskich” specjalistów... Ludzi od jednego zadania”. Dla bezpieczeństwa dublują ten system. U nas natomiast każdy potrafi perfekcyjnie wykonać nie tylko to co do niego należy, ale także zastąpić kolegę z lewej i z prawej. — Co lepsze, nasza wszechstronność, czy ich dublowana, perfekcyjna specjalizacja? — Nasza wszechstronność jest zdecydowanie lepsza. Zazdroszczą jej nam. Polska wszechstronność nie oznacza bowiem tego, że żołnierz zna się na wszystkim po łebkach, czyli na wszystkim i na niczym. Swoje podstawowe obowiązki zna na piątkę, a obowiązki pozostałych kolegów na cztery z plusem. Nasz żołnierz przechodzi bowiem nie tylko podstawowe szkolenie, ale ciągle się doszkala, poznaje inne służby. U nich w drużynie żołnierze znają tylko ten sprzęt, który maja na wyposażeniu. Nasi są ciekawsi, poznają uzbrojenie innych oddziałów.
Kapelan, ksiądz Marek Strzelecki
Gratulujemy i trzymamy kciuki, ż...
Robić źle, nie robić też źle. Co...
Ze zdjęć widać, że wykonawca nie...
Mam 2 pytania - czy ten zielony ...
siwieje nam ten Prezydent od tyc...