Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Spotkania z historią

Wielko rewolucyjny mit całkiem niewielkiego puczu Piotr Jan Nasiołkowski

Ledwie mój pradziad Mikołaj Nasiołkowski zdołał ukończyć lat czterdzieści i sześć, a jego syn Józef - dziewiętnaście; 8 lutego 1904 roku rozpoczęły się na bardzo Dalekim Wschodzie zmagania militarne cesarskiej armii rosyjskiej z wojskami Japonii - również cesarskiej. Sromotne klęski ponoszone przez Rosjan zaskoczyły wszystkich absolutnie  obserwatorów tego konfliktu. Rosjanie przecież - dopiero co - buńczucznie zapowiadali, że tych skośnookich Japończyków, to oni czapkami ponakrywają. 

Czytaj więcej: Wielko rewolucyjny mit całkiem niewielkiego puczu Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

Dzień szczególnej PAMIĘCI...

Dzisiaj - jak raz - wtorek, a jutro.... Jutro 1 listopada; dzień szczególnej pamięci... Pamięci o tych, którzy odeszli... Całkiem niedawno, ale także i o tych, których nie ma pomiędzy żyjącymi już od wielu, wielu laty... Odeszli z naszego świata ludzi żyjących, a więc także pamiętających. Rzekłbym, pamiętających i wręcz zobowiązanych do pamiętania. Żyją zatem nadal. Ale żyją tak długo, jak długo żyje nasza pamięć o Nich.

Czytaj więcej: Dzień szczególnej PAMIĘCI...

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

Jak rozpętano II wojnę światową... Piotr Jan Nasiołkowski

Według pierwotnego zamiaru Adolfa Hitlera, siły zbrojne III Rzeszy miały zaatakować Polskę 26 sierpnia 1939 roku. Dlatego też jednostki Wehrmachtu opuściły koszary 19 sierpnia 1939 roku i przemieściły się w kierunku granicy niemiecko-polskiej zajmując pozycje wyjściowe do ataku na nasz kraj.
W momencie, gdy kolumny Wehrmachtu zmierzały w kierunku granicy z Polską; w Moskwie toczyły się rozmowy prowadzone przez ministrów spraw zagranicznych III Rzeszy i ZSRR. Zakończyły się one podpisaniem w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku sławetnego Paktu Ribbentrop-Mołotow otwierającego Niemcom drogę do rozpętania nowej wojny, postrzeganej przez nich jako niezawodny sposób odzyskania terytoriów utraconych na wschodzie na rzecz Polski w efekcie Traktatu Wersalskiego pieczętującego klęskę poniesioną przez Cesarstwo Niemieckie w wojnie światowej, która wówczas jeszcze nie miała swojego numeru. Tak właśnie znaczenie sowiecko-niemieckiego porozumienia oceniał Ernst Freiherr von Weizsäcker, ówczesny podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych III Rzeszy i zarazem ojciec dwóch żołnierzy Wehrmachtu biorących udział we wrześniowym najeździe na Polskę. Obydwaj bracia służyli w 9. Poczdamskim Pułku Piechoty. Młodszym z nich był Richard von Weizsäcker, późniejszy Prezydent Republiki Federalnej Niemiec. Zaś starszym z braci, był dwudziestodwuletni podporucznik Heinrich Victor Freiherr von Weizsäcker, poległy w walce wręcz już drugiego dnia wojny, nieopodal wsi Klonów, położonej około czterdziestu kilometrów na północ od Bydgoszczy.

tsk24.pl
Fot.1. 23 sierpnia 1939 roku. Pamiątkowa fotografia po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow

tsk24.pl
Fot.2.  Przybycie niemieckiego pociągu wojskowego do Kluczborka

tsk24.pl
Fot.3.  Namioty obozowiska Wehrmachtu przy granicy z Polską


O tym, że ocena ta była nad wyraz właściwą przekonuje nas to, iż niezwłocznie po podpisaniu tego sowiecko-niemieckiego porozumienia - ze szczecińskiego portu wypłynął do Świnoujścia pancernik „Schleswig-Holstein”, gdzie podczas krótkiego postoju pobrał zapas amunicji artyleryjskiej. Następnie, ten płynący z misją rozpoczęcia wojny okręt - wziął kurs na Gdańsk. Jednocześnie z Kłajpedy, anektowanej przez III Rzeszę w marcu 1939 roku, wypłynęła flotylla niemieckich trałowców wiozących na swoich pokładach 220 żołnierzy kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Trałowce spotkały się ze „Schleswigiem-Holsteinem” na pełnym morzu, na wysokości Ustki. Dowodzeni przez porucznika Wilhelma Henningsena żołnierze przeszli na pokład, a raczej pod pokład pancernika. Działo się to nocą z 24 na 25 sierpnia 1939 roku. Rankiem 26 sierpnia ta kompania szturmowa Wehrmachtu miała wykonać zadanie zaatakowania polskich pozycji na Westerplatte, leżącym u wejścia do gdańskiego portu.

tsk24.pl
Fot.4. 25 sierpnia 1939 r. Holowniki wychodzące z gdańskiego portu po Schleswiga- Holsteina

tsk24.pl
Fot.5. 25 sierpnia 1939 r. Schleswig- Holstein wchodzi do portu gdańskiego

tsk24.pl
Fot. 6. Schleswig- Holstein witany entuzjastycznie w porcie gdańskim

tsk24.pl
Fot.7.  25 sierpnia 1939 r. Te działa Schleswiga- Holsteina następnego dnia miały rozpocząć wojne ostrzałem Westerplatte.

tsk24.pl
Fot.8. Powitanie Schleswiga-Holsteina w Gdańsku 25 sierpnia 1939

tsk24.pl
Fot. 9.  Gdańszczanie witają Schleswiga-Holsteina

tsk24.pl
Fot.10. Nabrzeże portu gdańskiego pełne gdańczczan entuzjastycznie witających w dniu 25 sierpnia 1939 roku zwiastuna nadciagającej wojny

tsk24.pl
Fot.11. Uroczyste przemówienia powitalne z okazji wpłyniecia w dniu 25 sierpnia 1939 roku do gdańskiego portu Schleswiga-Holsteina.

tsk24.pl
Fot.12. Schleswig- Holstein cumuje przy gdańskim nabrzezu w dniu 25 sierpnia 1939 roku.


W piątek, 25 sierpnia 1939 roku tłumy niemieckich gdańszczan zgromadziły się na nabrzeżu portowym, by entuzjastycznie witać wpływający majestatycznie do Gdańska - z kurtuazyjną jakoby wizytą - szkolny pancernik „Schleswig-Holstein”. Niemcy planowali pierwotnie, że do Gdańska zawinie krążownik „Königsberg”. O zmianie decyzji przesądziło to, że „Schleswig-Holstein” posiadał większą siłę ognia artyleryjskiego, gdyż był wyposażony w działa większego kalibru niż krążownik „Königsberg”, co pozwalało na prowadzenie z gdańskiego portu ostrzału artyleryjskiego nie tylko Westerplatte, ale również Gdyni oraz umocnień naszej bazy marynarki wojennej na półwyspie Hel. Witany owacyjnie przez tłumy gdańszczan, pancernik „Schleswig-Holstein” zakotwiczył dokładnie naprzeciwko polskiej placówki na Westerplatte. Przejęci na pełnym morzu i ukryci pod pokładem pancernika żołnierze kompanii morskiej czekali na sygnał do ataku.

tsk24.pl
Fot. 13. Stłoczeni pod pokładem Schleswiga-Holsteina żołnierze kompanii szturmowej porucznika Wilhelma Henningsena


Jak zostało na wstępie wspomniane; realizacja „Fall Weiss” miała pierwotnie rozpocząć się o świcie 26 sierpnia 1939 roku. Kolumny niemieckie maszerujące już w kierunku granicy z Polską - w ostatniej chwili - zostały zatrzymane odgórnym rozkazem.
Jednakże rozkaz zatrzymania się nie zdołał dotrzeć do zorganizowanej przez Abwehrę grupy dywersyjnej dowodzonej przez porucznika dr. Hansa Albrechta Herznera. Niemieccy dywersanci podjęli więc - w godzinach nocnych 26 sierpnia - próbę opanowania stacji kolejowej Mosty oraz wiodącego w jej kierunku tunelu kolejowego na przełęczy Jabłonkowskiej, co było pomyślane jako utorowanie na polskim terytorium drogi regularnym formacjom 7. Dywizji Piechoty Wehrmachtu.
Na skutek tego, że mający nastąpić o godzinie 4.45 atak na Polskę został jednak odwołany i oczekiwane oddziały 7. Dywizji Piechoty nie nadeszły - niemieccy dywersanci w cywilnych ubraniach znaleźli się na skutek polskiej kontrakcji w niebywale trudnym położeniu, lecz zdołali się wycofać ku ówczesnej polsko-słowackiej granicy. Niemcy szykujące się wszak do ataku na Polskę przełożonego jedynie na dzień 1 września - obłudnie przeprosiły stronę polską tłumacząc, że sprawcą incydentu był niepoczytalny osobnik.
Przyczyną odwołania w ostatniej chwili ataku na nasz kraj było demonstracyjne udzielenie Polsce przez Wielką Brytanię gwarancji przyjścia z pomocą militarną w przypadku niemieckiej agresji. Było to niejako potwierdzeniem wcześniejszej umowy sojuszniczej, co postrzegać należy jako brytyjską reakcję na wieść o zawartym dwa dni wcześniej sojuszu Hitlera ze Stalinem. Informacja o tym nieoczekiwanym sojuszu przekazana stronie polskiej przez Anglików - została jednak przez nasze władze zlekceważona.
Brytyjska dyplomacja przyczyniła się więc nieopatrznie także i do tego, że żołnierze kompanii szturmowej porucznika Wilhelma Henningsena musieli tłoczyć się pod pokładem „Schleswiga-Holsteina” jeszcze przez kilka dni - aż do północy z 31 sierpnia na 1 września.


tsk24.pl
Fot.14. Silni, zwarci, gotowi. Marszałek Edward Śmigły-Rydz

tsk24.pl
Fot.15.  Wojsko polskie na ulicy w strefie przygranicznej

tsk24.pl
Fot.16.  Przedwojenny polski plakat propagandowy

tsk24.pl
Fot.17. Marszałek Edward Śmigły-Rydz wśród generałów. Wiosna 1939 r.

A tymczasem cały Naród niezłomnie wierzył w zapewnienia całkowicie już oderwanych od rzeczywistości sanacyjnych polityków głoszących wszem i wobec jacy to jesteśmy silni, zwarci i gotowi... I że nawet jednego guzika od płaszcza, Niemcom nie oddamy...
W zaistniałej sytuacji międzynarodowej; Adolf Hitler potrzebował pilnie pretekstu mającego stanowić usprawiedliwienie zaatakowania Polski. Zadanie dostarczenia takowego pretekstu do rozpoczęcia przeciwko Polsce działań wojennych przez siły zbrojne III Rzeszy otrzymał szef SD, Reinhardt Heydrich.

tsk24.pl
Fot. 18. SS-Sturmbahnführer Alfred Naujocks. Zdjęcie powojenne


Wieczorem, 31 sierpnia, tuż po godzinie dwudziestej; siedmiu - przebranych za powstańców śląskich - napastników, dowodzonych przez oficera SD, SS-Sturmbahnführera Alfreda Naujocksa wtargnęła do pomieszczeń radiostacji gliwickiej, położonej w odległości około dziesięciu kilometrów od ówczesnej granicy polsko-niemieckiej. Posługując się tzw. mikrofonem burzowym, napastnicy wyemitowali w eter w języku polskim wiadomość, że radiostacja gliwicka znajduje się w polskich rękach. Oszołomiony narkotykami, przebrany w polski mundur powstańca śląskiego, więziony przez hitlerowców w Opolu, działacz plebiscytowy Franciszek Honiok został położony przy wejściu do radiostacji. Tutaj, osobiście oddał do niego kilka strzałów z pistoletu, dowodzący sfingowanym napadem, SS-Sturmbahnführer Alfred Naujocks. Zwłoki zamordowanego przez esesmana Franciszka Honioka, którego uznać należy za pierwszą ofiarę właśnie się rozpoczynającej wojny, miały być w oczach dziennikarzy namacalnym dowodem dokonania przez Polaków aktu dywersji na terytorium niemieckim, co też miało usprawiedliwiać od dawna już przygotowany, poranny atak niemieckich sił zbrojnych na Polskę.
Ta, opisana nawet w znakomitej powieści „Pierwsza polka” autorstwa urodzonego w Gliwicach niemieckiego pisarza Horsta Bienka, prowokacja gliwicka, jest najbardziej znaną, spośród dwudziestu jeden tego rodzaju akcji zaaranżowanych przez hitlerowców w ostatnich dniach pokoju. W swoim porannym przemówieniu, wygłoszonym w Reichstagu 1 września 1939 roku - Adolf Hitler obwieścił światu wojnę III Rzeszy z Polską, przedstawiając zarazem podjęcie niemieckich działań militarnych jako skutek pasma polskich prowokacji. W swoim przemówieniu wyeksponował dokonanie napadu na radiostację gliwicką twierdząc, iż dokonali tego oficerowie Wojska Polskiego.

tsk24.pl
Fot.19.  Bombardier Stefan Nasiołkowski


. A tymczasem nad Wartą, od pierwszych godzin nocnych 1 września 1939 roku, na jednej z tych najbardziej wysuniętych na zachód polskich pozycji obronnych - mój stryj Stefan, wraz z innymi żołnierzami 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, oczekiwał na rozpoczęcie natarcia sił zbrojnych III Rzeszy. Bombardier Stefan Nasiołkowski, najstarszy syn mojego dziadka, służył w wojsku już od prawie dwóch lat, a więc należał do rocznika żołnierzy optymalnie wyszkolonych.
Po drugiej stronie granicy do zaatakowania pozycji 30. Poleskiej Dywizji Piechoty przygotowywały się jednostki wchodzące w skład dowodzonego przez generała artylerii Emila von Leeba - XI Korpusu Wehrmachtu, stanowiącego część VIII Armii, na czele której stał generał Johannes von Blaskowitz. Były to dwie dywizje: dowodzona przez generała porucznika Friedricha-Carla Cranza 18. Dywizja Piechoty oraz 19. Dolnosaksońska Dywizja Piechoty, podlegająca komendzie generała porucznika Günthera Schwantesa.
W tym samym czasie w Gdańsku, z pokładu zakotwiczonego w Nowym Porcie pancernika „Schleswig-Holstein” schodzili już na ląd przywiezieni z Kłajpedy żołnierze kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Ich zadaniem było zdobycie szturmem polskiej placówki na Westerplatte. Oczywiście zaplanowano, że natarcie kompanii szturmowej zostanie poprzedzone silnym i zaskakującym przygotowaniem artyleryjskim prowadzonym z dział „Schleswiga-Holsteina” zakotwiczonego naprzeciw polskiej placówki.

tsk24.pl
Fot.20. Wieluń zniszczony bombardowaniem w dniu 1 wrzesnia 1939 roku

tsk24.pl
Fot.21.  Zniszczony Wieluń

tsk24.pl
Fot.22. Wrzesień. 1939 r. Oddziały Wehrmachtu wkraczają do zbombardowanego Wielunia.

Nim wstał tamten, pierwszy wrześniowy świt 1939 roku, już o godzinie 4.00 niemieckie samoloty zbombardowały przygraniczny Wieluń. Pierwsze bomby spadły na miejscowy szpital p.w. Wszystkich Świętych. W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec. Cel został więc wybrany niezwykle starannie. Niemieckie samoloty z niskiego pułapu zrzucające bomby na wieluński szpital zostały nań naprowadzone przez niemieckiego szpiega o nazwisku Stuhle. Był on ponoć uczniem miejscowego gimnazjum. Aby realizować swe szpiegowskie zadania specjalnie przybył do Wielunia z Łodzi.
Zaatakowanie oznakowanego czerwonymi krzyżami budynku szpitala miało niewątpliwie na celu zniszczenie zaplecza medycznego, jakże przecież nieodzownego dla potrzeb każdej walczącej armii. W efekcie tamtego nalotu pod gruzami szpitala zginęło trzydzieści dwie osoby w tym dwudziestu sześciu jego pacjentów. Ofiar byłoby zapewne jeszcze więcej, gdyby nie to, że poprzedniego dnia pospiesznie wypisano ze szpitala większość lżej chorych. Jak to już wyżej zostało wspomniane, w przewidywaniu wybuchu wojny szpital najwyraźniej szykował wolne łóżka dla rannych żołnierzy. Tamten nalot przeprowadzony przez Luftwaffe z całkowitego zaskoczenia obrócił to przygraniczne miasto w gruzy i pociągnął za sobą około 1200 śmiertelnych ofiar spośród jego cywilnych mieszkańców oraz okolicznych chłopów, którzy tamtego poranka, jeszcze przed świtem przyjechali swoimi furmankami do Wielunia na cotygodniowy targ.

tsk24.pl
Fot. 23. Generał major Wolfram von Richthofen


Odnotować w tym miejscu należy, że liniowa jednostka Luftwaffe Kampfgeschwader 76. Immelmann, której bombowce nurkujące Ju-87 zwane sztukasami, zaatakowały barbarzyńsko przygraniczny, 15-tysięczny wówczas Wieluń, wchodziła w skład IV floty powietrznej Luftwaffe. Dowodził nią generał major Wolfram Freiherr von Richthofena. To ten sam człowiek, który 26 kwietnia 1937 roku wydał - dowodzonemu wówczas przez siebie Legionowi Condor - rozkaz starcia z powierzchni ziemi baskijskiego miasteczka Guernica.

tsk24.pl
Fot. 24. Major Tadeusz Kierst


W tym samym czasie, gdy na Wieluń spadały już niemieckie bomby; major Tadeusz Kierst dowóedca II Batalionem 84. Pułku Strzelców Poleskich otrzymał wiadomość od podporucznika Kazimierza Molteniego dowodzącego zwiadem kolarzy, że już o godzinie 3.45 wojska niemieckie przekroczyły granicę naszego państwa. Stało się to w miejscowości Praszka, skąd po wymianie ognia, ze swych stanowisk wyparta została przez Niemców polska straż graniczna. Ten przekaz odnoszący się do miejsca i czasu rozpoczęcia przez Niemców działań wojennych zawiera relacja spisana ręką majora Tadeusza Kiersta. Fakt ten znajduje swoje potwierdzenie także we wspomnieniach majora Stanisława Nikodemowicza, dowódcy I dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, w których pisze on o strzałach karabinowych słyszanych z kierunku granicy już o godzinie 3.40. Nie był to bynajmniej odosobniony incydent graniczny tego rodzaju. W obszarze granicznym obsadzonym siłami Armii „Łódź” odnotowano jeszcze co najmniej dwa tego rodzaju zdarzenia. Jak sądzę, ostrzelanie przez Niemców posterunków naszej straży granicznej na całą godzinę przed przystąpieniem do realizacji działań zaszyfrowanych kryptonimem „Fall Weiss” miało na celu wyparcie ze swych stanowisk polskiej straży granicznej - zapewne po to, by jednostki Wehrmachtu zgrupowane po drugiej stronie granicy i przygotowane już do jej przekroczenia - mogły uczynić to bez żadnych już przeszkód o zaplanowanej odgórnie godzinie 4.45. Na wieść o słyszanych od granicy strzałach major Stanisław Nikodemowicz udał się na dywizjonowy posterunek obserwacyjny i wydał rozkazy gotowości otwarcia ognia zaporowego w postaci dwóch ześrodkowań na przedpole miejscowości Parzymiechy, skąd spodziewać się należało natarcia broni pancernej nieprzyjaciela. Wyprowadzeniu ataku czołgów na tym odcinku sprzyjało bowiem wybitnie zadrzewienie wsi, rozciągające się na dość bliską odległość od stanowisk naszej piechoty. Na północnym odcinku granicy Rzeczypospolitej jednym z pierwszych celów militarnych niemieckiego dowództwa było opanowanie granicznych mostów w Tczewie. Jeden z nich obsługiwał ruch drogowy, drugi zaś kolejowy. Obydwa równolegle spinały wiślane brzegi. Nurt Wisły stanowił wówczas granicę pomiędzy Polską a terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Nie można zapominać, że Rzeszę od Prus Wschodnich oddzielało polskie Pomorze, zwane przez Niemców pogardliwie „polskim korytarzem”. Uchwycenie nienaruszonych mostów w Tczewie pozwalało nacierającym od zachodu z terytorium III Rzeszy jednostkom Wehrmachtu przejść przez Prusy Wschodnie i bez konieczności prowadzenia walk błyskawicznie wyjść na tyły polskich pozycji. Zarówno Niemcy, jak i Polacy doskonale rozumieli, jak ważne militarne znaczenie posiadają te mosty. Dlatego też, już w miesiącach letnich 1939 roku, przebrani za cywilnych robotników saperzy dowodzeni przez podporucznika Norberta Juchtmana zaminowali obydwa mosty, a niebawem zabezpieczono je także przed niespodziewanym wjazdem ze strony terytorium gdańskiego.
Zaś Niemcy, w ramach swych przygotowań do wojny - prowadzili oczywiście rozpoznanie mostów w Tczewie. Z tej to przyczyny, w sierpniu 1939 roku, wielokrotnie przejeżdżali przez te mosty zaopatrzeni w fałszywe paszporty dwaj niemieccy wojskowi; porucznik Bruno Dilley, dowódca stacjonującego w Elblągu klucza nurkujących bombowców Junkers 87, oraz pułkownik Karl Busick.

tsk24.pl
Fot. 25. Klucz zwanych sztukasami nurkujących bombowców Ju-87


tsk24.pl
Fot.26. Wysadzone mosty w Tczewie 1 września 1939

tsk24.pl
Fot. 27. Podporucznik Norbert Juchtman

Niemcy zaplanowali atak bombowców w sposób zsynchronizowany z wjazdem od strony Malborka rozkładowego pociągu, w którym mieli znajdować się ukryci żołnierze Wehrmachtu. Nim rozpoczął się ostrzał Westerplatte; 1 września o godzinie 4.34, dowodzone przez porucznika Bruno Dilleya, samoloty Luftwaffe zaatakowały pozycje polskich saperów. Niemieckie bomby spowodowały wprawdzie zerwanie kabli, które łączyły ładunki wybuchowe na mostach z pozycjami polskich saperów, ale za sprawą działań polskich kolejarzy z granicznej stacji Szymankowo - wjazd żołnierzy Wehrmachtu na most kolejowy się nie udał. Pociąg-zasadzka został skierowany na ślepy tor, zaś z polskich pozycji padły strzały. Uszkodzone kable niezwłocznie naprawiono. O godzinie 6.10 pierwsza detonacja zniszczyła przęsła mostów od strony Lisewa, zaś o godzinie 6.40 nastąpiła druga detonacja, niszcząca przęsła mostów od strony Tczewa. Saperzy dowodzeni przez pochodzącego z Pruszkowa podporucznika Norberta Juchtmana - wykonali swoje zadanie.
Odnotować należy, że podporucznik Norbert Juchtman poległ 22 września 1939 roku pod Łomiankami.
Niemieckie natarcie rozpoczynające wojnę przeciwko Polsce wyszło z rejonu pomiędzy dwoma śląskimi miastami, które dziś zwą się Kluczbork i Olesno, zaś wówczas nosiły niemieckie nazwy Kreuzburg i Rosenberg.

tsk24.pl
Fot. 28. Przekraczanie polskiej granicy 1 września 1939 r.

tsk24.pl
Fot.29. Wehrmacht przekracza granicę z Polską w dniu 1 września 1939 r.

tsk24.pl
Fot.30. Kolumna niemieckiej 18 dywizji piechoty przekracza polską granicę

tsk24.pl
Fot.31. Szpica niemieckiej 18 dywizji piechoty Wehrmachtu

W świetle powyższego ze wszech miar mylny jawi się być głęboko jednak w świadomości naszej zakorzeniony powszechny pogląd, że wojnę zapoczątkowała salwa oddana z dział pancernika „Schleswiga-Holsteina” w kierunku Westerplatte. Tak naprawdę, to w momencie oddawania pierwszej salwy z zakotwiczonego w Gdańsku pancernika, już od godziny trwała wojna rozpoczęta daleko nad Wartą. Zatem efektowne przygotowanie artyleryjskie kładące ogień na polską placówkę na Westerplatte posiadać może jedynie wymowę czysto symboliczną z powodu swej wręcz imponującej medialnej nośności.

tsk24.pl
Fot.32. Schleswig-Holstein Ostrzał Westerplatte

tsk24.pl
Fot.33. Szturm Westerplatte

tsk24.pl
Fot.34.  Płonące Westerplatte po nalocie stukasów 3 września 1939

tsk24.pl
Fot.35. Gdańsk Srebrzysko. Pochówek zołnierzy niemieckich poległych w ataku na Westerplatte

Właściwie trudno się temu nawet specjalnie dziwić. Cały świat bowiem doskonale wiedział, że roszczenia terytorialne wysuwane przez Hitlera pod adresem Polski odnosiły się między innymi także do likwidacji statusu Wolnego Miasta Gdańska. Tymczasem śpiewany ówcześnie przez Maurice’a Chevaliera (jakże chwytliwy) szlagier mówiący o tym, że Francuzi nie mają najmniejszego zamiaru umierać za jakiś tam Gdańsk, nie wiadomo nawet gdzie leżący — wywoływał nie lada zachwyt francuskich żołnierzy, obsadzających niezdobyte jeszcze wówczas, gdyż - jak do tej pory - przez nikogo nie szturmowane, fortyfikacje linii Maginota.
O godzinie 5.00, kiedy już od niecałych piętnastu minut pancernik „Schleswig - Holstein” w najlepsze prowadził ogień ze wszystkich swoich dział, atak dziesięciu Stukasów doszczętnie zniszczył bombami centrum Działoszyna, jakże przecież odległego od Gdańska, Westerplatte oraz francuskich umocnień. Przeprowadzony pół godziny później następny nalot powiększył rozmiary zniszczeń i wzniecił liczne pożary. Trzeci atak z powietrza wykonany kwadrans po godzinie dziewiątej, tym razem przez formację złożoną już z trzydziestu Stukasów, dokonał dzieła doszczętnego niemal zniszczenia całego tego przygranicznego miasteczka, które znajdowało się już w zasięgu działania wrogiej artylerii również wciąż ostrzeliwującej zadymiony i płonący Działoszyn. Trzykrotny atak niemieckich bombowców oraz ostrzał artyleryjski pociągnęły za sobą śmierć około 100 cywilów, w tym 70 mieszkańców Działoszyna, w przeważającej mierze należących do kręgów miejscowej biedoty żydowskiej.
Pomiędzy drugim i trzecim nalotem Luftwaffe na Działoszyn, dokonanym przez maszyny należące do 76. i 77. Stukageschwader, dokładnie zaś o godz. 7.00, w kierunku niemieckich pozycji wyruszyło jedenaście polskich tankietek wchodzących w skład 41. kompanii czołgów rozpoznawczych TK. Tą pancerną formacją dowodził kapitan Tadeusz Witanowski. Uzbrojeniem tankietki był jedynie wielkokalibrowy karabin maszynowy. Po godzinie tankietki powróciły ze swojego pierwszego rajdu bojowego i przedefilowały przed pozycjami drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Na pierwszym pojeździe zatknięto kij, na którym pancerniacy fantazyjnie zawiesili swoje wojenne trofeum - niemiecki płaszcz oficerski oraz hełm. Jest wielce prawdopodobne, że były to części umundurowania i ekwipunku poległego od salwy polskiej artylerii w Zimnej Wodzie podpułkownika Hoehne, dowódcy niemieckiego 73. pułku piechoty, którą to stratę skrupulatnie odnotował w swej książce generał Otto von Knobelsdorff. Niemiecki kronikarz otwarcie przyznaje, że śmierć podpułkownika Hoehne stała się pretekstem do rozstrzelania przez żołnierzy 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty - już pierwszego dnia wojny - 136 mieszkańców przygranicznej wsi Zimna Woda; w tym Antoniny Kęsik, położnicy trzymającej na ręku niemowlę urodzone ostatniego dnia pokoju,...

tsk24.pl
Fot. 36. Gdańsk Srebrzysko. Pogrzeb niemieckich zołnierzy poległych podczas szturmu Westerplatte.

tsk24.pl
Fot.37.  Przed spalonym domem w Zwoleniu

tsk24.pl
Fot.38. Wrzesień 1939 roku. Gdzieś w Polsce. Polskie dzieci i ich matka zabite przez lotnika Luftwaffe.

tsk24.pl
Fot. 39.  Rozstrzelani przez niemieckich zołnierzy 1 września 1939 roku, mieszkańcy polskiej ws Zimna Woda

Granicząc na wschodzie oraz zachodzie z dwoma państwami związanymi ze sobą sojuszem politycznym oraz wojskowym; Niemcy wybrały Polskę jako obiekt swojego pierwszego ataku militarnego, także i z tej przyczyny, że świadome były tego, iż w przypadku zaatakowania Francji; nasz kraj dotrzyma swoich sojuszniczych zobowiązań i rozpocznie zaczepne działania militarne na wschodnich granicach III Rzeszy. A to oznaczałoby dla III Rzeszy coś, czego się Niemcy obawiali się najbardziej. Konieczność prowadzenia wojny jednocześnie na dwóch frontach.
Adolf Hitler musiał wyciągnąć taki wniosek, chociażby - z niewątpliwie znanej Niemcom z ich źródeł wywiadowczych - złożonej jeszcze w roku 1934 Francuzom przez Józefa Piłsudskiego propozycji rozpoczęcia przeciwko Niemcom wojny prewencyjnej jako reakcji na wkroczenie Wehrmachtu do Nadrenii-Westfalii, czyli złamanie przez Niemcy niebywale istotnego postanowienia Traktatu Wersalskiego nakazującego demilitaryzację tej części niemieckiego terytorium. Francuzi pozostali wówczas głusi na tę niebywale ważną dla zachowania pokoju w Europie polską propozycję. Zaś w 1939 roku.... Maurice Chevalier śpiewał dla francuskich żołnierzy obsadzających Linię Maginota chwytliwy niebywale szlagier o tym, że żaden Francuz nie ma przecież ochoty umierać za jakiś tam Gdańsk... ani za Westerplatte czy też Polską Pocztę - w tymże Gdańsku...
Tego stanu rzeczy - Niemcy najwyraźniej także byli świadomi...

Piotr Jan Nasiołkowski



Fotografie ilustrujące artykuł pochodzą z internetu oraz zbiorów własnych autora. Wszystkie prawa zastrzeżone.

 
Napisz komentarz (34 Komentarzy)

Zabić Metza! Piotr Jan Nasiołkowski

 Było lato 1995 roku. Może nawet i sierpień. Nie pamiętam dokładnie. Wychodząc z pracy z Urzędu Miasta, na przystanku autobusowym, tuż obok pomnika generała Sikorskiego - spotkałem mojego przyjaciela. Nie był sam. Rozmawiał ze starszym, niskim mężczyzną przynależnym do pokolenia naszych rodziców. Podszedłem. Przywitałem się. Starszy pan pytał o matkę kolegi... W tym momencie podjechała jedynka. Starszy pan pożegnał się z nami pospiesznie i wsiadł do autobusu.
- Wiesz, kto to był? - zapytał kumpel.

Czytaj więcej: Zabić Metza! Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (8 Komentarzy)

Rocznica wybuchu całkiem innego powstania... Piotr Jan Nasiołkowski

Upamiętniając moment wybuchu Powstania Warszawskiego; każdego roku - w całej Polsce - zawodzą syreny... Nie inaczej było też wczoraj, 1 sierpnia - jak zawsze - w godzinie „W”, punktualnie o 17.00. Czy wszyscy w Polsce jednak wiedzą, że ten podniosły zwyczaj upamiętniającego uruchamiania syren - został przez nas przejęty od Izraela? W taki to właśnie sposób, w Dniu Pamięci o Holocauście - ocala się tam przed zapomnieniem hekatombę cierpienia jego ofiar. Przez dwie minuty wyją syreny... Na dwie minuty zamiera wszelki ruch...

Czytaj więcej: Rocznica wybuchu całkiem innego powstania... Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (20 Komentarzy)

Europejski sens umierania nad Wisłą-Rzecz o Powstaniu Warszawskim

Jan Pacek, przedwcześnie zmarły ojciec mojej matki - miał czterech braci i dwie siostry. Jeden spośród braci mojego dziadka, mianowicie Feliks Pacek, osiedlił się był swego czasu w Warszawie. Na swoje życie i utrzymanie rodziny zarabiał tam jako dorożkarz. Mieszkał ponoć gdzieś na Okęciu, czy też może raczej na Ochocie. Zginął w czasie Powstania Warszawskiego. Ale nie zdołałem ustalić, czy ten, zupełnie mi nieznany brat mojego dziadka, brał aktywny udział w tym wojennym zrywie mieszkańców stolicy i walczył w szeregach powstańców, czy też był raczej jedną z wielu bezimiennych cywilnych ofiar aktów nazistowskiego bestialstwa, które w tamtym czasie codziennie pożerało w Warszawie tysiące ludzkich istnień. Wszystko za sprawą powszechnie znanych, zbrodniczych działań sfor powypuszczanych z więzień i obozów koncentracyjnych różnej maści kryminalnych zwyrodnialców, z których hitlerowcy sformowali zbrodnicze jednostki wojskowe podlegające rozkazom wojennych zbrodniarzy - SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego i SS -Oberführera Oscara Dirlewangera.

Co by tu nie powiedzieć, anonimowa śmierć Feliksa Packa wpisała się w wojenne poświęcenie stołecznego miasta, które jako jedyne w czasie ostatniej wojny hitlerowcy musieli zdobywać dwukrotnie. Rozmyślając o tym wszystkim, nie sposób nie dojść do wniosku, że wybuch Powstania Warszawskiego o kilka miesięcy przedłużył czas trwania wojny. Albowiem, o paradoksie; na skutek heroicznego zrywu mieszkańców Warszawy punktem wyjściowym dla rozpoczęcia styczniowej ofensywy Armii Czerwonej stała się nie linia Odry, lecz linia Wisły. O słuszności tego poglądu przekonuje fakt sprawnego przeprowadzenia przez okupantów masowej ewakuacji niemieckiej ludności cywilnej z terenów Generalnej Guberni - już w lipcu 1944 roku. To wskazuje wszak jednoznacznie na to, że w tamtym czasie niemieckie władze okupacyjne liczyły się z mającym niebawem nastąpić wkroczeniem Armii Czerwonej na tę część polskiego terytorium, która rozciągała się po zachodniej stronie Wisły. Zatem, gdyby tak właśnie się stało, wówczas niechybnie to rzeka Odra stanowiłaby tę ostatnią naturalną barierę, na której pobity Wehrmacht usiłowałby podjąć próbę zatrzymania zwycięskiej armii Józefa Stalina, stojącej wszak już u wrót stolicy III Rzeszy.

Jeżeli w takim razie, przesunęlibyśmy we wcześniejsze miesiące zimowe okres, jaki upłynął od momentu sforsowania Odry przez Armię Czerwoną do chwili podpisania bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, to Adolf Hitler - niewątpliwie - nie zdołałby dożyć swoich pięćdziesiątych szóstych urodzin. W takim bowiem wypadku, Rosjanie zdobyliby Berlin jeszcze przed końcem stycznia 1945 roku. A więc jest poza wszelką dyskusją, że ta hipotetyczna data zdobycia Berlina przez Armię Czerwoną musiałaby wyprzedzić rzeczywistą datę rozpoczęcia Konferencji Jałtańskiej. Wielce zatem jest wątpliwe, by w takiej sytuacji w ogóle doszło do tejże konferencji odbytej w pałacu księcia Jusupowa, zabójcy niejakiego Grigorija Rasputina, nazywanego - przez co poniektórych - carem bez korony.

Na skutek postępów militarnych Armii Czerwonej pozycja polityczna Józefa Stalina umocniłaby się w takim przypadku do tego stopnia, że nie musiałby się on już teraz liczyć absolutnie z nikim i niczym. Nie musiałby zatem zachowywać chociażby pozorów przyzwoitości, co wszak w lutym 1945 roku było przecież jedyną przyczyną zaaranżowania na Krymie spotkania sowieckiego dyktatora z brytyjskim premierem Churchillem i amerykańskim prezydentem Rooseveltem.

Natomiast przy zaistnieniu innej zgoła sytuacji, znaczonej pozycjami wojsk zachodnich aliantów na przedpolu Ardenów oraz zdobyciem w tym samym czasie przez Armię Czerwoną Berlina - zwoływanie konferencji Wielkiej Trójki nie miałoby dla Stalina już żadnego sensu. Tego rodzaju działanie stałoby bowiem jedynie na przeszkodzie realizacji imperialnych ambicji znacznej części sowieckiej generalicji, w tym także samego marszałka Koniewa. Trzeba bowiem wiedzieć, że wśród sowieckich generałów niebywale popularny był pomysł wykorzystania wojny prowadzonej właśnie wtedy przeciwko III Rzeszy do marszu Armii Czerwonej na zachód Europy. I to tak daleko, jak tylko będzie można. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać o tym, że oczywistą konsekwencją tego rodzaju działania militarnego, przy jednoczesnym braku politycznych ustaleń końcowych Konferencji Jałtańskiej, byłoby niewątpliwie zajęcie przez Armię Czerwoną - Belgii, Holandii, Luksemburga, Danii, Norwegii i Finlandii. Ostatecznym rezultatem tego długiego marszu sowieckiej armii byłyby oczywiście niebywale brzemienne, długofalowe skutki natury politycznej. Rozumieć przez to należy nieuniknione wciągnięcie wymienionych powyżej krajów w orbitę powojennych wpływów ZSRR. Doprawdy, wizja przerażająca... Z tego wniosek prosty, że po upływie dziesięciu lat okupacji Sowieci bynajmniej nie dochowaliby swojego zobowiązania wycofania się z Austrii, bo do niczego takiego nie byliby zobligowani postanowieniami końcowymi traktatów, gdyż te nie zostałyby wszak zawarte. Nie doszłoby też do powstania dwóch państw niemieckich. Jest bowiem oczywiste, że Józef Stalin powołałby do istnienia jedynie Niemiecką Republikę Demokratyczną. To właśnie na jej terytorium leżałby po wojnie niepodzielony Berlin, a także Frankfurt, Kolonia, Hamburg, Brema, Stuttgart i Monachium. Tego rodzaju działaniom Sowietów towarzyszyłaby oczywiście jazgotliwa propaganda operująca chwytliwą niebywale argumentacją o podjęciu przez narody europejskie zgodnych działań ukierunkowanych na zapewnienie starej Europie wiekuistego pokoju, którego wszak uprzednio nie zdołała obronić wielce nieudolna stworzona niegdyś przez kapitalistów Liga Narodów. I ani słowa o tym, że działania te byłyby podejmowane w warunkach sowieckiego zhegemonizowania europejskich narodów, do cna przecież wówczas wymęczonych, wieloletnią wojną przeciwko hitleryzmowi. Ustanowiony w ten sposób europejski pax sovietica byłby oczywiście niebywale sprzyjający dla inspirowania wymierzonych przeciwko demokracji destrukcyjnych działań podejmowanych we Francji i Włoszech przez silne i niebywale aktywnie działające w tych krajach promoskiewskie partie komunistyczne. Dodajmy, że spośród wszystkich partii komunistycznych działających w Europie Zachodniej właśnie te dwie były najsilniejszymi. Oczywiste jest, że działania te musiałyby po jakimś czasie zaowocować wciągnięciem w orbitę wpływów Kremla również Francji i Włoch. Plany, których nie udało się bolszewikom zrealizować wcześniej, czyli już w 1920 roku, miały teraz, tj. w 1944 roku, zdecydowanie więcej szans na ich urzeczywistnienie. Bo i klimat dla Sowietów bardziej był teraz korzystny. Eksport sowieckiej ideologii znajdował bowiem naturalny niejako kamuflaż i legitymację we wkładzie Armii Czerwonej w dzieło pokonania zbrodniczego państwa, jakim wszak była III Rzesza. Czymże bowiem, jak nie częściową realizacją tego planu było stworzenie przez Sowietów w powojennej Europie bloku satelickich państw odgrodzonych od reszty świata tzw. Żelazną Kurtyną?

Józef Stalin oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na drodze urzeczywistnienia jego imperialnych ambicji stoi organizacja całego Polskiego Państwa Podziemnego, podległego przecież polskiemu rządowi emigracyjnemu w Londynie. W miarę więc zbliżania się Armii Czerwonej do linii Wisły, radiowa propaganda sowiecka coraz to intensywniej nawoływała Polaków do zbrojnego wystąpienia przeciwko Niemcom. Nie obeszło się bez obietnic udzielenia zbrojnej pomocy, której tak naprawdę Sowieci powstańcom udzielić oczywiście nie zamierzali. Działania te były najwyraźniej obliczone na uwikłanie Niemców w walki z polskimi powstańcami i tym samym ułatwienie militarnego pokonania Wehrmachtu przez Armię Czerwoną, co oczywiście nastąpić by miało już po zakończeniu krwawej rozprawy Niemców z Polakami. A więc już po wyeliminowaniu rękami hitlerowców siły politycznej, stojącej na przeszkodzie realizacji planów Józefa Stalina. Mówię tu jedynie o sile politycznej, gdyż jest oczywiste, że Armia Krajowa podlegająca rządowi Rzeczypospolitej Polskiej w Londynie nie posiadała aż takiego militarnego potencjału, który pozwoliłby jej na skuteczną konfrontację z Armią Czerwoną, czy też chociażby ze znajdującymi się już w odwrocie siłami zbrojnymi III Rzeszy. Tak więc jest oczywiste, że w interesie Józefa Stalina leżało jak najszybsze i jak najbardziej krwawe stłumienie Powstania Warszawskiego. Stąd właśnie początkowa odmowa udzielenia jakiejkolwiek pomocy walczącej Warszawie. W tym też tkwi przyczyna wydania żołnierzom Armii Czerwonej rozkazu strzelania w plecy polskim żołnierzom z dywizji im. Romualda Traugutta, którzy usiłowali forsować Wisłę, by wbrew wszelkim rozkazom sowieckiego dowództwa - iść na pomoc warszawskim powstańcom. Sowiecki dyktator oczywiście doskonale rozumiał, że powstańcy, walcząc zbrojnie przeciwko hitlerowcom, wyrażali zarazem swój polityczny sprzeciw wobec nadciągającego ze Wschodu sowieckiego niby-wyzwolenia.

Jednakże całkiem nieoczekiwanie dla sowieckich strategów militarnych i wojskowych; ta pożądana wielce przez nich rozprawa Niemców z kiepsko uzbrojonymi powstańcami warszawskimi trwała nie kilka dni, lecz ponad dwa miesiące. W sumie aż sześćdziesiąt trzy dni. Znaczy się znacznie dłużej niż obrona naszej stolicy we wrześniu 1939 roku. Tym to sposobem spaliły na panewce polityczne rachuby Sowietów posłużenia się Niemcami dla oczyszczenia sobie przedpola z tych, którzy siłą rzeczy pozostawali w opozycji do właśnie dopiero co utworzonego przez Wandę Wasilewską w Moskwie, marionetkowego PKWN-u, zainstalowanego przez Sowietów w Lublinie.

Wygląda więc na to, że ci krnąbrni i nieobliczalni Polacy, wywołując Powstanie Warszawskie, tym to właśnie sposobem nieopatrznie stanęli na przeszkodzie realizacji planów ustanowienia w Europie powojennego wielkomocarstwowego sowieckiego porządku. Ta właśnie okoliczność tłumaczy trwające przez dziesięciolecia próby zakorzenienia w polskiej świadomości narodowej przekonania o bezsensowności powstańczego zrywu mieszkańców Warszawy, a także dyskredytowanie dowództwa Armii Krajowej, które starano się obarczyć odpowiedzialnością za dokonane przez hitlerowców unicestwienie miasta i śmierć około 200 000 jego mieszkańców. Nie do zakwestionowania jest, że etos Powstania Warszawskiego znalazł swe, należne mu miejsce, w powojennej polskiej mentalności, co oczywiście nieznośnie uwierało rządzących naszym krajem kremlowskich wasali. W tym też należy upatrywać przyczyn niebywałej wprost uporczywości, z jaką to - w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – rozpowszechniano, po tysiąckroć wyświechtane, slogany o bezcelowych ofiarach i bezsensownej zagładzie polskiej stolicy. Miało to być skutkiem braku wojskowych umiejętności oraz poczucia odpowiedzialności dowódców Armii Krajowej podległej nieuznawanemu przez Sowietów rządowi londyńskiemu. Oczywiście, skuteczności propagowania tej argumentacji służyło także niebywale sugestywne ilustrowanie jej obrazami powstańczych mogił rozsianych niby archipelagi przez nikogo niepoliczonych wysepek rzuconych w bezmiar oceanu warszawskich ruin. Te obrazy miały nas wszystkich ostatecznie przekonać o tym, że wszelka walka o wolność jest, zwyczajnie - nieopłacalna. Tym to sposobem przez całe dziesięciolecia dla osiągnięcia pożądanych celów politycznych starano się stworzyć świadomość historyczną mas - bazującą na celowo propagowanej, historycznej antywiedzy.

Niestety tylko nieliczni zadawali sobie trud zastanawiania się nad perfidną istotą celowości tego rodzaju poczynań propagandowych. A przecież wystarczyło jedynie zadać sobie nieco trudu prowadzącego do udzielenia odpowiedzi na stosunkowo proste pytanie: z czyjej to właśnie woli lansowano tego rodzaju pseudo-historyczne oceny zrywu mieszkańców Warszawy? Nie dla wszystkich więc było czytelne, że te poglądy i osądy pełne oburzenia i potępienia były tworzone i rozpowszechniane akurat z woli i nakazu tych, którym wybuch Powstania Warszawskiego skutecznie pokrzyżował urzeczywistnienie zamiarów powojennego ustanowienia europejskiego pax sovietica. A przecież powinno dla wszystkich być oczywiste, że realizacja - w samej już końcówce wojny - tego przedstawionego wyżej czarnego scenariusza uczyniłoby panowanie sowieckiej potęgi na tyle trwałym, iż mogłoby to przesunąć rozpad kremlowskiego imperium o czas bliżej nieokreślony. Czas, który niewątpliwie byłby przez wschodnich władców wykorzystywany na bezkarne ogłupianie prymitywną ideologią zniewolenia - następnych pokoleń swoich poddanych. A więc ponad wszelką wątpliwość, byłby to czas kształtowania nowych bezmyślnych generacji mieszkańców Europy.

Sądzę zatem, że w pełni uzasadniony jest pogląd, iż realizacji tego czarnego dla Europy scenariusza skutecznie zapobiegł właśnie wybuch Powstania Warszawskiego, które ponad wszelką wątpliwość; militarnie było wprawdzie wymierzone przeciwko III Rzeszy, lecz zarazem godziło w imperialne interesy sowieckiej polityki. Zatem znaczenie Powstania Warszawskiego można i wręcz trzeba rozpatrywać również w kategoriach historycznego imperatywu jednoczesnego zwrócenia się mieszkańców Warszawy przeciwko obydwu agresorom, których wspólne - polityczne i militarne działania - spowodowały wrześniowy upadek II Rzeczypospolitej. A więc hekatombę ofiar Warszawy postrzegać należy także jako - przez nikogo w tamtym czasie - wprawdzie nie przewidziany, lecz fundamentalny polski wkład w późniejsze przemiany polityczne mające zajść w Europie Wschodniej, zapoczątkowane również przez Polaków w sierpniu 1980 roku, który przecież nie był niczym innym, jak tylko uwerturą do pamiętnej Jesieni Narodów’89. To przecież tamte wydarzenia spowodowały ostateczny rozkład i upadek imperium sowieckiego, a nastąpiło to w czterdzieści pięć lat po stłumieniu Powstania Warszawskiego przez hitlerowców.

Jawi się być niebywale gorzkim paradoksem historyczna ocena, że wybuch Powstania Warszawskiego skutkował przedłużenie działań wojennych w Europie o kilka miesięcy, co wprost oznaczać musiało zwiększenie strat po obydwu walczących ze sobą stronach. Także strat wśród niemieckich cywilów narażonych na skutki prowadzonej przez aliantów powietrznej wojny przeciwko III Rzeszy. Śmiało można zaryzykować pogląd, że gdyby nie było Powstania Warszawskiego i unicestwienia naszej stolicy - nie byłoby także hekatomby Drezna zrównanego z ziemią przez alianckie samoloty w lutym 1945 roku. Taką więc była, ta niebywale wysoka cena zapłacona - jakby nie patrzeć - przez Europę za uchronienie jej zachodniej części przed sowiecką hegemonią.

Zatem wielotysięcznie powielaną śmierć mieszkańców Warszawy, takich właśnie jak Feliks Pacek, czyli stryj mojej matki, postrzegać należy jako część ceny zapłaconej przez nasz naród za urzeczywistnienie swych dążeń do niepodległości, a zarazem też jako bezwiedny wkład w przyszłe przemiany mające zajść na kontynencie europejskim. Nie do zakwestionowania jest pogląd, że dużą (jeżeli nie największą) częścią tej ceny było zburzenie do cna naszej stolicy oraz śmierć dwustu tysięcy jej mieszkańców. W tym miejscu powiedzieć trzeba, że w przeciągu dwóch miesięcy walk z powstańcami – zginęło w sumie około dwóch tysięcy żołnierzy niemieckich oraz tych, pozostających w służbie okupantów - sowieckich renegatów z R.O.A.

Dokonując ocen wszelkich okoliczności odnoszących się do Powstania Warszawskiego, nie sposób jest oprzeć się pokusie dokonania komparatystyki z wybuchem i przebiegiem powstania w Paryżu, które wybuchło nieco później niż to w Warszawie. Paryżanie chwycili za broń 19 sierpnia 1944 roku, gdy wojska amerykańskie podeszły do stolicy Francji na odległość zaledwie 20 kilometrów.

Wybuch Powstania Warszawskiego - siłą rzeczy - nie mógł być uzgodniony politycznie ani militarnie ze stroną sowiecką. Zgoła inaczej sprawy miały się z Powstaniem Paryskim, którego wszczęcie - jak najbardziej - mogło być z Amerykanami uzgodnione, ale także nie było. Nie bez znaczenia dla tego stanu rzeczy wydaje się być fakt, że dominującą siłą polityczną inspirującą wybuch powstania w Paryżu byli właśnie francuscy komuniści współpracujący jednak z konspiracją Wolnych Francuzów podlegających zwierzchnictwu generała Charles'a de Gaulle'a

Amerykańskie plany militarne zakładały ominięcie Paryża i wyzwolenie go - gdzieś tak - w połowie października 1944 roku, a może nawet dopiero w momencie bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy. Albowiem z militarnego punktu widzenia; priorytetowym celem dla Amerykanów było dotarcie do Zagłębia Ruhry i opanowanie tego zaplecza przemysłowego, jakże ważnego dla zdolności Niemców do dalszego prowadzenia wojny. Tymczasem wybuch powstania w Paryżu postawił Sprzymierzonych w nowej sytuacji militarnej. Cztery dni po wybuchu powstania; 23 sierpnia 1944 roku dowodzona przez generała Philippe Marie Leclerc'a 2. Dywizja Pancerna Wolnych Francuzów znajdowała się wówczas w odległości zaledwie około 35 kilometrów na południowy-zachód od Paryża. W związku z tą sytuacją, generał Charles de Gaulle podjął próbę interwencji u głównodowodzącego siłami alianckimi – generała Dwight'a Eisenhowera, co jednak nie przyniosło pożądanego skutku. Dopiero pojawienie się delegacji wysłanej przez powstańców spowodowało zmianę amerykańskiego stanowiska i generał Omar Bradley wydał następnego dnia dowodzącemu 2. Dywizją Pancerną generałowi Leclerc'owi rozkaz wymarszu do Paryża. Rankiem 24 sierpnia - podzielona na trzy kolumny - 2. Dywizja Pancerna, wyruszyła na odsiecz paryskim powstańcom. Po forsownym marszu w strugach deszczu po rozmiękłych drogach - wieczorem, około godziny 21.00, trzy Shermany z 501. pułku i kilka transporterów opancerzonych 9. kompanii dowodzonej przez kapitana Dronne wkroczyło do Paryża od strony XIV Dzielnicy. Po przekroczeniu Sekwany przez most Austerlitz – czołgi i transportery opancerzone, około północy, zajechały pod paryski ratusz, który od kwatery głównej niemieckiego komendanta miasta, generała Dietricha von Choltitza dzieliło już tylko kilkaset metrów. Po raz pierwszy od czterech ponad lat; z radiowych głośników popłynęły dźwięki Marsylianki. Następnego dnia; do Paryża wkroczyła reszta 2.Dywizji Pancernej. Jej żołnierze, wspólnie z powstańcami, likwidowali kolejno niemieckie punkty oporu. Koło południa do walczących Francuzów dołączyli żołnierze amerykańscy. O godzinie 19.00 walki ustały. Niemcy w mieście skapitulowali, co oznaczało, że Paryż był wolny! Wyzwolony przez Wolnych Francuzów!

Niemiecki komendant Paryża, generał Dietrich von Choltitz został wzięty do niewoli, zaś hitlerowcy skazali go niebawem per absentia na karę śmierci za poddanie miasta i niewykonanie rozkazu wysadzenia w powietrze najcenniejszych paryskich zabytków.

Opisane powyżej działania należy porównać z sowiecką reakcją , gdy na wieść o wybuchu Powstania warszawskiego – w dniu 5 sierpnia 1944 roku, Józef Stalin wydał rozkaz wstrzymania działań ofensywnych Armii Czerwonej, pomimo udanego sforsowania Wisły w rejonie Otwocka. Do tego dochodzi jeszcze odmowa udzielenia przez Stalina zgody na lądowanie na obszarze zajętym przez Armię Czerwoną, brytyjskich oraz amerykańskich samolotów startujących z zaopatrzeniem dla powstańców z Włoch, dokładnie zaś mówiąc z lotniska w Brindisi. Zgody na takie lądowania Stalin wprawdzie udzielił, ale dopiero wtedy, gdy powstanie już konało. Wtedy też sowieckie samoloty wykonały nad warszawą kilka symbolicznych zrzutów, co najwyraźniej miało jedynie wymiar propagandowy. Także podjęte 19 i 20 września 1944 roku przez żołnierzy I Armii Wojska Polskiego operacje desantowe na Czerniakowie były całkowicie spóźnione - i jako takie - nie były już w stanie uratować gasnącego już Powstania. Jedynym ich skutkiem był niczemu już nie służący przelew krwi polskich żołnierzy. Dość powiedzieć, że spośród 873 polskich żołnierzy, którzy zdołali się przeprawić przez Wisłę – w walkach na przyczółku uchwyconym w rejonie ulicy Solec poległo ich aż 485. Straty poniesione przez 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta sprawiły, że jej dowódca, generał brygady Stanisław Galicki - załamał się psychicznie i złożył dowodzenie jednostką. Inną konsekwencją udziału polskich żołnierzy w niesieniu pomocy powstańcom było odwołanie osobistym rozkazem Józefa Stalina z 30 września 1944 roku generała Zygmunta Berlinga ze stanowiska dowódcy I Armii Wojska Polskiego i zastąpienie go - wprawdzie w pierwszym pokoleniu, ale niemniej -Rosjaninem, generałem Stanisławem Popławskim.

Więc wkroczenie 17 stycznia 1945 roku przez walczących - tym razem - u boku Armii Czerwonej, polskich żołnierzy I Armii WP w ruiny Warszawy usłane powstańczymi mogiłami - jakże gorzki musiało mieć posmak. Jakże bardzo dalekim był nastrój tych to żołnierzy od radości, jaka stała się udziałem Paryżan 25 sierpnia 1944 roku...

Pisząc o Powstaniu Warszawskim nie można zapomnieć o stracie, jaką polska kultura poniosła z racji tego, iż w powstaniu poległo dwóch młodych wspaniale się zapowiadających poetów. Najpierw; 4 sierpnia 1944 roku, zginął na Placu Teatralnym - trafiony w głowę kulą snajpera - Krzysztof Kamil Baczyński. Zastanawiałem się nie raz, kim też mógł być w cywilu ten snajper? Pomocnikiem wiedeńskiego producenta wątrobianki? A może był parobkiem obrządzającym krowy w majątku wschodniopruskiego junkra? Przez kogoś to właśnie takiego - w tym kalekim czasie - wystrzelona kula, trafiła w głowę, która zrodziła wizję białych czaszek, toczących się poprzez płonące łąki krwi...
Dwanaście dni po śmierci polskiego poety-powstańca z żydowskim rodowodem, czyli Krzysztofa Kamila Baczyńskiego; na ulicy Przejazd - niemieccy saperzy wysadzili zajętą przez powstańców kamienicę. Pod jej gruzami zginął inny poeta; Tadeusz Gajcy. Nim wybuchła wojna, pobierał nauki w elitarnym Gimnazjum Ojców Marianów. Siedział wówczas w jednej szkolnej ławce z Wojciechem Jaruzelskim. Obydwaj byli najlepszymi uczniami w swojej klasie. Matka Tadeusza Gajcego, poległego poety-powstańca była położną. W powojennym już czasie odbierała poród - niewątpliwie - tych najbardziej znanych polskich bliźniaków. Tych właśnie, co to, jak tylko nieco podrośli; od razu spróbowali... ukraść księżyc!

Dawno już temu, bo jeszcze w moich licealnych czasach, spotkałem się poglądem, że śmierć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego jest dla polskiej kultury stratą tej miary, jaką byłaby śmierć Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego w Powstaniu Listopadowym.

Podsumowując te wieloaspektowe rozważania o historycznym sensie Powstania Warszawskiego, nie sposób uniknąć wrażenia, że jako naród dwukrotnie zdołaliśmy pokrzyżować kremlowskie plany ideologicznej ekspansji totalitaryzmu mającego stanowić instrument zniewolenia narodów Europy. Gwoli przypomnienia: po raz pierwszy zdarzyło się to wówczas, gdy w roku 1920 wojska naszego, dopiero co odrodzonego Państwa - zatrzymały Armię Czerwoną na przedpolach Warszawy, a potem w roku 1944 dokonała tego samego garstka powstańców warszawskich. A jak wcześniej zostało to już zauważone; w roku 1944 ówczesne uwarunkowania militarno-polityczne zdecydowanie bardziej sprzyjały eksportowi sowieckiej ideologii, niźli miało to miejsce w czasie znaczonym wojną polsko-sowiecką lat 1919–1920.

Gorzką ironią dziejów jest to, że za tym drugim razem nie udało nam się jednak ocalić naszego własnego suwerennego bytu. Tym to sposobem warszawscy powstańcy, podejmując walkę w imię tradycyjnego polskiego hasła; „Za wolność naszą i waszą” - stali się kolejną, w naszej historii, generacją Polaków, która chwyciwszy za broń, zdołała znów wywalczyć wolność, ale niestety; znów nie naszą własną, a jedynie cudzą. Nasza własna, ta upragniona wolność - miała u nas zagościć dopiero po prawie półwieczu. Ta wolność przyszła do nas chyba tylko z tej przyczyny, że na skutek wybuchu Powstania Warszawskiego, mogła się przechować tam, dokąd nie zdołała dojść Armia Czerwona. Właśnie dzięki temu - wolne, obywatelskie społeczeństwa przetrwały na zachodzie Europy przez całe dziesięciolecia trwania tzw. Zimnej Wojny.

Zatem, jakby nie patrzeć; zawsze to jest lepiej, gdy wolnością cieszy się jakakolwiek nacja, niż gdyby żaden naród miał jej nigdy nie doświadczać.

Wyznając jednakże ten pogląd, nie powinniśmy oczywiście zapominać o tym, że historia i polityka są damami zupełnie nie znającymi pojęcia „wdzięczność”. Więc nie łudźmy się naiwną nadzieją, że za te nasze polskie. bohaterskie zrywy i poniesione ofiary - ktokolwiek nam się kiedykolwiek odwdzięczy. Bo przecież nigdy nie należy liczyć na wdzięczność swoich dłużników!

Tę maksymę zapisano wszak już w Talmudzie. Zatem na długo przed przyjęciem chrztu przez Mieszka I, księcia zamieszkującego w okolicach jeziora Gopło - niebywale okrutnego, słowiańskiego plemienia Polan...

Wprost nie do uwierzenia; ale z tej samej okolicy - skąd Mieszko i Polanie - przodków się wywodzących, posiadał również pupilek Adolfa Hitlera; sławetny SS-Obersturmbahnführer Otto Skorzeny...


tsk24.pl

Piotr Nasiołkowski



tsk24.pl

Powstanie W - barykada



tsk24.pl

Powstanie W. dwaj powstańcy z Visem



tsk24.pl

Powstanie W. dwaj powstańcy



tsk24.pl

Powstanie W. powstaniec w niem. hełmie



tsk24.pl

Powstanie W. sanitariuszka



tsk24.pl

SS-Brigadeffuhrer Bronisław Kamiński - twarz zbrodniarza



tsk24.pl

SS-Oberfuhrer Oscar Dirlewanger - twarz zbrodniarza



tsk24.pl

SS-Obergruppenfuhrer Erich von dem Bach-Zelewski - twarz zbrodniarza


Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (22 Komentarzy)

Zapiski z Dziennika Operacyjnego polskiego dywizjonu

Zestawiając treść - dotyczących mojego krewniaka - zapisów zawartych w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego z innymi dokumentami, stwierdzić muszę, że istnieją pewne rozbieżności pomiędzy informacjami zawartymi w tymże Dzienniku, a tymi, które nam przekazuje - chociażby - wniosek o odznaczenie kaprala Zygmunta Sasala Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
Przykładowo; we wniosku tym zostało podane, że 24 kwietnia 1942 roku wuj Zygmunt brał udział w nalocie na Bremę, zaś Dziennik Operacyjny wyraźnie dokumentuje jego udział - w tym dniu, a raczej tej nocy - w operacji bombardowania Rostocku, co potwierdza także dokumentacja fotograficzna.
Z zapisów Dziennika Operacyjnego wynika również, iż kapral Zygmunt Sasal nie brał udziału w lotach bojowych jedynie w okresie zamykającym się pomiędzy 24 kwietnia, a 18 maja 1942 roku. Zaś wniosek o nadanie wujowi Zygmuntowi Krzyża Orderu Wojennego Virtuti Militarii wskazuje na przerwę  w lotach trwającą aż dwa miesiące. To kolejna, trudna do wyjaśnienia sprzeczność. Dążąc do jej rozwikłania - trzeba wszak mieć na uwadze cel dyslokacji 304. Dywizjonu Bombowego na wyspę Tiree, co było oczywistą przeszkodą uniemożliwiającą - w tamtym czasie - udział dywizjonu w jakichkolwiek misjach bojowych.
Niesporne natomiast jest, że akurat w tym czasie, gdy - na szkockiej wysepce Tiree - personel latający 304. Dywizjonu Bombowego odbywał szkolenie w zakresie umiejętności wykonywania zadań lotnictwa morskiego - wuj Zygmunt otrzymał awans na stopień kaprala, a także powtórnie został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Fakt ten został obwieszczony w treści rozkazu dziennego nr 136 wydanego 23 maja 1942 roku przez majora Stanisława Poziomka, ówczesnego dowódcę 304. Dywizjonu Bombowego.
 

tsk24.pl

Fot.1. Barak z blachy falistej zwany beczką śmiechu. Miejsce zakwaterowania na lotnisku

 
Analiza chronologii wydarzeń zdaje się jednoznacznie wskazywać na to, że przyczyną powtórnego odznaczenia wuja Zygmunta Krzyżem Walecznych musiało być zwycięskie starcie z niemieckim nocnym myśliwcem podczas powrotu znad Rostocku. Zauważyć przy tym należy, że po tamtym nalocie na Rostock swój następny lot bojowy wuj Zygmunt odbył (według zapisów Dziennika Operacyjnego) dopiero 18 maja 1942 roku, co jednak nie jawi się być możliwe, gdyż w tej dacie 304. dywizjon odbywał szkolenie na wyspie Tiree. Jakby nie patrzeć; przyczyną tej długiej - prawdopodobnie dwumiesięcznej – przerwy, nie była bynajmniej konieczność leczenia jakichś ran odniesionych podczas wykonywania lotów bojowych. Zapis w Dzienniku Operacyjnym  304. Dywizjonu Bombowego nic bowiem nie wspomina o tym, żeby którykolwiek z członków załogi tamtego Wellingtona odniósł owej nocy jakiekolwiek obrażenia. Zatem jest oczywiste, że jakimś cudem nie odniósł ich także tylny strzelec, którego wieżyczka została zniszczona dość skutecznym ogniem zestrzelonego jednak przez wuja wrogiego myśliwca. Sporządzony15 października 1942 roku wniosek o nadanie wujowi Zygmuntowi Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari, także - w sposób jednoznaczny - wskazuje na to, że kapral Zygmunt Sasal nigdy nie został ranny podczas swojego udziału w akcjach bojowych. Więc ta dłuższa przerwa wuja Zygmunta w działaniach bojowych dywizjonu zdaje się wskazywać raczej na to, że po tamtym nalocie na Rostock - wówczas jeszcze - starszy szeregowy Zygmunt Sasal został nagrodzony dłuższym urlopem pozwalającym mu na zatarcie stresującego wspomnienia o trafiających w jego strzelecką wieżyczkę seriach  z broni maszynowej Messerschmitta 110. A potem przerwa w bojowym lataniu przedłużyła się jeszcze za sprawą odlotu dywizjonu na wyspę Tiree…
 

tsk24.pl

Fot. 2. Personel latający 304. Dywizjonu w komplecie
 

tsk24.pl
Fot. 3. Zgrywanie załóg. Najniższy w pilotce – kapral Zygmunt Sasal

 

tsk24.pl

Fot. 4.  Na trawie lotniska

 
Startując ze swojej nowej bazy, jaką teraz było dla 304. dywizjonu położone południowo-zachodniej Walii lotnisko RAF-u w Dale, polskie Wellingtony działały teraz w ramach dziewiętnastej grupy Coastal Command. Brały więc udział w nocnych operacjach bombardowania Brestu, La Rochelle, Bordeaux, Cherbourga, czy też doków portu La Pallice. Lecz głównym zadaniem przydzielonym 304. Dywizjonu Bombowego było teraz przeszkadzanie U-bootom w wychodzeniu na otwarty Atlantyk z ich baz umiejscowionych we francuskich portach na wybrzeżu Zatoki Biskajskiej.
 

 

tsk24.pl

Fot. 5. Nalot nocny na port w Breście

 

tsk24.pl

Fot. 6. Ogień niemieckiej artylerii przeciwlotniczej

 

tsk24.pl

Fot.7.  Port w Breście podczas nalotu

 
Dlatego też właśnie wyposażone w pokładowe urządzenia radarowe, samoloty brytyjskiego Coastal Command, dźwigając w swych komorach bombowych ładunki bomb głębinowych - jakże zabójcze dla nieprzyjacielskich łodzi podwodnych - pracowicie przemierzały bezkres nieba rozciągającego się nad wodami Zatoki Biskajskiej, wystarczająco niespokojnymi nawet w czasie pokoju. Stałe zagrożenie atakiem z powietrza służyło uniemożliwieniu niemieckim U-bootom opuszczania swoich baz w sposób inny, niż  w zanurzeniu. Zaś ta wymuszona konieczność płynięcia pod wodą - już w pierwszej fazie, rozpoczynanej właśnie misji bojowej - w znaczny sposób ograniczała zarówno czas, jak i zasięg działania łodzi podwodnej. Zatem w istotny sposób opóźniała także jej dotarcie do przeznaczonego rejonu działania na Atlantyku.
Dwudziestego piątego czerwca 1942 roku, siedem Wellingtonów 304. dywizjonu wzięło udział w nalocie na Bremę. Także wuj Zygmunt brał udział w tej akcji, wchodząc w skład załogi samolotu oznakowanego numerem taktycznym 836. Do ataku na to północnoniemieckie portowe miasto samoloty wystartowały prawie jednocześnie. Wszystkie około godziny 22.55. Z powodu nisko zalegających chmur, maszyna wuja Zygmunta zaatakowała cel ze stosunkowo niskiego pułapu, tzn. luki komór bombowych zostały otwarte o godzinie 1.20, na wysokości zaledwie 1800 metrów. Sześć pięćsetfuntowych bomb spadło gdzieś w okolicach Bremy. Gęsto zachmurzone niebo skutecznie uniemożliwiało obserwację skutków tamtego nalotu.
Niestety, nie dla wszystkich maszyn 304. dywizjonu akcja ta miała szczęśliwe zakończenie. Już po wykonaniu zadania oznakowany literą „Q” samolot kapitana obserwatora Mariana Dydziula został przez niemieckiego myśliwca zestrzelony do morza. Zginęła wtedy cała załoga kolejnego samolotu. Oprócz dowódcy samolotu w morskiej wodzie znaleźli swój wieczny spoczynek: podporucznik pilot Jan Kramin, odznaczony Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Pilota; kapral pilot Henryk Kuć dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Pilota; sierżant radiooperator strzelec Tadeusz Kamyszek, odznaczony trzykrotnie Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Radiotelegrafisty nr 165; plutonowy strzelec Jan Wojas trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Radiotelegrafisty nr 176 oraz kapral strzelec Nikita Tałach. W tym przypadku nie jest już chyba niestety możliwe wskazanie sprawcy tego zestrzelenia, gdyż - jak zostało to odnotowane w niemieckich źródłach - 26 czerwca 1942 roku niemieckie myśliwce zestrzeliły aż osiemnaście Wellingtonów.
 

 

tsk24.pl

Fot. 8. Oficerowie Polskich Sił powietrznych. Wśród nich kapitan obserwator Marian Dydziul. Spośród siedzących w pierwszym rzędzie - tylko jeden przeżył wojnę.

 
Kilka dni potem, fale morskie wyrzuciły na brzeg - spośród wszystkich poległych członków załogi - jedynie ciało kapitana Mariana Dydziula., Powiedzieć trzeba, że Niemcy zachowali się - tym razem - po rycersku. Pierwszego lipca 1942 roku urządzili polskiemu oficerowi morski pogrzeb, połączony z oddaniem honorów wojskowych. Pozostałe maszyny biorące udział w tamtej akcji powróciły do swej bazy, lądując w kilkuminutowych odstępach, około godziny piątej nad ranem. W Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego, który w przyszłości miał przyjąć nazwę Ziemi Śląskiej zostało odnotowane, że samolot wuja Zygmunta wylądował dokładnie o godzinie 5.26. W tym zmasowanym nalocie na Bremę brało udział w sumie 713 maszyn RAF-u, które zrzuciły wtedy na to portowe miasto aż 1450 ton bomb.
Następny, dotyczący wuja Zygmunta, zapis znalazłem w dzienniku operacyjnym dywizjonu pod datą 29 czerwca 1942 r, kiedy to cztery Wellingtony 304. Dywizjonu Bombowego - w tamtym czasie już od prawie dwóch miesięcy - podporządkowanego Dowództwu Obrony Wybrzeża, kolejny już raz wyruszyły na tropienie niemieckich łodzi podwodnych, wychodzących na Atlantyk z francuskich portów leżących w pasie wybrzeża Zatoki Biskajskiej. Dowodzony przez porucznika pilota Józefa Wolnika samolot, oznakowany tamtego dnia numerem taktycznym 836, oderwał się od ziemi o godzinie 6.20. W skład jego załogi oprócz dowódcy wchodziło jeszcze pięciu podoficerów: Walenty Siciński, Zygmunt Sasal, Marian Strączek, Czesław Zawada i Ludwik Jabłoński. Jakkolwiek pozostałe samoloty powróciły do bazy grubo po południu, to dowódca maszyny, w której w wieżyczce strzeleckiej siedział mój wuj Zygmunt, doszedłszy do wniosku, że niski pułap chmur skutecznie uniemożliwia wykonywanie przydzielonego im zadania, już o godzinie 7.29 zdecydował się na powrót do bazy, gdzie też maszyna bezpiecznie wylądowała punktualnie o godzinie 9.00. Szóstego lipca 1942 roku, przeciwko niemieckim łodziom podwodnym zmuszonym pokonywać akwen Zatoki Biskajskiej 304. dywizjon wysłał cztery swoje maszyny. Jako pierwszy, wystartował tamtego dnia, oznakowany numerem taktycznym 920 Wellington, którego członkiem załogi był strzelec samolotowy kapral Zygmunt Sasal. Maszyną dowodził porucznik pilot Józef Wolnik, pozostałą, podoficerską obsadę załogi stanowili: Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. O godzinie 15.45 załoga samolotu wuja Zygmunta odnotowała nieoczekiwane spotkanie z niezidentyfikowanym dwusilnikowym samolotem, który nadleciawszy na Wellingtona na wysokości zaledwie około 60 metrów nad powierzchnią wody, zrobił gwałtowny unik i nabierając wysokości, zniknął w chmurach. Załogi innych samolotów patrolujących akwen biskajski odnotowały tamtego dnia obecność na wodach zatoki licznych jednostek pływających najrozmaitszego przeznaczenia. Pod wieczór wszyscy szczęśliwie powrócili do bazy. Jako pierwszy o godzinie 18.18 lądował samolot z kapralem Zygmuntem Sasalem, zamkniętym w tylnej wieżyczce strzeleckiej.

 

tsk24.pl

Fot. 9. Odznaczeni Krzyżami Żelaznymi podwodni piraci admirała Karla Dönitza

 
Trzy kwadranse przed południem, 10 lipca 1942 roku wuj Zygmunt po raz kolejny wystartował z lotniska w Dale, by patrolować wody Zatoki Biskajskiej. Z niewiadomych powodów załoga samolotu oznaczonego taktycznym numerem 671 składała się tym razem z pięciu tylko członków, tj. jednego oficera i czterech podoficerów. Wuj Zygmunt wzbił się tamtego dnia w powietrze w towarzystwie Walentego Sicińskiego, Czesława Zawady, Stefana Więckowskiego i dowodzącego maszyną, porucznika pilota Józefa Wolnika. Po upływie półtorej godziny od startu załoga Wellingtona z wujem Zygmuntem na pokładzie została wezwana drogą radiową do rejonu, gdzie uprzednio załoga samolotu dowodzonego przez porucznika pilota Ryszarda Figurę zaatakowała płynącego pod wodą U-boota. W miejscu ataku zauważono wolno dryfującą po powierzchni wody grubą, długą na jakieś trzysta, może nawet pięćset metrów, ciemnobrązową plamę oleju o szerokości około pięćdziesięciu metrów. Oznaczało to, że najwyraźniej w morskich głębinach dopełniał się dramat załogi tej właśnie niemieckiej łodzi podwodnej, zaatakowanej uprzednio z powietrza przez samolot porucznika Ryszarda Figury. Po około dziesięciu minutach krążenia nad plamą samolot zrzucił w jej obszar trzy bomby głębinowe. Plama zmieniła wtedy kurs, co najwyraźniej oznaczało reakcję wrogiego okrętu na  przeprowadzony przez Wellingtona atak. Kiedy minęło dwadzieścia minut krążenia samolotu nad tym ewidentnym śladem niemieckiej łodzi podwodnej, zrzucono na plamę dwie następne bomby głębinowe. Zaś po upływie kolejnych dziesięciu minut Wellington nadleciał nad miejsce zauważalnie początkujące ten wyciek oleju napędowego i przeprowadził kolejny atak, zrzucając tam następną bombę głębinową. Nie usłyszano jednak żadnej eksplozji. Po trwającym godzinę i dwadzieścia pięć minut krążeniu maszyny nad wolno poruszającą się i nie zmieniającą swojego rozmiaru plamą oleju, dowódca maszyny zdecydował się wracać do walijskiej bazy dywizjonu, gdzie też samolot wylądował na pięć minut przed godziną szesnastą. Następnego dnia, czyli 11 lipca 1942 roku, podczas lotu ćwiczebnego na skutek awarii silnika, dywizjon stracił samolot oznakowany literą „G”. Po wylądowaniu na lotnisku w Bramcote i ponownym starcie z tego lotniska, nagle zatrzymał się jeden z dwóch silników Wellingtona. Maszyna zwaliła się na skrzydło i runęła na płytę lotniska. Natychmiast wybuchł pożar. W katastrofie tej zginęło dwóch członków załogi Vickersa Wellingtona; podporucznik pilot Michał Mazurkiewicz oraz odznaczony Polową Odznaką Pilota, jak również brytyjskim Zaszczytnym Medalem Lotniczym i czterokrotnie Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari — starszy sierżant pilot Antoni Kosturkiewicz, z którym przecież uprzednio wielokrotnie zdarzało się bojowo latać kapralowi Zygmuntowi Sasalowi. Trzecią śmiertelną ofiarą tamtej katastrofy był znajdujący się na pokładzie Wellingtona w charakterze pasażera - oficer armii lądowej, podporucznik Pietrasik, który zmarł następnego dnia na skutek odniesionych obrażeń. Odnotować należy, że jednym z trzech rannych był porucznik Mieczysław Sebastian Wodziński, który w przyszłości miał ze stryjem w składzie tej samej załogi odlecieć w ich ostatnią wspólną misję.
Trzy dni później, czyli akurat tego dnia, w którym Wolni Francuzi zgrupowani wokół osoby generała Charlesa de Gaulle’a świętowali właśnie kolejną rocznicę zburzenia Bastylii, sześć Wellingtonów 304. dywizjonu wzbiło się w powietrze z zadaniem tropienia niemieckich łodzi podwodnych, których bazami były francuskie porty nad Zatoką Biskajską. Pierwszą maszyną, która o godzinie 9.12 oderwała się wtedy od pasa startowego lotniska w Dale, był Wellington oznakowany numerem taktycznym 894. Dowodził nim porucznik pilot Józef Wolnik. Załogę samolotu stanowili sami podoficerowie: Zygmunt Sasal, Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. Patrolowanie przydzielonego im obszaru morskiego rozpoczęli o godzinie 10.11. Trwające prawie osiem godzin zadanie okazało się być tym razem wyjątkowo nudne. Zamiast niemieckich łodzi podwodnych załoga dojrzała na morzu jedynie pięć stateczków łowiących sardynki oraz pięć dwumasztowych żaglowców. Samolot wylądował w bazie dwie minuty przed kultową dla Anglików godziną picia codziennej herbaty.
Z zapisu w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego wynika, że 16 lipca 1942 roku samolot oznakowany numerem taktycznym 836 wystartował z macierzystego lotniska o godzinie 13.16. Jedynym oficerem w składzie załogi Wellingtona był porucznik pilot Józef Wolnik. Reszta jej członków to podoficerowie: Zygmunt Sasal, Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. Nadmienić należy, że nie była to bynajmniej jedyna maszyna 304. Dywizjonu Bombowego, która tamtego dnia miała wykonać stale już powtarzające się zadanie patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej. 
Kiedy tamto zadanie bojowe miało się już właściwie ku końcowi,  o godzinie 19.33 Vickers Wellington wuja Zygmunta został zaatakowany przez nieprzyjacielski samolot Focke-Wulf Kurier, który wyłoniwszy się znienacka z chmur z bardzo bliskiej odległości, gdyż zaledwie z około trzydziestu metrów, otworzył do bombowca ogień ze swojego działka pokładowego. Następnie, zupełnie nie troszcząc się o wynik przeprowadzonego ataku, zniknął w chmurach tak samo nagle, jak się pojawił. Wszystko odbyło się tak szybko i tak nagle, że żaden ze strzelców pokładowych Wellingtona nie zdążył nawet zareagować. W wyniku tego nagłego ataku, załoga polskiej maszyny szczęśliwie jakoś, nie poniosła jednak żadnych strat. Ogień niemieckiej maszyny nie spowodował też żadnych uszkodzeń w brezentowym poszyciu Wellingtona. Załoga wylądowała bezpiecznie na macierzystym lotnisku o godzinie 21.20.
Sześć dni potem, czyli 22 lipca 1942 roku, począwszy już od wczesnych godzin rannych, Wellingtony 304. Dywizjonu Bombowego - jeden po drugim -startowały z na stałe już przydzielonym im zadaniem patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej. Tamtą misję wykonywało w sumie siedem samolotów. Pierwsza maszyna oderwała się od ziemi o godzinie 6.25. Ostatnia - punktualnie o godzinie 9.00. Dowodzony przez porucznika pilota Józefa Wolnika samolot o numerze taktycznym 836, w skład załogi którego wchodził także kapral Zygmunt Sasal, oderwał się od ziemi jako drugi. Wystartowali wtedy dokładnie o godzinie 6.37. Pozostałymi członkami załogi bombowca byli podoficerowie: Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Franciszek Kubacik.
Równo, co do minuty; trzy godziny po starcie odnotowano nieoczekiwane spotkanie z wyłaniającym się z chmur dwusilnikowym hydroplanem. Na widok Wellingtona latająca łódź natychmiast skryła się na powrót w chmurach. Ledwie od tego spotkania minęło dwadzieścia minut, w odległości około 15 mil od bombowca z jego prawej strony zauważono duży samolot, którego rozpoznanie okazało się być jednak niemożliwe, a to z racji zbyt dużej odległości dzielącej od siebie obydwie maszyny. Najwyraźniej, zauważywszy Wellingtona, samolot pospiesznie schował się w chmurach.
Załoga samolotu wuja Zygmunta powróciła tamtego dnia jako pierwsza, lądując w swej bazie o godzinie 12.36. Koła ostatniej spośród siódemki maszyn, powracających tamtego dnia znad wód Zatoki Biskajskiej, dotknęły pasa startowego macierzystego lotniska o godzinie 17.45.
Pięć dni później ten sam samolot, oznakowany numerem taktycznym 836, o godzinie 16.45 ponownie uniósł w powietrze załogę w tym samym składzie, co uprzednio. Krążąc do godziny 20.39 nad wodami Zatoki Biskajskiej, wszyscy jak zwykle wypatrywali śladów niemieckich łodzi podwodnych. Jednakże tamtego dnia zauważyli jedynie siedem rybackich stateczków, w tym dwa dwumasztowce. Spotkali też - wykonującego, podobne jak i oni zadanie - Wellingtona z czeskiego dywizjonu o numerze 311, stacjonującego na lotnisku w Talbenny. Wracający po wykonaniu swojego zadania Wellington wuja Zygmunta wylądował tamtego dnia na lotnisku w Chivenor. Dla 304. dywizjonu przedostatni lipcowy dzień 1942 roku przyniósł ze sobą kolejne zadanie patrolowania bezkresnych wód Zatoki Biskajskiej. Wykonać je miało pięć maszyn, z których o godzinie 13.43 - jako pierwszy – wystartował Wellington, oznakowany numerem taktycznym 836. Jego załogą w tym samym składzie personalnym dowodził porucznik pilot Józef Wolniak.
O ile jeden z Wellingtonów dywizjonu spotkał tamtego dnia i skutecznie zaatakował nieprzyjacielską łódź podwodną, o tyle stwierdzić należy, że tamten lot maszyny wuja Zygmunta należał do wyjątkowo nudnych. Począwszy od godziny 14.54, będąc przez sześć długich godzin zawieszeni nad wodą, bezskutecznie wypatrywali jakichkolwiek śladów aktywności niemieckich łodzi podwodnych. Wreszcie o godzinie 20.52 dowódca wydał rozkaz zakończenia misji i powrotu do bazy, gdzie wylądowali o godzinie 21.50 jako druga z kolei powracająca maszyna dywizjonu.
Jak na ironię z tego, co w dniu dziewiątym sierpnia 1942 roku przydarzyło się załodze Wellingtona dowodzonego przez kapitana obserwatora Tadeusza Buczmę, nie sposób nie wyciągnąć wniosku, że najwyraźniej bywało również i tak, iż fortuna - z przyczyn całkiem niezrozumiałych - stawała czasami po stronie załóg niemieckich U-bootów. Otóż patrolując tamtego dnia wskazaną część akwenu Zatoki Biskajskiej, kapitan Tadeusz Buczma z wieżyczki astro swojego Wellingtona „T” dostrzegł wynurzoną niemiecką łódź podwodną. Pilotowany przez sierżanta Kozłowskiego bombowiec zanurkował natychmiast, by możliwie najszybciej pokonać dystans dwóch mil, dzielących maszynę od celu jej ataku. Jednakże podczas przeprowadzania ataku powietrznego na zupełnie zaskoczonego U-boota przeznaczone mu bomby zupełnie nieoczekiwanie nie wyleciały z otwartej komory bombowej Wellingtona! Więc tym to sposobem nieprzyjacielska łódź podwodna zdołała ujść przed atakiem i to w sytuacji, gdy jej zatopienie wydawało się już być absolutnie pewne.
Nazajutrz po tragicznej w skutkach katastrofie maszyny kapitana Ludwika Maślanki; 13 sierpnia 1942 roku dowództwo 304. Dywizjonu Bombowego wysłało na patrolowanie akwenu Zatoki Biskajskiej sześć Wellingtonów. Jeden z nich, ten oznakowany literą „R” i dowodzony przez porucznika obserwatora Adolfa Nowickiego, przez szczelinę pomiędzy chmurami z odległości około dwóch mil dostrzegł płynącą w wynurzeniu nieprzyjacielską łódź podwodną. Pilot bombowca sierżant Kozłowski natychmiast zanurkował w kierunku U-boota, którego załoga dostrzegła już grożące jej niebezpieczeństwo i podjęła rozpaczliwe próby ucieczki pod powierzchnię wody. W chwili, gdy U-boot był już do połowy zanurzony, Wellington z wysokości zaledwie około 15 metrów zrzucił na niego bomby. Lecz nie wyglądało na to, by łódź została bezpośrednio trafiona, gdyż część bomb eksplodowała nieco z jej boku, a inne tuż przed dziobem. Załoga Wellingtona krążyła jednak nad miejscem przeprowadzonego ataku na U-boota, z upływem czasu coraz bardziej nabierając przekonania o tym, że zrzucone bomby nie wyrządziły łodzi podwodnej żadnych szkód. Nagle, na powierzchni wody pojawił się olbrzymi lej wydobywającego się z głębin powietrza oraz spieniona, oleista plama. Wówczas Wellington porucznika Adolfa Nowickiego zrzucił w sam środek tego leja  kolejne dwie bomby, czego natychmiastowym skutkiem było wypłynięcie na powierzchnię wody szczątków łodzi podwodnej i jeszcze większe rozszerzenie się oleistej plamy.
Dwa dni później dowódca Coastal Command przesłał na ręce dowódcy 304. Dywizjonu Bombowego depeszę gratulacyjną z okazji zatopienia nieprzyjacielskiej łodzi podwodnej przez załogę dowodzoną przez porucznika obserwatora Adolfa Nowickiego. W skład załogi wchodzili starsi sierżanci Gołębiowski i Kozłowski, podporucznik Stanisław Franczak oraz sierżanci; Gębicki i Lewkowicz.
Piętnastego sierpnia 1942 roku żołnierze 304. Dywizjonu Bombowego, kolejny już raz, na brytyjskiej ziemi świętowali doroczne Święto Żołnierza Polskiego, które tym razem łączyło się ze zmianą dowódcy ich jednostki. Dotychczasowego dowódcę dywizjonu, majora obserwatora Stanisława Poziomka, zastąpił na tym stanowisku kapitan pilot Kazimierz Czetowicz. Major Stanisław Poziomek odszedł z dywizjonu na przydzielone mu stanowisko do Inspektoratu Polskich Sił Powietrznych w Londynie. Rzetelność wymaga odnotowania w tym miejscu, że major Stanisław Poziomek, po swoim odejściu ze stanowiska dowódcy dywizjonu do Inspektoratu Polskich Sił Powietrznych w Londynie przystąpił do spisku uknutego przez polskich oficerów przeciwko generałowi Stanisławowi Ujejskiemu. Został za to ukarany osadzeniem w obozie na wyspie Rothesay, skąd zwolniono go jednak niebawem po śmierci generała Władysława Sikorskiego.
Dziewiętnastego 19 sierpnia 1942 roku, alianci podjęli próbę dokonania inwazji na kontynent. Desant wysadzono nieopodal francuskiego miasteczka Dieppe. Niebywale zacięte walki trwały przez kilka dni. Końcowy efekt militarny tej operacji sprzymierzonych określić należy jako prawdziwą katastrofę.
Następnego dnia po rozpoczęciu tamtej, nieudanej alianckiej operacji desantowej, a więc 20 sierpnia 1942 roku, w wypadku - jakiemu uległ  w trakcie lotu ćwiczebnego samolot oznakowany literą „V” - zginęło sześciu kolejnych żołnierzy dywizjonu. Załoga maszyny, stwierdziwszy awarię w trakcie lotu będącego powrotną drogą do bazy, nadała sygnały SOS z odległości około dziewiętnastu mil od Liverpoolu. Pilot starał się za wszelką cenę doprowadzić Wellingtona do macierzystego lotniska, co jednak mu się nie udało. Maszyna wpadła do morza nieopodal latarni morskiej.
Dowódcą tej pechowej załogi przydzielonej do 304. dywizjonu całkiem niedawno, bo 11 sierpnia 1942 roku, był dopiero co, gdyż 1 lipca 1942 roku, mianowany na pierwszy oficerski stopień, podporucznik pilot Antoni Aleksy Zieliński, który brał udział w trzynastu wyprawach bombowych nad Niemcy i okupowane przez nie kraje. Pozostałe ofiary śmiertelne tamtej katastrofy to: porucznik obserwator Leszek Teofil Wasilewski; szeregowy strzelec Antoni Tycholis, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari, trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych; plutonowy radiooperator strzelec Ludwik Ruszel; plutonowy pilot Ryszard Marian Jarno; oraz starszy szeregowy strzelec Piotr Grzegorz Gromiak.
Zwłoki trzech członków załogi: podporucznika Antoniego Aleksego Zielińskiego, plutonowego Ryszarda Jarno i kaprala Ludwika Ruszela wyłowiono z morza w okolicy miasta Liverpool jeszcze tego samego dnia, w którym wystartowali do ostatniego swojego lotu.
Dwudziestego czwartego sierpnia 1942 roku - żołnierze 304. dywizjonu ponownie zebrali się na cmentarzu w Newark, by pożegnać pięciu spośród swoich kolegów, którzy w czasie wojny nie zginęli w walce, lecz w wypadkach lotniczych.
 

tsk24.pl

Fot. 10. Pogrzeb lotników na cmentarzu Newark

 
Uczestnikami ceremoniału pogrzebowego ofiar tych katastrof lotniczych był zarówno kapral strzelec Zygmunt Sasal, jak też i jego rówieśnik - porucznik pilot Edward Zarudzki. 
Aż trudno sobie wyobrazić, co też przy takich okazjach dziać się musiało w duszach tych młodych ludzi. Jakie też myśli kłębiły się wtedy w ich głowach?
Ciało starszego szeregowego Piotra Gromiaka zostało wyłowione z morza nieopodal Blackpool dopiero 22 października 1942 roku, czyli ponad dwa miesiące po katastrofie. Jak z tego wynika, fale morskie poniosły je bardzo daleko od macierzystego lotniska w Dale. Dlatego też pochówek starszego szeregowego Piotra Gromiaka odbył się nie jak większość pogrzebów na cmentarzu w Newark, lecz w Blackpool. I to dopiero 26 października 1942 roku.
W dniu katastrofy tego samolotu porucznika Leszka Wasilewskiego, a więc 20 sierpnia 1942 roku, wyszedł kolejny, czwarty już numer Dziennika Personalnego Ministerstwa Spraw Wojskowych. Zamieszczono w nim nazwiska tych wszystkich żołnierzy, którzy zostali uhonorowani nadaniem im Krzyża Walecznych po raz trzeci. Wśród nich opublikowano także nazwisko kaprala strzelca samolotowego, Zygmunta Sasala, posiadającego numer ewidencyjny 780739. To był już ostatni Krzyż Walecznych, jaki został nadany wujowi Zygmuntowi. Na trzykrotne odznaczenie go Krzyżem Walecznych wnuk Mikołaja Nasiołkowskiego zasłużył sobie, jak to zostało już wcześniej przedstawione, swoim odpowiedzialnym i bohaterskim zachowaniem podczas nalotów dokonywanych na wielkie niemieckie miasta oraz na eksploatowane przez Kriegsmarine porty Francji, Belgii i Holandii, czyli krajów podbitych przez Niemcy i ówcześnie przez nie okupowanych.
Dwa dni później równo ze świtaniem Wellingtony 304. polskiego dywizjonu znów pokołowały na start. Również i tym razem maszyny miały patrolować wody Zatoki Biskajskiej. Jako pierwsza wystartowała załoga samolotu uprzednio już wspomnianego porucznika pilota Edwarda Zarudzkiego. Jako trzeci w kolejności oderwał się tamtego dnia od ziemi oznakowany numerem taktycznym 1413 samolot z załogą złożoną z jednego oficera, którym był kapitan Bronisław Franciszek Lewkowicz, oraz czterech podoficerów: Walentego Sicińskiego, Zygmunta Sasala, Czesława Zawady, Mariana Strączka i Stefana Więckowskiego. Do wyznaczonego jej rejonu patrolowania akwenu maszyna dotarła o godzinie 8.30. Podczas patrolu zauważono jedynie sześć francuskich statków rybackich oraz coś, co oznaczono skrótem M.T.B. Zła widoczność była przyczyną podjęcia przez dowódcę decyzji powrotu do bazy już o godzinie 11.50. Maszyna wylądowała na macierzystym lotnisku niespełna dwie godziny później, czyli o godzinie 13.45.
Dwudziestego trzeciego sierpnia 1942 roku, zatem w dniu, kiedy to przypadała trzecia rocznica startu pierwszego samolotu odrzutowego, a zarazem trzecia rocznica zawarcia Paktu Ribbentrop - Mołotow; o godzinie 03.37 z lotniska w Dale wystartował, oznakowany - tym samym co poprzednio - numerem taktycznym z niezmienionym także składem personalnym załogi, samolot wuja Zygmunta. Tym razem Wellingtony polskiego dywizjonu miały ubezpieczać atlantycką trasę statków uformowanych w konwój oznakowany kryptonimem „LN”. Efektywne wykonywanie zadania bojowego rozpoczęło się o godzinie 06.10. Nie uszło uwagi naszych pilotów to, że na maszcie jednego spośród płynących w tym konwoju okrętów powiewa biało-czerwona flaga. Ustalili, że był to niszczyciel ORP Błyskawica.
O powrocie maszyny wuja Zygmunta do bazy zdecydował gwałtowny spadek widoczności skutecznie uniemożliwiający kontynuację misji. Dowódca maszyny podjął zatem o godzinie 07.45 decyzję powrotu do bazy, gdzie też samolot wylądował o godzinie 10.03.
 

*           *           *

 
Wuj Zygmunt i jego koledzy z dywizjonu, zapewne zupełnie nie mieli pojęcia o tym, że oto tego samego właśnie dnia 600 samolotów Luftwaffe, w tym także dwusilnikowe Junkersy-88 (wersja bombowa) wchodzące w skład III Gruppe Kampfgeschwader 76, przeprowadziły niebywale zaciekły atak na Stalingrad. Nikt jeszcze tego wówczas nie mógł nawet przypuszczać, że oto tym samym zapoczątkowana została bitwa, która stanowić miała punkt zwrotny dla dalszego przebiegu całej wojny. W efekcie tamtego zmasowanego nalotu niemieckich bombowców zginęło w sumie około 40 000 mieszkańców tego nadwołżańskiego miasta.
Dyrektor działu programów historycznych BBC Television, Laurence  Rees w swojej książce „Hitler i Stalin. Wojna stulecia” przytacza relację jedenastoletniej wówczas Walentyny Krutowej, która wraz ze swoim czternastoletnim bratem Jurijem, na obrzeżach miasta zbierała jagody. Dzieci usłyszały nagle warkot lotniczych silników i spojrzały w niebo. Właśnie w tym momencie zaczęły spadać bomby. „Wszystko płonęło. Słychać było krzyki. Dorosły potrafi zrozumieć, że toczy się wojna, ale co mogłyśmy zrozumieć my, dzieci? Bałyśmy się tylko, że zginiemy”. Natomiast czternastoletni wówczas mieszkaniec Stalingradu, Albert Burkowski relacjonuje; „Kiedy zaczęło się bombardowanie, to było naprawdę straszne. Wciąż pamiętam samoloty, hałas jaki robiły… A potem rozpętało się istne piekło. Nie wiem, jak ludzie zdołali to wytrzymać. To był jeden wielki pożar. Wspięliśmy się na dach, z dołu słychać było krzyki  i jęki”. Kiedy skończył się tamten nalot, Albert pobiegł do domu, gdzie mieszkał razem z babcią. Kiedy skręcił w swoją ulicę, zobaczył, że jego dom zamienił się w stertę gruzów. „Kiedy tam podeszliśmy, spod ruin dobywały się tylko jęki. Moja babcia ukryła się w piwnicy. Ale piwnica się zawaliła i wszyscy zostali zmiażdżeni.  Przez jakiś czas myślałem,  że byłoby lepiej, gdybym ja też zginął, tak wielki był mój smutek, mój ból, ponieważ zostałem zupełnie sam”.
 

tsk24.pl

Fot. 11. Karl Dedecius

  
Mniej więcej w tym samym czasie, na przedpola Stalingradu dotarła nowa jednostka Wehrmachtu. Jednym z jej żołnierzy był dwudziestojednoletni wówczas łodzianin - Karl Dedecius, późniejszy założyciel Deutsches - Polen Instytut w Darmstadt. Zarazem edytor składającej się z pięćdziesięciu tomów Polnische Bibliothek, autor siedmiotomowej Panoramy literatury polskiej XX wieku.
Bezdyskusyjnie; Karl Dedecius był w powojennych Niemczech jednym z największych przyjaciół i ambasadorów polskiej kultury,  w szczególności zaś literatury. Na to miano zasłużył sobie tym, że jako jeden z najbardziej pracowitych tłumaczy literatury polskiej - przełożył na język niemiecki utwory ponad trzystu polskich i prozaików. W tym Adama Mickiewicza, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Juliana Przybosia, Tadeusza Różewicza, Zbigniewa Herberta i Wisławy Szymborskiej. W liście skierowanym do Karla Dedeciusa Tadeusz Różewicz  określi go jako człowieka, który działanie przemienia w sztukę. Nazwał go synem wielu narodów i wielu kultur. Poetą władającym nie językiem, lecz językami.
Karl Dedecius, wielki orędownik polsko-niemieckiego pojednania, zmarł 26 lutego 2016 roku we Frankfurcie nad Menem.
Tak się złożyło, że miałem zaszczyt spotkać się z Karlem Dedeciusem. Rozmawialiśmy dwujęzycznie w sierpniu 1990 roku, a więc półtora roku przed moim powrotem do kraju. Kiedy po zakończeniu tej naszej rozmowy wyszedłem z budynku Niemiecko-Polskiego Instytutu, zaintrygował mnie widok złocistych kopuł. Najwyraźniej cerkiewnych wież. Wspiąłem się więc na wzgórze, u stóp którego mieścił się Instytut kierowany przez Karla Dedeciusa. Faktycznie. Na wzgórzu pyszniła się złoceniami XIX wieczna prawosławna cerkiew św. Marii Magdaleny. W jej wnętrzu portrety ostatniej carskiej pary… Uświadomiłem sobie, że i nic dziwnego w tym upamiętnieniu carskiej pary właśnie tutaj… Wszak jedna z ofiar bolszewickiego mordu dokonanego na carskiej rodzinie w piwnicy domu kupca Jepatiewa, żona Mikołaja II, ostatniego cara Rosji była wszak księżną von Darmstadt… 
 

*           *           *

 
Ale wracając po tej kulturowo-historycznej dygresji do Dziennika Operacyjnego 304. Dywizjonu Bombowego…
Już po zapadnięciu zmroku dnia 25 sierpnia 1942 roku cztery Wellingtony 304. dywizjonu wystartowały z zadaniem zaatakowania portu wojennego La Pallice, zlokalizowanego na francuskim wybrzeżu Zatoki Biskajskiej i użytkowanego przez Kriegsmarine. Jako pierwszy, o godzinie 22.05 oderwał się od pasa startowego samolot oznaczony numerem taktycznym 1413. Maszyną już po raz trzeci z rzędu dowodził kapitan obserwator Bronisław Franciszek Lewkowicz. Drugim oficerem w składzie załogi był wtedy porucznik pilot Stanisław Żurek. Pozostała czwórka to podoficerowie: Walenty Siciński, Zygmunt Sasal, Czesław Zawada i Stefan Więckowski.
Dwa spośród czterech samolotów - z powodu wystąpienia w czasie lotu problemów technicznych - zostały przymuszone do przerwania misji bojowej                      i awaryjnie wylądowały w bazie Talbenny.
Kiedy samolot wuja Zygmunta znalazł już wyznaczony mu cel, krążył nad nim pomiędzy godziną 01.15 a 01.30 przez cały kwadrans, obniżając w tym czasie pułap lotu z pierwotnej wysokości 16 000 stóp do 9000 stóp, co pozwalało zarówno na lepsze rozpoznanie atakowanego obiektu, jak i oczywiście miało wpływ na skuteczność przeprowadzanego ataku. Po otwarciu komory bombowej - zrzucono jednocześnie sześć pięćsetfuntowych bomb burzących. Wszystkie osiągnęły swój cel. Pierwsza z bomb eksplodowała na południowym krańcu mola portowego, pozostałe zaś trafiły w jego dalszą część.
W czasie tego ataku samolot wuja Zygmunta został pochwycony przez światła reflektorów, lecz nieprzyjacielska artyleria przeciwlotnicza nie otworzyła ognia. Być może przyczyną tego milczenia wrogiej artylerii było dziewięćdziesiąt strzałów oddanych w trzech seriach w kierunku ziemi z dwóch karabinów maszynowych zamontowanych w wieżyczce tylnego strzelca, którym podczas tego lotu jak zawsze był właśnie kapral Zygmunt Sasal. Po pomyślnym wykonaniu swojego zadania, także maszyna wuja Zygmunta o godzinie 4.53 wylądowała na lotnisku w Talbenny, podobnie jak inne samoloty dywizjonu.
 

tsk24.pl

Fot. 12. Pochówek niemieckich artylerzystów przeciwlotniczych poległych w porcie La Pallice
 

 

tsk24.pl

Fot. 13.  Niemiecka ceremonia pogrzebowa w La Pallice

*           *           *

 
W tym miejscu odnotować należy, że kapitan obserwator Bronisław Franciszek Lewkowicz, dowodzący samolotem w czasie tych trzech zadań, już w tamtym czasie, był kawalerem Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari. Ponadto, czterokrotnie udekorowano go Krzyżem Walecznych. Posiadał także Polową Odznakę Obserwatora o kolejnym numerze 455. Po wykonaniu tury lotów bojowych w ramach 304. Dywizjonu Bombowego oraz po operacyjnym odpoczynku - kapitan Bronisław Lewkowicz otrzymał przydział do 301. Dywizjonu Bombowego, a następnie skierowano go do 138. dywizjonu RAF specjalnego przeznaczenia. Potem kapitan zgłosił się ochotniczo do przerzutu do kraju jako cichociemny, gdzie przybrał pseudonim konspiracyjny „Kurs”. Do Polski wrócił, skacząc na spadochronie w nocy z 27 na 28 kwietnia 1944 roku. Zrzut przyjmowano na placówce o kryptonimie „Koza” nieopodal wsi Bystrzyca, położonej niecałe 20 kilometrów na południe od Lublina. Wraz z Bronisławem Franciszkiem Lewkowiczem, awansowanym już w międzyczasie do stopnia majora, skakał wtedy także organizator i zarazem pierwszy dowódca 304. Dywizjonu Bombowego - podpułkownik Jan Biały ps. „Kadłub”. Po tym nocnym powrocie do kraju major Bronisław Franciszek Lewkowicz otrzymał przydział do sztabu operacyjnego Armii Krajowej. W skład tej czteroosobowej grupy skoczków wchodził jeszcze jeden były oficer 304. Dywizjonu Bombowego. Był nim major Jerzy Iszkowski ps. „Orczyk”.
Major Bronisław Franciszek Lewkowicz poległ w walce z żołnierzami dywizji SS Galizien w trakcie potyczki, jaką partyzanci AK stoczyli 4 listopada 1944 roku, nieopodal gajówki Huta, ukrytej w głębi lasów przysuskich. A więc zupełnie niedaleko od wsi Gąsawy, gdzie mieszkał zarówno mój dziadek Józef Nasiołkowski, jak i jego siostra - Karolina Sasal, która była matką kaprala Zygmunta Sasala.
 

*           *           *

 
Lecz wracając do udziału wuja Zygmunta w działaniach bojowych 304. Dywizjonu Bombowego, dzień 27 sierpnia 1942 roku znów przyniósł ze sobą rozkaz startu Wellingtonów tej jednostki z przydzielonym im jak zwykle zadaniem patrolowania wód Zatoki Biskajskiej. Tym razem samolotem wuja Zygmunta, oznakowanym numerem taktycznym 1413, dowodził porucznik obserwator Włodzimierz Pęski. Pozostały skład załogi nie został zmieniony. Maszyna wystartowała o godzinie 11.40. Rzec można, że przelot samolotu do wyznaczonego dlań rejonu patrolowania trwał całą godzinę, gdyż bombowiec pojawił się tam dokładnie o godzinie 12.38.
W dwóch akwenach Zatoki Biskajskiej przeznaczonych tego dnia do patrolowania, nad którymi krążył wtedy samolot wuja Zygmunta, na obszarze około 10 mil zauważono w dość dużym rozproszeniu 36 francuskich kutrów rybackich. O godzinie 18.40 maszyna rozpoczęła swój powrót do bazy zakończony szczęśliwym tam lądowaniem o godzinie 19.36.
O świcie 29 sierpnia 1942 roku, czyli dwa dni później, z zadaniem patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej znów wystartowały dwa Wellingtony 304. dywizjonu. Samolot wuja Zygmunta, oznakowany numerem taktycznym 671, oderwał się od ziemi jako drugi. Jego start nastąpił punktualnie o godzinie 6.00. Maszyną powtórnie dowodził porucznik obserwator Włodzimierz Pęski. Jednakże podoficera Walentego Sicińskiego zastąpił w tym locie porucznik pilot Stanisław Żurek. Pozostałą czwórkę członków załogi stanowili ci sami co zazwyczaj podoficerowie: Zygmunt Sasal, Marian Strączek, Czesław Zawada, Stefan Więckowski. Zadanie to zostało przerwane, gdyż w trakcie lotu pilot stwierdził problemy w pracy silnika. Z tej przyczyny samolot lądował w bazie już o godzinie 09.41.
Z nastaniem ostatniego dnia sierpnia 1942 roku samoloty 304. dywizjonu - jak zawsze - poderwały się do lotu nad wody Zatoki Biskajskiej. Maszyna, której przydzielono numer taktyczny 1413, wystartowała o godzinie 08.28 jako trzecia w kolejności. Także i tym razem samolotem, w skład załogi którego wchodził kapral strzelec Zygmunt Sasal, dowodził porucznik obserwator Włodzimierz Pęski. Resztę załogi Vickersa Wellingtona Mk IC stanowili sami podoficerowie: sierżant pilot Walenty Siciński, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski.
Patrolowanie, w trakcie którego zauważono jedynie dwa kutry, trwało efektywnie w czasie wyznaczonym godzinami 10.42 i 14.46. Od momentu startu do lądowania samolot pozostawał w powietrzu przez osiem i pół godziny. Wylądował na lotnisku w Dale punktualnie o godzinie siedemnastej, posiadającej dla Anglików znaczenie rytualne. Dwie inne maszyny spośród biorących udział w tym zadaniu były już wtedy na ziemi. Jedna z załóg odnotowała, że w czasie lotu patrolowego dostrzegła siedem kutrów rybackich. Z powodu silnego wiatru oraz gwałtownie pogarszającej się widoczności maszyna oznakowana numerem taktycznym 558 zawróciła do bazy przed planowanym czasem powrotu. Bombowiec wylądował o godzinie 15.46. Druga spośród tych dwóch załóg, które wcześniej wróciły do bazy, zaobserwowała              o godzinie 10.29 samolot dwusilnikowy. Prawdopodobnie był to niemiecki He-111. W ciągu następnych dziesięciu minut zaobserwowano jeszcze trzy inne samoloty. Były to prawdopodobnie Wellingtony z innych dywizjonów Coastal Command, wykonujące swoje zadania patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej. Załoga tego samolotu także odnotowała, że dostrzegła szereg innych kutrów rybackich. Prawdopodobnie były to te same jednostki, których obecność w liczbie dwudziestu trzech stwierdziła w patrolowanym przez siebie obszarze załoga Wellingtona oznakowanego numerem taktycznym 920. Samolot ten spędził tamtego dnia ponad dziewięć godzin w powietrzu. Oprócz wspomnianych już stateczków rybackich Wellington odnotował jeszcze o godzinie 16.02 spotkanie z samolotem Hudson lecącym na wysokości zaledwie 500 stóp.
Czwartego 4 września 1942 roku, w odległości około 240 mil od angielskiego wybrzeża załoga kapitana Bolesława Nowickiego o godzinie 15.20 spostrzegła o godzinie 15.20 symptomy awarii swego Wellingtona, co przejawiało się przerywaniem pracy jednego spośród jego dwóch silników. W tym samym momencie, gdy zapadła już - wymuszona awarią - decyzja o powrocie samolotu do bazy, przedni strzelec zauważył na horyzoncie dwa punkciki lecące w ich kierunku pod kątem około 30° na pułapie o jakieś 1350 m ponad Wellingtonem.
Te zbliżające się do bombowca dwa punkciki szybko rosły w oczach polskiej załogi. Nim jeszcze zdołano rozpoznać dwa Junkersy-88c; strzelcy pokładowi zaczęli sprawdzać swoje karabiny maszynowe, przygotowując się do nieuniknionej już walki. Przewidując nieuchronną konieczność kierowania ogniem, dowódca niezwłocznie zajął miejsce w wieżyczce astro. Maszyna natychmiast zeszła niżej, tuż nad samo lustro wody, obniżając pułap lotu do wysokości około 150 metrów. Radiotelegrafista nadał depeszę informującą bazę o przyjęciu walki z dwoma Ju-88, które gotując się do ataku, leciały tymczasem równolegle po obydwu stronach Wellingtona. W przejmującej ciszy, jaka zapanowała wewnątrz samolotu, dowódca wydał strzelcom rozkaz nie otwierania ognia do Junkersów z odległości większej niż 350 metrów. Jednocześnie zezwolił na przerywanie ciszy jedynie w dwóch przypadkach: odniesienia ran lub też uszkodzenia karabinów maszynowych. Po upływie około minuty - Junkers, lecący dotychczas równolegle z Wellingtonem po jego lewej stronie, położył się na skrzydło i rozpoczął prostopadły atak skierowany na lewą burtę bombowca. Kiedy Ju-88 znajdował się w odległości około 700 metrów, otworzył ogień ze swojego szybkostrzelnego działka, a zaraz potem odezwały się jego karabiny maszynowe. Dowódca Wellingtona, spostrzegłszy pierwszy błysk sygnalizujący otwarcie ognia przez wrogą maszynę, rozkazał wykonanie skrętu w kierunku atakującego samolotu. Jednocześnie obaj strzelcy otworzyli ogień. Dowódca Wellingtona dostrzegł pociski obramowujące nieprzyjacielski samolot. Pilot Junkersa, wyprowadzając swoją maszynę z ataku, w odległości zaledwie jakichś 75–90 metrów przeszedł na prawą stronę atakowanego przez siebie Wellingtona. Wystrzelone przez Niemca pociski - na szczęście - chybiły jednak  celu.
Konsekwencją tego było, że do kolejnego do ataku przystąpił drugi Junkers. Wykonując konieczny unik, Wellington z lekkim drżeniem zmniejszył wysokość, schodząc zarazem na wysokość około 30 metrów nad lustrem wody, a po chwili znów się wspinał na wysokość 180 metrów. Kiedy drugi samolot atakujący nasz bombowiec znalazł się już w odległości około 600 metrów od Wellingtona, kapitan Nowicki wydał rozkaz skrętu w kierunku Junkersa, którym to manewrem utrudniał zadanie nieprzyjacielowi, gdyż zmniejszał zarówno powierzchnię celu, jak i skracał w ten sposób czas przeprowadzania ataku. Oddana do Wellingtona seria znów chybiła celu. W tym momencie dowódca Wellingtona znienacka usłyszał w słuchawkach słowa jednego z członków załogi: „Masz, bo może już nie zdążysz”. Okazało się potem, że to jeden  z pilotów częstował akurat czekoladą swego kolegę z załogi. Tymczasem Wellington już odpierał kolejny atak Junkersa pędzącego z furią na naszą maszynę. To był już jego ostatni atak. Celna seria - oddana przez przedniego strzelca Wellingtona - spowodowała, że wrogi samolot utracił stabilność lotu i zadymił. Pilot Junkersa zdołał jednak wyprowadzić maszynę, po czym tracąc wysokość, oddalił się w kierunku francuskiego brzegu. Wnętrze Wellingtona wypełniał zapach prochu, który przedostawał się z wieżyczki przedniego strzelca. „Ale emocje. Zupełnie jak na wojnie” - żartowali sobie, co poniektórzy członkowie załogi Wellingtona, podczas gdy ich maszyna ponownie nabierała wysokości, gdyż druga niemiecka maszyna nie rezygnowała bynajmniej z przeprowadzenia kolejnego ataku. Tylny strzelec meldował zakrwawienie ręki poranionej odpryskami pleksiglasu stanowiącego obudowę wieżyczki strzeleckiej, uszkodzonej ogniem broni maszynowej nieprzyjacielskiej maszyny. Wellington ponownie wykonał manewr frontalnego zwrotu w kierunku Junkersa, który przed rozpoczęciem ataku usiłował sprowokować załogę maszyny Coastal Command do przedwczesnego wykonania obronnego zwrotu, a tym samym ułatwienia ataku. Przeprowadzanie ataku w pojedynkę najwyraźniej onieśmielało załogę Junkersa. Po zakończeniu ataku czarny dym wydobywający się z lewego silnika Junkersa w odległości około 450 metrów od Wellingtona sygnalizował celne trafienie serii oddanej z karabinów maszynowych bombowca, dowodzonego przez kapitana Nowickiego. Radiotelegrafista odwołał więc nadany jeszcze na początku walki sygnał SOS. Maszyna Coastal Command wzięła kurs na swoje macierzyste lotnisko w Dale.
Bilansem tamtego starcia z dwoma naraz Junkersami-88c, było osiem dziur w obudowie wieżyczki tylnego strzelca, dwie uszkodzone maszyny nieprzyjacielskie oraz 1600 sztuk amunicji zużytej przez strzelców Vickersa Wellingtona 304. Dywizjonu Bombowego. W tym miejscu odnotować należy, że błyskawicznie naprawiona przez mechaników pozostających pod komendą sierżanta Brunona Wiercińskiego maszyna, już wieczorem następnego dnia była zdolna do podjęcia kolejnej operacji patrolowania akwenu Zatoki Biskajskiej.

 

tsk24.pl

Fot. 14. Wieżyczka strzelecka Wellingtona

 

tsk24.pl

Fot. 15. Mechanik Zwoliński naprawia tylną wieżyczkę strzelecką Wellingtona

 
Od końca sierpnia aż do 16 września 1942 roku wuj Zygmunt miał nieco odpoczynku. Dopiero tamtego bowiem dnia zasiadł w tylnej wieżyczce strzeleckiej jednego spośród sześciu Wellingtonów 304. dywizjonu, które wystartowały z zadaniem patrolowania Zatoki Biskajskiej oraz atakowania dostrzeżonych na tym jednostek pływających wroga. O godzinie 9.38 oznakowany numerem taktycznym 1716 samolot wuja Zygmunta oderwał się od ziemi jako ostatni. W skład jego załogi wchodziła piątka podoficerów: Walenty Siciński, Zygmunt Sasal, Marian Strączek, Czesław Zawada i Stefan Więckowski. Tym razem dowodził nimi zasiadający za wolantem porucznik pilot Józef Wolnik. Do wyznaczonego dlań rejonu patrolowania bombowiec dotarł dopiero o godzinie 11.47. W trakcie tego lotu załoga maszyny zdołała dostrzec jedynie kilka jednostek rybackich. Powrót do bazy rozpoczęto o godzinie 16.40. Maszyna bezpiecznie wylądowała na macierzystym lotnisku o godzinie 18.37.
Odnotować należy, że inna maszyna dywizjonu, oznakowana literą „E”, za której wolantem zasiadał porucznik pilot Stanisław Targowski, wystartowała tamtego dnia osiem minut wcześniej, a więc punktualnie o godzinie 9.30. Ten Wellington, zwany przez swą załogę „Elą”, natrafił o godzinie 16.12 na formację złożoną aż z sześciu Ju-88c. Przedziwny przebieg walki „Eli” z sześcioma naraz Junkersami 88c został przeze mnie opisany w artykule zatytułowanym „Gorycz podniebnego zwycięstwa”, gdzie również przeczytać można o tragicznych, powojennych losach członka załogi tego samolotu, podpułkownika Władysława Minakowskiego, który po zakończeniu wojny powrócił do kraju i padł ofiarą sądowego mordu dokonanego na nim, i kilku innych jeszcze oficerach LWP, przez organy stalinowskiego terroru.
 

tsk24.pl

Fot. 16. Major Władysław Minakowski

 
Natomiast,  odznaczony Krzyżem Walecznych i brytyjskim Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - porucznik pilot Stanisław Targowski, a także odznaczony trzykrotnie Krzyżem Walecznych - kapral strzelec Franciszek Kubacik, polegli  16 października 1942 roku, kiedy to ich Wellington został zestrzelony nad Zatoką Biskajską przez niemieckiego myśliwca Ju-88c.
Wraz z nimi polegli wtedy; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - porucznik obserwator Tadeusz Oleś; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari - kapral strzelec Władysław Młynarski; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych - plutonowy radiooperator Zygmunt Stanisław Piechowiak oraz plutonowy pilot Gerard Twardoch - trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari.

tsk24.pl

Fot. 17. Porucznik Stanisław Targowski rozmawia z mechanikiem sierżantem Wacławem Serwińskim po powrocie ze starcia z piątką Ju-88c

 

 

tsk24.pl

Fot. 18. Porucznik Tadeusz Oleś po powrocie z lotu w dniu 16 września 1942 roku

 
Tego polskiego Wellingtona zestrzelił nad Zatoką Biskajską - w pozycji określanej parametrami 0924-300m 14West N/0924 - przynależny bazującemu nieopodal Lorient, na lotnisku Kerlin Bastard 13.Staffel Kampfgeschwader 40 - Junkers 88c, za którego wolantem siedział Uffz. Werner Steurich. Niestety, nie udało mi się precyzyjnie ustalić czasu zestrzelenia Wellingtona, a co za tym stoi – momentu śmierci członków załogi samolotu pilotowanego przez porucznika inżyniera Stanisława Targowskiego.
                          

 

tsk24.pl

Fot. 19. Hauptmann Heinz-Horst Hissbach z załogą przed Ju-88c z Kampfgeschwader 40

 

 

tsk24.pl

Fot. 20. Uzbrojenie Ju-88c. W kabinie Hauptmann Heinz-Horst Hissbach

 
W trzecią rocznicę sowieckiego najazdu na nasz kraj, znaczy się 17 września 1942 roku, pięć maszyn z 304. Dywizjonu Bombowego wystartowało z zadaniem zaatakowania portu w Bordeaux.  Dziennik Operacyjny dywizjonu odnotowuje, że o godzinie 16.09, jako drugi w kolejności, wzbił się w powietrze oznakowany taktycznym numerem 1413 samolot, który unosił na swym pokładzie strzelca kaprala Zygmunta Sasala.
Maszynę obsługiwała załoga w tym samym składzie, co i poprzedniego dnia. Do komory bombowej Wellingtona załadowano pięć pięćsetfuntowych bomb, które o godzinie 21.12 zrzucono z wysokości 3000 metrów na wyznaczony do zaatakowania cel. Był nim doskonale widoczny północny basen portowy w Bordeaux. Lakoniczny zapis w Dzienniku Operacyjnym 304. Dywizjonu Bombowego stwierdza, że tylny strzelec zaobserwował ze swej wieżyczki celne trafienie jednej bomby, która dosięgła atakowanego obiektu portowego. Nalot musiał być dla Niemców całkowitym zaskoczeniem. Zdaje się o tym przekonywać odnotowane w dzienniku operacyjnym dywizjonu absolutne milczenie niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Po wykonaniu swojego zadania - maszyna wuja Zygmunta o godzinie 1.37 bezpiecznie wylądowała na lotnisku w Talbenny. Sześć minut później na tym samym lotnisku wylądował inny samolot, również biorący udział w tamtym zadaniu. Za sterami tego Wellingtona siedział porucznik pilot Edward Zarudzki, w którego pamięci na zawsze już utrwalił się zacięty wyraz trójkątnej twarzy ozdobionej bystrymi i pełnymi determinacji oczami kaprala Zygmunta Sasala.
 

 

tsk24.pl

Fot. 21. Zbiorowe zdjęcie oficerów Polskich Sił Powietrznych. W pierwszym rzędzie porucznik Edward Zarudzki

 
Dwa inne Wellingtony dywizjonu, również wracające tamtej nocy po wykonaniu ataku na port w Bordeaux, wylądowały na niespecjalnie lubianym przez pilotów trawiastym i grząskim polowym lotnisku w St. Eval.
Tak zakończył się dla kaprala Zygmunta Sasala dzień, który był zarazem trzecią rocznicą jego szczęśliwego ujścia przed sowiecką niewolą, gdy nieopodal wsi Darachów, oznakowane czerwonymi gwiazdami czołgi przecięły oś marszu kolumny marszowej Bazy Lotniczej Nr 1 zmierzającej w kierunku granicy z Rumunią…
Podsumowując powietrzne działania podjęte przez aliantów przeciwko podwodnej flocie admirała Dönitza, powiedzieć trzeba, że zaowocowały one usłaniem  - w latach 1942–43 - dna morskiego Zatoki Biskajskiej wrakami 23 zatopionych U-bootów. Zupełnie nie jest możliwym do oszacowania, ile też - dzięki temu - frachtowców z wojennym zaopatrzeniem dotarło do Wielkiej Brytanii…

tsk24.pl

Fot. 22. Wizyta pary królewskiej w 304. Dywizjonie Bombowym

                                                                  Piotr Jan Nasiołkowski

 

Fotografie ilustrujące materiał pochodzą z archiwum autora oraz Internetu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
 

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

BIOGRAFIA PILOTA -opracowanie Piotr Jan Nasiołkowski

Kapitan Ryszard Franciszek Zygmuntowicz; oficjalnie, według dokumentów - urodził się w dniu 2 stycznia 1916 roku w Kamiennej, jako trzeci spośród pięciu synów maszynisty Bronisława Zygmuntowicza i Marii z domu Brzozowskiej. Od momentu nadania praw miejskich w roku 1923 Kamienna stała się dzielnicą Skarżyska-Kamiennej.

Czytaj więcej: BIOGRAFIA PILOTA -opracowanie Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (32 Komentarzy)
Napisz komentarz (3 Komentarze)

GDY WSZYSTKIE DROGI WIODŁY DO ANGLII... Piotr Jan Nasiołkowski

Spośród trzech wnuków Mikołaja Nasiołkowskiego odbywających w tamtym czasie zasadnicza służbę wojskową; z wrześniowej wojny obronnej, dwaj nie zdołali powrócić pod rodzinne strzechy... Żołnierz 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, bombardier Stefan Nasiołkowski zaginął bez śladu... Natomiast jego cioteczny brat – służący na Okęciu żołnierz Bazy Lotniczej Nr 1, szeregowy Zygmunt Sasal - jakimś cudem - zdołał uniknąć wzięcia go w dniu 17 września 1939 roku do sowieckiej niewoli pod Darachowem i następnego dnia udało mu się przekroczyć w Kutach granicę z Rumunią...

Czytaj więcej: GDY WSZYSTKIE DROGI WIODŁY DO ANGLII... Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (3 Komentarze)
Napisz komentarz (4 Komentarze)
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Wrześniowe zbrodnie wojenne cz.1 Piotr Jan Nasiołkowski

W świetle historycznych faktów, nie może ulegać wątpliwości, że pierwszym akordem zbrodniczej wojny rozpętanej przez władców III Rzeszy przeciwko reszcie świata - była wojenna zbrodnia. Bo jakże inaczej postrzegać można nalot na przygraniczne polskie miasteczko - dokonany przez Luftwaffe jeszcze przed świtem pierwszego wrześniowego dnia 1939 roku, kiedy to - już o godzinie 4.00 - niemieckie samoloty zbombardowały przygraniczny Wieluń? Pierwsze niemieckie bomby spadły na miejscowy szpital p.w. Wszystkich Świętych. W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd, barbarzyńską doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec. Cel został więc wybrany niezwykle starannie. Niemieckie samoloty z niskiego pułapu zrzucające bomby na wieluński szpital zostały nań naprowadzone przez niemieckiego szpiega o nazwisku Stuhle. Był on ponoć uczniem miejscowego gimnazjum. Specjalnie miał w tym celu przybyć do Wielunia z Łodzi.

Czytaj więcej: Wrześniowe zbrodnie wojenne cz.1 Piotr Jan Nasiołkowski

Napisz komentarz (1 Komentarz)

Ostatnie komentarze

  • Bardzoanonimowy powiedział(a) Więcej
    Co byś napisał jakby nikogo z władz miasta nie było?
    Ja wiem. Wtedy to naprawdę byś pouzywal sobie, że cho, chooo. 10 godzin temu
  • 65lat emeryt powiedział(a) Więcej
    co te 2 kamyczki wniosą do naszego miasta . nic. i tak wlaśnie mamy jak mamy w skarżysku. gdzie ci jnwestorzy... 11 godzin temu
  • czarek powiedział(a) Więcej
    Pani Danuto komuna dawno się skończyła i każdy powinien sam zadbać o mieszkanie a liczyć na ,,drapane" i łatwiznę .
    11 godzin temu